czwartek, 11 kwietnia 2019

czwartek, 21 marca 2019

pierwszy dzień wiosny

Zimą przebiegłam ponad 370 km. Nie zapomnę jednej połówki, którą biegłam w sobotni poranek w mokrym śniegu do kostek. W butach z siatki - kolejną zimę bronię się przed tak zwanymi zimowymi butami, bo mówią, że nie ma nieprzemakalnych i że im szybciej to zrozumiemy, tym rozczarowanie będzie mniejsze.

Ani razu nie biegałam na stadionie. Wyposażona w dwie nowe lampki (jedną kupiłam, a jedną totalnie mistrzowską wygrałam w konkursie) szalałam po ciemku na mieście, wyglądając z daleka czasem jak rower, a czasem jak pociąg. Była plucha, były mrozy, był smog, było trochę strachów, ale był też szacun na dzielni;). Był upór i walka o siebie.

Niestety w lutym przechorowałam 3 tygodnie. Ostatni raz byłam chora dokładnie rok wcześniej. Pamiętam, bo to tuż przed urodzinami Kazimierza Kutza. Tej zimy byłam na jego pogrzebie. Byłam też na pogrzebie Łucji Ginko, co było dla mnie straszne i co później odchorowałam z nerwów tak, że aż się przestraszyłam.

Ta moja choroba trwająca 3 tygodnie była inna niż dotychczasowe, bo byłam pokorna jak nigdy. Nie nosiło mnie, że chcę iść do pracy, że poszłabym pobiegać albo na zakupy z mamą. Nie. Chcę siedzieć w domu. Chcę leżeć i się nie ruszać. Hitem był taki napad duszenia, że wylądowałam u zupełnie obcego lekarza, który bez karty i bez żadnej historii musiał mnie przyjąć, bo bym się nie ruszyła z poczekalni. Straszne. Dwa razy myślałam, że gazeta to tablet. I trzy dni oglądałam mistrzostwa w łyżwiarstwie szybkim i dopiero trzeciego dnia zorientowałam się, że ciągle oglądam te same powtórki.

Niestety choroba zarżnęła moją dietę. Organizm wyniszczony antybiotykiem, duszeniem, zarwanymi nocami później upomniał się o swoje i przypomniał sobie, że jednak coś by zjadł. Lekarz mówił, że to normalne i że to potrwa co najmniej tak długo, jak kaszel. No i miał rację. Efekt jest taki, że za 1,5 tygodnia mam pierwszy start w tym roku, a nadal jestem 3 kg za ciężka. No i dupa. Ot, zima. Najpierw masa, później rzeźba.

Ale był też na przykład koncert Kazika z Proformą w tyskim Undergroundzie. Fenomenalny koncert w rok po wcześniejszym występie tego składu w tamtym miejscu. Darłam się, skakałam i tańczyłam i było fantastycznie. I trochę płakałam. "Gdybym wiedział to, co wiem", jak zwykle. Rok temu wyłam jeszcze bardziej, wiadomo.

Na desce tylko trzy razy. Dwa razy Kruszetnica i raz Palenica. Takiego łysego w snowboard sezonu nie pamiętam od lat. Brak ferii bolał mnie tygodniami i powodował nagłe napady smutku, braku siły i beznadziei. Ale chyba jakoś to wybiegałam. Czasem brałam pojedyncze wolne dni, ale tylko po to, żeby pracować nad korektami.

Postanowiłam też zacząć chodzić na basen, żeby trochę zluzować te zesztywniałe i czasem twarde jak kamień mięśnie. Ale jako że "nie znam umiaru, jak mój ojciec" (jak mówi Mama), zamiast się relaksować i dać odpocząć mięśniom, to zaczęłam pływać jak popieprzona od ściany do ściany. I nagle zamiast leżeć w wannie z bąbelkami, to zaczęłam pływać w godzinę po 2 kilometry bez przerwy, co z mim brakiem techniki rozwalało mnie energetycznie i wychodziłam z wody na miękkich nogach. Z odprężenia jak zwykle nic nie wyszło, ale póki co raz w tygodniu się trzymam.

Był wyjazd busem do Krakowa i Sylwester w Łodzi. Były moje 34 urodziny i nasza 18 rocznica. Był wyjazd do Kopalni Guido. Był Szczyt Klimatyczny i helikoptery na lotnisku w Gliwicach. Były zrywy i spadki, ataki śmiechu i napady smutku. Ale dziś jest pierwszy dzień wiosny. W pracy niespodziewanie dostałam wielki bukiet czerwonych róż. Może jakoś to będzie?

