niedziela, 12 sierpnia 2018

ja też pana kocham, panie Beniu

Dziś rano nadeszła wiadomość o niespodziewanej śmierci Benia.
Przychodził i śpiewał. Uśmiechał się i mówił mi, jaka jestem piękna.
Mówił, że mnie kocha i że gdyby był 40 lat młodyszy, to by mi nie przepuścił.
I że nie powinien tak mówić, bo się boi tego bruneta, co ze mną chodzi na spektakle.
Czasem siadał naprzeciwko i patrzyliśmy na siebie zaczepnie. Opowiadał swoje historie. Nie spieszył się, bo gdzie.
Gdy wychodził, zawsze mówił: kocham cię, pa. A ja zawsze odpowiadałam: ja też pana kocham, panie Beniu.
Odejście Benia to niezaprzeczalnie koniec pewnej epoki: elegancji, sznytu, piękna, spokoju, życzliwości, wiary. Nikt z nas nigdy nie będzie mu nawet dorastać do pięt.
Nie ma ludzi niezastąpionych? Są. Byli.

sobota, 11 sierpnia 2018

21 życiówka

Ha! Ha ha ha! Haaaaa! Zrobiło się chłodniej. Wyszłam z domu, jak jeszcze trochę padało. Jednak wkurzyłam się na ten czas z zeszłego tygodnia i poleciałam dzisiaj taką samą trasę, jak tydzień temu.
I co? I co? I co?
I o 45 sekund pękła moja życiówka z listopada! 45 sekund szybciej! Teraz mogłabym wytatuować sobie 2:13:38.
Przeszczęśliwa. Po ponad 8 miesiącach na lekach wracam do formy sprzed nawrotu choroby, sprzed tej strasznej styczniowej afery, po której wszystko się podupiło.
2:13:38. Średnie tempo 6:22. Średnia kroków 162/min, średnie tętno 163.
Przez chwilę zaświtało mi w głowie, że atak na 2:10 jest realny. Chociaż strach o tym myśleć, tyle się jeszcze może wydarzyć.
Nogi niosą, wyrywa mnie z butów, czułam, że będzie dobrze.
15 stopni mniej na termometrze i 15 minut szybciej. Taki mały cud sportowo-meteorologiczny.
Kusi mnie, żeby za tydzień w sobotę jeszcze raz to samo...

sobota, 4 sierpnia 2018

upalne 21

Kolejny dzień wściekłego upału, ale nie pękamy. Obleciałam kawał miasta i sierpniowy półmaraton zaliczony. Średnie tempo 7:06, więc naprawdę delikatnie, ale biorąc pod uwagę pogodę, jestem zadowolona. To znaczy, że głowa działa jak trzeba. Na trzynastym kilometrze przerwa na izo, a na osiemnastym - przerwa na wylewanie na łeb butelki zimnej wody na środku ulicy, jak w jakiejś reklamie.
Zostałam bohaterką mojej ulubionej grupy biegowej, bo dziewczyny czasem nie dają rady piątki pobiec w ten upał. Część puka się w czoło.
Przyznaję, był hardkor, ale wiara w start na Silesii wraca.
Boże, jak gorąco...

