niedziela, 10 czerwca 2018

Wizz Air Halfmarathon Katowice 2018

Jestem dziwnie spokojna. Nie stresuję się, że będzie strasznie, i nie napinam się, że muszę, że coś tam. Wcale nie muszę.
Spotykamy się pod pomnikiem z dziewczynami z grupy, robimy zdjęcia. Biegniemy wszystkie możliwe opcje: piątkę, dyszkę, połówkę i sztafetę. Połówkę poza mną jeszcze trzy. Czyli my we cztery. I jeszcze jakieś 1800 osób. Krótka rozgrzewka, choć już robi się naprawdę ciepło. A poranek dawał nadzieję: o 7 rano ściana wody i rześko. Boziu, w dzień zawodów daj mi zachmurzenie umiarkowane do dużego i 12 stopni na termometrze. Hm. Nie dała. Linia startu, tłum gęstnieje. Włączam muzykę, nie słyszę wystrzału. Później słyszałam, że podobno w ogóle go nie było. Pierwszy kilometr za szybki, za dobrze mi się biegło, jakbym na piątkę leciała, niemądre to było. Później już sama się ciągnęłam za lejce albo robiła to pogoda.
Z minuty na minutę pogodowo było straszniej. Na początku jeszcze trzymałam klasę, bo na punktach odżywczych tylko piłam wodę, ale później - już nawet nie pamiętam, gdzie, chyba gdzieś na Warszawskiej przed Akademią Ekonomiczną, podniosłam leżącą na asfalcie niemal pełną butelkę wody i wylałam sobie na głowę. I to było najlepsze, co mogłam z nią zrobić. To chyba był ten moment, kiedy włączył mi się tryb walki, walki o każdy kilometr, a momentami walki o każdy krok.
Moja taktyka była prosta. W marcu, gdy zapisałam się na ten bieg, nie widziałam jeszcze mapy trasy. Zobaczyłam ją później, ale tak mnie przeraziła, że odłożyłam ją na kolejne 2 tygodnie. Gdy termin się zbliżał, przeprowadziłam dogłębną analizę;) i uznałam, że nie wiedziałam, że zapisuję się na bieg górski;). W związku z tym taktyka zakładała trzy etapy po ok. 7 kilometrów. Pierwszy zakładał dobiec do parku, drugi zakładał PRZEŻYĆ park, a trzeci - tryb "koń do domu", czyli jakoś to będzie. I faktycznie, kryzys dopadł mnie w parku na Muchowcu, czyli gdzieś na 14-16 kilometrze. Ludzie odpadali po drodze. Było duszno i gorąco. Kolejne litry wylewałam sobie na głowę i wlewałam w siebie. Śpiewałam piosenki. Odganiałam myśli, że to bez sensu, a te myśli przychodzą zawsze wtedy, gdy bieg trwa zbyt długo. Trzeba kazać im się zamknąć.
Moim światełkiem w tunelu był Brzydal, który wypożyczył sobie miejski rower i pokazywał mi się co kilka kilometrów z aparatem, fotografując mnie i inne upocone, zmęczone, zakurzone walczące o kolejne metry stworzonka.
I w tym parku biegnę przez las, w cieniu, jest znośnie, a nagle czuję, że na całym ciele wyłazi mi gęsia skórka i marznę. O rany, jak zimno, jak miło - pomyślałam w pierwszej chwili, ale przypomniałam sobie, gdzie jestem, co robię, jaka jest temperatura i dotarło do mnie, że wcale nie fajnie, że wcale nie miło, że to bardzo zły objaw. Natychmiast zwolniłam, choć trasa pozwalała biec. Do punktu odżywczego na szczycie Francuskiej truchtam