sobota, 21 kwietnia 2018

serce mnie bije

Wczoraj w pracy kolega poprosił główną księgową o dane finansowe na poniedziałkowe spotkanie. Księgowa je przygotowała. Umarłam ze śmiechu, gdy dotarło do mnie, że kolega wprawdzie potrzebuje tych danych na poniedziałek, ale w połowie maja. Czasoprzestrzeń zatrzeszczała.
Po chwili SMS od Brzydala, który zdążył umówić się już z sąsiadami na spacer śladami będzińskich Żydów. W niedzielę - potwierdziłam. SMS uświadomił mi, że to o inną niedzielę chodzi.
Rano po 7 poszłam na badania. W tym miesiącu już 1000 zeta poszło na badania, lekarzy i recepty. W poniedziałek endo, więc w piątek badania. Boli, kręci mi się w głowie, za dużo tego ostatnio. W pracy umawiam się z koleżanką na kolejny tydzień. Dębieję, gdy okazuje się, że ten lekarz to w inny poniedziałek. Badania zrobiłam o tydzień za wcześnie. Wspaniale. Nie wiem, czy nie będą do kosza.
Nawet nie sprawdzam tych wyników, choć na pewno już od wielu godzin są w sieci. Jest sobotnie południe. Te wyniki teraz nic już nie zmienią. Sprawdzę sobie w poniedziałek. Nie mam wielkich złudzeń, sama wiem, jak się czuję. Organizm szaleje. Jestem zmęczona, ledwo wstaję, choć nie szaleję. Leki, które biorę, sprawiają, że na dworze natychmiast obsypuje mnie uczulenie na słońce. Wspaniale. Dotąd miałam to dopiero na wściekłym bałkańskim słońcu w lipcu. W tym roku zaczynam w kwietniu. Tętno trochę spadło, a z nim wydolność. Nie potrafię się wybiegać. Padam. A ból głowy od kilku dni to albo zatoki, albo wirus, albo alergia, ale jeszcze tego nie rozkminiłam. Sprzeczne mam dane. No i mam napady głodu, więc hormony. Na jedne wyniki jeszcze czekam. Wczoraj po nie dzwoniłam, ale nie chcieli mi nic powiedzieć. Proszę dzwonić, jak będzie pan doktor. Ależ proszę bardzo.
Zobaczyłam się rano w lustrze, trochę napuchniętą, z nabitymi zatokami, przytytą o dwa kilo i kolejny raz poczułam, że nie mam siły na wielką mobilizację. Na razie po prostu funkcjonuję. Z dnia na dzień. Perspektywa tygodniowa jest nie do ogarnięcia. Zebrałam się jakoś podświadomie i pojechałam do rodziców, którzy właśnie odjeżdżali z rowerami na Pogorię III. Przebiegłam dwa kółka, ale w tempie sporo słabszym niż to z Paprocan tydzień czy dwa tygodnie temu. Albo obmyślę jakiś porządny plan pod czerwcowy półmaraton, albo już teraz mogę zapomnieć, że w ogóle się zapisałam.
Samochód wczoraj przeszedł przegląd. Koszty naprawy plus koszty lekarzy przewyższają moje zarobki, o czym próbuję nie myśleć i się nie przejmować, a jednak gdzieś tam w środku strasznie mnie to wkurwia. Więcej wdzięczności, mniej wściekłości, więcej wdzięczności, mniej wściekłości, więcej wdzięczności, mniej wściekłości... - powtarzam sobie, aż nie zakręci mi się w głowie. Czasami działa.
Coraz częściej jak neon świecą mi w głowie słowa: jak to się wszystko stało?



piątek, 13 kwietnia 2018

naprawię Opla

Wczoraj kryzys, pierwszy od dawna. Kryzys siły, wiary, codzienności. Organizm upomniał się o cukier, pożarł czekoladę z orzechami i chciał spać. Głowa swoje, hormony swoje. Próbowałam iść pobiegać, żeby się jakoś ratować, ale Brzydal wyciągnął mnie na trening siatkarski. Zawodniczki pewnie się mocno zdziwiły: siedziałam na widowni bokiem do boiska i czytałam książkę, a zazwyczaj jestem najgłośniejszym kibicem. Ale nawet oddychać nie miałam siły.
Sporo kiepskich emocji, pytania znowu w głowie jedno za drugim, jak to się w ogóle wszystko mogło stać, co się właściwie stało, bo nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia, sen jakiś taki znowu jak prawdziwy. Nie próbuj tego zrozumieć, bo i tak nie zrozumiesz.

