niedziela, 19 lutego 2012

słowo kluczowe

Wczorajsze statystyki z bloga mnie rozwaliły. Strach pisać;). Filtry: słowo kluczowe + geolokalizacja.
Obiecuję przez cały przyszły tydzień nie pisać o teatrze, bo Brzydal mi w końcu łeb urwie albo przejmie panowanie nad blogiem. Nie wiem, co jest gorsze;).
Zł.

sobota, 18 lutego 2012

akcja miszcz

Szefowa parsknęła śmiechem, gdy pokazałam jej moje autobusowe notatki. Z dwadzieścia wąskich, kolorowych pasków papieru przyklejonych bez szczególnego ładu na dwóch kartkach. Uznałam, że moich studentów pewnie nie interesuje, co ja sama mam do powiedzenia o sztuce. Niech mówią inni. Miałam więc wycinki z tekstów recenzentów i krytyków na jednej kartce, a na drugiej emocjonalne, radykalne i momentami naprawdę zabawne opinie widzów. Pomysł wypalił. Reagowali, śmiali się nawet, a zestawiane parami pojedyncze zdania stworzyły ostatecznie coś na kształt patchworkowego demokratycznego głosu ludu. Furorę zrobiła wyszperana z Internetu „wisienka na torcie”, opinia o tym, że po co ktoś tam ma chodzić do teatru, skoro „goliznę, seks, wyuzdanie i przemoc ma wszędzie” (Boże, kolejności nauczyłam się na pamięć, choć wcale nie chciałam).
Poza tym kolejny raz poczułam, jak trudno zachować merytoryczność (jest taki rzeczownik?), gdy publicznie mówi się o czymś, co jest bliskie, więc aby przede wszystkim sobie oszczędzić moralnych rozterek, ograniczyłam informacje do minimum. Mistrza na polskich scenach skróciłam więc do Marczewskiego (bo nie umiałabym zacząć inaczej) i Czuja (bo na śląskim podwórku), a później już popłynęłam z Bielskiem.
Szefowa śmiała się jeszcze z innych moich notatek. Wielkimi literami na szybko dopisywane pojedyncze słowa, m.in. plakaty, programy, klątwa. Plakaty, bo miałam ich trochę ze sobą, na wypadek, gdyby ktoś poczuł, że bez tego plakatu dalej żyć nie może. Powiedziałam, gdzie są, odwróciłam się na chwilę do mikrofonu, a gdy wróciłam na swoje miejsce, plakaty były wymiecione. Dobrze. Programy, bo twierdziłam, że są tam absolutnie genialne teksty kierownika literackiego (kiedyś będę kierownikiem literackim i będę takie rzeczy pisać…) i że w ogóle program jest elegancki, bo w 3D. A klątwa, bo chciałam sprawdzić swoją zdolność do łagodnego podpuszczania… Podpuściłam. Pytali, na szczęście nie mnie.
Spektakl cudny. Czwarte moje z nim spotkanie, choć to raczej zderzenie niż spotkanie. Dziwnie być tak blisko. Inne rzeczy przyciągają uwagę. Szefowa twierdzi, że wzdychałam przez pół sztuki, o czym nie wiedziałam i czego – mam nadzieję – reszta widowni nie słyszała. Szefowa twierdzi też, że gdy czasem łapała mnie kątem oka, to minę miałam najszczęśliwszą na świecie. I że po mnie wszystko widać, każdą najmniejszą emocję. Hm.
Bałam się tej dyskusji po spektaklu. W grudniu rozkręciło się to m.in. dlatego, że przestrzeń Małej Sceny jest do takim spotkaniom bardziej sprzyjająca. Spektakl wtedy też był widzom przychylniejszy i myślę, że bardziej nadający się do wyrażania opinii na gorąco. A Duża Scena onieśmiela, to jasne. Spektakl wali po głowie, więc pewnie moi studenci dopiero dzisiaj byliby w stanie pogadać o tym na większym luzie. Kilka osób dało się wciągnąć w rozmowę z twórcami, reszta słuchała w mniejszym lub większym osłupieniu, a ja na szczęście mogłam zająć się zdjęciami (aparat, oprócz bardzo przydatnej funkcji robienia zdjęć, ma też drugą, równie ważną: skutecznie zajmuje ręce w chwilach strasznego stresu). Było fajnie, choć oczywiście nie pamiętam ani słowa.
Wracałam do autobusu na samym końcu. Głowę miałam tak zrytą, że miałam problem z policzeniem grupy. Myślałam już o czymś innym zupełnie, trzymało coś za gardło. Szefowa mnie przytuliła i powiedziała, że sukces. Kilka dziękuję, kilka super, naprawdę super, rewelacja. Gdy wjeżdżaliśmy do Kato, w ramach muzycznej niespodziewanki puściłam im na cały autobus to zupełnie hipnotyzujące, przepiękne Lube, które nagrywałam poprzedniej nocy. Śnieg padał niespiesznie wielkimi płatami, wszyscy w euforycznych nastrojach wysypali się z autobusu, rozpierzchli w kilka sekund, zostałam sama i dopiero wtedy pomyślałam, że się udało.
W nocy kilka obrazków pod powiekami, na które nie działało polecenie "usuń". Uparcie wracały.
Po pierwszej w nocy sms: "To czysta przyjemność obserwować Twoją pasję. Buzuje jak ogień i innym daje ciepło". Ok, miłe to było...
Zł.