środa, 23 stycznia 2019

wtorek, 15 stycznia 2019

w pierwszą rocznicę Wydarzeń Katowickich

W pierwszą rocznicę Wydarzeń Katowickich, jak złośliwie roboczo nazywam ten podły dzień sprzed roku, gdy mój mały światek został totalnie rozdupiony, wyszłam pobiegać. Leżało mnóstwo świeżego śniegu, a wciąż spadające płatki pchane wiatrem kąsały policzki. I leciałam w tym śniegu, ślizgając się co kawałek, w mokrych butach, z czerwonym nosem, sapiąc jak lokomotywa, zrobiłam jedną pętlę, drugą pętlę, trzecią pętlę... I w tym zimnie, chłodzie i wilgoci nagle mnie olśniło, że nigdy bym nawet nie pomyślała, że będę kiedyś tak silna, jak jestem teraz. Że mimo wszystko znajdę w sobie tę siłę nie wiadomo skąd i że wyjdę na prostą. I tak dość pokręcona ta moja prosta, ale coś tam przed sobą widzę, a nie tylko wir w otchłań.
Ostatnie 12 miesięcy spędziłam na próbach przetrwania pod gruzami, później na ręcznym odgruzowywaniu, bo może jeszcze ktoś tam przeżył. Później wjechałam już na grubo ciężkim sprzętem, bo nie miałam więcej złudzeń - pod spodem nie ma już nic, co można ocalić. Posprzątałam cały plac, uciorałam się w syfie, zakurzyłam się cała i nabawiłam się blizn i odcisków. Coś tam już zbudowałam na nowo na tym pustym placu. Zdecydowałam też nie zostawiać tam żadnej tablicy pamiątkowej, nie stawiać pomnika ani nagrobka, nie przynosić kwiatów ani zniczy, nie płakać i nie wymiękać. Tylko czasem coś wpada w ręce, coś, czego się nie spodziewam, coś, co samo się pcha w oczy, nie wiadomo po co. Na przykład książki z dedykacją. Albo jakaś piosenka. I nagle przed oczami jakiś powidok, jak obraz wyświetlony z projektora na chmurze dymu. Czasem tylko odwracam wzrok, a czasem dmucham w ten dym, aż nie zniknie, jak mam siłę.
Gdy biegam popołudniami, nie biorę słuchawek - boję się, że czegoś nie usłyszę, że mnie ktoś napadnie. Mam wtedy mnóstwo czasu na myślenie, na rozmowy, których nie było, na zapełnianie tej pustej przestrzeni, cegła po cegle. Mokro w butach, coraz mniej ludzi, już kilkanaście minut nikogo nie spotkałam, bluza wilgotna od śniegu, okulary całe zaparowane. Z daleka widzę światło w kuchni. Brzydal wrócił. Czas wracać do domu.

sobota, 29 grudnia 2018

asics nimbus 20


Najpierw były Adidas Galaxy.
Później Adidas Duramo 7, różowe. Później Duramo 7 zielone, które mam do dziś awaryjnie.
Później Asics Cumulus 16.
Asics Noosa Tri, na rower, na fitness, na krótkie biegi (których od miesięcy nie biegam, bo poniżej dychy nie chce mi się nawet ciuchów z szafy wyciągać).
Asics Nimbus 18, fioletowe.
Asics Nimbus 18, różowe, w trakcie eksploatacji:).

Wszystkie moje poprzednie buty idą na obuwniczą emeryturę do mojej Mamy. Gdy mają za duży przebieg, zwykle nadal wyglądają jak nowe, bo mają kilka miesięcy, więc Mama chodzi w nich na spacery albo na rower. I do Mamy właśnie trafiły fioletowe osiemnastki, przynajmniej tak by było, gdybym nie dostrzegła niewielkiego przetarcia na zapiętku. W sumie mogło się wydarzyć, bo 1000 km to kawał drogi, z drugiej - buty mają 7 miesięcy. Hmm.
Wiedziałam, że asics jest znany z tego, że klienci na nich nie marudzą, że z dużą dozą dobrej woli rozpatrują reklamacje, ale nie spodziewałam się, że w ciągu kilku minut wyjdę ze sklepu z nowymi butami, dwie generacje do przodu i z różnicą w cenie w kieszeni. Oklaski i ukłony. Nie opuszcza mnie wrażenie, że tak właśnie to powinno wyglądać:).
Tak oto na półce znalazły się kolejne buty w cudownym niejesiennym i niezimowym kolorze. Oczywiście wylazłam w nich natychmiast na trening, a jako że według mojej Mamy nie znam umiaru, od razu pyknęłam 21 km, choć miałam w planach 15. Wróciłam z wielką błotną plamą rozpostartą na błękicie i znów z plecami rozoranymi do krwi. Ale zadowolona. Przynajmniej do momentu wejścia pod prysznic;).