Nie mogę sobie pozwalać na takie słabości. Wystarczy trochę uchylić drzwi, nawet tylko na małą szparę, żeby demony natychmiast się wślizgnęły.
To tak jak w rodzinnym domu mojej przyjaciółki, która mieszkała pod Krakowem. Miała takiego pieprzniętego psa Korka, który był psem ogrodowym, a bardzo lubił wchodzić do domu.  Uchylenie drzwi na milimetr powodowało natychmiastową inwazję Korka na dom.
Teraz tak samo. Demony siedzą pod drzwiami.

Wycena naprawy samochodu trochę spadła. Postanowiłam, że nie będę się tym przejmować. Próbował mnie pocieszyć kolega z pracy: nie martw się, zrobisz tę książkę w maju, odkujesz się.

Musiałabym zrobić trzy. A i sprawa pierwszej jest na razie niepewna.

No dobrze. Poradzimy sobie. Brzydal ma nowy aparat i obiektywy z kosmosu i robi mi zdjęcia. Ale więcej robi zdjęć brudnych podwórek, nieczynnych wyciągów narciarskich, rdzy, kominów, szeroko pojętego rozkładu.

W niedzielę jeździliśmy wąskotorówką w Rudach i czułam się jak na wakacjach. Przez chwilę, ale zawsze. Mój organizm chodzi już chyba na oparach. Bardzo zmęczona fizycznie i psychicznie. Padam.

Jutro rano w planach dwa kółka na Paprocanach. Ty nie znasz umiaru! - to moja Mama. - Zupełnie jak twój ojciec!!!

Dokładnie tak.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

sprzedam Opla 2

Kurnafararara. Nie jeden amor jest do wymiany, tylko trzy. Pierwsza wycena naprawy sprawia, że urlop na Bałkanach może się szybko zmienić w urlop na Pogorii. Trójka z przodu nie robi dobrze. Obawiam się, że zarabiam mniej.
Dobrze, że zdążyłam kupić komputer.

W sobotę z Tatą dwa kółka wokół jeziora na Paprocanach. Tata, mimo że mógł znacznie szybciej jechać rowerem, to w ogóle nie tracił mnie z oczu, bo przecież jestem trzylatką na hulajnodze. Było super.

W domu poczułam przypływ supermocy i zapisałam się na pierwszy WizzAir Halfmarathon Katowice w czerwcu.

Nigdy nie igraj z dziewczyną, która biega dla zabawy 21 kilometrów. PHI!

piątek, 6 kwietnia 2018

sprzedam Opla

Kurnafara. Mój nieco ponad 2-letni piękny, czerwony, szybki, wychuchany i wygłaskany samochód nie przeszedł badania technicznego. Amortyzator umarł. Cudownie. Głowa pęka. Jestem w szoku. Ze zmęczenia padam na cztery łapy, na nos, na mordę i na twarz.

you know I tell the truth we are just the same

Cała w kawałkach.


czwartek, 5 kwietnia 2018

last.fm

Wróciłam od lekarza, drugiego w tym tygodniu. Zawsze sporo mnie to kosztuje, więc szukałam metody, żeby na szybko odreagować, zanim wyjdziemy z Brzydalem z domu. Bieganie odpadało, nie zdążyłabym się ogarnąć. Odpaliłam mój cudowny nowy komputer i nie wiem jak to się stało, ale pierwszy raz od 4 lat weszłam na mój profil na last.fm. To miejsce było kiedyś moim miejscem do życia. I nagle zniknęło. Odnalazłam listę moich ulubionych utworów, słucham ich po kolei, czasem kompletnie ich nie pamiętając, a czasem łapiąc się na tym, że przecież słuchałam ich też dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj...