powolutku (podły podbieg), bez słowa wyciągam wolontariuszowi z dłoni 5-litrowy baniak i wylewam go sobie na łeb. Mokra jak po wyjściu z basenu, i o to chodzi. Buty całe namoknięte, dwa razy cięższe niż normalnie, chlupią przy każdym kroku, zostawiam mokre ślady na rozgrzanym asfalcie. Łapię jakieś dwa banany i cisnę w dół. Etap trzeci - jakoś to będzie. Na zdjęciach z Placu Sejmu widać, że bawię się świetnie, przelatując przez kurtynę wodną. Pod teatrem na Rynku dziarsko sygnalizuję, że wszystko OK. Z daleka widać Spodek, wiem, że dolecę.
Jeszcze tylko podbieg na Pętlę Słoneczną. Ten, kto to wymyślił, powinien ją biegać codziennie po kilka razy. W mokrych butach. Ostatni pęd w dół, do mety. Nagle obok mnie pojawia się Julita z Gliwic, którą poznałam rano. Biegła dychę, ale czekała na mnie ponad godzinę. Biegniemy w dół za rękę, a ona krzyczy mi do ucha, że mam nie pękać, że jeszcze chwila. Z daleka w tym tłumie widzę Brzydala - jak to jest, że w tłumie z takiego daleka z łatwością można zobaczyć kogoś najbliższego? Tak ostro i wyraźnie? Wpadam na metę. Połówka za mną. Moja połówka. Mój Wizz. Na zdjęciu szczerze się, jakbym była na podium. Później dowiaduję się, że za mną jeszcze jakieś 200 osób, a ponad 200 kolejnych nie dotarło do mety w ogóle.
Wynik o minutę słabszy niż mój debiut na Silesii, ale trudno to porównać. Pogoda tak strasznie dała nam wszystkim w dupę, że to cud, że wyniki różnią się tak niewiele. Mój treningowy rekord jest o 10 minut szybszy, ale to, co robi się samemu na przez siebie wybranej trasie, to w ogóle inna kategoria.
To nie jest problem, że na mecie nikt nie zawiesił mi na szyi medalu. Poszłam po niego godzinę później, jak wracaliśmy z obiadu. Organizacyjne niedociągnięcia zdarzają się wszystkim, którzy kiedykolwiek coś organizowali. Zdarzają się wtopy, błędy i kompromitacje. Słyszałam, że ktoś podobno szarpał się z organizatorami za ten bałagan z medalami, ale chciałabym wierzyć, że to nieprawda, że to niemożliwe, że ktoś szarpałby się z drugim człowiekiem z powodu kawałka blachy na sznurku. Nie chcę też wierzyć w to, że postronni ludzie kradli medale dla dzieci i że paradowali z całymi zgrzewkami izotoników, zamiast wziąć jeden i go sobie wypić. W ogóle to wypieram.
Medal odebrałam chwilę później od uśmiechniętego chłopaka w Biurze Zawodów. Cieszyłam się tak, jakby mi go na mecie założył na szyję. Bo tylko ja wiem, co zrobiłam tego dnia i ile mnie to kosztowało.
Później okazało się, że przybiegłam przed moimi dziewczynami z grupy. Ale wszystkie trzy dobiegły do mety.
Żałuję, że moja wydolność nie jest taka, jak jesienią, że moją życiową formę w styczniu szlag trafił i że stawałam na starcie jako ktoś zupełnie inny niż wtedy. Ale powoli pokonuję te wszystkie małe demony, które we mnie siedzą. Ten medal to dowód na to, że nie tylko walczę, ale też nie daję się zwalczyć. Tylko o siebie walczę.