czwartek, 16 lutego 2012

Droga Pani Zimo!

Droga Pani Zimo!

Całkiem ładna Pani jest, przyznaję z pewną dozą zazdrości. I absorbująca. Z dachu mojego rodzinnego domu od kilkunastu godzin wisi gigantyczny śnieżny jęzor. Jak z jakiejś kiczowatej austriackiej pocztówki. Ale ładnie jest, w porządku. Co prawda wczoraj na parkingu pod biurem wszystko przykryte było równą białą kołdrą i miałam problem ze zlokalizowaniem mojego bolidu, ale po odśnieżeniu kilku innych we fragmentach, wreszcie odnalazłam co moje i mogłam wrócić do domu, rozwijając na trasie zawrotną prędkość 20 km/h. Dużo czasu na słuchanie Death Cab For Cutie (nagły nawrót miłości do Bena).

Pani Zimo, mam do Pani gorącą prośbę. Bardzo proszę, aby przestała Pani napieprzać śniegiem dziś i jutro. Wszystko przez to, że jedziemy do teatru i wolałabym, aby warunki drogowe były trochę bardziej sprzyjające. Będzie nas ok. 70 osób i nie mam ochoty ani siły martwić się o każdego uczestnika z osobna. I zastanawiać się, czy zdążą, czy się na czas wyrobią, czy dadzą radę się odkopać i czy mi gdzieś po drodze nie zamarzną. Jestem sama do tego martwienia się, więc błagam, litości.

Tak jak bałam się wyjazdu w grudniu, tym razem także rozpoczęłam powolny proces umierania ze strachu. Nie wiem, czy mnie przypadkiem trochę nie przerosło. To zainteresowanie. Ogromne. Zupełnie z kosmosu. Oczywiście cieszę się potwornie, bo ta akcja to moje wypieszczone i chronione dziecko, ale licho nie śpi, uważać trzeba. Oczywiście jeszcze nie wiem, co ja im wszystkim będę mówić w drodze. Kilka osób upewniało się, czy na pewno znów usłyszą ode mnie jakiś wstęp, a ja oczywiście zapewniałam, że tak. All inclusive. Mam nadzieję, że jutro znajdę parę chwil, żeby sobie poukładać w głowie to, co ważne i zrobić to tak, żeby w końcu nie powiedzieć za dużo. Mam już nawet plan. To znaczy taki plan planu.

Magazynowane cały tydzień stresy puściły tak naprawdę dopiero na czeskim. Gdzieś w połowie zajęć zaczęłam się śmiać z własnego zupełnie idiotycznego błędu, wynikającego nie tyle z niewiedzy, co z rozkojarzenia. Wyszła z tego jakaś semantyczna parodia, absurdalna słowna zabawka. A do mnie takie drobiazgi wracają jak tsunami: jeszcze cztery ćwiczenia dalej parskałam śmiechem i prychałam między strony podręcznika, wprawiając w konsternację lektorkę i koleżankę z grupy. Jestem potwornym uczniem. Ale kolejny raz przekonałam się, że taki śmiech jest skuteczniejszy niż nospa (jak w tej piosence, „o taki śmiech mi właśnie chodzi, zaraz po milczeniu” – pamięta ktoś, gdzie to było?).

Trzymajcie kciuki. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to podłączyć aparat do ładowania, pomalować paznokcie i spakować jakieś dodatkowe ciuchy do samochodu. I nie zapomnieć o butach (jedna z moich fobii: panicznie boję się, że zapomnę zabrać wysokie obcasy do sukienki, bo przecież samochód na takich trasach prowadzę raczej w niebieskich halówkach, a nie na szpilkach). Nagrywam właśnie CD, na którym jest jedna piosenka. Chytry plan... I jeszcze jeden plan, który, jeśli się nie powiedzie... to kończę tę zabawę.