Ale znajduję zapomniane, zakopane w czeluściach youtube'a skarby. Na przykład takie, od których byłam kompletnie uzależniona i słuchania ich wiele dni z rzędu po kilka godzin było absolutnie naturalne:


Kto pamięta Iowa Super Soccer? Zadymione koncerty w Mysłowicach? Kto pamięta, jak wyprzedzili o lata świetlne innych kolegów i koleżanki, którzy aspirowali do songwritingu takiego jak na Wyspach czy w Australii?



Zwariowałam. Okazało się, że nawet pamiętam tekst włoskiej wersji piosenki "Could we start again please" z Jesus Christ Superstar. Zadziwiające. Kiedyś mówiło się, że gdybym uczyła się tak szybko, jak uczę się tekstów piosenek, to już dawno byłabym władcą świata.


Dziś, chyba w ogóle w tym tygodniu, czuję się trochę gorzej. Tu kiedyś w napadzie głupawy powiedziałam przyjaciółce, że czuję się mimo wszystko w porządku, ale spojrzała na mnie z powagą i powiedziała, że to i tak jebnie, że takie rzeczy nie mogą się dziać bezkarnie, że tak się nie da.

 

Remember, whatever
It seems like forever ago

wtorek, 3 kwietnia 2018

Po świętach

Mój komputer wrócił. Czyli nie było go dłużej niż w ogóle był. Chyba działa.
Święta jak zwykle oderwane od rzeczywistości i w gruncie rzeczy szalenie męczące. Mimo że co chwilę wpada mi do głowy jakaś nowa formuła świąt, to nie wiem, czy cokolwiek innego miałoby szansę wypalić. Z zazdrością oglądam, jak kumpela moczy się w basenie w Maroku.
No i w święta zero biegania.
W Wielki Piątek zrobiłam półmaraton. Spokojnym, powolnym tempem, z powykręcanym momentami tętnem, z przerwą na izotonik i małe czekoladowe jajeczko na 12 kilometrze. I chyba tylko dzięki temu umiałam nie biegać w Święta. Nadal walczę o życie.
To przyzwoicie rokuje na mój najważniejszy start 7 października. Z daleka pachnie życiówką.
Żeby do tego doszło, dziś w laboratorium miła pani utoczyła mi z pół wiadra krwi do badań. Nie pamiętam wcześniej takiej ilości. Nie pamiętam też, żebym kiedyś tak osłabła. Nie mam jeszcze kompletu wyników. Jeden lekarz już dziś odhaczony. Jeszcze jeden hardkor w czwartek. I kolejny za 2 czy 3 tygodnie. Jak zwykle brakuje mi pokory, jak zwykle szkoda mi tej kasy.
Wolałabym odkładać na wakacje. Na spełnianie marzeń.
Przed chwilą jedno z moich marzeń przeszło mi koło nosa. Przeleciało.
W necie zobaczyłam zdjęcia z Lipska. Dziś po wielu miesiącach grzania się w hangarze w powietrze wzbił się An-225 Mrija, największy z największych samolotów świata. I przyleciał do Niemiec. A ja to przegapiłam. Jedno z moich wielkich marzeń, choć raz w życiu zobaczyć 225, przeleciało. Straciłam okazję. Świeczki w oczach, węzły w gardle, zamykam te zdjęcia ze smutkiem i jednak z nadzieją, że kiedyś gdzieś pod jakimś płotem popłaczę się ze szczęścia, jak nad głową przeleci mi 6 silników.
Dostałam propozycję świetnego, wielkiego zlecenia. Niestety moja wycena przekraczała czterokrotnie budżet zleceniodawcy, mimo że wcale nie była z kosmosu. Na razie temat umarł, ale może wróci w jakiejś szczątkowej formie i jednak będę mogła odłożyć na wakacje. Albo na banzynę do Lipska.