poniedziałek, 30 lipca 2018

dieta od poniedziałku

Wszystkie diety zawsze od poniedziałku.
Po urlopie jestem fizycznie rozwalona, zmęczona ekstremalnie tymi 222 kilometrami na nogach, tymi przejazdami autem i jazdami pogodowymi, tym jedzeniem bez opamiętania i piciem co wieczór. No niestety, mnie na wolnym puszczają wszystkie lejce, hamulce przestają spełniać swoją rolę, nie mam żadnych ograniczeń i w ogóle Keine Grenzen i husaria poróbmy coś jeszcze, szkoda czasu na odpoczynek, w domu sobie odpoczniemy, chodźmy jeszcze tu. I tu. I tam. I jeszcze taką bułkę poproszę.
No i teraz mam. Wczoraj do południa w ogóle nie umiałam wstać z łóżka. Boli mnie całe ciało i potrzebuję jeszcze co najmniej tygodnia wolnego, żeby jakoś dojść do siebie. Oczywiście nie mam jeszcze tygodnia wolnego.
No ale wszystkie diety zawsze od poniedziałku, więc czas start.
Dwa i pół miesiąca do Silesii. Muszę się do tego czasu nie tylko postawić na nogi, ale też dojść do formy, która pozwoli mi się nie skompromitować na trasie od startu do mety.
Pomierzyłam się i poważyłam, obejrzałam z każdej strony i kupiłam notes, żeby ten stos postanowień zapisać i kontrolować, jak idzie i czy w ogóle idzie.
No więc przede wszystkim żadnego alkoholu, bo źle wpływa na wydolność, żadnych słodyczy, bo od nich dupa rośnie, regularne jedzenie, bo tak mądrzej, i regularne myślenie, bo podobno dieta to 70% sukcesu, a ruch tylko 30%. Gdybym 2 lata temu posłuchała tego, kto to wymyślił, byłabym teraz w innym miejscu - skoro samym ruchem zrzuciłam 15 kilo, to gdybym wtedy myślała, zamiast szaleć... Czyli czeka mnie trochę większa kontrola nad ruchem, a nie że husaria i napieprzanie bez opamiętania.
Niestety Brzydal przemyślał sprawę na urlopie i uznał, że squash jednak jest strasznie durny i odmówił dalszych treningów (na szczęście nie kupiłam przed wyjazdem tej fenomenalnej rakiety, co prawie że sama grała...). Jest skłonny zamienić squasha na rower, co jestem w stanie zaakceptować i co na pewno lepiej wpłynie na nasz domowy budżet, bo squash okazał się niestety sportem dla ludzi, którzy zarabiają lepiej od nas.
Bo ty nie znasz umiaru! Jak twój ojciec! - tak przy wielu okazjach rzecze moja mama. Czas pokazać, że znam umiar, przynajmniej czasami. Umiar w jedzeniu i piciu. Zobaczymy.

środa, 11 lipca 2018

23 rocznica masakry w Srebrenicy

Wczoraj oglądałam w sieci, jak główną ulicą Sarajewa jedzie przykryta gigantyczną bośniacką flagą ciężarówka. W środku szczątki 35 zidentyfikowanych przez ostatni rok ofiar masakry w Srebrenicy. Sarajewianie wtykali kwiaty w szczeliny przyczepy. Czekali, płakali, patrzyli.
Dziś, w 23 rocznicę masakry, której dokonali Serbowie na muzułmańskich chłopcach, mężczyznach i starcach, pochowają ich w Potoczari. Z tego co zrozumiałam z bośniackich wiadomości, jest wśród nich jedna kobieta, która była wtedy w ciąży.
Pamiętam z dzieciństwa takie obrazki w telewizji: tłum mężczyzn, na których rękach płyną kolejne zielone trumny. Kołysały się jak łódki na falach. Ten obrazek co roku w wiadomościach. Hałas, podniesione głosy, nieznane modlitwy
Dopóki tam nie pojechaliśmy, wydawało mi się, że Srebrenica (teraz już wiem, że to Potoczari) to groźne, niebezpieczne miejsce. Jako gówniara wyobrażałam sobie, że ci ludzie są tam zawsze, że tłum się kłębi, że jest złość, niezmierzony smutek, wściekłość, płacz.
Jeszcze kilka lat temu, gdy czytałam kolejną książkę o wojnie w Bośni, bałam się tam jechać.
Rzeczywistość? Gdy byliśmy tam dwa lata temu, na gigantycznym cmentarzu w Potoczari oprócz nas było dosłownie kilka osób. Było chłodno, siąpił deszcz, nic nie wydawało żadnego dźwięku, cisza rozsadzała czaszkę. Porządek, majestat, godność, ogrom, niemożliwy do pojęcia rozumiem ogrom.
Wydaje mi się, że tam jedzie się raz w życiu. I tak myślę o tym codziennie.

