sobota, 1 kwietnia 2017

TomTom

No dobrze, skoro już jesteśmy przy przełomowych zakupach, to poza dżinsami w ludzkim rozmiarze (a nie w rozmiarze pokrowca na cepelin) kupiłam jeszcze coś, na co miałam długi czas ochotę i czego przez wiele miesięcy sobie odmawiałam (i nie chodzi o marcepan).
Jako że wróciłam do biegania i drugi raz niespodziewanie przebiegłam dystans półmaratonu (trochę przypadkiem, bo tego nie planowałam), zdecydowałam się na zegarek, który będzie za mną nadążał. Po kilkudniowym procesie gmerania w sieci, czytania opinii i oglądania zdjęć zdecydowałam się na TomTom Spark Music+Cardio. Wygląda zupełnie niepozornie, a pod skorupą kryje wszystko to, czego potrzebuję, a nawet więcej: czułego GPS-a, miejsce na 3 GB muzyki, bezprzewodowe słuchawki, krokomierz, pulsometr z nadgarstka, pomiar dziennej aktywności i kontrolę dziennych i tygodniowych celów (kalorii, kroków, odległości, czasu), świetną aplikację, intuicyjną obsługę i dużo radości...
Za mną kilka treningów biegowych, kardio i siłowych. Moje maleństwo elegancko się sprawuje i nie robi niespodzianek (wprawdzie na pierwszym bieganiu jakość połączenia słuchawek z zegarkiem pozostawiała sporo do życzenia, ale po 2 km trzeszczenie ustało i raczej nie wraca - ktoś ma jakiś pomysł?).
Kontrola tempa dała mi takiego kopa, że 10 km przebiegłam 4,5 minuty szybciej niż jesienią. Warto:).
zł.

piątek, 10 marca 2017

40

Czy wspominałam może, że pierwszy raz w życiu kupiłam dżinsy w rozmiarze 40? Czwarty rozmiar w dół. Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę nosić slimy...
zł.

czwartek, 9 marca 2017

opowiadania

Trochę się pozmieniało. Od dwóch miesięcy jestem szczęśliwym pracownikiem Innej Firmy. Inna Firma sama mnie chciała i wciągnęła. Inna Firma dała mi zadanie bardzo po linii mojego wykształcenia, ale za to w branży kompletnie po innej linii. Odległej i obcej, na której można łatwo wywinąć orła. Nie przeszkadzało mi to w poważnej renegocjacji stawek i w strojeniu poważnych min. Na razie się trzymam i mam z tego wiele radości. Próbuję nie doprowadzić do kolizji Pracy Numer 1 z Inną Firmą, choć co chwilę mijają się jak dwa rozpędzone pendolino. Chociaż w moim przypadku raczej jak zatłoczone azjatyckie rozklekotane składy, na których ludzie wiszą jak lemury i zawsze odchodzi się z cudzą walizką. A już najbardziej widzę tu takie pociągi jak w "Życie jest cudem" - z orkiestrą dętą, z wąsatymi facetami w kapeluszach, lejącą się z butelek wprost do gardeł rakiją, strzelaniem w powietrze i dymkiem z samorobotnych piecyków, na których pieką się cevapi. Tak to widzę.