4 i pół miliona kroków

Cztery i pół miliona!

4 058 kilometrów aktywności.

1371 km biegu. Ponad 220 km więcej niż w zeszłym roku.

środa, 26 grudnia 2018

stówka

Jest drugi dzień Świąt.
Od trzech lat nie opuszczało mnie wrażenie, że na bieganiu znajdę na ulicy stówę.
No i dzisiaj znalazłam na ulicy stówę:).
Gdybym znalazła ją w inny dzień, natychmiast wydałabym ją na getry czy coś równie miłego, ale znalazłam ją w Święta, przemoczoną, w rozmokłej kopercie z napisem "Igorek". Przykro mi, że Igorek zgubił kopertę, wracając od dziadka, wujka czy taty (sądząc po perfumach), ale gdybym ja jej nie zabrała, na pewno zabrałby ją ktoś inny. Rozejrzałam się dobrze, nie było nikogo, a sądząc po stopniu zamoknięcia od zgubienia minęło co najmniej kilka godzin. Oddam na WOŚP i może przestanę myśleć ze smutkiem o Igorku. Z drugiej strony, Igorek może mieć ze cztery dychy na karku - jak sobie przypomnę, jak mnie, mojego brata czy kuzyna nazywała Babcia, to i zupełnie dojrzały Igorek mi nie dziwny;).

poniedziałek, 24 grudnia 2018

jednorożec

Jak wracam z biegania, Brzydal pyta, jak było, a ja zwykle wybieram jedną z dwóch odpowiedzi:
1. Daj spokój, jestem Zdupybiegaczem.
2. Biegłam jak jednorożec po tęczy.
O nic więcej nie trzeba pytać, bo te odpowiedzi mówią wszystko.
Pewnie dlatego pod choinką znalazłam strój jednorożca, który jest różowy, pluszowy i w gwiazdki. Mam róg, grzywę i tęczowy ogon. Najlepiej.

środa, 19 grudnia 2018

lampka

Po zmianie czasu powinnam była wrócić na stadion, że niby bezpieczniej biegać w kółko, a nie po ulicach. Ma to swoje plusy, ale bieganie w kółko jak chomik w tym roku ewidentnie mi nie podchodzi, więc kupiłam lampkę na klatkę piersiową, 250 lumenów, i biegam po mieście po ciemku. Znajomy mnie ostatnio widział i powiedział, że zaintrygowany patrzył, co się zbliża, i czy to przypadkiem nie pociąg;).
Zima przyniosła mi pierwszą w życiu wygraną w konkursie i weszłam w posiadanie blisko 1000-lumenowej lampki za kilka stów, która przewyższa mnie i moje potrzeby i umiejętności o lata świetlne. Teraz walę światłem jak pendolino i tym bardziej nie idę na stadion. Fakt, interwały cierpią, ale ja bawię się l e p i e j.

niedziela, 4 listopada 2018

asics nimbus 18 - powtórka z rozrywki :)

Ten moment nadszedł szybciej, niż myślałam. Fioletowe nimbusy 18 dobijają 1000 km. Starłam bieżnik tak, że w śródstopiu zasuwałam już po asfalcie pianką, a nie gumą. Zaczęłam to czuć, przede wszystkim w kolanach i w śródstopiu właśnie.
Różowe cudaki znalazłam w Krakowie, czekały dwa tygodnie, aż znajdziemy chwilę, żeby po nie podskoczyć. Oczywiście różowe są najszybsze, wiadomo, jak czerwone samochody. Kolor świetny na jesienną pluchę i zimowe błoto pośniegowe;)... No ale cóż, taki ich los: miejskich, różowych i asfaltowych, niezależnie od pogody, od minus 10 do plus 30 stopni.