poniedziałek, 9 lipca 2018

przymusowe roztrenowanie

We wtorek miałam się przebiec do Milowic, a pobiegłam do Czeladzi i wróciłam przez Piaski (nie planowałam tego, tylko szukałam najbliższego sklepu, żeby kupić coś co picia). Wprawdzie był upał, ale trzeba być twardym, a nie szukać wymówek. Wprawdzie wszyscy tego dnia byli słabsi niż zwykle, ale co tam. No i w gardle pustynia. Ale co się dziwić, skoro tak gorąco?
W środę w gardle wszystko miałam już z drewna, podobnie jak nogi, ręce i w ogóle wszystko. Wykopali mnie z pracy do domu. Dopiero w czwartek miałam się widzieć z lekarzem. Noc oczywiście cudowna: próby przybrania pozycji poziomej powodowały ataki drapania, charczenia i duszenia. W czwartek oczywiście zdiagnozowano zapalenie gardła i mocno podejrzane zatoki i zalecono leżenie w łóżku, co czyniłam pół dnia w czwartek, cały piątek, całą sobotę i kawał niedzieli. Leki brane garściami dobrze podziałały na gardło (już nie boli) i zatoki (zostało śmieszne gulgotanie w głowie), gorzej na brzuszek, ale jedno woleć. Antybiotyk tylko czekał na skok gorączki...
Dziś już chciałam delikatnie wyjść pobiegać, ale kaszel mnie zatrzymał. Stop, nie warto ryzykować urlopem, który mamy nadzieję zacząć za 5 dni. Może jutro spróbuję wyjść. Kilometrowo lipiec i tak jest już stracony, ale będę mieć inne atrakcje. Poza tym takie tygodniowe przymusowe roztrenowanie powinno dobrze zrobić moim wielkim, zmęczonym łydkom - sama nigdy bym się nie zmusiła, by przez tydzień nie wychodzić, a wielcy zawodnicy rozpisują się o cudownych efektach planowanych dłuższych przerw, bla bla bla...
Byłam już dziś grzecznie w pracy, a teraz równie grzecznie siedzę przy kuchennym stole i jednym okiem pilnuję biszkoptu w piecu, by nie wywinął jakiegoś numeru. Z okazji jutrzejszych urodzin Brzydala piekę turbotort-niespodziankę, ale moje zaufanie do blach ostatnio drastycznie spadło po dwóch epizodach piekarnikowych wybuchów, wycieków i samozapłonów. Dziś też miałam w planach klasyczny, okrągły tort, ale z racji tortownicy, która się gdzieś teleportowała, tort będzie jednak prostokątny.
Plany na wyjazd coraz jaśniejsze. Mamy już to, co najważniejsze:
  • wstępną trasę zrodzoną z chaotycznych kilkudziesięciu punktów, nazw, które nie mówiły nam nic, z eliminacji kolejnych miejsc i dodawania innych
  • przeliczone siły na zamiary podane z kilometrach i godzinach przejazdów
  • zeszyt do zapisków z podróży
  • rozmówki polsko-bułgarskie
  • przewodnik, w którym nie ma ani jednego zdjęcia (sami sobie zrobimy)
  • pierwszy od lat kostium kąpielowy (od kilku lat ani razu nie byliśmy na plaży, bo po co?)
  • winietki
  • ekuzy
  •  zaklepany pierwszy nocleg w Belgradzie, gdzie już trzeci raz będziemy spać u Maji, która ma na wszystko czas, a już na pewno zawsze ma czas na piekielną czarną kawę, fajki w swoim wielkim ogrodzie i na ksiuty o Polakach i Serbach.
Maja rok temu dostała od nas wino z pigwy naszej roboty. Kilka tygodni czekała na odpowiednią okazję, by je wypić. Gdy okazja nadeszła, butelka naszego wina wypadła Maji z rąk na parkingu i rozbiła się z hukiem. Maja wybuchła płaczem nad tym całym bałaganem. Klęcząc na parkingu znalazła zakrzywiony kawałek potłuczonej butelki, w której zachowało się kilka kropel naszego bursztynowego trunku. I tam to tak klęcząc, wypiła, płacząc. Więc to chyba oczywiste, że musimy zawieźć jej jeszcze jedną butelkę...