Jednym z najdziwniejszych elementów niedawnej przeszłości był pewien koncert, który na pewno warto tu zapisać, żeby kiedyś przypomnieć sobie ten konglomerat dziwadeł. Byliśmy z Brzydalem w Rialcie na wspomnieniowym koncercie, który był hołdem dla niedawno zmarłego człowieka, związanego z regionalną sceną muzyczną. Obracaliśmy się w tych samych kręgach, ale znaliśmy się ledwo ledwo. Tylko raz siedzieliśmy przy wspólnym stole. Ten człowiek opowiadał wtedy, jak jego nieżyjąca od lat babcia nie pozwalała mu sprzedać mieszkania i jak on rozmawiał z babcią na ten temat, jak ją przekonywał i co robił, aby babcia się z zaświatów zgodziła i aby mieszkanie można było sprzedać. Brzydal siedział oniemiały i patrzył na rozsypane niedbale z woreczka runy na drewnianych krążkach. Słuchał o okadzaniu kątów szałwią czy innym zielem, a oczy robiły mu się coraz większe i większe. Głaskałam go pod stołem po kolanie, żeby go uspokoić i żeby mieć pewność, że czegoś nie wypali. A ten uśmiechnięty olbrzym po drugiej stronie stołu wierzył we wszystko co mówił. Unikat.
No i teraz po jego śmierci zebraliśmy się wszyscy na widowni. Było kilka zespołów, które znaliśmy, ale też kilka zupełnie dla nas znikąd. I mimo że smutno było jak diabli, to dawno się tak nie uśmiałam. Wyszedł pewien zespół, który składał się z dwóch wielkich włochatych muzyków, brodatych, zasępionych i przygarbionych. Jeden z nich grał na długim drewnianym drągu, a drugi na aktówce akwizytora, która działała jak akordeon. W połowie pierwszego utworu, nieprzytomnie długiego i nieznośnego, zorientowaliśmy się, że jeden z włochatych to jednak włochata. Brzydal obok mnie powiedział, że tramwaj hamujący na mokrych torach pod wiaduktem milszy jest dla jego uszu niż to, co płynęło ze sceny, a ja nie umiałam nie przyznać mu racji. Uparcie twierdził też, że to wszystko moja wina, i też nie umiałam zaprzeczyć. Chichotałam w szalik i bałam się, że ktoś mnie wywali za drzwi. Po pierwszym kawałku grająca pani powiedziała, że czas na drugi utwór, który będzie znacznie dłuższy od pierwszego. Brzydal prychnął i parsknął, trochę tak jak Adam Michnik, który na filmie na youtube uwalnia demona.
Przez ostatnie 16 lat byliśmy na niezliczonych koncertach, ale ten krótki występ w Rialcie był najpotworniejszy ze wszystkich. Przed końcem chcieliśmy się zmyć, bo padaliśmy na pyski, poza tym wspomnienie tego jednego zespołu zakłócało nam odbiór innych - byliśmy wstrząśnięci. Wychodzenie cichaczem w ogóle się nie udało. Tego dnia po dwumiesięcznej przerwie poszłam pobiegać i pyknęłam od razu 11 km. Wszystko super, tylko wieczorem nie zginały mi się kolana i schodząc po schodach wyglądałam jak rycerz, któremu się zbroja nie zgina. Poza tym rżałam ze śmiechu, a z oczu płynęły mi łzy, zabierając ze sobą cały misterny wieczorowy makijaż. I tak oto zobaczyli mnie ludzie w hallu: na sztywnych nogach, niemogącą zejść, śmiejącą się z tych dwóch włochaczy i płaczącą ze śmiechu jak czubek. Do zapamiętania.

Jak już napisałam, wracam do biegania. Na razie popołudniami nadal jest ciemno, ale w soboty do południa biegam te poczciwe jedenastki. Jak rasowy korposzczur wyrobiłam multisporta i regularnie chodzę na zajęcia cardio i wzmacniające. Chciałabym się nie rozczarować tym, co robię czwarty miesiąc, gdy wrócę do biegania co drugi dzień.

Poza tym próbujemy nauczyć się żyć bez Babci. Bywa bardzo różnie. Dziś byłam u niej w pokoju, coraz bardziej pustym. Rodzice oddają ubrania, pościel. Zabrałam stamtąd sznur wściekle zielonych korali, które kupiłam Babci w jej kochanym Lwowie, na jarmarku świątecznym pod teatrem. Cieszyła się nimi i długo pamiętała, skąd je ma. Chciałabym jeszcze w tym roku pojechać do Lwowa z Mamą, chociaż im dłużej o tym myślę, tym mniej jestem przekonana, że jesteśmy na to gotowe.

Jak zaczynałam tę nową pracę, powtarzałam sobie w głowie to, co zawsze powtarzała mi babcia: ty nie jesteś byle kto, tylko moja wnuczka. To już prawie trzy miesiące, ale to wszystko w ogóle nie blednie. Wystarczy hasło i od razu wszystko wraca. Jak w tym tekście ze studiów, co do teraz nie wiem, czyj on do diabła jest.