sobota, 27 października 2018

pokora

Zaczajam się na te 30 km już któryś miesiąc... Że niby bieganie zaczyna się po trzydziestce. Jak przebiegnę tę trzydziestkę i jakoś to będzie, to mogę zacząć myśleć o maratonie.
No i dzisiaj miało lać od rana, ale kropla nie spadła. Zebrałam się rano i hajda, przed siebie. Do 15 kilometra leciałam jak jednorożec. A po 21 kilometrach z podkulonym ogonem wróciłam do domu. Jakby mi odcięło główne źródło zasilania.
Bieganie uczy różnych rzeczy. W moim przypadku przede wszystkim konsekwencji, regularności i organizacji czasu.
Ale przede wszystkim uczy pokory.
Wychodzisz na 30, ledwo dobiegasz 21.
Startujesz w zawodach na 21 i zamiast łamać granice czasoprzestrzeni, przypominasz walec drogowy.
Czasem nawala głowa, a czasem ciało. Chciałabym być coraz lepszą wersją siebie, a jednak zwykle pojawia się coś, co przypomina mi, kim jestem, jak wyglądam, na co choruję, jak żyję, co wypiłam wczoraj wieczorem. No, pokora. Szkoda, że nie mogę jej suplementować w tabletkach. Że można ją pozyskać tylko z powietrza.

czwartek, 25 października 2018

moje pierwsze pudło

Wyniki klasyfikacji mnie zdziwiły i uradowały. Nie spodziewałam się, że tak będzie. Że dostanę statuetkę, torbę gadżetów i uścisk ręki prezesa biegu i prezesa stadionu. Że w ogóle kiedykolwiek będę na podium. III miejsce kobiet jest moje. I choćby to mi miało być tylko raz w życiu, nikt mi tego nie odbierze. Pudło jest moje. Moje pierwsze pudło. Nie minęły jeszcze 3 lata, od kiedy zaczęłam biegać. Padło moje nazwisko i głos zatrzymał mi się w gardle.
W moim bliskim środowisku zabawne poruszenie, jakby naprawdę zdarzyło się coś ważnego. Były kwiaty i słodycze, uściski i słowa uznania, jakbym co najmniej wygrała to na olimpiadzie. Były też pomysły, że to świetny przycisk do papieru, albo że mam sobie tego biegacza zamontować na masce samochodu, tak jak mają jaguary.
Prezes stadionu powiedział, że w przyszłym roku ma nadzieję widzieć mnie na mecie maratonu. Fruwając gdzieś pod sufitem odpowiedziałam, że się postaram.


niedziela, 21 października 2018

oświecenie

Silesia nadal w głowie. Nagle kilka dni temu doznałam olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku, że żeby szybciej biegać zawody, muszę szybciej biegać treningi. Proste. We wtorek więc zrobiłam dychę w 1 h 00 min 59 sekund, w czwartek zrobiłam dychę w 57 min 08 sek (życiówka!), a wczoraj 15 km zajęło mi 1,5 godziny i 23 sekundy. Czyli da się. Ten tydzień jednak jednorożec, nie nosorożec, mimo że - ja prdl - przytyłam 2 kilo.
W tym tygodniu dodatkowo elegancko pojawiły mi się na liczniku dwie liczby: 3000 kilometrów, od kiedy pierwszy raz wyszłam pobiegać, i 1000 km w tym roku.
Idziemy na rekord, mimo że nierówny ten rok, poszarpany dystansowo, zima i wiosna prawie w ogóle do skreślenia, bo choroba, walka o każdy kilometr. Lato szaleńcze, mimo upałów. Niby bardzo dbam o regularność, ale życie swoje. Jeszcze chwilkę, jeszcze kilka dni do 18 będzie jasno. Później już tylko nierówna szarpanina z mrokiem.
Za mną kolejny pracujący weekend. Dwa razy więcej wychodzi pracujących od wolnych. Nie jedna praca, to druga. Nie druga, to trzecia. Ale za to kupiłam w empiku gazetę z moim nazwiskiem w stopce. Fajnie. Za chwilę kolejna książka. Będzie jeszcze fajniej. Tylko że na wszystko brakuje mi czasu. Gdybym miała czas na wszystko, byłabym królową świata. A tak to ciągłe wybory: korekty czy bieganie? Terminy. Ale wyrywa mnie z butów. Bieganie czy zakupy? W lodówce hula wiatr. Sprzątanie czy gotowanie? Obiecałam Brzydalowi knedliki. Kosz na pranie waży już ze sto kilo. 21 kilometrów treningowo? Szit, po 15 kilometrach wracam do domu, nie zdążę, nie zdążę! Praca czy urlop? Wolne z nadgodzin, żeby popracować w domu.
Ferie zaklepane. 76 dni do wyjazdu.

poniedziałek, 8 października 2018

PKO Silesia Półmaraton 2018

10 minut szybciej, niż rok temu.
W generalce wyżej o 196 miejsc.
54 miejsca w górę wśród kobiet, 44 miejsca w górę w mojej kategorii wiekowej kobiet.