sobota, 30 czerwca 2018

mandat

Fantastycznie. Miliony razy przekraczałam prędkość. Wyprzedzałam na ciągłej. Rozmawiałam przez telefon. Zawracałam na nakazie skrętu w lewo. Właziłam na pomniki. Piłam alkohol w miejscach publicznych w kraju i poza jego granicami. Robiłam różne rzeczy, za które mogłabym dostać mandat. Ale pierwszy mandat w życiu dostałam nie w samochodzie, a na bieganiu.
OK, rozumiem, że dwa pasy, podwójne tory i kolejne dwa pasy to nie jest najlepsze miejsce do przekraczania całej szerokości drogi biegiem, ale nie weszłabym na jezdnię, gdyby coś jechało. Poza tym, jak chodziłam na organizowany przez policję kurs samoobrony dla kobiet, to bardzo mili, silni i przystojni policjanci, którzy uczyli mnie, jak się łamie ręce i wbija klucze w oko, mówili, że jak mamy do wyboru samotne pokonywanie przejścia podziemnego i przechodzenie górą, to lepiej jest zaryzykować mandatem niż tym, co może mnie spotkać w przejściu podziemnym.
No to lecę górą i dymam do domu, ostatnia prosta pod górkę, już widzę mój blok, w nogach mam już 15 km dobrym tempem, ale jeszcze dociskam na końcu. Włączył mi się tryb "konia do domu", więc dłuższą chwilę w ogóle nie zwracałam uwagi, że obok mnie jedzie nieoznakowana szara octavia i że umundurowany policjant macha do mnie lizakiem. Pod samym domem! Cudownie
Próbowałam dyskutować, negocjować, jakoś się wyłgać, ale nie szło - może to koniec miesiąca i nadganianie statystyk, wyrabianie normy, a może faktycznie nic nie można było zrobić, skoro się pięknie nagrałam jak cała na fioletowo dymam w poprzek przez 4 pasy i dwa torowiska, samotna królowa kadru, mistrzyni pierwszego planu.
Musze przyznać, że panowie byli przemili, zabawni i troskliwi, proponowali mi np. żebym sobie usiadła w samochodzie, bo przecież mogę zmarznąć, jednak ze względu na dyskusyjną świeżość po 15-kilometrowym biegu wolałam marznąć na chodniku. Jeden próbował zagaić metodą na wspólne hobby i przyznał się, że też biega. Piątki. Szczerze odparowałam, że poniżej dychy nie opłaca się nawet butów zakładać. Cisza. No pani to pewnie nie ma żadnych dokumentów - domyślili się, patrząc na moje getry. No mam wszystkie, akt urodzenia, świadectwo maturalne, dyplomy z kursów, co tam chcecie... Tak oto dostałam mandat na pięć dyszek, wykład o potrąceniach i życzenia miłego dnia, który faktycznie taki był. Zdarza się. Milion razy przelatywałam tam górą, bo ogromną niechęć odczuwam na myśl o przejściach podziemnych. Jak zadzwoniłam do Brzydala z informacją o mandacie, to od razu wiedział, gdzie i za co. Śmiałam się, że po sześciu latach taki abonament to nawet taniocha. To wyłącznie moja głupota i moja nieuwaga. Gdybym była mniej zmęczona, gdyby adrenalina mniej zalewała mi oczy, rozejrzałabym się porządnie i dostrzegłabym w oddali tego szarego zbliżającego się rekina o znajomej sylwetce.
Ale bieg się udał. Takie dni sprawiają, że odzyskuję wiarę, że mimo porypanego zdrowia czeka mnie jeszcze szybkie, dłubie bieganie. Tylko kiedy?

Tymczasem minęło pół roku, od kiedy się leczę, od kiedy w styczniu w 3 dni mój organizm odmówił dalszej współpracy. Zawsze po pół roku wychodzą na wierzch różne skutki uboczne, a ja zawsze mam nadzieję, że tym razem to nie nastąpi. Oczywiście i tym razem nastąpiło, co przyjmuję z hejtem, brakiem pokory i wieloma złymi emocjami. No i zawsze się boję, że teraz to już na pewno wyłysieję albo że nigdy nie opanuję reakcji alergicznych. Taka alergia na słońce w środku lata to naprawdę natury strzał w dziesiątkę...

czwartek, 21 czerwca 2018

kaski

Wiedz, że coś się dzieje! W naszym domu pierwszy raz w życiu pojawiły się kaski rowerowe, czarny mat i biała perła. Po wielkim sukcesie rowerowego wyjazdu do Łodzi przypomnieliśmy sobie, że przecież też mamy rowery. Mój od czasu przeprowadzki 6 czy 7 lat temu pozostawał na strychu w moim rodzinnym domu. Wyprowadzony na dwór wymagał tylko dopompowania kół. Nie trzeszczał, nie charczał, nie wydawał podejrzanych dźwięków, nie wygląda obciachowo i po prostu nadaje się do jazdy. Z brzydalowym jest podobnie. Przyzwyczajenia z nart i snowboardu kazały nam natychmiast zaopatrzyć się w kaski, bo żadne z nas nie chce wyrżnąć łbem o borsztajn, więc kupiliśmy dwa proste modele i czekamy na testy. Na razie robimy sobie w domu głupie zdjęcia i cieszymy się, że idzie nowe. Nowe zawsze dobre!

