niedziela, 20 lipca 2008

nie ma nas :)

wybywamy, nareszcie razem! tylko we dwójkę (i jakieś 170 osób w samolocie i pozniej z 60 w autobusie ;) ). będziemy się byczyć, cieszyć i zwiedzać kraj od Chalkidiki aż po Peloponez. z góry na dół i z powrotem. mam zamiar zarwać tyle nocy, ile się da (nie mówcie moim lekarzom ;), oni nie mają adresu bloga!), zobaczyć kawał Europy, przekonać się, czy to faktyczna kolebka cywilizacji, gadać z tubylcami i robić milion zdjęć. jestem podekscytowana i pełna dobrych chęci. Brzydal chyba tez, choc jak wiecie, nie jest zbyt wylewny ;)

jak nie będzie przeciwwskazań, to wyślę nawet jakieś kartki, czego nie robiłam chyba ze 3 lata ;) o ile jeszcze pamiętam, jak się wysyła kartki ;)...

wracamy przed offem. zyczę Wam urocego przełomu lipca i sierpnia. do części: do zobaczenia na offie. do reszty: do zobaczenia na blogu.

pozdrawiam,

Podróżnica-Złośnica.

piątek, 18 lipca 2008

coś starego

rozkoszując się nową wersją last.fm, nie mając nic konkretnego do roboty (za późno na wspominanie, za wcześnie na pakowanie) słucham muzyki, gadam ze Spider-mamą i przeglądam fotki. mam dla Was dwie z Pragi, gdzie byliśmy z Brzydalem na majówce 2007. pamiętam, ze byłam dumna z obu tych zdjęć, więc proszę bardzo :)
na takich wyjazdach nie wypuszczam aparatu z ręki. pamiętam, jak z tego powodu zgubiłam się w Muzeach Watykańskich, siejąc trwogę u naszych przewodniczek, mojej mamy i u siebie oczywiście. gdy straciłam łączność z przewodnikiem (mieliśmy wszyscy takie walkie-talkie czy cos) obiecałam sobie już zawsze pilnować grupy, nawet za cenę jakiegoś ujęcia ;) w Grecji postaram się pilnować siebie i Brzydala, który zza tej kolumbryny (największy na świecie aparat) w ogóle świata nie widzi ;) ale poniżej Praga...



poza tym kupiłam bilet na Offa. chyba powinnam mieć tam jakieś barwy ochronne. boję się pewnych rozmów.

pozdrawiam,

Złośliwa

[Złośliwość to duch krytyki, a krytyka rodzi postęp i uświadomienie - Tomasz Mann]

środa, 16 lipca 2008

potwór :)

nie wiem, jak mogłam podejść do tego potwora na aż taką odległość. teraz wiem, że prowadzenie fotobloga wymaga pewnych poświeceń ;) efekty poniżej.

Z.

niedziela, 13 lipca 2008

koniec tygodnia

i tak, nasi kochani czytelnicy, znajomi, gallowie-anonimowie, tajniaki (i ekshibicjoniści-dżunglarze;) )... to ja, Złośnica. koniec tygodnia zmusza do pewnych podsumowań. przede wszystkim wybaczcie mi całotyodniowe huśtawki nastrojów. zderzenie kultur nie podziałało dobrze na mój nastrój, ale dzięki kilku osobom i wielu myślom czuję się ok i chyba zacznę odliczać dni do zwiedzania Grecji :). poza tym wczoraj z Brzydalem i Belzebubem było super. No Name po jakimś czasie zmieniliśmy na warkową spelunkę, w której puszczali na zywo siatkówkę chłopów ;) (śmiałam się, że jak nasi zdobywają punkt, to chciałabym tam między nich wbiegać przebrana za siatkarza aby klepać ich po tyłkach, jako i oni się klepią ;) byłoby trudno się wtopić w tło, bo mam ledwie 168 cm, ale może w ferworze gry udałoby mi się coś takiego wykonać ;) ). za oknami szalała taka burza, że roztoczyła się przed nami wizja zostania w Warce na noc ;) (jak dla mnie słabo, bo nie zdarza mi się pić piwa. fuj.) udało się jednak wrócić do domu Brzydala, gdzie zrobiliśmy milion tostów, wypiliśmy sporo pysznego winka, robiliśmy bzdury na necie... coroczny cudowny standard. jak zasypiałam, robiło się jasno ;) rano kawka na tarasie, wczorajsza czekolada i lekarstwa ;) nawet ładnie się prezentują, zaprzyjaźniłam się z nimi i wszędzie je noszę.

teraz siedzę sama w domu, musiałam ratować rzeczy z ogrodu, bo przyszła taka burza jak wczoraj. wszyscy domownicy pojechali do Krakowa, Brzydal odpoczywa u siebie, a ja zastanawiałam się, czy pioruny kuliste naprawdę istnieją (wczoraj Belzebub twierdziła, że tak, ale nie pamiętam jej argumentów ;) ). niebo zrobiło się czarne, udało mi się uchwycić granicę między jedną pogodą a drugą.