niedziela, 25 marca 2018

biegnę Harpagana

Do pierwszego startu podchodzę spokojnie, bo przecież jestem u siebie, znam każdą z tych ulic i wiem, czego się spodziewać. Z drugiej strony po tym, jak odcięło mnie od zasilania kilka dni temu już na czwartym kilometrze, trudno przewidzieć, w jaki sposób mój poturbowany organizm zareaguje.
Wywalam na łóżko wszystkie moje biegowe ciuchy, których przez te dwa lata uzbierała się niezła sterta. Niby ma być 6 stopni, ale wieje. Niby niebieskie niebo, a termometr ani drgnie. Na starcie kilka znajomych twarzy.
Niby wiem, że życiówka jest niezagrożona, że nie mam szans, a jednak nie uśmiecha mi się dobiec gdzieś w ogonie ogonów. Chociaż wyniki z zeszłego roku nie pozostawiają złudzeń: to, co jest poza zasięgiem 99% ludzi, których znam, na takich zawodach daje mi miejsce gdzieś w okolicach miejsc 700-750 na 900 osób. Biegnie się świetnie, pierwsze kilometry z podbiegiem na Wawel spokojniej, później już petarda, poniżej 6:0. Starym sposobem już po 2, 3 kilometrach zaczynam wyprzedać tych, co wystartowali zbyt szybko. I tak już będzie do końca. Wyprzedzałam jeszcze nawet na stadionie, jak robiłam to ostatnie kółko i myślałam, że nie dolecę, że mnie to ostatnie kółko pokona, mimo że zrobiłam ich tam zimą dziesiątki. Dobiegam. Faktycznie jestem w tym zakresie, o którym myślałam.
Po chwili pipczy moje endomondo: dyszka pękła w mniej niż godzinę. Koleżanki, z którymi biegłam, dobiegają 2 minuty i 6 minut po mnie. Ściskamy się mocno i dwie godziny jeszcze gadamy na stadionie, plotkujemy, cieszymy się, medale są przepiękne! Tętno z kosmosu - cały dystans między 180 a 190, ale czuję się przyzwoicie. Szczęśliwa na mecie. Fotki z rodzicami. Ten start dużo dla mnie znaczył: to znak, że moja wydolność może wróci za kilka tygodni, a może za kilka miesięcy. Dyszka mniej niż godzinę to ładny wynik i wiem, że tego dnia nie mogłam bardziej docisnąć.
Popołudniu wychodzimy z Brzydalem na 10-kilometrowy spacer, na obiad, na ciastka, na testy nowego obiektywu. Chce się jeść, chce się biegać, chce się żyć.