niedziela, 17 czerwca 2018

Łodź




















Nasz pierwszy raz w Łodzi. 33 kilometry na miejskich rowerach. Miasto trochę oswojone.

czwartek, 14 czerwca 2018

cyborg

Mimo że niedzielny bieg utrzymywał mnie w przekonaniu, że jednak jestem cyborgiem, to wczorajszy i dzisiejszy dzień mocno mnie otrzeźwiły. Nie jestem. Nie mam siły się ruszyć, jestem ciężka, senna i nieruchoma. Dwa dni z pracy wracałam helikopterem, siedząc na śmigle - tak kręciło mi się w głowie, że po korytarzach w robocie chodziłam trzymając się ścian i szczerze nie wiem, jak wracałam do domu samochodem. Taki wir w głowie kojarzy mi się tylko z tym sylwestrem w górach sprzed kilku lat, kiedy była kukułka, paskudne widno musujące, desperados i coś tam jeszcze. Tym razem miałam to na trzeźwo. Odpoczywam, choć trochę mi żal, bo nie do końca umiem to robić. A jak mi tym razem nie przejdzie?

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Wizz Air Halfmarathon 2018 - epilog

Biegniemy przez Muchowiec, coś nawet gadamy ze sobą, te kilka osób dookoła. W pewnym momencie biegnę równo z jednym facetem. Powoli i majestatycznie wyprzedza nas beczkowóz. Patrzymy za nim z dziwną nadzieją i utęsknieniem. Jest tak gorąco, że prawie widzę, jak zaczynają nad nami krążyć sępy jak w filmach.
- Mógłby nas polewać, skoro już tak jedzie - odzywa się ten kolega obok mnie.
- No mógłby - przyznaję mu rację.
- No chyba, że to szambiarka - kwituje kolega.
Kurtyna.