Czyli jest postęp. Muszę sobie powtarzać te liczby, bo daleko mi do zeszłorocznego entuzjazmu czy do wybuchu radości po niedawnej Piętnastce. Myślałam, że stać mnie na trochę więcej, że potrafię odrobinę szybciej.
Ale już po 5 kilometrach wiedziałam, że nie mam szans na jakiś spektakularny atak, że objawienia nie będzie. Że ta forma od Piętnastki spadła, a nie rosła. Że na mojej turbodiecie wytrzymałam 6 tygodni, a nie 8, tak jak planowałam - sytuacja w pracy tak mnie rozwaliła, że nagle co i czy w ogóle coś jem zeszło na drugi plan. Może za dużo nerwów, za mało snu, za duża napinka, zbyt wielkie oczekiwania, nadzieja, że jakoś to będzie, że pogoda będzie łaskawa (było znacznie cieplej niż się spodziewałam), że nic dziwnego mi się nie przytrafi (a tu pierwszy raz w życiu kolka, pierwszy raz w życiu ból kolana, pierwszy raz w życiu otarta stopa).
I stąd taki dziwny nastrój. Że chyba jednak nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam.
Że trzeba było zacisnąć zęby i dbać o siebie do końca.
Że trzeba się było bardziej zmotywować, a nie pękać gdzieś na ostatniej prostej.
A może ten start był po to, żebym wyhamowała i trochę spokorniała, przestała się upierać, że przed 35 urodzinami biegnę maraton, a najlepiej to właśnie na Silesii w przyszłym roku. Może właśnie pokory mi brakło. Może brakło techniki, umiejętności, doświadczenia, odpoczynku
No więc czas na piątce pokazał, gdzie moje miejsce. Czas na dyszce utwierdził mnie w przekonaniu, że szaleństw nie będzie, a później, zamiast przyspieszyć, jak to zwykle mam w zwyczaju, po prostu trzymałam tempo, i to tak konsekwentnie, że aż sama się dziwię.

Może tak to jest, że czasem jest się biegnącym jednorożcem, a czasem nosorożcem.

A jednak jestem 196 miejsc wyżej, niż w zeszłym roku.

Atmosfera Stadionu Śląskiego miażdży głowę, wyrywa serce i dusi gardło. Wbiegłam w tunel i wydzierałam się z kilkoma chłopakami, echo niosło, ostatnie 400 metrów, niebieska bieżnia, wszyscy wewnętrznymi torami, szybciej, bliżej, a ja środkiem, tam, gdzie pusto. Ludzie na trybunach, telebimy, słońce wali, walka do końca, do ostatnich metrów, mimo że nie umiem już przyspieszyć, to wszystko, na co było mnie stać w ten dzień. Wpadłam na metę, ktoś zawiesił mi medal na szyi, oczy natychmiast całe uryczane, piątkę przybył mi wielki, niebiesko-biały gracz rugby. "Gratuluję, zasłużyłaś" - powiedział.

Potrzebowałam całej doby, żeby jakoś to oswoić, żeby przestać być na skraju wybuchu płaczu. Teraz już się cieszę, bo to był mój bieg i moje zwycięstwo, wbrew wszystkiemu i zgodnie tylko ze sobą. Siedzę cała poubierana w polary i plusze i z przepięknym medalem na szyi. Jest najpiękniejszy ze wszystkich. Za rok znów start, a czy na tym dystansie, czy na pełnym, czas pokaże.

środa, 3 października 2018

Wings For Life 2019!

