sobota, 27 października 2018

pokora

Zaczajam się na te 30 km już któryś miesiąc... Że niby bieganie zaczyna się po trzydziestce. Jak przebiegnę tę trzydziestkę i jakoś to będzie, to mogę zacząć myśleć o maratonie.
No i dzisiaj miało lać od rana, ale kropla nie spadła. Zebrałam się rano i hajda, przed siebie. Do 15 kilometra leciałam jak jednorożec. A po 21 kilometrach z podkulonym ogonem wróciłam do domu. Jakby mi odcięło główne źródło zasilania.
Bieganie uczy różnych rzeczy. W moim przypadku przede wszystkim konsekwencji, regularności i organizacji czasu.
Ale przede wszystkim uczy pokory.
Wychodzisz na 30, ledwo dobiegasz 21.
Startujesz w zawodach na 21 i zamiast łamać granice czasoprzestrzeni, przypominasz walec drogowy.
Czasem nawala głowa, a czasem ciało. Chciałabym być coraz lepszą wersją siebie, a jednak zwykle pojawia się coś, co przypomina mi, kim jestem, jak wyglądam, na co choruję, jak żyję, co wypiłam wczoraj wieczorem. No, pokora. Szkoda, że nie mogę jej suplementować w tabletkach. Że można ją pozyskać tylko z powietrza.

czwartek, 25 października 2018

moje pierwsze pudło

Wyniki klasyfikacji mnie zdziwiły i uradowały. Nie spodziewałam się, że tak będzie. Że dostanę statuetkę, torbę gadżetów i uścisk ręki prezesa biegu i prezesa stadionu. Że w ogóle kiedykolwiek będę na podium. III miejsce kobiet jest moje. I choćby to mi miało być tylko raz w życiu, nikt mi tego nie odbierze. Pudło jest moje. Moje pierwsze pudło. Nie minęły jeszcze 3 lata, od kiedy zaczęłam biegać. Padło moje nazwisko i głos zatrzymał mi się w gardle.
W moim bliskim środowisku zabawne poruszenie, jakby naprawdę zdarzyło się coś ważnego. Były kwiaty i słodycze, uściski i słowa uznania, jakbym co najmniej wygrała to na olimpiadzie. Były też pomysły, że to świetny przycisk do papieru, albo że mam sobie tego biegacza zamontować na masce samochodu, tak jak mają jaguary.
Prezes stadionu powiedział, że w przyszłym roku ma nadzieję widzieć mnie na mecie maratonu. Fruwając gdzieś pod sufitem odpowiedziałam, że się postaram.


niedziela, 21 października 2018

oświecenie

Silesia nadal w głowie. Nagle kilka dni temu doznałam olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku, że żeby szybciej biegać zawody, muszę szybciej biegać treningi. Proste. We wtorek więc zrobiłam dychę w 1 h 00 min 59 sekund, w czwartek zrobiłam dychę w 57 min 08 sek (życiówka!), a wczoraj 15 km zajęło mi 1,5 godziny i 23 sekundy. Czyli da się. Ten tydzień jednak jednorożec, nie nosorożec, mimo że - ja prdl - przytyłam 2 kilo.
W tym tygodniu dodatkowo elegancko pojawiły mi się na liczniku dwie liczby: 3000 kilometrów, od kiedy pierwszy raz wyszłam pobiegać, i 1000 km w tym roku.
Idziemy na rekord, mimo że nierówny ten rok, poszarpany dystansowo, zima i wiosna prawie w ogóle do skreślenia, bo choroba, walka o każdy kilometr. Lato szaleńcze, mimo upałów. Niby bardzo dbam o regularność, ale życie swoje. Jeszcze chwilkę, jeszcze kilka dni do 18 będzie jasno. Później już tylko nierówna szarpanina z mrokiem.
Za mną kolejny pracujący weekend. Dwa razy więcej wychodzi pracujących od wolnych. Nie jedna praca, to druga. Nie druga, to trzecia. Ale za to kupiłam w empiku gazetę z moim nazwiskiem w stopce. Fajnie. Za chwilę kolejna książka. Będzie jeszcze fajniej. Tylko że na wszystko brakuje mi czasu. Gdybym miała czas na wszystko, byłabym królową świata. A tak to ciągłe wybory: korekty czy bieganie? Terminy. Ale wyrywa mnie z butów. Bieganie czy zakupy? W lodówce hula wiatr. Sprzątanie czy gotowanie? Obiecałam Brzydalowi knedliki. Kosz na pranie waży już ze sto kilo. 21 kilometrów treningowo? Szit, po 15 kilometrach wracam do domu, nie zdążę, nie zdążę! Praca czy urlop? Wolne z nadgodzin, żeby popracować w domu.
Ferie zaklepane. 76 dni do wyjazdu.

poniedziałek, 8 października 2018

PKO Silesia Półmaraton 2018

10 minut szybciej, niż rok temu.
W generalce wyżej o 196 miejsc.
54 miejsca w górę wśród kobiet, 44 miejsca w górę w mojej kategorii wiekowej kobiet.