sobota, 24 marca 2018

słoik


Pan Mieczysław 2

Po 3 godzinach w sądzie rozsadza mi głowę. Nie mówię już nawet, że nie widziałam wcześniej ludzi w kajdanach na rękach, w kajdanach na nogach i w kajdanach łączących te kajdany. Wychodzę na zewnątrz, chłód działa kojąco, jadę do Katowic. Jest południe.
W centrum parkuję przez przypadek w innym miejscu. Jestem tam cztery godziny później niż zwykle. Wysiadam z samochodu, zbieram wszystkie swoje zabawki, grzebię w bagażniku, zamykam klapę z hukiem. I nagle przed nosem wyrasta mi jak duch Pan Mieczysław. Dokładnie ten sam Pan Mieczysław, który zatrzymał mnie w sobotę w miejscu, gdzie biegałam pierwszy raz, inną stroną ulicy, kompletnie bez sensu, przy głównej drodze. I teraz tutaj, w innym mieście, o godzinie zupełnie przypadkiem wybranej, na ulicy, gdzie nigdy nie parkuję. Przywitaliśmy się serdecznie i jak starzy znajomi opowiadaliśmy sobie, jak minął nam czas od soboty. Pisanie, że to nieprawdopodobne, będzie strasznie banalne, a jednak właśnie tak było - nieprawdopodobnie. Dzień odrobinę uratowany.
Później zadzwonił niespodziewany telefon. Kilka miesięcy temu pracowałam nad świetną książką. Pracowało się dobrze, choć w ogromnym pośpiechy, bo książka jednocześnie się pisała, redagowała, poprawiała i składała. Efekt jest piorunujący, a jak widzę ją czasem w księgarni i odnajduję swoje nazwisko, to piszczę z radości. Ale coś było w moim odczuciu nie tak: od kiedy książka poszła się wydrukowała, mój zleceniodawca się już nie odezwał. Oczywiście byłam pewna, że coś zdupiłam, tylko że instytucja jest zbyt miła i grzeczna, by mi to wytknąć. No nic, szkoda. Ze strachu tylko raz otworzyłam książkę i odstawiłam na półkę. I dziś ten telefon. Bo będziemy wydawać książkę w czerwcu i dyrektor pyta, czy ma pani czas wtedy i wtedy. I czy mogłaby pani wysłać swoją notkę biograficzną, żebyśmy mogli wysłać do ministerstwa. Tak!!! Może coś z tego będzie. A nawet jeśli nie, to już mam fun, że znów mnie ktoś chce.
Po pracy uznaję, że trzeba to jakoś wybiegać, tylko bez szaleństw, bo wieczorem jeszcze teatr. Wychodzę. Na 4 kilometrze odcina mi zasilanie. Nie mogę zrobić kroku. Jednak różni się bieganie na wkurwie (dobrze idzie) od biegania na stresie (nie idzie). Próbuję jeszcze podbiec kawałek, ale jestem na Zagórzu, kawał drogi, to, że ten kawałek podbiegnę, nic już nie zmieni. Nogi jak z drewna, zupełnie nie moje, jakoś dziwnie albo nie reagują, albo podbijają się bez ładu od ziemi. Spuszczam głowę i wracam do domu pieszo. Oczywiście marznę, bo dres już wilgotny, słońce zachodzi, wieje wiatr. Mój zegarek informuje, że pobiłam rekord na jedną milę. Świetnie, świetnie... A teraz wracam spacerem i końca drogi nie widzę... A może to wina tego cukru? 11 dni bez cukru. Wchodzę do domu i w tych wszystkich ciuchach wyciągam z lodówki słoik dżemu agrestowego i pożeram połowę tego co tam było. Inaczej myślę, że bym tam zemdlała, a wtedy Brzydal na pewno nie zabrałby mnie wieczorem do teatru. Nie warto. Agrest zadziałał.
Po teatrze, który urwał mi głowę, jak zwykle kupujemy gorący chleb na Wawelu i odkapslowujemy dwa piwa. Długo siedzimy przy kuchennym stole i jakoś próbujemy to wszystko poukładać. Od tych ludzi w kajdanach po ten spektakl. Przenieśmy się lepiej, bo zaraz mnie znowu odetnę - mówię i mam rację, bo po chwili nie wiem już, w gdzie jestem.

wtorek, 20 marca 2018

Pan Mieczysław

No jasna dupo... to nie tak, że to ja nie trafiałam w spację. To spacji wina.
Po pół roku dumania i trzech miesiącach zbierania hajsu, nowym kompem cieszyłam się tylko kilka dni. Czekam na kuriera, który zabierze go do sanatorium i uzdrowi.

W sobotę w śniegu, mrozie i po lodzie przedymałam 12 km. Zaczepił mnie pan Mieczysław, lat 71, 5% wzroku. Po kilku minutach rozmowy mało nie zamarzłam, ale warto było. Dziękuję opatrzności za te kilka minut z panem Mieczysławem, który o godzinę za wcześnie przyjechał na wystawę kolei w miniaturze. I chodzi codziennie minimum 9 km.

Jestem tak zarąbana robotą, że aż nie mam czasu spotkać się z nowym klientem, tym co uważa, że jestem boginią korekty.

Ale miałam czas dwie godziny zapadać się w poduszkach z Brzydalem na perskim podeście w herbaciarni Czajnik w Zabrzu i leniwie sączyć napar z mango. Jak na wakacjach.