Opowiadanie I, pt. „Rozpad”: Rozpadłem się.
         Opowiadanie II, pt. „Pamięć”: Przypomniałem sobie.
         Opowiadanie III, pt. „Powrót”: Wróciłem.
         I tak dalej.
         Opowiadania są krótkie, ale treściwe. Nie trzeba wertować. Zdanie ostatnie zawarte jest w zdaniu pierwszym. Duża oszczędność czasu. Kogo obchodzi reszta. Te wszystkie kartki pomiędzy. Każdy ma swoje. Opisy, spisy, zapiski. Dawno przeczytane.
         A że rozpadłem się? Przypomniałem sobie? Wracałem? Któż tego nie zna! Wystarczy hasło: skrót, tytuł, bzdura. I od razu wszystko wraca.
         Przypomina się. Rozpada.
         Komu nic to nie mówi, ten i tak nie pojmie. Choćby nie wiem jak wertował. Te wszystkie kartki pomiędzy. Nie pojmie, co to znaczy. Rozpadać się, przypominać sobie, wracać. I tak dalej.


środa, 1 lutego 2017

16 lat

 Pół życia razem. Cudnie!

sobota, 28 stycznia 2017

Dr Misio w Bielsku-Białej

Nie do końca było pewne, że dotrzemy na ten koncert. O 20 mieliśmy być w Bielsku, a o 19.30 Brzydal jeszcze kończył jeść kanapkę w domu. Wiarygodne źródła poinformowały nas jednak, że zdążymy. Jedziemy. Minus 12 za oknem, a w głowach coraz cieplej na samą myśl o tym, jak bardzo lubimy to, co ma się wydarzyć. Godzina w drodze.
Zdążyliśmy. Z pierwszymi dźwiękami "Metra" wydałam z siebie głośny pisk i nic nie zostało z zapewnień, że przecież nie mam już 16 lat, tylko dwa razy tyle, i że wyrosłam. Pieprzenie. Nie wyrosłam. Z każdym koncertem utwierdzam się w przekonaniu, że dopiero dorastam.
Za nami cudowny, głośny, rockowy wieczór, nowe kawałki z trzeciej płyty, darcie mordy, przepychanie się do barierek i oczywiście - i co najważniejsze - pogo w tłumie na wpół rozebranych roztańczonych facetów:). Za nami dedykacja - nasz ulubiony "Powstaniec" idealny na naszą 16 rocznicę, która już za kilka dni. Oficjalna informacja, że to dla nas zespół opóźnił koncert. Uścisk dłoni, taniec, śpiew i energia, którą uwielbiam każdą komórką mojego ciała. Za nami dancingowe tańce do "Pudelka" i oczywiste fochy na insynuacje, że nawet ładne dziewczyny chcą tylko wyjść za mąż.
Lubimy ten klub, gdzie zespół jest na wyciągnięcie ręki, akustyka nienaganna, a ludzie wiedzą po co przychodzą. W naszym nudnym mieście taką funkcję przez chwilę pełnił 2Doors, gdzie przeżyłam fenomenalne 30 urodziny z Doktorem Misiem, ale niestety 2Doors padł. W Bielsku RudeBoy najwyraźniej ma się dobrze i mamy nadzieję, że nadal tak będzie. Dziś Misio gra w Wiatraku w Zabrzu. Także tam byliśmy na ich koncercie, ale mimo całej kultowości tego miejsca to bielski klub bierze pierwsze miejsce. Za bliskość, za kontakt, za skrócenie dystansu do minimum. Choć tak do końca nie mam pewności, że nie wylądujemy dziś też w Zabrzu...
Czekam na nowy album "Zmartwychwstaniemy". Marzę o nowym albumie i nie mogę się doczekać. Tytułowy kawałek, "Mordor", "Hejter", "Pismo", "Państwo" i "Ochroniarz" wróżą piękną rzecz o ważnych, aktualnych sprawach. Spójną i zaczepną, szorstką i męską. Wpadającą w ucho i siedzącą w głowie.
Czasami wydaje mi się, że żyję.