Pani Zimo, raz jeszcze proszę o przychylność.
Zł.

niedziela, 12 lutego 2012

zestaw Mały Reżyser

Minę miał raczej nieszczęśliwą. Nauczyłam się w takich sytuacjach strzelać lekkiego, wystudiowanego focha, żeby się trochę ogarnął. Siedzimy w aucie, ruszam.

– Ale tak z ręką na sercu, czy ja cię zmuszałam? – pytam.
– Hmm… ale tak z ręką na sercu? – odpowiada Brzydal. Nie odzywam się już, bo wybuchnę i nad miastem uniesie się wielka chmura w kształcie grzyba. Naprawdę go nie zmuszałam, nawet go nie namawiałam!

Po drodze Brz.:
– Wiesz co... Dobra, nic.

Po kilku minutach:
– Słuchaj… Nie, nic. OK.
– Móóóóóóóóóów!!!! – zachęcam łagodnie, elektryzując powietrze w promieniu kilometra
– Nic, spoko.

Czekamy na sztukę. Nad głowami lecą zwiastuny. I nagle ten z zeszłego tygodnia. Brzydal nie wytrzymuje.
– Wiesz co, od tej dzisiejszej sztuki zależy to, czy jeszcze kiedykolwiek na cokolwiek przyjdę do tego teatru – słucham tego ze zgrozą, bo wiem aż za dobrze, że z niego pamiętliwa, nieustępliwa i uparta bestia. – I jak będzie strasznie, to napiszę o tym na blogu. I o tym sprzed tygodnia też napiszę. A na koniec posta napiszę jeszcze raz o tym, gdzie są dobre spektakle – dodał. Jeden dzwonek, drugi, nie ma już wyjścia. Jest wejście.

Po dziesięciu minutach spektaklu wiem, że jest OK. Brzydal się śmieje. Śmieje się sto osób na widowni. Po chwili łapię się na tym, że sama się śmieję. I naprawdę wiem z czego. Jest dobrze.

Tydzień temu Brz. wyparował na przerwę i groził, że nie wróci. A dziś?
– Chodź – zamykam torebkę i chcę wyjść.
– A po co? Mi tu dobrze. Siadaj – odparł mój luby i nawet nie drgnął. I chyba się czuł jak u siebie, bo jakimś cudem oba te spektakle przesiedział w jednym i tym samym fotelu. 

Nagle mówi tak:
– A gdyby to w Bielsku grali, to kto by zagrał Allana?
– Jak to kto? Tomek Drabek – odpowiadam, jakby to było absolutnie jasne i oczywiste.
– A Dicka?
– Hmm… Sławomir Miska? Nie wiem…
– Może Rafał Sawicki! – stwierdza Brz., który jest Sawickiego fanem. – Mógłby wtedy zagrać razem z żoną.
– Ale Bogarta nie wiem kto by zagrał… – mruczę bardziej niż mówię, na samą myśl o tym, jak to gra Grzegorz Przybył, jak w ogóle gra Grzegorz Przybył, jak ogólnie rzecz biorąc mówi swoim obezwładniającym głosem Grzegorz Przybył (na „Hamlecie” przybyłowałam się do woli…). – Może Abrahamowicz, hm?
– Tak. Zagrałby. Dobre.

Nie pytałam, kto by to reżyserował, bo najwyraźniej reżyserowałby Brzydal.

Spektakl pstryk! zniknął niespodziewanie i trochę za szybko, choć trwał ponad 2 godziny. Na koniec widzieliśmy coś absolutnie pięknego. U góry siedziało trzech facetów od światła i dźwięku. Przez cały spektakl widać było, że się całkiem dobrze bawią w pracy, kołysząc się do kolejnych kiczowatych piosenek i strzelając do siebie rozmaite miny. Na sam koniec światło powoli gasło, dźwięk już zanikał i w momencie, kiedy na Scenie Kameralnej została tylko ciemność, oni tam u góry przybili sobie piątkę. Czy ktoś to widział poza nami?

Dobrze było, mili państwo. Żal byłoby mi tego nie obejrzeć.
Zet.

czwartek, 9 lutego 2012

stolarz-pierdoła

Witam Was serdecznie,
Złośnica swojego czasu napomknęła o naszej wspólnej przygodzie pt. Zabawa w dom, a konkretniej w wykańczanie i aranżację domu, a raczej mieszkania. Z tym wykańczaniem różnie bywało, raz wykańczaliśmy nasze kąty My, a czasem kąty wykańczały Nas. Celowo już pomijam nasze wspólne wypady do Castoramy, bo o nich można by pisać epopeję narodową. Ale jednego tematu pominąć nie mogę, bo mnie samego już zaczyna mierzić.