Czyli jest postęp. Muszę sobie powtarzać te liczby, bo daleko mi do zeszłorocznego entuzjazmu czy do wybuchu radości po niedawnej Piętnastce. Myślałam, że stać mnie na trochę więcej, że potrafię odrobinę szybciej.
Ale już po 5 kilometrach wiedziałam, że nie mam szans na jakiś spektakularny atak, że objawienia nie będzie. Że ta forma od Piętnastki spadła, a nie rosła. Że na mojej turbodiecie wytrzymałam 6 tygodni, a nie 8, tak jak planowałam - sytuacja w pracy tak mnie rozwaliła, że nagle co i czy w ogóle coś jem zeszło na drugi plan. Może za dużo nerwów, za mało snu, za duża napinka, zbyt wielkie oczekiwania, nadzieja, że jakoś to będzie, że pogoda będzie łaskawa (było znacznie cieplej niż się spodziewałam), że nic dziwnego mi się nie przytrafi (a tu pierwszy raz w życiu kolka, pierwszy raz w życiu ból kolana, pierwszy raz w życiu otarta stopa).
I stąd taki dziwny nastrój. Że chyba jednak nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam.
Że trzeba było zacisnąć zęby i dbać o siebie do końca.
Że trzeba się było bardziej zmotywować, a nie pękać gdzieś na ostatniej prostej.
A może ten start był po to, żebym wyhamowała i trochę spokorniała, przestała się upierać, że przed 35 urodzinami biegnę maraton, a najlepiej to właśnie na Silesii w przyszłym roku. Może właśnie pokory mi brakło. Może brakło techniki, umiejętności, doświadczenia, odpoczynku
No więc czas na piątce pokazał, gdzie moje miejsce. Czas na dyszce utwierdził mnie w przekonaniu, że szaleństw nie będzie, a później, zamiast przyspieszyć, jak to zwykle mam w zwyczaju, po prostu trzymałam tempo, i to tak konsekwentnie, że aż sama się dziwię.

Może tak to jest, że czasem jest się biegnącym jednorożcem, a czasem nosorożcem.

A jednak jestem 196 miejsc wyżej, niż w zeszłym roku.

Atmosfera Stadionu Śląskiego miażdży głowę, wyrywa serce i dusi gardło. Wbiegłam w tunel i wydzierałam się z kilkoma chłopakami, echo niosło, ostatnie 400 metrów, niebieska bieżnia, wszyscy wewnętrznymi torami, szybciej, bliżej, a ja środkiem, tam, gdzie pusto. Ludzie na trybunach, telebimy, słońce wali, walka do końca, do ostatnich metrów, mimo że nie umiem już przyspieszyć, to wszystko, na co było mnie stać w ten dzień. Wpadłam na metę, ktoś zawiesił mi medal na szyi, oczy natychmiast całe uryczane, piątkę przybył mi wielki, niebiesko-biały gracz rugby. "Gratuluję, zasłużyłaś" - powiedział.

Potrzebowałam całej doby, żeby jakoś to oswoić, żeby przestać być na skraju wybuchu płaczu. Teraz już się cieszę, bo to był mój bieg i moje zwycięstwo, wbrew wszystkiemu i zgodnie tylko ze sobą. Siedzę cała poubierana w polary i plusze i z przepięknym medalem na szyi. Jest najpiękniejszy ze wszystkich. Za rok znów start, a czy na tym dystansie, czy na pełnym, czas pokaże.

środa, 3 października 2018

Wings For Life 2019!