Próbuję się doliczyć tych koncertów... Pasja w Dąbrowie, teatr w Kato, dwa razy Rudeboy w Bielsku, 2Doors w Sosnowcu, Wiatrak w Zabrzu, Szuflada w Chorzowie... Chcę jeszcze.

niedziela, 15 stycznia 2017

Kitzsteinhorn 2017

Co to jest Kitzsteinhorn? Wolność. Przestrzeń. Piękno. Respekt. Radość. Prędkość. Miłość. Zmęczenie. Granice. Ból. Mróz. Biel. Biel tak wszechobecna, że można stracić orientację. W którą stronę właściwie jadę? Gdzie zaczyna się niebo?
To 3203 monumentalne metry skał, śniegu i  lodu.
To 164 kilometry przejechane w 6 dni.
To pierwszy raz w życiu przekroczone 70 km/h. 70 NA GODZINĘ NA WŁASNYCH NOGACH.
To poranny pośpiech i nadchmurna niewiadoma.
To wspólne plany, wspólne cele i wspólna realizacja.
To radość i wolność tak wielkie, że nie do ogarnięcia.
To cząsteczki adrenaliny wielkości arbuzów.
To wiara w siebie i zaufanie sobie.
To widoki tak oszałamiające, że nie można oderwać wzroku.
To strach przed naturą. Przed odstrzeloną lawiną, nagłym załamaniem pogody, puchem sięgającym połowy uda.
To wyłączanie bezpieczników i kontrola nad każdym włókienkiem każdego mięśnia.
To łzawiące oczy i piekące nogi.
To sztywniejące z zimna rękawiczki i zamarzająca wprost na twarzy kominiarka.
To jedyne w swoim rodzaju uczucie rozdziewiczania porannego sztruksu, który czeka tylko na nas.
To samotność na pustkowiu i sto wyborów.
To świadomość, że szkoda czasu, żeby zrobić sobie chociaż 10 minut przerwy.
To tęsknota ostatniego zjazdu.
To koszmar i trwoga w miejscu pamięci ofiar wielkiej katastrofy w Kaprun. Myślę o nich codziennie.
To pyszne jedzenie i leżenie jak foki, spacery ze sznapsem, kabanosy i kulki Mozarta.
To najlepsze, co można robić.
To czas, który niesie sens, ukojenie i spokój.
To zestaw myśli i emocji, który układa w głowie, nadaje dystansu, wyostrza to co ważne i kasuje to co zbędne.
To dni, na które absolutnie warto czekać cały rok. Czekam znów. 11 i pół miesiąca. Pojedziemy znów. Musimy. Góra wzywa.



















sobota, 17 grudnia 2016

Babcia Nela

Nie potrafię nic napisać, ale chcę, żeby tu była.

niedziela, 11 grudnia 2016

Nowa Osada. Coockie Monster Attack.

Zeszłotygodniowy Stożek zaostrzył nasze apetyty na śnieg. Mimo 8 stopni na plusie za oknem, zapakowaliśmy się do samochodu i przed 10 zameldowaliśmy się na Nowej Osadzie. Na początku było spokojnie i nobliwie, ale im dłużej byliśmy w ruchu, tym bardziej rosły nam we krwi cząsteczki adrenaliny i fenyloetyloaminy. W 4 godziny zrobiliśmy 20 kilometrów w 22 zjazdach. Ale byłam bardzo powściągliwa i nie przekraczałam 40 km/h. po korekcie wiązań nowa deska coraz bardziej moja.

Ja: Mamuś, ta deska to jest szatan.
Mama: No to pasujecie do siebie.

Amen.

niedziela, 4 grudnia 2016

Stożek. Strzeżcie się, Kot wrócił!

Stożek po raz pierwszy, start! Poważne testy nowej deski, butów, wiązań i ciuchów. Testy łańcuchów śniegowych. Wielka radość na stoku i kilka godzin na odreagowanie trudnego tygodnia. Śniegowa euforia, a to tylko 2 godziny - tak na dobry początek.






piątek, 2 grudnia 2016

Roczek biegowy

Dokładnie rok temu poszłam pobiegać.
Wychodziłam tak 134 razy. Przebiegłam 835 kilometrów.
Zrzuciłam 11 kilo.
Przybrałam 2.
Trochę się zmieniło. Trochę dużo. W ciele i w głowie.
Zadowolona i zdziwiona sama sobą.

czwartek, 24 listopada 2016

Nie żyje Abid Jasar

Trudno myśleć o Abidzie w kategoriach przemijania. Sprawiał wrażenie, jakby był zawsze i na zawsze miał zostać. W Sarajewie, w Ilidży, tuż przy Tunelu, którego był współtwórcą.