Badania nadal poza normą.

Dziewiąty dzień bez cukru.

piątek, 16 marca 2018

przenosiny

Trochę już oswoiłam mój nowy komputer. Najtrudniejsze na razie okazuje się trafienie w spację...
Dorosłam też do przenoszenia elementów mojej przeszłości do teraźniejszości. Skończyłam dzisiejsze korekty i odpaliłam starą piekielną machinę, którą wymusiłam na rodzicach na ostatnim roku studiów straszeniem, że inaczej nie napiszę pracy magisterskiej. Katalog po katalogu - wywalanie. Taki był plan. Do czasu. Brzydal tylko dolał mi wina i zniknął w kuchni.
Po dłuższej chwili, gdy od śmiechu traciłam oddech, wrócił. Przyłapał mnie na wysyłaniu maila do przyjaciółki ze studiów, do którego dołączałam kilkadziesiąt załączników ze zdjęciami jednego z naszych wykładowców. Tak, coś tam było w przeszłości, choć w gruncie rzeczy niewiele. Wśród tych zdjęć m.in. fotki robione mu komórką na korytarzu, jak wydawało się nam, że nie widać. Fotki z żoną, która w końcu powiedziała, co o tym sądzi. Fotki z wakacji. Z pracy. Z wykładów. Ze spotkań. Skąd ja mam ten katalog? Pewnie dla beki już kiedyś go ode mnie dostała, na przykład na urodziny. No to teraz dostanie drugi raz. Na razie milczy.
Znalazłam też taki kolaż, na którym jest nasz nauczyciel of wuefu z liceum oraz moja ówczesna najlepsza przyjaciółka. Tam niby miało coś być, ale nie poszło. I z tym zdjęciem wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że nauczyciel już sam się skolażował: ciałona surfingu nie jest jego, a głowa i owszem. A przyjaciółka na swoim na głowę naciągniętą ma rajstopę,co umożliwiało wręcz niebywałe modelowanie twarzy, a w ręku dzierży woreczek z herbatami - fotka z naszych wspólnych ferii milion lat temu. O wieloletnich przyjaźniach trudno mi już cokolwiek powiedzieć: mimo że latami byłyśmy nierozłączne, teraz trudno raz na pół roku zamienić kilka zdań. Wygrzebałam spod ziemi jej stary adres mailowy i wysłałam tę fotkę z wuefistą i rajstopą. Się zdziwi.
Znalazłam też całą sesję zdjęciową, jak kupiliśmy babci wózek i jechaliśmy na pierwszy spacer. Babcia, tata, Rubel - beagle i ja. Ważę tam co najmniej 90 kilo. Zwariowałam ze śmiechu. Przyszedł Brzydal, popatrzył, bez słowa pocałował mnie w czubek głowy i wrócił do kuchni.
Work inprogress. Pieprzonaspacja.

czwartek, 15 marca 2018

bogini

Nowy Klient zjawił się nagle. Coś go tknęło i zatrzymał druk katalogu ze swoimi niszowymi produktami. Poleciła mnie graficzka.
Dostałam plik do zerknięcia, bo okazało się, że jakiś dywiz zniknął, a może nawet trafi się jakaś literówka.
Ja korekty zawsze chętnie. Wprawdzie padam na pysk, ale korekty - jak pacierza - nie odmawiam.
Pierwsze czytanie przyniosło 35 poprawek na 24 niewielkich stronkach. Wysłałam późnym wieczorem. Drugie czytanie - 10 poprawek.
W nocy nadeszła odpowiedź: "Jesteś boginią korekty. Nie wiem, jak to możliwe, że tylu byków nie wyłapałyśmy". TAK!!!