sobota, 9 czerwca 2018

ten tydzień, gdy rodziców nie było, więc poza tym wszystkim był jeszcze pies, kot i ogród

poniedziałek
Wracam z pracy koło 20. Brzydal chce testować nowe rowery miejskie. Jeździmy najpierw kilka kilometrów każdy na swoim, później razem kilka na tandemie (niezapomniane przeżycie i fejm na dzielnicy), później znów każdy na swoim. Padam.

wtorek
Praca, pies, kot. Gramy w squasha. Wracamy późno. Padamy jeszcze później.

środa
Po pracy jedziemy do Opola na "Śmierć przyjeżdża w środę". Drugi raz. Bo dobrze jest raz w sezonie zobaczyć coś, co sprawia, że trzy godziny się nie oddycha i nie mruga oczami. Oczywiście pół spektaklu wyję bezgłośnie, cała twarz mokra, nie mogę się nasłuchać tych historii, czas mija piorunem, oklaski, światło, ciemna noc. Podtrzymuję to, co mówiłam po moim pierwszym zderzeniu ze "Śmiercią": to najlepszy spektakl, jaki widziałam. Wracamy po północy. Padam i śnią mi się głupoty.

czwartek
Kilka godzin we wściekłym upale, w plenerze, w miejscu, w którym nie ma grama cienia. Walczymy. Kark spalony na czerwono. Po pracy zapraszamy sąsiadów na ognisko do ogrodu rodziców. Wracamy w nocy. Padam nie wiem o której.

piątek
Upalne godziny w ciągu dnia na rozgrzanym podwórku. Jakoś zaczyna się to wszystko układać. W trawie rozkładam laptopa, papiery się rozwiewają, maluję paznokcie na żarówiasty żółty. Wieczorem zamiast wreszcie leżeć i pachnieć, niesie nas na koncert do Katowic. Wracamy późno.

sobota
Wychodzę z domu o 11 w południe, wracam o 22. Było wszystko: susza, powódź, upał, zimno, zagrożenie wybuchem kineskopów i buntem na pokładzie, upór i oklaski, wściekłość i duma. Ale mamy to.

Noc. Jak to zrobić, żeby jutro pobiec 21,097?

czwartek, 31 maja 2018

niedziela, 27 maja 2018

deadlines stress fake friends

deadlines
stress
fake friends
bills
drama
no money
diet
...
...
...

tak mam.

środa, 23 maja 2018

robimy

Mój nowy zleceniodawca, ten z Krakowa, wysłał mi tekst na próbę. Odesłałam i czekałam na uwagi. Uwagi nie nadeszły. Nadeszło pięć kolejnych tekstów. Bez słowa. Hmm. Robimy.

Służbowy zamęt trwa i raczej nabiera siły niż słabnie. Imprezy, korekty, korekty, imprezy, teksty, jak nie lekarze, to filozofowie. Niezłe sobie wybrałam dwie grupy zawodowe. W czasie, gdy jedni badają skuteczność trójlekowych połączeń w walce z nadciśnieniem tętniczym opornym, inni zagrzebują się w korzeniach hatha jogi, slow cinema i innych zjawisk, o których nigdy nie słyszałam (i nie mogę się nadziwić, że są nad nimi prowadzone badania, zupełnie jak nad nadciśnieniem opornym).

Nasze drugie zderzenie ze squashem utwierdziło mnie w przekonaniu, że oboje jesteśmy do tego stworzeni. Oczywiście popełniamy podstawowy błąd początkujących, bo aktualnie jesteśmy na etapie cieszenia się tym, że odbijamy piłkę do siebie nawzajem, czyli raczej sobie ułatwiamy, zamiast utrudniać, jak mówią zasady. Poza tym po 2,5 roku biegania fajnie jest zaczynać coś od zera, robić coś, czego się nie umie i nabywać umiejętności z minuty na minutę. Cioramy się tam jak świnie, co chwilę któreś wpada na ścianę, generalnie bawimy się świetnie.

Zmniejszanie kilometrażu w ogóle nie wychodzi, a zawody się zbliżają. Wysokie temperatury dają w dupę, ale to też wychodzi moje zmęczenie, które nie mija, bo nie ma kiedy. Nie wiem, z czego mogłabym zrezygnować i nie oszaleć. Jak nie odpuszczam, to szaleję, tylko trochę mniej.

Nie będę już wracać do tej historii o pękających linach. Zorientowałam się, że to przez to czuję się gorzej.

sobota, 19 maja 2018

już nigdy nie będę księżniczką

Świat się kończy. Książę Harry bierze ślub. Już nigdy nie będę księżniczką. Rudy książę na wielki wieków poza zasięgiem.

Z żałości ;) przebiegłam 13 km w średnim tempie 6:15. Elegancko, nawet się nie spodziewałam. Ostatnie tygodnie to równoległa walka o kilometry i o tempo startowe: w tym tygodniu 6:26 i 6:24 dają nadzieję, że właśnie w tych okolicach mam szansę przebiec połówkę na zawodach 10 czerwca. O ile oczywiście odpocznę, zmniejszę kilometraż, będę trochę mniej pracować, więcej spać, mądrzej jeść i mniej się stresować. Co nie wiem, czy jest możliwe. Zastanowię się nad tym w poniedziałek. Albo we wtorek.