Poznaliśmy się w lipcu tego roku. Spędziliśmy razem godzinę, może półtorej. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy się znali zawsze i jakbyśmy się mieli znać już zawsze. Spotkanie z nim sprawiło, że absolutnie obowiązkowym punktem programu przyszłorocznych wakacji było "wrócić do Sarajewa i spędzić 3 dni z Abidem". Jeździć razem, chodzić razem, pić rakiję i rozmawiać o tym, co kiedyś, teraz i później.

Pamiętam, jak tłumaczył nam, dlaczego trzeba fuck all the politics i jak kiedyś przez przypadek uczył tej życiowej prawdy amerykańskich polityków. Dlaczego trzeba szanować każdego człowieka, bez względu na wiarę. Jak mówił, że bycie muzułmaninem w ogóle nie przeszkadza mu w codziennym rakija time. Mówił też, że audi to audi, a skoda to szkoda. Że jak się jest kierowcą, to nie można pić, a jak się jest zawodowym kierowcą, to można. Że w oblężeniu zginęło ponad 120 osób z jego rodziny. Że dyplom, który dostał od jakiejś fundacji za pracę przy tunelu, może spalić czy potargać, bo nie ma dla niego żadnej wartości. Że nikt z rządu ani z wojska nigdy mu za nic nie podziękował. Że w Bośni nie może być dobrze, dopóki prezydent Republiki Serbskiej w Bośni mówi w mediach, że nienawidzi Bośniaków. Że w Bośni dalej siedzą polscy żołnierze i że wszystkim misjom zawsze chodzi tylko o kasę.

 

A tutaj to, co napisaliśmy w lipcu:

Tunel. To, co najważniejsze w tunelu, znajduje się poza nim. Stojąc na wprost wejścia trzeba iść kilka metrów prawo, by znaleźć sklepik z pamiątkami prowadzony przez jednego z budowniczych tunelu. Abid Jasar jest wielkim bohaterem, który zagaduje turystów i opowiada prawdziwą historię swojego życia i tunelu, który budował z kolegami podczas oblężenia. Spotkanie z Abidem, tak jak spotkanie z Farisem, było dla nas najważniejszym doświadczeniem z Bośni. I to dla nich dwóch będziemy musieli tam wrócić, by spędzić z nimi więcej czasu, by się nie spieszyć, by z nimi zwiedzić miasto i słuchać ich historii, które dla nich są absolutnie codzienne i prozaiczne, a dla nas są świadectwem wiary, pracy, człowieczeństwa, odwagi i nieugiętej woli przetrwania w mieście i kraju tak potwornie dotkniętym przez historię.
 
Bardzo za Tobą tęsknimy, Abid. W lipcu przyjedziemy do Sarajewa, zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło, mimo że nasze Sarajewo i nasza Bośnia zmieniła się bezpowrotnie.

piątek, 18 listopada 2016

Złośnica na TBC

Nasz wymarzony i wyczekany wyjazd na ferie już za mniej niż 2 miesiące. W związku z tym, a także z coraz mniej sprzyjającą pogodą, doznałam olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku, że jednak samo bieganie to za mało. Że coś tam uruchomiło w moim ciele, ale że to jakiś maleńki procent i jeśli tak dalej pójdzie, to zamiast szaleć na nowym snowboardzie na trzech tysiącach metrów, będę obolała leżeć jak kłoda i nawet kołdra będzie mnie boleć. Trzeba się uruchomić - wmawiałam sobie od 1 listopada i kilka dni temu, w połowie miesiąca, spakowałam plecaczek i pierwszy raz w życiu udałam się na zajęcia fitnessowe.