Jeszcze zanim zaczęłam biegać, na wysokości katowickich wodociągów mijałam billboard Wings For Life. Jedyny bieg, w którym goni cię meta.
Od kiedy biegam, wiem, o co chodzi. Że Adam Małysz za kółkiem, że na całym świecie, że dziesiątki czy setki tysięcy ludzi. Że Polka kiedyś wygrała.
5 maja 2019 roku będę w Poznaniu na moim pierwszym Wings For Life. Pakiet zapłacony, hotel zabukowany. Oglądam filmiki z ostatnich lat i coś mnie chwyta za gardło. Chyba jednak czasem budzi się we mnie stadne zwierzę i to jest właśnie ten moment.

sobota, 8 września 2018

15tka z Katowic do Sosnowca

Jestem jednorożcem, zapierniczam po tęczy, a wokół mnie sypią się chmury kolorowego brokatu.
Tak się czuję.
Tegoroczną Piętnastkę z Katowic do Sosnowca pobiegłam 15 minut szybciej niż rok temu.
Rok temu biegłam ją testowo - to był mój pierwszy oficjalny start, bo miałam ze strachu pełno w gaciach przed Silesią. Był upał, ja byłam przerażona, wszyscy w ogóle gdzieś pobiegli, a ja cisłam po torach i zastanawiałam się, co ja tam w ogóle robię i po co.
Dzięki Piętnastce byłam silniejsza na Silesii. Bałam się odrobinę mniej.
Piętnastka to był dla mnie taki test, papierek lakmusowy, klasówka przed egzaminem. W tym roku miało być podobnie, a ja wykonałam coś takiego, że nie mieści mi się to w głowie.
Na tych piętnastu kilometrach tylko jeden kilometr biegłam tempem powyżej 6:00, pozostałe 14 - z piątką na początku. Ostatecznie tempo wyszło mi zbliżone do mojej życiówki na dychę. Kolejne kilometry znikały pod butami i za plecami, jakby ktoś tylko zmieniał obrazki, a telefon pipczał kolejne międzyczasy poniżej 6 minut na kilometr. To jeszcze tego gościa wyprzedzę. I te trzy laski. I jeszcze te trzy. I tę grupkę. A ciebie w sumie też. I ciebie. I kilka metrów przed metą jakimś dzikim sprintem pod górę łyknęłam jeszcze dwie osoby. Łącznie ponad setkę... Zwariowałam.
Praca, którą wykonałam przez ostatnie miesiące, przyniosła naprawdę cudowny efekt. Nie wiedziałam, że potrafię tak biegać, tak szybko i tak równo. Że można w jeden rok poprawić wynik o 15 minut. Brzydal na mecie zrobił mi takie zdjęcie, na którym osłupiała z otwartymi ustami wpatruję się we własny zegarek i nie wierzę, co widzę.
I jeśli mam jakiegoś anioła stróża, który ze mną biega, to najwyraźniej dobry z niego DJ, bo tak mieszał mi w piosenkach, że co kilka minut dostawałam dodatkowego kopa. A już zupełnie oszalałam, jak nagle niespodziewanie w moich słuchawkach pojawili się "Notoryczni debiutanci" Much. Dobiegałam do Szopienic i śpiewałam, że to będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez wspomnień i rozczarował. I nagle zachciało mi się nowego roku, nowego początku. Tylko że on wcale nie musi się zacząć 1 stycznia. Równie dobrze może być 8 września.
I tak dobiegłam z radością i z uśmiechem do mety, gdzie czekali na mnie uradowani Rodzice i Brzydal z milionem zdjęć. Nie spodziewałam się też, że będę tak wysoko w mojej kategorii wiekowej. Wielka radość i satysfakcja.
Jest taki postęp, że nie ogarniam.
Już za miesiąc Silesia!

wtorek, 4 września 2018

Lęk "Opium"

Nie umiem przestać słuchać.