niedziela, 10 czerwca 2018

Wizz Air Halfmarathon Katowice 2018

Jestem dziwnie spokojna. Nie stresuję się, że będzie strasznie, i nie napinam się, że muszę, że coś tam. Wcale nie muszę.
Spotykamy się pod pomnikiem z dziewczynami z grupy, robimy zdjęcia. Biegniemy wszystkie możliwe opcje: piątkę, dyszkę, połówkę i sztafetę. Połówkę poza mną jeszcze trzy. Czyli my we cztery. I jeszcze jakieś 1800 osób. Krótka rozgrzewka, choć już robi się naprawdę ciepło. A poranek dawał nadzieję: o 7 rano ściana wody i rześko. Boziu, w dzień zawodów daj mi zachmurzenie umiarkowane do dużego i 12 stopni na termometrze. Hm. Nie dała. Linia startu, tłum gęstnieje. Włączam muzykę, nie słyszę wystrzału. Później słyszałam, że podobno w ogóle go nie było. Pierwszy kilometr za szybki, za dobrze mi się biegło, jakbym na piątkę leciała, niemądre to było. Później już sama się ciągnęłam za lejce albo robiła to pogoda.
Z minuty na minutę pogodowo było straszniej. Na początku jeszcze trzymałam klasę, bo na punktach odżywczych tylko piłam wodę, ale później - już nawet nie pamiętam, gdzie, chyba gdzieś na Warszawskiej przed Akademią Ekonomiczną, podniosłam leżącą na asfalcie niemal pełną butelkę wody i wylałam sobie na głowę. I to było najlepsze, co mogłam z nią zrobić. To chyba był ten moment, kiedy włączył mi się tryb walki, walki o każdy kilometr, a momentami walki o każdy krok.
Moja taktyka była prosta. W marcu, gdy zapisałam się na ten bieg, nie widziałam jeszcze mapy trasy. Zobaczyłam ją później, ale tak mnie przeraziła, że odłożyłam ją na kolejne 2 tygodnie. Gdy termin się zbliżał, przeprowadziłam dogłębną analizę;) i uznałam, że nie wiedziałam, że zapisuję się na bieg górski;). W związku z tym taktyka zakładała trzy etapy po ok. 7 kilometrów. Pierwszy zakładał dobiec do parku, drugi zakładał PRZEŻYĆ park, a trzeci - tryb "koń do domu", czyli jakoś to będzie. I faktycznie, kryzys dopadł mnie w parku na Muchowcu, czyli gdzieś na 14-16 kilometrze. Ludzie odpadali po drodze. Było duszno i gorąco. Kolejne litry wylewałam sobie na głowę i wlewałam w siebie. Śpiewałam piosenki. Odganiałam myśli, że to bez sensu, a te myśli przychodzą zawsze wtedy, gdy bieg trwa zbyt długo. Trzeba kazać im się zamknąć.
Moim światełkiem w tunelu był Brzydal, który wypożyczył sobie miejski rower i pokazywał mi się co kilka kilometrów z aparatem, fotografując mnie i inne upocone, zmęczone, zakurzone walczące o kolejne metry stworzonka.
I w tym parku biegnę przez las, w cieniu, jest znośnie, a nagle czuję, że na całym ciele wyłazi mi gęsia skórka i marznę. O rany, jak zimno, jak miło - pomyślałam w pierwszej chwili, ale przypomniałam sobie, gdzie jestem, co robię, jaka jest temperatura i dotarło do mnie, że wcale nie fajnie, że wcale nie miło, że to bardzo zły objaw. Natychmiast zwolniłam, choć trasa pozwalała biec. Do punktu odżywczego na szczycie Francuskiej truchtam powolutku (podły podbieg), bez słowa wyciągam wolontariuszowi z dłoni 5-litrowy baniak i wylewam go sobie na łeb. Mokra jak po wyjściu z basenu, i o to chodzi. Buty całe namoknięte, dwa razy cięższe niż normalnie, chlupią przy każdym kroku, zostawiam mokre ślady na rozgrzanym asfalcie. Łapię jakieś dwa banany i cisnę w dół. Etap trzeci - jakoś to będzie. Na zdjęciach z Placu Sejmu widać, że bawię się świetnie, przelatując przez kurtynę wodną. Pod teatrem na Rynku dziarsko sygnalizuję, że wszystko OK. Z daleka widać Spodek, wiem, że dolecę.
Jeszcze tylko podbieg na Pętlę Słoneczną. Ten, kto to wymyślił, powinien ją biegać codziennie po kilka razy. W mokrych butach. Ostatni pęd w dół, do mety. Nagle obok mnie pojawia się Julita z Gliwic, którą poznałam rano. Biegła dychę, ale czekała na mnie ponad godzinę. Biegniemy w dół za rękę, a ona krzyczy mi do ucha, że mam nie pękać, że jeszcze chwila. Z daleka w tym tłumie widzę Brzydala - jak to jest, że w tłumie z takiego daleka z łatwością można zobaczyć kogoś najbliższego? Tak ostro i wyraźnie? Wpadam na metę. Połówka za mną. Moja połówka. Mój Wizz. Na zdjęciu szczerze się, jakbym była na podium. Później dowiaduję się, że za mną jeszcze jakieś 200 osób, a ponad 200 kolejnych nie dotarło do mety w ogóle.
Wynik o minutę słabszy niż mój debiut na Silesii, ale trudno to porównać. Pogoda tak strasznie dała nam wszystkim w dupę, że to cud, że wyniki różnią się tak niewiele. Mój treningowy rekord jest o 10 minut szybszy, ale to, co robi się samemu na przez siebie wybranej trasie, to w ogóle inna kategoria.
To nie jest problem, że na mecie nikt nie zawiesił mi na szyi medalu. Poszłam po niego godzinę później, jak wracaliśmy z obiadu. Organizacyjne niedociągnięcia zdarzają się wszystkim, którzy kiedykolwiek coś organizowali. Zdarzają się wtopy, błędy i kompromitacje. Słyszałam, że ktoś podobno szarpał się z organizatorami za ten bałagan z medalami, ale chciałabym wierzyć, że to nieprawda, że to niemożliwe, że ktoś szarpałby się z drugim człowiekiem z powodu kawałka blachy na sznurku. Nie chcę też wierzyć w to, że postronni ludzie kradli medale dla dzieci i że paradowali z całymi zgrzewkami izotoników, zamiast wziąć jeden i go sobie wypić. W ogóle to wypieram.
Medal odebrałam chwilę później od uśmiechniętego chłopaka w Biurze Zawodów. Cieszyłam się tak, jakby mi go na mecie założył na szyję. Bo tylko ja wiem, co zrobiłam tego dnia i ile mnie to kosztowało.
Później okazało się, że przybiegłam przed moimi dziewczynami z grupy. Ale wszystkie trzy dobiegły do mety.
Żałuję, że moja wydolność nie jest taka, jak jesienią, że moją życiową formę w styczniu szlag trafił i że stawałam na starcie jako ktoś zupełnie inny niż wtedy. Ale powoli pokonuję te wszystkie małe demony, które we mnie siedzą. Ten medal to dowód na to, że nie tylko walczę, ale też nie daję się zwalczyć. Tylko o siebie walczę.