Kosztowało mnie to bardzo wiele, bo musiałam pokonać milion swoich lęków i wrodzonych niechęci: do zamkniętych pomieszczeń wypełnionych obcymi ludźmi, do eksplorowania nowych miejsc samej, do miniaturowych wspólnych szatni, kiczowatej muzyki i wreszcie samych zajęć, których fenomenu nigdy nie potrafiłam zakumać. Ale dobrze. Plecak spakowany. Idę. Zajęcia akurat były z TBC. Idealnie.

Tłum okazał się zaledwie czteroosobowy. Instruktorka całkiem przyjemna. Muzyki prawie nie słyszałam, tak intensywnie myślałam, co ze sobą robić. Po 30 minutach zastanawiałam się, czy to w ogóle jest do przejścia, po 45 minutach części ćwiczeń nie byłam w stanie wykonać, a po pełnej godzinie dotarło do mnie, że po roku biegania moja ruchomość i sprawność przypomina powaloną przez wiatr starą wierzbę.

Rzecz działa się trzy dni temu, a echa wizyty w fitness clubie są nadal wyraźnie: bolą mnie wszystkie mięśnie, o których wiem i o których nie wiedziałam. Z jednej strony to straszny cyrk, bo wszystko zajmuje mi trzy razy więcej czasu i wydaję różne straszne dźwięki, a z drugiej - jestem zachwycona, że udało się uruchomić mnie tak jak chciałam. Brzydal oczywiście drze ze mnie łacha, że po co się tak męczyć, ale za to nadal chętnie spożywa posiłki regeneracyjne. Muszę tam wrócić. Góra wzywa mnie coraz głośniej.

poniedziałek, 14 listopada 2016

moja książka

Dzisiaj wyszła książka, nad którą jako korektor i edytor pracowałam przez kilka miesięcy. Jest piękna i cudownie leży w rękach. Tylko nie mam odwagi zajrzeć do środka. Zrobiłam cztery korekty zamiast trzech, a mimo to mam panikę, że coś przepuściłam i że zawiodę szanownego Autora, którego bardzo lubię.
Cieszę się, że mogłam nad tym pracować. Zawsze bardziej chciałam poprawiać autorów, niż sama być autorem. Co teraz? Ma ktoś może jakąś książkę do korekty?

Odbiłam się też już po ostatniej gigantycznej klęsce w robocie. Teraz robiąc mniejsze wydarzenie czułam się jakbym sama robiła rozdanie Oscarów. Dobrze poszło. Gdyby nie poszło, zastanawiałam się już, do którego pudełka zmieszczą się moje rzeczy.

niedziela, 13 listopada 2016

Bronisław Wrocławski w Dąbrowie Górniczej

Bilety na monodram Wrocławskiego kupiliśmy w sierpniu. Połowa listopada wydawała się tak odległa, jakby nigdy nie mała nadejść. Czekamy na "Seks, prochy i rock'n'roll".

Nadeszła. Ze śniegiem. Ja z infekcją. Trzy dni nie byłam w pracy. Teoretycznie, bo w sumie dwa z nich byłam. Bardzo zła w domu i obrażona na szefa, który jak zwykle w takiej sytuacji lokuje się gdzieś w pozycji między ojcem a mężem i z całą stanowczością żąda ode mnie siedzenia w domu. Myśli mam mordercze.

Obawiałam się trochę tego Wrocławskiego. Wychowałam się na jego trzech monodramach Bogosiana i nie mam wątpliwości, że moja wieloletnia, obsesyjna miłość do teatru ma wiele wspólnego z tym, że jako gówniara oglądałam na scenie Wrocławskiego właśnie. A obawiałam się, bo mniej więcej z tym samym czasie na scenie rozwalał mnie Peszek, a gdy przyszło mi zderzyć się z tym samym monodramem po latach, już nie byłam w stanie się do niego przekonać.

Z Wrocławskim tak nie było. Wrocławski jest gigantyczny i lata, które minęły od naszych pierwszych scenicznych zderzeń, nic nie zmieniły. Jest przewielki. Jest mistrzem świata. Wciągnął nas, pożarł i rozwalił. Genialny wieczór. Do zapamiętania: awaria klimatyzacji i Wrocławski w samym fartuchu, przekonujący Brzydala, jak mu jest ciepło przy grillu...