piątek, 31 sierpnia 2018

200 km w sierpniu

I tak oto w te upały i w te pojedyncze chłodne dni wybiegałam w sierpniu magiczne 200 kilometrów. To mój nowy rekord. Poprzedni był nieruszany od sierpnia zeszłego roku, kiedy to w chwale i wśród owacji najbliższych zrobiłam 170 kilometrów. Jak wiemy, wiele się od tego czasu zmieniło. Ósmy miesiąc próbuję wrócić do formy i ten miesiąc chyba wreszcie pokazał, że siedzi we mnie taka silna franca, że nawet się nie spodziewałam. Że nadal tylko o siebie walczę. Że jakoś musi się dać to wszystko pogodzić, a nawet jeśli nie, to muszę to przeżyć.
Chociaż to pewnie naiwnie głupie i złudne, że da się to wszystko zatuptać. Że da się ściemniać samej sobie, że była strata i nie ma straty. Strata nie przestaje być stratą, czarna dziura nie do zasypania. To, że w nią staram się nie zaglądać, w ogóle nie sprawia, że dziura znika. Ale walka trwa. Każdy walczy jak umie.
200 kilometrów to konkret, konkretna liczba. Każdy kilometr zapisał coś we mnie, każdy miał tempo, rytm, kadencję, wznios, spadek, wypłaszczenie, podbieg albo zbieg, kałużę albo dziurę z kurzem. Wszystko jak w życiu. Albo pocisz się jak świnia, albo błyszczysz jak jednorożec. Albo o siebie walczysz za wszelką cenę, albo leżysz na kanapie z bólem całego ciała i całej tej kanapy i całego tego świata i nawet już nie masz siły wyć jak zwierzak.
Podbiegi przeżywać
Zbiegi wykorzystywać
Nie bój się deszczu
It's easier to leave that to be left behind
Na podbiegach nie pękać
Na zbiegach nadganiać
Hello love, my invincible friend
Biegnij dalej sam
O czym ty tak myślałaś przez te 3 godziny? - zapytała mnie koleżanka po tym ostatnim 26-kilometrowym wybryku. Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Zbiegi wykorzystywać
Podbiegi przeżywać
DON'T PANIC
Ja ci kiedyś to wszystko, na pewno
Now I wonder how whatsername has been
Biegnij dalej sam żeby sprawdzić komu ufać kogo mijać i się bać
DON'T PANIC
kam zvou svodidla co po tmě mi lžou
Żeby sprawdzić co cię martwi co nie daje teraz spać 
Ja ci kiedyś to wszystko powiem
Weź mi proszę przypomnij właściwie jak się nazywasz
I forget where we were
Wiedz że to bujda granda zwykła
Maybe it was peace at last, who knew
Should I give up or should I just keep chasing pavements even if it leads nowhere
...
O czym ty tak myślałaś przez te 3 godziny...?

czwartek, 30 sierpnia 2018

miesiąc minął

Miesiąc na diecie minął. Jak pomyślę, w jakim byłam stanie po urlopie, nie chce mi się wierzyć, że w ogóle o mnie chodzi. Byłam zmęczona, napuchnięta, śpiąca i wielka.
Przez ten miesiąc byłam grzeczna i porządna, kontrolowałam każdy posiłek i jego skład, dobrze bawiłam się w kuchni, nie byłam głodna, do niczego mnie nie ciągnęło, nie piłam żadnego alkoholu i nie jadłam słodyczy, żadnych fast foodów, żadnych mocno przetworzonych produktów, żadnych zbędnych słodzonych bzdur typu jogurty z 0,2% truskawek czy batoniki musli. Nie chce mi się wierzyć, że mam mnóstwo energii, czuję się naprawdę dobrze, dobrze śpię, łatwiej wstaję, nie śnią mi się horrory i nie mam nocnych omamów, że widzę w naszym mieszkaniu obcych ludzi. Postęp jest więc naprawdę duży.
Codziennie ćwiczyłam nogi, brzuch, ręki i planki. Za mną tysiące powtórzeń. No i biegałam jak nawiedzona, kilometrami, czasem bez opamiętania, mimo że aura nie sprzyjała - wściekłe upały przeplatane kilkoma chłodnymi dniami. Od dwóch tygodni walczę z jakąś inwazją w zatokach. Długo kaszlałam i nawet na dwa dni straciłam głos. Nie było mnie to w stanie zatrzymać w domu, bo po co.
Niestety urodziłam się w połowie lat 80., a jako nastolatkę wychowywała mnie Bridget Jones, której podstawową jednostką wartości była waga. No i moje kolana byłyby wdzięczne, gdybym była trochę lżejsza. Ale waga niemal stoi w miejscu, pokazuje trochę ponad kilogram mniej niż przed miesiącem. Niewiele, biorąc pod uwagę liczbę treningów, spalonych kalorii i milion innych wyrzeczeń. No ale po Bridget Jones pojawił się trend, że jednak nie waga, a metr krawiecki jest przydatniejszy. Sprawdzam! I ku mojej radości okazało się, że mam teraz o 5 cm mniej w biodrach i o 3 cm mniej w talii. Czyli jednak coś się dzieje. To co, byle tak dalej, co nie?

sobota, 25 sierpnia 2018

26 km

Jest dieta, jest energia, jest forma. Wyszłam pobiegać i pyknęłam 26 kilometrów. Po prostu wyszłam pobiegać i tak jakoś wyszło. To naprawdę kawał drogi i kawał czasu, choć w trakcie w ogóle się o tym nie myśli.
Cieszę się, bo w sumie tego nie planowałam, a zaczął mi się zbliżać dystans 30 kilometrów, a mówią, że jak się biega 30, to i maraton można zacząć planować. Oczywiście grzecznie trzymam się założenia, że nie zabieram się za maraton, póki nie przebiegnę połówki poniżej 2 godzin, ale ta trzydziestka trochę nęci. Trójka z przodu. Tak jak ja.