Jeszcze zanim zaczęłam biegać, na wysokości katowickich wodociągów mijałam billboard Wings For Life. Jedyny bieg, w którym goni cię meta.
Od kiedy biegam, wiem, o co chodzi. Że Adam Małysz za kółkiem, że na całym świecie, że dziesiątki czy setki tysięcy ludzi. Że Polka kiedyś wygrała.
5 maja 2019 roku będę w Poznaniu na moim pierwszym Wings For Life. Pakiet zapłacony, hotel zabukowany. Oglądam filmiki z ostatnich lat i coś mnie chwyta za gardło. Chyba jednak czasem budzi się we mnie stadne zwierzę i to jest właśnie ten moment.

sobota, 8 września 2018

15tka z Katowic do Sosnowca

Jestem jednorożcem, zapierniczam po tęczy, a wokół mnie sypią się chmury kolorowego brokatu.
Tak się czuję.
Tegoroczną Piętnastkę z Katowic do Sosnowca pobiegłam 15 minut szybciej niż rok temu.
Rok temu biegłam ją testowo - to był mój pierwszy oficjalny start, bo miałam ze strachu pełno w gaciach przed Silesią. Był upał, ja byłam przerażona, wszyscy w ogóle gdzieś pobiegli, a ja cisłam po torach i zastanawiałam się, co ja tam w ogóle robię i po co.
Dzięki Piętnastce byłam silniejsza na Silesii. Bałam się odrobinę mniej.
Piętnastka to był dla mnie taki test, papierek lakmusowy, klasówka przed egzaminem. W tym roku miało być podobnie, a ja wykonałam coś takiego, że nie mieści mi się to w głowie.
Na tych piętnastu kilometrach tylko jeden kilometr biegłam tempem powyżej 6:00, pozostałe 14 - z piątką na początku. Ostatecznie tempo wyszło mi zbliżone do mojej życiówki na dychę. Kolejne kilometry znikały pod butami i za plecami, jakby ktoś tylko zmieniał obrazki, a telefon pipczał kolejne międzyczasy poniżej 6 minut na kilometr. To jeszcze tego gościa wyprzedzę. I te trzy laski. I jeszcze te trzy. I tę grupkę. A ciebie w sumie też. I ciebie. I kilka metrów przed metą jakimś dzikim sprintem pod górę łyknęłam jeszcze dwie osoby. Łącznie ponad setkę... Zwariowałam.
Praca, którą wykonałam przez ostatnie miesiące, przyniosła naprawdę cudowny efekt. Nie wiedziałam, że potrafię tak biegać, tak szybko i tak równo. Że można w jeden rok poprawić wynik o 15 minut. Brzydal na mecie zrobił mi takie zdjęcie, na którym osłupiała z otwartymi ustami wpatruję się we własny zegarek i nie wierzę, co widzę.
I jeśli mam jakiegoś anioła stróża, który ze mną biega, to najwyraźniej dobry z niego DJ, bo tak mieszał mi w piosenkach, że co kilka minut dostawałam dodatkowego kopa. A już zupełnie oszalałam, jak nagle niespodziewanie w moich słuchawkach pojawili się "Notoryczni debiutanci" Much. Dobiegałam do Szopienic i śpiewałam, że to będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez wspomnień i rozczarował. I nagle zachciało mi się nowego roku, nowego początku. Tylko że on wcale nie musi się zacząć 1 stycznia. Równie dobrze może być 8 września.
I tak dobiegłam z radością i z uśmiechem do mety, gdzie czekali na mnie uradowani Rodzice i Brzydal z milionem zdjęć. Nie spodziewałam się też, że będę tak wysoko w mojej kategorii wiekowej. Wielka radość i satysfakcja.
Jest taki postęp, że nie ogarniam.
Już za miesiąc Silesia!

wtorek, 4 września 2018

Lęk "Opium"

Nie umiem przestać słuchać.