Po koncercie Kazika z Proformą w Chorzowie wiem, że żeby spełniać marzenia, czasami trzeba tylko wstać i podejść. W padającym śniegu, szczękając zębami, czekaliśmy na mistrza świata, żeby poprosić o wspólne zdjęcie i uścisk dłoni. Po chwili już siedzieliśmy u niego w garderobie, umierając ze szczęścia. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść. To miejsce mi sprzyja. Kiedyś już tam wtargnęłam pewnemu artyście do garderoby, co jak wielu z Was wie, zmieniło moje życie i wywaliło je do góry dnem jakieś tysiąc razy. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść.

piątek, 11 listopada 2016

początek sezonu snowboardowego

Siedzenie w domu z awarią zatok źle robi w głowie. Czasami trzeba zrobić coś niemądrego, żeby wystawić łeb z czarnej dziury.
Puścili dziś wyciąg na Białym Krzyżu. Brzydal spakował mój sprzęt, wsadził mnie do samochodu i nakazał testowanie nowej deski. Kupił mi karnet za dyszkę i puścił z górki, a sam robił zdjęcia i szamał grillowane oscypki.
Przez 30 minut zapomniałam o wszystkim. O WSZYSTKIM. Niby śmiałam się, że Biały Krzyż, najważniejszy polski lodowiec The White Cross Gretscher, jak zwykle jest pierwszy, ale z drugiej strony byłam głęboko wdzięczna za ten 300-metrowy ośnieżony pas, na którym mimo osłabienia i dudnienia w głowie mogłam się przez kilka chwil pobawić.
Na szczęście na nowym sprzęcie stanęłam i pojechałam, a nie stanęłam i wyrżnęłam. Moje nowe zabawki to Burton Feelgood Flying V 149, Lexa i Emeraldy. Zestaw jest lekki i twardy. Wierzę, że do pełnego oswojenia. Pierwsze 5 zjazdów dobrze rokuje. Tak oto zaczął się sezon. Wcześnie jak nigdy. Brzydal Miszcz Świata w spełnianiu marzeń.

sobota, 5 listopada 2016

22 km

Moje wyniki przez 2 miesiące leczenia zmieniły się minimalnie. Jest o jakiś drobiazg lepiej, ale odległość od normy nadal wydaje mi się kosmiczna. Cały wściek wrócił. Lekarka dodatkowo uświadomiła mi, że dalej może być ze mną nie najłatwiej i że to w sumie nie jest moja wina. O tym jak to działa przekonał się już kolejnego ranka mój zupełnie niewinny kumpel. Został bez powodu rozszarpany i zjedzony. To byłam ja czy już nie ja?

Sobotni ranek polegał na leżeniu i smuceniu, a później na zmuszaniu się, żeby wstać i chociaż umyć zęby. Ostatkiem dobrej woli postanowiłam wyjść pobiegać i zrobić jakieś marne 5 km, żeby do końca świata nie mieć jeszcze większych wyrzutów sumienia. Wyszłam zgarbiona i ze wzrokiem bez-kija-nie-podchodź.

Wróciłam po 3 godzinach. Byłam na Środuli, Zagórzu, Klimontowie, Dańdówce, Ludwiku, Ostrogórskiej, całej Naftowej, w centrum, całej Sobieskiego, kilka kroków w Katowicach na Morawie, na Stawikach, pod Stadionem Ludowym, na Piastów, na Mireckiego, w Parku Sieleckim i na Górce Środulskiej. 22 kilometry.