poniedziałek, 12 marca 2018

Dell


I bardzo dobrze, tak ma być.
Nowy komputer to nowa przygoda. To nowe życie, od tego pierwszego uruchomienia. Czas start dla nas razem. Przedłużenie moich rąk i dodatkowy magazyn dla mojej skołatanej głowy.
Zawsze się na początku wydaje, że jak to, tak pusto? Trzeba natychmiast przenieść wszystkie stare pliki. Stop. STOP.
Po co mi to? Jakieś zakurzone graty, zdjęcia, na które kiedyś tam dobrze się patrzyło, nigdy nieprzesłuchane albumy przekopiowane z cudzych pendrajwów, pieron wie po co, maile jakieś kilkuwyrazowe, co kiedyś zatrzymywały akcję serca, a teraz nie ma nawet po co ich otwierać.
Chcemy, aby wszystko było dla Ciebie gotowe. Dzięki!
Teraz będę ten terabajtowy świat zapełniać sobą.

piątek, 9 marca 2018

A po nocy...

A po nocy przychodzi dzień, a po piątku weekend.
I znów na kolana w barze bez nazwy wpycha mi się znajomy bokser. I znowu małe piwo w ogóle się nie opłaca. I na Wawelu w piekarni gość z zaplecza przynosi kosz chleba. A na plecach ma wytatuowany wyraźny, unerwiony kręgosłup.
Herbata w kubku z Sarajewa. Spada mi na ziemię znaczek ze stulecia rzezi Ormian. Planujemy wyjazd do Sanoka, zobaczyć pracownię Beksa. Ciągle jestem w tych wszystkich miejscach. Codziennie w Baku, w Mostarze, na lodowcu i w Belgradzie. Rzeczy, dźwięki, zapachy. Jak wytatuowane. Jak kręgosłup. Trzymają mnie wyprostowaną.
Anywhere with you could be New York... dziewczyny z BOY zawsze dobre.
To był taki tydzień, że poniedziałek był cały z dupy, a każdy kolejny dzień nadal był poniedziałkiem.
Ale teraz to już nie ma znaczenia.

środa, 7 marca 2018

zapisy na Silesię 2018

Ruszyły zapisy na Półmaraton Silesia 2018. Nie ma na co czekać. Po chwili byłam już zapisana i opłacona. W skrzynce pojawił się mój numer startowy.
Do 7 października wszystko może się zmienić. Absolutnie wszystko może się wydarzyć. W związku z tym wierzę, że do tego czasu nie tylko wyzdrowieję, ale też odzyskam formę, i to w nawiązką. Mam 7 miesięcy, żeby stanąć na nogi i pobiec szybciej, niż w moim pierwszym oficjalnym półmaratonie. Chciałabym podejść do tego w mniejszych nerwach, niż w poprzedniej edycji. Stresowałam się i wiem, że pobiegłam asekuracyjnie, że mogłam jeszcze urwać kilka minut.
Nie zapomnę tego uczucia, kiedy wbiegałam na Stadion Śląski. Już z daleka słyszałam ten ryk z trybun, niósł mnie przez ostatnie dwa kilometry, ostatni kilometr, ostatni zakręt na niebieskiej bieżni.
Nie zapomnę też pierwszej myśli po przekroczeniu linii mety: "dewolaja. z frytkami. pod młynem";).
Nie zapomnę ludzi, którzy walczyli obok mnie na trasie i tego, jak wyprzedzałam jednego po drugim na długim podbiegu pod budynek telewizji.
Nie zapomnę, jak dzień przed pojechałam do Silesii po pakiet startowy. Byłam tak znerwicowana, że siedziałam w samochodzie na parkingu i wyłam ze strachu. Jak już się wypłakałam, byłam gotowa do startu.
Chyba ustawiłam się za bardzo z przodu w mojej strefie startowej. Teraz stanę dalej.
Na palcu miałam napisane niebieskim długopisem DON'T PANIC. W razie potrzeby zerkałam na ten długopisowy tatuaż i od razu było lepiej. Ja nie przebiegnę?
I teraz, dzisiaj, kiedy od 2 miesięcy nie ze swojej winy jestem wrakiem i cieniem dawnej silnej mnie, zapisuję się na moje najważniejsze zawody w tym sezonie. Nie wiem, czy uda mi się przebiec dychę na zawodach 25 marca. Jeśli tak, to myślę, że mój organizm otworzy jakieś zapomniane pokłady energii i da mi siłę, żeby o siebie walczyć.