niedziela, 12 sierpnia 2018

ja też pana kocham, panie Beniu

Dziś rano nadeszła wiadomość o niespodziewanej śmierci Benia.
Przychodził i śpiewał. Uśmiechał się i mówił mi, jaka jestem piękna.
Mówił, że mnie kocha i że gdyby był 40 lat młodyszy, to by mi nie przepuścił.
I że nie powinien tak mówić, bo się boi tego bruneta, co ze mną chodzi na spektakle.
Czasem siadał naprzeciwko i patrzyliśmy na siebie zaczepnie. Opowiadał swoje historie. Nie spieszył się, bo gdzie.
Gdy wychodził, zawsze mówił: kocham cię, pa. A ja zawsze odpowiadałam: ja też pana kocham, panie Beniu.
Odejście Benia to niezaprzeczalnie koniec pewnej epoki: elegancji, sznytu, piękna, spokoju, życzliwości, wiary. Nikt z nas nigdy nie będzie mu nawet dorastać do pięt.
Nie ma ludzi niezastąpionych? Są. Byli.

sobota, 11 sierpnia 2018

21 życiówka

Ha! Ha ha ha! Haaaaa! Zrobiło się chłodniej. Wyszłam z domu, jak jeszcze trochę padało. Jednak wkurzyłam się na ten czas z zeszłego tygodnia i poleciałam dzisiaj taką samą trasę, jak tydzień temu.
I co? I co? I co?
I o 45 sekund pękła moja życiówka z listopada! 45 sekund szybciej! Teraz mogłabym wytatuować sobie 2:13:38.
Przeszczęśliwa. Po ponad 8 miesiącach na lekach wracam do formy sprzed nawrotu choroby, sprzed tej strasznej styczniowej afery, po której wszystko się podupiło.
2:13:38. Średnie tempo 6:22. Średnia kroków 162/min, średnie tętno 163.
Przez chwilę zaświtało mi w głowie, że atak na 2:10 jest realny. Chociaż strach o tym myśleć, tyle się jeszcze może wydarzyć.
Nogi niosą, wyrywa mnie z butów, czułam, że będzie dobrze.
15 stopni mniej na termometrze i 15 minut szybciej. Taki mały cud sportowo-meteorologiczny.
Kusi mnie, żeby za tydzień w sobotę jeszcze raz to samo...

sobota, 4 sierpnia 2018

upalne 21

Kolejny dzień wściekłego upału, ale nie pękamy. Obleciałam kawał miasta i sierpniowy półmaraton zaliczony. Średnie tempo 7:06, więc naprawdę delikatnie, ale biorąc pod uwagę pogodę, jestem zadowolona. To znaczy, że głowa działa jak trzeba. Na trzynastym kilometrze przerwa na izo, a na osiemnastym - przerwa na wylewanie na łeb butelki zimnej wody na środku ulicy, jak w jakiejś reklamie.
Zostałam bohaterką mojej ulubionej grupy biegowej, bo dziewczyny czasem nie dają rady piątki pobiec w ten upał. Część puka się w czoło.
Przyznaję, był hardkor, ale wiara w start na Silesii wraca.
Boże, jak gorąco...