piątek, 31 sierpnia 2018

200 km w sierpniu

I tak oto w te upały i w te pojedyncze chłodne dni wybiegałam w sierpniu magiczne 200 kilometrów. To mój nowy rekord. Poprzedni był nieruszany od sierpnia zeszłego roku, kiedy to w chwale i wśród owacji najbliższych zrobiłam 170 kilometrów. Jak wiemy, wiele się od tego czasu zmieniło. Ósmy miesiąc próbuję wrócić do formy i ten miesiąc chyba wreszcie pokazał, że siedzi we mnie taka silna franca, że nawet się nie spodziewałam. Że nadal tylko o siebie walczę. Że jakoś musi się dać to wszystko pogodzić, a nawet jeśli nie, to muszę to przeżyć.
Chociaż to pewnie naiwnie głupie i złudne, że da się to wszystko zatuptać. Że da się ściemniać samej sobie, że była strata i nie ma straty. Strata nie przestaje być stratą, czarna dziura nie do zasypania. To, że w nią staram się nie zaglądać, w ogóle nie sprawia, że dziura znika. Ale walka trwa. Każdy walczy jak umie.
200 kilometrów to konkret, konkretna liczba. Każdy kilometr zapisał coś we mnie, każdy miał tempo, rytm, kadencję, wznios, spadek, wypłaszczenie, podbieg albo zbieg, kałużę albo dziurę z kurzem. Wszystko jak w życiu. Albo pocisz się jak świnia, albo błyszczysz jak jednorożec. Albo o siebie walczysz za wszelką cenę, albo leżysz na kanapie z bólem całego ciała i całej tej kanapy i całego tego świata i nawet już nie masz siły wyć jak zwierzak.
Podbiegi przeżywać
Zbiegi wykorzystywać
Nie bój się deszczu
It's easier to leave that to be left behind
Na podbiegach nie pękać
Na zbiegach nadganiać
Hello love, my invincible friend
Biegnij dalej sam
O czym ty tak myślałaś przez te 3 godziny? - zapytała mnie koleżanka po tym ostatnim 26-kilometrowym wybryku. Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Zbiegi wykorzystywać
Podbiegi przeżywać
DON'T PANIC
Ja ci kiedyś to wszystko, na pewno
Now I wonder how whatsername has been
Biegnij dalej sam żeby sprawdzić komu ufać kogo mijać i się bać
DON'T PANIC
kam zvou svodidla co po tmě mi lžou
Żeby sprawdzić co cię martwi co nie daje teraz spać 
Ja ci kiedyś to wszystko powiem
Weź mi proszę przypomnij właściwie jak się nazywasz
I forget where we were
Wiedz że to bujda granda zwykła
Maybe it was peace at last, who knew
Should I give up or should I just keep chasing pavements even if it leads nowhere
...
O czym ty tak myślałaś przez te 3 godziny...?

czwartek, 30 sierpnia 2018

miesiąc minął

Miesiąc na diecie minął. Jak pomyślę, w jakim byłam stanie po urlopie, nie chce mi się wierzyć, że w ogóle o mnie chodzi. Byłam zmęczona, napuchnięta, śpiąca i wielka.
Przez ten miesiąc byłam grzeczna i porządna, kontrolowałam każdy posiłek i jego skład, dobrze bawiłam się w kuchni, nie byłam głodna, do niczego mnie nie ciągnęło, nie piłam żadnego alkoholu i nie jadłam słodyczy, żadnych fast foodów, żadnych mocno przetworzonych produktów, żadnych zbędnych słodzonych bzdur typu jogurty z 0,2% truskawek czy batoniki musli. Nie chce mi się wierzyć, że mam mnóstwo energii, czuję się naprawdę dobrze, dobrze śpię, łatwiej wstaję, nie śnią mi się horrory i nie mam nocnych omamów, że widzę w naszym mieszkaniu obcych ludzi. Postęp jest więc naprawdę duży.
Codziennie ćwiczyłam nogi, brzuch, ręki i planki. Za mną tysiące powtórzeń. No i biegałam jak nawiedzona, kilometrami, czasem bez opamiętania, mimo że aura nie sprzyjała - wściekłe upały przeplatane kilkoma chłodnymi dniami. Od dwóch tygodni walczę z jakąś inwazją w zatokach. Długo kaszlałam i nawet na dwa dni straciłam głos. Nie było mnie to w stanie zatrzymać w domu, bo po co.
Niestety urodziłam się w połowie lat 80., a jako nastolatkę wychowywała mnie Bridget Jones, której podstawową jednostką wartości była waga. No i moje kolana byłyby wdzięczne, gdybym była trochę lżejsza. Ale waga niemal stoi w miejscu, pokazuje trochę ponad kilogram mniej niż przed miesiącem. Niewiele, biorąc pod uwagę liczbę treningów, spalonych kalorii i milion innych wyrzeczeń. No ale po Bridget Jones pojawił się trend, że jednak nie waga, a metr krawiecki jest przydatniejszy. Sprawdzam! I ku mojej radości okazało się, że mam teraz o 5 cm mniej w biodrach i o 3 cm mniej w talii. Czyli jednak coś się dzieje. To co, byle tak dalej, co nie?