Fajnie, cieszę się, że udało mi się dociągnąć do półmaratonu zanim minie rok mojego biegania. Po co mi to było, nie wiem. Skąd tyle siły, nie wiem. Czy i kiedy uda mi się to powtórzyć, pieron wie. Na pewno tego nie zaplanuję. Najgorsze, że humor wcale nie poprawił mi się tak bardzo jak powinien. 22 kilometry. Kawał drogi. Nis czuję w nogach, ale widzę na mapie.

piątek, 4 listopada 2016

KULT w Spodku - Pomarańczowa Trasa




Tak to wyglądało z naszej perspektywy.
Brzydal i Złośnica

sobota, 22 października 2016

Smolik / Kev Fox w Dąbrowie Górniczej

Za nami wydarzenie kulturalne roku i na pewno jeden z najważniejszych koncertów ostatnich lat. To, co wyrabiali  na scenie Pałacu Kultury Zagłębia Smolik z Kevem Foxem i perkusistą Olkiem Orłowskim, trudne było do przewidzenia. Przyznaję, że spodziewałam się trochę innego klimatu (bardziej Smolik, mniej Fox), ale to, co dostałam, jest mi dużo bliższe. A Brzydal zupełnie zwariował i od drugiej piosenki dziękował mi, że tam jest.
Tą drugą piosenką było oczywiście "Mind the bright lights". Panowie zagrali tak, że bałam się, że Fox rozwali swoją gitarę (jedną z sześciu...?) i zdemoluje scenę, że bębny wybuchną, a Smolika wywali w kosmos, i że wywali w kosmos też mnie z całym fotelem i resztą widowni. To nie był rockowy pazur, to był jednorodny, cudowny rockowy szał. A sam Fox tak wygląda, tak się zachowuje i tak śpiewa, że do końca świata pod hasłem rockman w encyklopedii powinno znajdować się jego fotkę. Fenomenalny.
Kompozycje Smolika z tekstami Foxa zabrzmiały tam milion razy lepiej niż w studyjnych wersjach, a już przecież te studyjne są uwielbiane przeze mnie od miesięcy. Nie mogłam odgonić myśli, że CHŁOPCY SĄ GIGANTYCZNI. Że mam na wyciągnięcie ręki gigantów, którzy robią z publicznością co chcą. Młodziutki, fenomenalny bębniarz, Smolik otoczony swoimi gratami nieustannie uśmiechnięty i Fox cały zbudowany z muzyki, tak hipnotyzujący i seksowny w każdym dźwięku i każdym ruchu, że mogłabym go pożreć w całości.
Ale musiał mi wystarczyć uśmiech i uścisk dłoni po koncercie. Autograf, dedykacja, fotka. Jeszcze się zobaczymy, prawda?
Jeszcze słowo o supporcie. Swiernalis zauroczył nas prawdą - jest cały autentyczny. Wystarczyło kilka piosenek, żeby nas kupić tekstami, wrażliwością i samowystarczalnością na scenie. Jakąś taką mądrością i smutkiem, który z niego wyłazi jak cień. Po koncercie powiedzieliśmy mu, że w naszym środowisku, jak ktoś wychodzi na scenę i ma w sobie taką niemal dotykalną prawdę, mówi się o nim, że jest "mięso". Myślę, że zrozumiał, co miałam na myśli.



Na koniec obwieszczenie: szczerze zazdrościmy Dąbrowie Górniczej festiwalu ZagłębieWood. Uczestniczymy w nim od lat i właściwie na co by się nie poszło, to jest naprawdę świetne. W tym smutnym grajdole zwanym Sosnowcem Smolik/Fox grali, jak się okazuje, dwa tygodnie temu. Szkoda, że o tym nie wiedzieliśmy, a przecież siedzimy w temacie, czytamy gazety, siedzimy w sieci, oglądamy plakaty na mieście. Mieszkamy 2 kilometry od Muzy, w której podobno coś się dzieje, ale nikt nigdy o niczym tam nie słyszał. Żałuję, że nie byliśmy na tym koncercie, ale nie wiem, skąd mieliśmy się o nim dowiedzieć jako mieszkańcy tego miasta, które wprawdzie próbuje, ale jak zwykle mu nie wychodzi. W Dąbrowie festiwal hula tak, że wszyscy wszystko wiedzą, bilety wyprzedają się na pniu, a atmosfera na widowni rozwala artystów. W Sosnowcu mamy Muzę, salę w szkole muzycznej i scenę w teatrze, a jak przyjechała Renata Przemyk, to grała w domu kultury przy elektrociepłowni i na Maczkach. Wstydź się, Sosnowcze... Długa droga przed Tobą.