poniedziałek, 30 lipca 2018

dieta od poniedziałku

Wszystkie diety zawsze od poniedziałku.
Po urlopie jestem fizycznie rozwalona, zmęczona ekstremalnie tymi 222 kilometrami na nogach, tymi przejazdami autem i jazdami pogodowymi, tym jedzeniem bez opamiętania i piciem co wieczór. No niestety, mnie na wolnym puszczają wszystkie lejce, hamulce przestają spełniać swoją rolę, nie mam żadnych ograniczeń i w ogóle Keine Grenzen i husaria poróbmy coś jeszcze, szkoda czasu na odpoczynek, w domu sobie odpoczniemy, chodźmy jeszcze tu. I tu. I tam. I jeszcze taką bułkę poproszę.
No i teraz mam. Wczoraj do południa w ogóle nie umiałam wstać z łóżka. Boli mnie całe ciało i potrzebuję jeszcze co najmniej tygodnia wolnego, żeby jakoś dojść do siebie. Oczywiście nie mam jeszcze tygodnia wolnego.
No ale wszystkie diety zawsze od poniedziałku, więc czas start.
Dwa i pół miesiąca do Silesii. Muszę się do tego czasu nie tylko postawić na nogi, ale też dojść do formy, która pozwoli mi się nie skompromitować na trasie od startu do mety.
Pomierzyłam się i poważyłam, obejrzałam z każdej strony i kupiłam notes, żeby ten stos postanowień zapisać i kontrolować, jak idzie i czy w ogóle idzie.
No więc przede wszystkim żadnego alkoholu, bo źle wpływa na wydolność, żadnych słodyczy, bo od nich dupa rośnie, regularne jedzenie, bo tak mądrzej, i regularne myślenie, bo podobno dieta to 70% sukcesu, a ruch tylko 30%. Gdybym 2 lata temu posłuchała tego, kto to wymyślił, byłabym teraz w innym miejscu - skoro samym ruchem zrzuciłam 15 kilo, to gdybym wtedy myślała, zamiast szaleć... Czyli czeka mnie trochę większa kontrola nad ruchem, a nie że husaria i napieprzanie bez opamiętania.
Niestety Brzydal przemyślał sprawę na urlopie i uznał, że squash jednak jest strasznie durny i odmówił dalszych treningów (na szczęście nie kupiłam przed wyjazdem tej fenomenalnej rakiety, co prawie że sama grała...). Jest skłonny zamienić squasha na rower, co jestem w stanie zaakceptować i co na pewno lepiej wpłynie na nasz domowy budżet, bo squash okazał się niestety sportem dla ludzi, którzy zarabiają lepiej od nas.
Bo ty nie znasz umiaru! Jak twój ojciec! - tak przy wielu okazjach rzecze moja mama. Czas pokazać, że znam umiar, przynajmniej czasami. Umiar w jedzeniu i piciu. Zobaczymy.

środa, 11 lipca 2018

23 rocznica masakry w Srebrenicy

Wczoraj oglądałam w sieci, jak główną ulicą Sarajewa jedzie przykryta gigantyczną bośniacką flagą ciężarówka. W środku szczątki 35 zidentyfikowanych przez ostatni rok ofiar masakry w Srebrenicy. Sarajewianie wtykali kwiaty w szczeliny przyczepy. Czekali, płakali, patrzyli.
Dziś, w 23 rocznicę masakry, której dokonali Serbowie na muzułmańskich chłopcach, mężczyznach i starcach, pochowają ich w Potoczari. Z tego co zrozumiałam z bośniackich wiadomości, jest wśród nich jedna kobieta, która była wtedy w ciąży.
Pamiętam z dzieciństwa takie obrazki w telewizji: tłum mężczyzn, na których rękach płyną kolejne zielone trumny. Kołysały się jak łódki na falach. Ten obrazek co roku w wiadomościach. Hałas, podniesione głosy, nieznane modlitwy
Dopóki tam nie pojechaliśmy, wydawało mi się, że Srebrenica (teraz już wiem, że to Potoczari) to groźne, niebezpieczne miejsce. Jako gówniara wyobrażałam sobie, że ci ludzie są tam zawsze, że tłum się kłębi, że jest złość, niezmierzony smutek, wściekłość, płacz.
Jeszcze kilka lat temu, gdy czytałam kolejną książkę o wojnie w Bośni, bałam się tam jechać.
Rzeczywistość? Gdy byliśmy tam dwa lata temu, na gigantycznym cmentarzu w Potoczari oprócz nas było dosłownie kilka osób. Było chłodno, siąpił deszcz, nic nie wydawało żadnego dźwięku, cisza rozsadzała czaszkę. Porządek, majestat, godność, ogrom, niemożliwy do pojęcia rozumiem ogrom.
Wydaje mi się, że tam jedzie się raz w życiu. I tak myślę o tym codziennie.