poniedziałek, 5 marca 2018

tabata

Tabata jest intensywnym treningiem interwałowym. Ćwiczenia angażujące duże grupy mięśni wykonywane są na wysokim tętnie. Nawet wtedy, gdy jest się w formie, gdzieś w połowie cyklu przychodzi nagłe osłabienie. I zaczyna się walka.
Ostatni raz byłam na zajęciach przed świętami. Później chciałam odpocząć przed feriami, później rozwaliłam nogę, jeszcze później straciłam wydolność oddechową i krążeniową. Trochę to trwało, zanim w ogóle pomyślałam, że mogę spróbować wrócić.
I dziś wróciłam. Z jednej strony euforia, że w ogóle tam jestem, a z drugiej tragedia, w jakim ja jestem stanie. Jak strasznie daleko wydaje się ta dziewczyna z grudnia. Jak ekstremalnie jest kimś innym. Już po kilku minutach zajęć umieram, tętno kosmos, mięśnie nie istnieją. Nie opuszcza mnie wrażenie, że walczę o życie. Osiem, siedem, sześć, pięć… W sumie tak właśnie jest. Walczę do końca. Naciągam się daleko poza granice bólu i wiem, że jutro nie wstanę. Jeśli boli, to wiadomo, że jeszcze się żyje. Cztery, trzy, dwa... Osiem...

niedziela, 4 marca 2018

Bridget



Nerwowy ten weekend. Nie umiałam się zresetować, okoliczności niespecjalnie pomagały.
Chociaż Płomień w świetnym stylu wygrał wojnę z Szóstką Mielec.
Chociaż eksplorowaliśmy Orava Snow, z poświęceniem poznając wszystkie trasy po kolei.
Chociaż po tym walnięciu łbem o stok mogło mi się wszystko od nowa poukładać, a tak to niestety tylko głucho huknęło.
Dopiero wieczorem przez przypadek trafiłam na Bridget. Nigdy nie byłam ekstremalną fanką filmu, ale przyznaję, że gdy miałam 13 lat, przeczytałam obie części po 40 razy. Nie żartuję. Czytałam jedną, później drugą, a później znów tę pierwszą, i znów drugą… Bridget była dorosłą kobietą, pracowała w fajnych miejscach, miała pieprzniętych przyjaciół, odstawała od normy i szukała dla siebie miejsca. A ja miałam 13 lat i nie mogłam się od niej oderwać. Hm.
I teraz nagle przez przypadek ten film. W tym czasie, w tym bajzlu, z tym kołtunem myśli i złych emocji. I ta jedna scena, w której Bridget mówi, że ma 33 urodziny. Gapiłam się w telewizor i myślałam, że to nieprawdopodobne, że nagle i niespodziewanie stałyśmy się rówieśniczkami. Że za chwilę będę nawet starsza niż Bridget Jones. Niby nic poważnego, ale dopiero teraz umiałam spojrzeć na nią jak na koleżankę. Oczywiście ze śmiechu rżałam jak koń. Weekend uratowany.

piątek, 2 marca 2018

So when the music is over will I finally get my answer?



Or I could follow you
Into the wild
You'd know your way in the woods
You'd read the wind and find places to hide
We'd live with the animals
We'd play by the fire
And maybe from time to time
Under white starry skies
I'd dream of lightbulbs
And hands that kept me warm in another life
My heart it races
And my mind cannot catch up
It lives in two places
It runs through doors that should be shut

Or I could stay right here
Watch you from behind
Wave 'til your ship's left my harbor
Embrace the edges of love and my beautiful life
I'd play with the animals
I'd sit by the fire
And maybe from time to time
I'd spot your face in the flames when I get tired

My heart it races
And my mind cannot catch up
It's all over two places
It runs through doors that should be shut
My head's asking questions
My heart's a determined dancer
So when the music is over
Will I finally get my answer?