Wieczorem szpilki i spektakl. Pierwszy od miesiąca weekend bez pracy.

Mój korektorski fejm dotarł do Krakowa. Przyszła oferta współpracy. Zobaczymy, co z tego będzie. Nie mam napinki. Pierwsze koty za płoty. Może pierwsze, może ostatnie.

Po środowym squashu trzeci dzień nie mogę ruszać ręką. Tak, wiem, rozgrzewka. Idiotka...


czwartek, 17 maja 2018

każda lina kiedyś pęknie

Przez 90 minut słuchałam historii o tym, że każda lina kiedyś pęknie. Że później się już tylko leci, w górę albo w dół, zależy jak na to spojrzeć. Historii o strasznej, dojmującej samotności, i wtedy, kiedy lina jeszcze trzyma, i wtedy, gdy lina już trzaśnie.
To też jest inaczej, gdy pęknie sama, bo była za słaba, używana, poprzecierana, nieodpowiednia, a inaczej, gdy ktoś ci ją upierniczy. Przegryzie, przetnie, wyrwie z ręki.
Moja lina nie była ani słaba, ani używana, ani poprzecierana, ani nieodpowiednia.
Nie czuję się najlepiej.

środa, 16 maja 2018

squash!

Jesteśmy z Brzydalem demonami squasha. Nasza pierwsza w życiu wizyta na korcie przyniosła mnóstwo śmiechu, litry potu, parę siniaków, jedną zgubioną piłkę, kilka otarć na rakietach i zapis na kolejny tydzień. Nie spodziewałam się, że potrzeba tyle siły, by draństwo w ogóle odbić od ściany. Bo łydki wprawdzie mam jak grecki wojownik, ale bicepsy to mam bardziej jak bocian pięty. No ale ja nie znam umiaru (jak mój ojciec), więc zapierniczałam równo przez godzinę, mimo że w połowie czasu nie byłam w stanie już podnieść 1,5-litrowej butelki z wodą. Brzydal zadowolony, dostałam nawet czasem szwonga i walił w ścianę po 8 razy, kompletnie pomijając moją skromną obecność. Byle do środy!

sobota, 12 maja 2018

zagłębiowskie trójmiasto

Nigdy nie zadzieraj z dziewczyną, która biega 21 km dla zabawy.


21,1 km, 2:23:22, na spokojnie, przez trzy miasta. Niby niedaleko, niby trasa znana, ale nie na butach. Z perspektywy chodnika zawsze jest inaczej. No i te podbiegi... Gdzieś po 10 kilometrze śmiałam się, że nie wiedziałam, że k*#$@ mieszkam w górach. To mój ostatni taki długi akcent przed czerwcowymi zawodami. Teraz będzie z górki, by znów było pod górkę.

Tak naprawdę miasto to mój ulubiony plac zabaw. A tu mi wyszło trójmiasto.

To też trzeci z rzędu mój pracujący weekend. Na warsztacie kolejny numer gazety, kilkanaście artykułów. Głowę dotleniłam, nogi chętnie trochę posiedzą, więc nic, tylko pracować...

wtorek, 8 maja 2018

nimbusy - testy :)


11 wpadło. Hopsałam jak młody kangur;).