poniedziałek, 9 lipca 2018

przymusowe roztrenowanie

We wtorek miałam się przebiec do Milowic, a pobiegłam do Czeladzi i wróciłam przez Piaski (nie planowałam tego, tylko szukałam najbliższego sklepu, żeby kupić coś co picia). Wprawdzie był upał, ale trzeba być twardym, a nie szukać wymówek. Wprawdzie wszyscy tego dnia byli słabsi niż zwykle, ale co tam. No i w gardle pustynia. Ale co się dziwić, skoro tak gorąco?
W środę w gardle wszystko miałam już z drewna, podobnie jak nogi, ręce i w ogóle wszystko. Wykopali mnie z pracy do domu. Dopiero w czwartek miałam się widzieć z lekarzem. Noc oczywiście cudowna: próby przybrania pozycji poziomej powodowały ataki drapania, charczenia i duszenia. W czwartek oczywiście zdiagnozowano zapalenie gardła i mocno podejrzane zatoki i zalecono leżenie w łóżku, co czyniłam pół dnia w czwartek, cały piątek, całą sobotę i kawał niedzieli. Leki brane garściami dobrze podziałały na gardło (już nie boli) i zatoki (zostało śmieszne gulgotanie w głowie), gorzej na brzuszek, ale jedno woleć. Antybiotyk tylko czekał na skok gorączki...
Dziś już chciałam delikatnie wyjść pobiegać, ale kaszel mnie zatrzymał. Stop, nie warto ryzykować urlopem, który mamy nadzieję zacząć za 5 dni. Może jutro spróbuję wyjść. Kilometrowo lipiec i tak jest już stracony, ale będę mieć inne atrakcje. Poza tym takie tygodniowe przymusowe roztrenowanie powinno dobrze zrobić moim wielkim, zmęczonym łydkom - sama nigdy bym się nie zmusiła, by przez tydzień nie wychodzić, a wielcy zawodnicy rozpisują się o cudownych efektach planowanych dłuższych przerw, bla bla bla...
Byłam już dziś grzecznie w pracy, a teraz równie grzecznie siedzę przy kuchennym stole i jednym okiem pilnuję biszkoptu w piecu, by nie wywinął jakiegoś numeru. Z okazji jutrzejszych urodzin Brzydala piekę turbotort-niespodziankę, ale moje zaufanie do blach ostatnio drastycznie spadło po dwóch epizodach piekarnikowych wybuchów, wycieków i samozapłonów. Dziś też miałam w planach klasyczny, okrągły tort, ale z racji tortownicy, która się gdzieś teleportowała, tort będzie jednak prostokątny.
Plany na wyjazd coraz jaśniejsze. Mamy już to, co najważniejsze:
  • wstępną trasę zrodzoną z chaotycznych kilkudziesięciu punktów, nazw, które nie mówiły nam nic, z eliminacji kolejnych miejsc i dodawania innych
  • przeliczone siły na zamiary podane z kilometrach i godzinach przejazdów
  • zeszyt do zapisków z podróży
  • rozmówki polsko-bułgarskie
  • przewodnik, w którym nie ma ani jednego zdjęcia (sami sobie zrobimy)
  • pierwszy od lat kostium kąpielowy (od kilku lat ani razu nie byliśmy na plaży, bo po co?)
  • winietki
  • ekuzy
  •  zaklepany pierwszy nocleg w Belgradzie, gdzie już trzeci raz będziemy spać u Maji, która ma na wszystko czas, a już na pewno zawsze ma czas na piekielną czarną kawę, fajki w swoim wielkim ogrodzie i na ksiuty o Polakach i Serbach.
Maja rok temu dostała od nas wino z pigwy naszej roboty. Kilka tygodni czekała na odpowiednią okazję, by je wypić. Gdy okazja nadeszła, butelka naszego wina wypadła Maji z rąk na parkingu i rozbiła się z hukiem. Maja wybuchła płaczem nad tym całym bałaganem. Klęcząc na parkingu znalazła zakrzywiony kawałek potłuczonej butelki, w której zachowało się kilka kropel naszego bursztynowego trunku. I tam to tak klęcząc, wypiła, płacząc. Więc to chyba oczywiste, że musimy zawieźć jej jeszcze jedną butelkę...