sobota, 9 czerwca 2018

ten tydzień, gdy rodziców nie było, więc poza tym wszystkim był jeszcze pies, kot i ogród

poniedziałek
Wracam z pracy koło 20. Brzydal chce testować nowe rowery miejskie. Jeździmy najpierw kilka kilometrów każdy na swoim, później razem kilka na tandemie (niezapomniane przeżycie i fejm na dzielnicy), później znów każdy na swoim. Padam.

wtorek
Praca, pies, kot. Gramy w squasha. Wracamy późno. Padamy jeszcze później.

środa
Po pracy jedziemy do Opola na "Śmierć przyjeżdża w środę". Drugi raz. Bo dobrze jest raz w sezonie zobaczyć coś, co sprawia, że trzy godziny się nie oddycha i nie mruga oczami. Oczywiście pół spektaklu wyję bezgłośnie, cała twarz mokra, nie mogę się nasłuchać tych historii, czas mija piorunem, oklaski, światło, ciemna noc. Podtrzymuję to, co mówiłam po moim pierwszym zderzeniu ze "Śmiercią": to najlepszy spektakl, jaki widziałam. Wracamy po północy. Padam i śnią mi się głupoty.

czwartek
Kilka godzin we wściekłym upale, w plenerze, w miejscu, w którym nie ma grama cienia. Walczymy. Kark spalony na czerwono. Po pracy zapraszamy sąsiadów na ognisko do ogrodu rodziców. Wracamy w nocy. Padam nie wiem o której.

piątek
Upalne godziny w ciągu dnia na rozgrzanym podwórku. Jakoś zaczyna się to wszystko układać. W trawie rozkładam laptopa, papiery się rozwiewają, maluję paznokcie na żarówiasty żółty. Wieczorem zamiast wreszcie leżeć i pachnieć, niesie nas na koncert do Katowic. Wracamy późno.

sobota
Wychodzę z domu o 11 w południe, wracam o 22. Było wszystko: susza, powódź, upał, zimno, zagrożenie wybuchem kineskopów i buntem na pokładzie, upór i oklaski, wściekłość i duma. Ale mamy to.

Noc. Jak to zrobić, żeby jutro pobiec 21,097?

czwartek, 31 maja 2018

niedziela, 27 maja 2018

deadlines stress fake friends

deadlines
stress
fake friends
bills
drama
no money
diet
...
...
...

tak mam.

środa, 23 maja 2018

robimy

Mój nowy zleceniodawca, ten z Krakowa, wysłał mi tekst na próbę. Odesłałam i czekałam na uwagi. Uwagi nie nadeszły. Nadeszło pięć kolejnych tekstów. Bez słowa. Hmm. Robimy.

Służbowy zamęt trwa i raczej nabiera siły niż słabnie. Imprezy, korekty, korekty, imprezy, teksty, jak nie lekarze, to filozofowie. Niezłe sobie wybrałam dwie grupy zawodowe. W czasie, gdy jedni badają skuteczność trójlekowych połączeń w walce z nadciśnieniem tętniczym opornym, inni zagrzebują się w korzeniach hatha jogi, slow cinema i innych zjawisk, o których nigdy nie słyszałam (i nie mogę się nadziwić, że są nad nimi prowadzone badania, zupełnie jak nad nadciśnieniem opornym).

Nasze drugie zderzenie ze squashem utwierdziło mnie w przekonaniu, że oboje jesteśmy do tego stworzeni. Oczywiście popełniamy podstawowy błąd początkujących, bo aktualnie jesteśmy na etapie cieszenia się tym, że odbijamy piłkę do siebie nawzajem, czyli raczej sobie ułatwiamy, zamiast utrudniać, jak mówią zasady. Poza tym po 2,5 roku biegania fajnie jest zaczynać coś od zera, robić coś, czego się nie umie i nabywać umiejętności z minuty na minutę. Cioramy się tam jak świnie, co chwilę któreś wpada na ścianę, generalnie bawimy się świetnie.