poniedziałek, 7 maja 2018

asics nimbus 18

W sobotnie poranki rodzice wywożą mnie na bieganie, bo SOS mi się już znudził, byłam wszędzie, mało mi miejsca i trochę mnie nuży. Dwa razy wzięli mnie na Paprocany, dwa razy na Pogorię III, a dziś do Parku Śląskiego. Park niby znam, ale raczej te podstawowe, główne ścieżki. Oczywiście na czwartym kilometrze byłam już tak zagubiona, że nie tylko nie wiedziałam, gdzie jestem, ale nawet w którą stronę mam biec, żeby w ogóle trafić na jakiś znajomy punkt. Po 13 kilometrach byłam z powrotem przy samochodzie, zakurzona, upocona i całkiem zadowolona. Mapa wykreślona przez zegarek ukazała przedziwną trasę parkowymi rubieżami, do których nie wiem, czy trafiłabym drugi raz. Bosko.
Moje Cumulusy 16, które kupiłam w połowie sierpnia, podejrzewałam o przebieg ok. 700 km. Miałam się za miesiąc, dwa zacząć rozglądać za nowymi butami, bo 1000 km to mądra granica, a przy mojej wadze nie powinnam przeginać. Obliczenia poczynione w domu otworzyły mi oczy: Cumulusy mają już jakieś 950 km w bieżnikach. O Boże, to straszne, muszę zmienić buty! O rany, to cudowne, trzeba kupić nowe buty!
Przymierzyłam kilka par i jak to zwykle bywa, najcudowniejsze oczywiście przekraczały budżet dwukrotnie, ale za to były piękne, wygodne jak bamboszki, amortyzowane jak trampolina i ogólnie rzecz biorąc - cudowne.
Testy dopiero we wtorek. Wytrzymam?

niedziela, 6 maja 2018

tysiące stron

Pracowałam dzielnie od soboty rano do niedzieli wieczór. Tylko że od tej soboty tydzień temu. Przez ten czas zrobiłam korektę doktoratu na 320 stron i ponad 20 medycznych artykułów, niektóre czytane po trzy razy, łącznie spokojnie mogę powiedzieć, że kilkaset stron. Robiłam korekty w łóżku, przy stole, w kuchni, na trawie, w ogrodzie, na balkonie, w aucie. Udało się nam wyskoczyć do dziadków, gdzie w upale wyrwałam się na 11-kilometrowe testy plecaka z bukłakiem. Pod starą synagogą panowie aż odłożyli puszki z piwem. Świetny czas, świetny czas! - dopingował jeden z nich z mądrą miną, oglądając swój nadgarstek, bo zegarka nie miał. I bez plecaka wyglądałam w tym małym, wyludnionym miasteczku jak kosmita, a co dopiero z taką rurką wijącą się wokół mnie. Plecak zdał egzamin. Wyrwaliśmy się też na kilka godzin do koleżanki w łódzkie, choć okazało się, że to jednak opolskie, takie czary. Tego dnia wyszłam pobiegać przez 7 rano (wybór biegać rano albo nie biegać wcale był oczywisty). Padam na pysk, móżdżek chciałby już odpocząć od zasad rządzących interpunkcją w sąsiedztwie imiesłowów, od odmiany nazwisk obcych zakończonych na -y i od kursywy atakującej wszystko, co napotka na swojej drodze. Głowa dziwnie boli tylko w jednym miejscu. Może to jakiś neurologiczny ośrodek języka polskiego, który się przegrzał? Zadowolona z roboty. Dużo się działo. Nowe doświadczenia bardzo cenne. Mniej wściekłości, więcej wdzięczności. Mniej wściekłości, więcej wdzięczności. Działa.

PS Tysiące stron. A to jest tu tysięczny post.

sobota, 28 kwietnia 2018

dni wolne

Czym się różnią dni wolne od pracujących?
W wolne pracuję od 7.