Dnia 18 listopada zamówiliśmy u stolarza drzwi. Piękne drzwi, dębowe drzwi, nasze drzwi. Dogadaliśmy się ze stolarzem co do wzoru, wymiaru, terminu. Wszystko było uzgodnione, termin montażu miał oscylować w granicach 20 grudnia. Pomyślałem sobie, że będzie to dobry prezent świąteczno-noworoczny, ale w duchu jakoś tak nie do końca wierzyłem, że da się od podstaw wystrugać z drewna cztery skrzydła drzwi wraz z futrynami.

No i wykrakałem. Dziś mamy 9 lutego, a drzwi jak nie było, tak nie ma. Przeżyliśmy montaż kuchni, szaf wnękowych, dziś żaluzji, a nasz stolarz zachowuje się tak, jakby się z naszymi drzwiami zżył jakoś emocjonalnie i nie chciał ich oddać. Czas wykonania - miesiąc. Obsuwa - dwa miesiące będą 18 luteg. Cudnie.

W dodatku ze stolarza jest straszna pierdoła. Człowiek, którego łapią się wszystkie nieszczęścia tego świata. Dla przykładu...
- Przeżyliśmy już razem z Nim (za sprawą drzwi oczywiście) nachalnych klientów, którzy odbierali od niego drzwi wejściowe od dwóch lat,
- Przeżyliśmy 6 stycznia, święto które potrzebne jest jak dziura w płocie, ale każdy - włącznie ze Stolarzem - je obchodzi, dzień święty święci i nie pracuje.
- Przeżyliśmy uparte Panie urzędniczki, które nie chciały przyjąć PIT-a rozliczeniowego naszego Stolarza,
- Przeżyliśmy wypadek samochodowy naszego Stolarza,
- Przeżyliśmy razem z nim awarię jego samochodu stolarskiego, w którym skończyły się hamulce, efektem czego powrót z jakże odległych Katowic zajął mu 3 godziny...

Wraz z naszym Stolarzem przeżyliśmy jeszcze wiele mniej lub bardziej prawdopodobnych historii, a drzwi jak nie było, tak nie ma.

W sumie już sam nie wiem co myśleć o tym, bo na zmianę jestem zły i płaczę ze śmiechu, jak przypominam sobie kolejną odbytą wizytę, a było ich już nieskończenie wiele i obawiam się, że wiele jeszcze przede mną.

Jak tylko drzwi pojawią się w naszym wspólnym gniazdku, na pewno Was o tym poinformujemy jak o sukcesie porównywalnym z lądowaniem na księżycu.

Pozdrawiam
Brzydal

p.s. Ciekawe co zrobi z tym postem Złośnica, bo Ona na myśl o Stolarzu tylko się denerwuje...

===================================================

Złośnica z tej strony... Nie ma to jak wrócić do domu po 14 godzinach, odpalić kompa i dowiedzieć się, że w kwestii drzwi bez zmian;). Trzeba przyznać, że Brzydal z godną podziwu regularnością (żeby nie napisać, że z uporem maniaka), czyli dokładnie co dwa dni, nachodzi stolarza i równie regularnie przeprowadza akcję opierdalania tegoż, ale skuteczność tych czynności niestety nie jest oceniania zbyt wysoko.

Poza tym ogłaszam z dumą, że semestr czeskiego zamknęłam z oszałamiającym wynikiem 92% z tego ostatniego gigantycznego testu z gramatyki. I uwaga, nie byłam najgorsza w grupie;). Jestem genialna. Jestem stworzona do nauki języków zachodniosłowiańskich:). Motywacja poszybowała w górę, zajęcia cudowne, a później w składzie grupa + lektorka (czyli całe 3 osoby, hehe) siedzieliśmy 2 godziny w Akancie na Teatralnej, rechocząc radośnie i odreagowując ten przedziwny tydzień.

Brzydal natomiast chyba już odreagował tę sztukę, która mu się nie podobała w sobotę (najwyraźniej wyżył się na stolarzu), bo gdy dziś powiedziałam, że idziemy w niedzielę do teatru, to nie rozłączył się ani nie charczał, tylko powiedział "dobrze". Nie zapytał nawet na co! Bardzo dobrze. Chcę do teatru. W niedzielę chcę, ale zdecydowanie najbardziej chcę w najbliższy piątek...

Zł.