Zmniejszanie kilometrażu w ogóle nie wychodzi, a zawody się zbliżają. Wysokie temperatury dają w dupę, ale to też wychodzi moje zmęczenie, które nie mija, bo nie ma kiedy. Nie wiem, z czego mogłabym zrezygnować i nie oszaleć. Jak nie odpuszczam, to szaleję, tylko trochę mniej.

Nie będę już wracać do tej historii o pękających linach. Zorientowałam się, że to przez to czuję się gorzej.

sobota, 19 maja 2018

już nigdy nie będę księżniczką

Świat się kończy. Książę Harry bierze ślub. Już nigdy nie będę księżniczką. Rudy książę na wielki wieków poza zasięgiem.

Z żałości ;) przebiegłam 13 km w średnim tempie 6:15. Elegancko, nawet się nie spodziewałam. Ostatnie tygodnie to równoległa walka o kilometry i o tempo startowe: w tym tygodniu 6:26 i 6:24 dają nadzieję, że właśnie w tych okolicach mam szansę przebiec połówkę na zawodach 10 czerwca. O ile oczywiście odpocznę, zmniejszę kilometraż, będę trochę mniej pracować, więcej spać, mądrzej jeść i mniej się stresować. Co nie wiem, czy jest możliwe. Zastanowię się nad tym w poniedziałek. Albo we wtorek.

Wieczorem szpilki i spektakl. Pierwszy od miesiąca weekend bez pracy.

Mój korektorski fejm dotarł do Krakowa. Przyszła oferta współpracy. Zobaczymy, co z tego będzie. Nie mam napinki. Pierwsze koty za płoty. Może pierwsze, może ostatnie.

Po środowym squashu trzeci dzień nie mogę ruszać ręką. Tak, wiem, rozgrzewka. Idiotka...


czwartek, 17 maja 2018

każda lina kiedyś pęknie

Przez 90 minut słuchałam historii o tym, że każda lina kiedyś pęknie. Że później się już tylko leci, w górę albo w dół, zależy jak na to spojrzeć. Historii o strasznej, dojmującej samotności, i wtedy, kiedy lina jeszcze trzyma, i wtedy, gdy lina już trzaśnie.
To też jest inaczej, gdy pęknie sama, bo była za słaba, używana, poprzecierana, nieodpowiednia, a inaczej, gdy ktoś ci ją upierdoli. Przegryzie, przetnie, wyrwie z ręki.
Moja lina nie była ani słaba, ani używana, ani poprzecierana, ani nieodpowiednia.
Nie czuję się najlepiej.

środa, 16 maja 2018

squash!

Jesteśmy z Brzydalem demonami squasha. Nasza pierwsza w życiu wizyta na korcie przyniosła mnóstwo śmiechu, litry potu, parę siniaków, jedną zgubioną piłkę, kilka otarć na rakietach i zapis na kolejny tydzień. Nie spodziewałam się, że potrzeba tyle siły, by draństwo w ogóle odbić od ściany. Bo łydki wprawdzie mam jak grecki wojownik, ale bicepsy to mam bardziej jak bocian pięty. No ale ja nie znam umiaru (jak mój ojciec), więc zapierniczałam równo przez godzinę, mimo że w połowie czasu nie byłam w stanie już podnieść 1,5-litrowej butelki z wodą. Brzydal zadowolony, dostałam nawet czasem szwonga i walił w ścianę po 8 razy, kompletnie pomijając moją skromną obecność. Byle do środy!

sobota, 12 maja 2018

zagłębiowskie trójmiasto

Nigdy nie zadzieraj z dziewczyną, która biega 21 km dla zabawy.


21,1 km, 2:23:22, na spokojnie, przez trzy miasta. Niby niedaleko, niby trasa znana, ale nie na butach. Z perspektywy chodnika zawsze jest inaczej. No i te podbiegi... Gdzieś po 10 kilometrze śmiałam się, że nie wiedziałam, że k*#$@ mieszkam w górach. To mój ostatni taki długi akcent przed czerwcowymi zawodami. Teraz będzie z górki, by znów było pod górkę.

Tak naprawdę miasto to mój ulubiony plac zabaw. A tu mi wyszło trójmiasto.

To też trzeci z rzędu mój pracujący weekend. Na warsztacie kolejny numer gazety, kilkanaście artykułów. Głowę dotleniłam, nogi chętnie trochę posiedzą, więc nic, tylko pracować...