sobota, 21 kwietnia 2018

serce mnie bije

Wczoraj w pracy kolega poprosił główną księgową o dane finansowe na poniedziałkowe spotkanie. Księgowa je przygotowała. Umarłam ze śmiechu, gdy dotarło do mnie, że kolega wprawdzie potrzebuje tych danych na poniedziałek, ale w połowie maja. Czasoprzestrzeń zatrzeszczała.
Po chwili SMS od Brzydala, który zdążył umówić się już z sąsiadami na spacer śladami będzińskich Żydów. W niedzielę - potwierdziłam. SMS uświadomił mi, że to o inną niedzielę chodzi.
Rano po 7 poszłam na badania. W tym miesiącu już 1000 zeta poszło na badania, lekarzy i recepty. W poniedziałek endo, więc w piątek badania. Boli, kręci mi się w głowie, za dużo tego ostatnio. W pracy umawiam się z koleżanką na kolejny tydzień. Dębieję, gdy okazuje się, że ten lekarz to w inny poniedziałek. Badania zrobiłam o tydzień za wcześnie. Wspaniale. Nie wiem, czy nie będą do kosza.
Nawet nie sprawdzam tych wyników, choć na pewno już od wielu godzin są w sieci. Jest sobotnie południe. Te wyniki teraz nic już nie zmienią. Sprawdzę sobie w poniedziałek. Nie mam wielkich złudzeń, sama wiem, jak się czuję. Organizm szaleje. Jestem zmęczona, ledwo wstaję, choć nie szaleję. Leki, które biorę, sprawiają, że na dworze natychmiast obsypuje mnie uczulenie na słońce. Wspaniale. Dotąd miałam to dopiero na wściekłym bałkańskim słońcu w lipcu. W tym roku zaczynam w kwietniu. Tętno trochę spadło, a z nim wydolność. Nie potrafię się wybiegać. Padam. A ból głowy od kilku dni to albo zatoki, albo wirus, albo alergia, ale jeszcze tego nie rozkminiłam. Sprzeczne mam dane. No i mam napady głodu, więc hormony. Na jedne wyniki jeszcze czekam. Wczoraj po nie dzwoniłam, ale nie chcieli mi nic powiedzieć. Proszę dzwonić, jak będzie pan doktor. Ależ proszę bardzo.
Zobaczyłam się rano w lustrze, trochę napuchniętą, z nabitymi zatokami, przytytą o dwa kilo i kolejny raz poczułam, że nie mam siły na wielką mobilizację. Na razie po prostu funkcjonuję. Z dnia na dzień. Perspektywa tygodniowa jest nie do ogarnięcia. Zebrałam się jakoś podświadomie i pojechałam do rodziców, którzy właśnie odjeżdżali z rowerami na Pogorię III. Przebiegłam dwa kółka, ale w tempie sporo słabszym niż to z Paprocan tydzień czy dwa tygodnie temu. Albo obmyślę jakiś porządny plan pod czerwcowy półmaraton, albo już teraz mogę zapomnieć, że w ogóle się zapisałam.
Samochód wczoraj przeszedł przegląd. Koszty naprawy plus koszty lekarzy przewyższają moje zarobki, o czym próbuję nie myśleć i się nie przejmować, a jednak gdzieś tam w środku strasznie mnie to wkurwia. Więcej wdzięczności, mniej wściekłości, więcej wdzięczności, mniej wściekłości, więcej wdzięczności, mniej wściekłości... - powtarzam sobie, aż nie zakręci mi się w głowie. Czasami działa.
Coraz częściej jak neon świecą mi w głowie słowa: jak to się wszystko stało?



piątek, 13 kwietnia 2018

naprawię Opla

Wczoraj kryzys, pierwszy od dawna. Kryzys siły, wiary, codzienności. Organizm upomniał się o cukier, pożarł czekoladę z orzechami i chciał spać. Głowa swoje, hormony swoje. Próbowałam iść pobiegać, żeby się jakoś ratować, ale Brzydal wyciągnął mnie na trening siatkarski. Zawodniczki pewnie się mocno zdziwiły: siedziałam na widowni bokiem do boiska i czytałam książkę, a zazwyczaj jestem najgłośniejszym kibicem. Ale nawet oddychać nie miałam siły.
Sporo kiepskich emocji, pytania znowu w głowie jedno za drugim, jak to się w ogóle wszystko mogło stać, co się właściwie stało, bo nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia, sen jakiś taki znowu jak prawdziwy. Nie próbuj tego zrozumieć, bo i tak nie zrozumiesz.

Nie mogę sobie pozwalać na takie słabości. Wystarczy trochę uchylić drzwi, nawet tylko na małą szparę, żeby demony natychmiast się wślizgnęły.
To tak jak w rodzinnym domu mojej przyjaciółki, która mieszkała pod Krakowem. Miała takiego pieprzniętego psa Korka, który był psem ogrodowym, a bardzo lubił wchodzić do domu.  Uchylenie drzwi na milimetr powodowało natychmiastową inwazję Korka na dom.
Teraz tak samo. Demony siedzą pod drzwiami.

Wycena naprawy samochodu trochę spadła. Postanowiłam, że nie będę się tym przejmować. Próbował mnie pocieszyć kolega z pracy: nie martw się, zrobisz tę książkę w maju, odkujesz się.