sobota, 30 czerwca 2018

mandat

Fantastycznie. Miliony razy przekraczałam prędkość. Wyprzedzałam na ciągłej. Rozmawiałam przez telefon. Zawracałam na nakazie skrętu w lewo. Właziłam na pomniki. Piłam alkohol w miejscach publicznych w kraju i poza jego granicami. Robiłam różne rzeczy, za które mogłabym dostać mandat. Ale pierwszy mandat w życiu dostałam nie w samochodzie, a na bieganiu.
OK, rozumiem, że dwa pasy, podwójne tory i kolejne dwa pasy to nie jest najlepsze miejsce do przekraczania całej szerokości drogi biegiem, ale nie weszłabym na jezdnię, gdyby coś jechało. Poza tym, jak chodziłam na organizowany przez policję kurs samoobrony dla kobiet, to bardzo mili, silni i przystojni policjanci, którzy uczyli mnie, jak się łamie ręce i wbija klucze w oko, mówili, że jak mamy do wyboru samotne pokonywanie przejścia podziemnego i przechodzenie górą, to lepiej jest zaryzykować mandatem niż tym, co może mnie spotkać w przejściu podziemnym.
No to lecę górą i dymam do domu, ostatnia prosta pod górkę, już widzę mój blok, w nogach mam już 15 km dobrym tempem, ale jeszcze dociskam na końcu. Włączył mi się tryb "konia do domu", więc dłuższą chwilę w ogóle nie zwracałam uwagi, że obok mnie jedzie nieoznakowana szara octavia i że umundurowany policjant macha do mnie lizakiem. Pod samym domem! Cudownie
Próbowałam dyskutować, negocjować, jakoś się wyłgać, ale nie szło - może to koniec miesiąca i nadganianie statystyk, wyrabianie normy, a może faktycznie nic nie można było zrobić, skoro się pięknie nagrałam jak cała na fioletowo dymam w poprzek przez 4 pasy i dwa torowiska, samotna królowa kadru, mistrzyni pierwszego planu.
Musze przyznać, że panowie byli przemili, zabawni i troskliwi, proponowali mi np. żebym sobie usiadła w samochodzie, bo przecież mogę zmarznąć, jednak ze względu na dyskusyjną świeżość po 15-kilometrowym biegu wolałam marznąć na chodniku. Jeden próbował zagaić metodą na wspólne hobby i przyznał się, że też biega. Piątki. Szczerze odparowałam, że poniżej dychy nie opłaca się nawet butów zakładać. Cisza. No pani to pewnie nie ma żadnych dokumentów - domyślili się, patrząc na moje getry. No mam wszystkie, akt urodzenia, świadectwo maturalne, dyplomy z kursów, co tam chcecie... Tak oto dostałam mandat na pięć dyszek, wykład o potrąceniach i życzenia miłego dnia, który faktycznie taki był. Zdarza się. Milion razy przelatywałam tam górą, bo ogromną niechęć odczuwam na myśl o przejściach podziemnych. Jak zadzwoniłam do Brzydala z informacją o mandacie, to od razu wiedział, gdzie i za co. Śmiałam się, że po sześciu latach taki abonament to nawet taniocha. To wyłącznie moja głupota i moja nieuwaga. Gdybym była mniej zmęczona, gdyby adrenalina mniej zalewała mi oczy, rozejrzałabym się porządnie i dostrzegłabym w oddali tego szarego zbliżającego się rekina o znajomej sylwetce.
Ale bieg się udał. Takie dni sprawiają, że odzyskuję wiarę, że mimo porypanego zdrowia czeka mnie jeszcze szybkie, dłubie bieganie. Tylko kiedy?

Tymczasem minęło pół roku, od kiedy się leczę, od kiedy w styczniu w 3 dni mój organizm odmówił dalszej współpracy. Zawsze po pół roku wychodzą na wierzch różne skutki uboczne, a ja zawsze mam nadzieję, że tym razem to nie nastąpi. Oczywiście i tym razem nastąpiło, co przyjmuję z hejtem, brakiem pokory i wieloma złymi emocjami. No i zawsze się boję, że teraz to już na pewno wyłysieję albo że nigdy nie opanuję reakcji alergicznych. Taka alergia na słońce w środku lata to naprawdę natury strzał w dziesiątkę...

czwartek, 21 czerwca 2018

kaski

Wiedz, że coś się dzieje! W naszym domu pierwszy raz w życiu pojawiły się kaski rowerowe, czarny mat i biała perła. Po wielkim sukcesie rowerowego wyjazdu do Łodzi przypomnieliśmy sobie, że przecież też mamy rowery. Mój od czasu przeprowadzki 6 czy 7 lat temu pozostawał na strychu w moim rodzinnym domu. Wyprowadzony na dwór wymagał tylko dopompowania kół. Nie trzeszczał, nie charczał, nie wydawał podejrzanych dźwięków, nie wygląda obciachowo i po prostu nadaje się do jazdy. Z brzydalowym jest podobnie. Przyzwyczajenia z nart i snowboardu kazały nam natychmiast zaopatrzyć się w kaski, bo żadne z nas nie chce wyrżnąć łbem o borsztajn, więc kupiliśmy dwa proste modele i czekamy na testy. Na razie robimy sobie w domu głupie zdjęcia i cieszymy się, że idzie nowe. Nowe zawsze dobre!

niedziela, 17 czerwca 2018

Łodź




















Nasz pierwszy raz w Łodzi. 33 kilometry na miejskich rowerach. Miasto trochę oswojone.