Musiałabym zrobić trzy. A i sprawa pierwszej jest na razie niepewna.

No dobrze. Poradzimy sobie. Brzydal ma nowy aparat i obiektywy z kosmosu i robi mi zdjęcia. Ale więcej robi zdjęć brudnych podwórek, nieczynnych wyciągów narciarskich, rdzy, kominów, szeroko pojętego rozkładu.

W niedzielę jeździliśmy wąskotorówką w Rudach i czułam się jak na wakacjach. Przez chwilę, ale zawsze. Mój organizm chodzi już chyba na oparach. Bardzo zmęczona fizycznie i psychicznie. Padam.

Jutro rano w planach dwa kółka na Paprocanach. Ty nie znasz umiaru! - to moja Mama. - Zupełnie jak twój ojciec!!!

Dokładnie tak.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

sprzedam Opla 2

Kurnafararara. Nie jeden amor jest do wymiany, tylko trzy. Pierwsza wycena naprawy sprawia, że urlop na Bałkanach może się szybko zmienić w urlop na Pogorii. Trójka z przodu nie robi dobrze. Obawiam się, że zarabiam mniej.
Dobrze, że zdążyłam kupić komputer.

W sobotę z Tatą dwa kółka wokół jeziora na Paprocanach. Tata, mimo że mógł znacznie szybciej jechać rowerem, to w ogóle nie tracił mnie z oczu, bo przecież jestem trzylatką na hulajnodze. Było super.

W domu poczułam przypływ supermocy i zapisałam się na pierwszy WizzAir Halfmarathon Katowice w czerwcu.

Nigdy nie igraj z dziewczyną, która biega dla zabawy 21 kilometrów. PHI!

piątek, 6 kwietnia 2018

sprzedam Opla

Kurnafara. Mój nieco ponad 2-letni piękny, czerwony, szybki, wychuchany i wygłaskany samochód nie przeszedł badania technicznego. Amortyzator umarł. Cudownie. Głowa pęka. Jestem w szoku. Ze zmęczenia padam na cztery łapy, na nos, na mordę i na twarz.

you know I tell the truth we are just the same

Cała w kawałkach.


czwartek, 5 kwietnia 2018

last.fm

Wróciłam od lekarza, drugiego w tym tygodniu. Zawsze sporo mnie to kosztuje, więc szukałam metody, żeby na szybko odreagować, zanim wyjdziemy z Brzydalem z domu. Bieganie odpadało, nie zdążyłabym się ogarnąć. Odpaliłam mój cudowny nowy komputer i nie wiem jak to się stało, ale pierwszy raz od 4 lat weszłam na mój profil na last.fm. To miejsce było kiedyś moim miejscem do życia. I nagle zniknęło. Odnalazłam listę moich ulubionych utworów, słucham ich po kolei, czasem kompletnie ich nie pamiętając, a czasem łapiąc się na tym, że przecież słuchałam ich też dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj...

Ale znajduję zapomniane, zakopane w czeluściach youtube'a skarby. Na przykład takie, od których byłam kompletnie uzależniona i słuchania ich wiele dni z rzędu po kilka godzin było absolutnie naturalne:


Kto pamięta Iowa Super Soccer? Zadymione koncerty w Mysłowicach? Kto pamięta, jak wyprzedzili o lata świetlne innych kolegów i koleżanki, którzy aspirowali do songwritingu takiego jak na Wyspach czy w Australii?



Zwariowałam. Okazało się, że nawet pamiętam tekst włoskiej wersji piosenki "Could we start again please" z Jesus Christ Superstar. Zadziwiające. Kiedyś mówiło się, że gdybym uczyła się tak szybko, jak uczę się tekstów piosenek, to już dawno byłabym władcą świata.


Dziś, chyba w ogóle w tym tygodniu, czuję się trochę gorzej. Tu kiedyś w napadzie głupawy powiedziałam przyjaciółce, że czuję się mimo wszystko w porządku, ale spojrzała na mnie z powagą i powiedziała, że to i tak jebnie, że takie rzeczy nie mogą się dziać bezkarnie, że tak się nie da.

 

Remember, whatever
It seems like forever ago