nadal słucham Counting Crows (dziś rano jak idealna zona robiłam lubemu śniadanie, bujając się w rytm muzyki z wyrazem błogości na twarzy ;) ). poza tym moj nowy kolega z Caracas okazał się gitarzystą, który obecnie z zespołem nagrywa płytę :) a pisałam Wam, ze poza Counting Crows, Chumbawambą i Jethro Tull chłopak słucha Chopina? ha. i czyta Marqueza. podziwiam, bo myslalam, ze tego nie da się przeczytać. znacie mój literacki upór, ale "Sto lat samotności" pokonało mnie równo w połowie swej objętności. zuchwała ksiązka? fascynująca? jak dla mnie samopowtarzalne bełkotliwe monstrum...
3majcie się, miłego tygodnia.
Złośnica (od Brzydala)

sobota, 12 lipca 2008

wieczór na mieście - nareszcie!

od kilku dni zbierała się we mnie chęć wieczornego wyjścia do baru jak za starych (dobrych?) licealnych czasów. rzecz w tym, ze wtedy tyle wychodzilismy do No Name, ze od kilku lat takiej potrzeby prawie nie odczuwam, zupełnie jakbym wyczerpała jakiś limit. ale te wakacje, ta Turcja, ta cholerna polska pogoda (niedlugo wyblaknę na taki kolor jak przed wyjazdem), do tego znajomi sie odezwali, nie było innego wyjścia :) starzy znajomi, gdzieś sprzed 7 lat... miło mi bardzo. kilka fotek, najpierw szalejące gołębie.
ten to wygląda jak anioł, prawie ;)

a to sprawca całego zamieszania, urocza babuszka z siatką okruszków.





- na pewno mozesz pic % z tymi lekami?
- who cares :P
likier bananowy, peppermint, advocat, wódka. rewelacja. może i No Name jest coraz dziwniejszy, ale takich cudów tam wcześniej nie było ;) no i mają różowe breezery (w Passe nie mają, kto by pomyślał...)
późnowieczorny powrót, ulice puste. nie lubię miast, w których już przed północą robi się pusto i chłodno. za to wiadukcik bardzo ładnie oświetlony.

wszyscy lubią Sfinxa ;) teraz już wiem, ze te lampy robią stare Turki, siedząc na targach, jedząc arbuzy do późnej nocy i zaznaczając te szlaczki kolorowymi szkiełkami. widzicie? ten kraj mnie prześladuje.

oczywiscie Brzydal tez byl wczoraj, bo to nasi wspólni znajomi. dokulał się zmęczony po 12 godzinach w pracy, ale chyba odżył w ogródku No Name ;) cieszę się, ze tak milo spedzila wieczór. dziś kolejny z tej serii, z Belzebubem siedzimy do rana u Brzydala. może będą fotki... ;)
pozdrawiam, Zł.

piątek, 11 lipca 2008

jeszcze kilka słów

od kilku dni chciałam Wam opisać pewne sytuacje jeszcze z Turcji, ale zapominałam. spróbuję teraz.

1. w tamtą stronę lecieliśmy w nocy, wylot o godzinie pierwszej z burzowych Pyrzowic. ponad chmurami jednak spokój. przykleiłam nos do szyby na prawie 3 godziny. byłam zafascynowana, wcześniej latałam tylko za dnia. okazało się, że miasta w dole wyglądają jak konstelacje gwiazd. światła, ulice, autostrady układają się w kształty. nie wierzę, że to późna pora i moje zmęczenie. widziałam więc z góry miejską konstelację żyrafy, psa, czarownicy na miotle, uśmiechu... przedziwne odwrócenie świata - patrzeć w dół i widzieć coś jak gwiazdy na ziemi...

2. od godziny 2:30 w nocy (nadal z nosem przy szybie) obserwowałam wschód słońca. trwało to niesamowicie długo, niebo bardzo powoli zmieniało kolor na wschodzie, więc niemal idealnie z mojego małego okienka było to widać. najpierw wśród zupełnych ciemności zrobiła się jedna stalowa warstwa, która później niebieściała, fioletowiała, różowiała, w koncu zrobiła się pomarańczowa, a wtedy już całe niebo nabrało beżowego koloru. gdy byliśmy nad Istambułem, był już piękny świt. nie robiłam żadnych zdjęć, bo szkoda było mi tej minuty, którą musiałabym poświęcić na wyciąganie aparatu z torby.

3. przed wejściem do delfinarium widziałam już z daleka, że zbliża się do nas największy owad, jakiego widziałam w życiu. 4 czy 5 centymetrowe, latające, opancerzone bydlę ze skrzydłami jak boeing ;) osiadło między ludźmi, którzy stwora jeszcze nie dostrzegli. uprzejmie chodziłam między nimi i prosiłam, żeby uważali. z jednej strony nie chciałam, żeby go ktoś zdeptał, a z drugiej, żeby komuś dziad odgryzł nogę gdzieś na wysokości kolana ;) gdy więcej ludzi go spostrzegło, zrobiło się pusto dookoła. nagle podszedł do niego facet, 2 metry wzrostu, 150 kilo wagi, spokojna twarz. podniósł go, przystawił blisko do oczu i dokładnie obejrzał. kilkadziesiąt osób wydało z siebie dźwięki świadczące o przerażeniu, zgorszeniu, ataku paniki i wiekim podziwie dla Pana Przyjaciela Wielkiego Owada. ów pan przeniósł go kilka metrów dalej na trawkę. wszyscy odetchnęli, obyło się bez ofiar. a żona pana, śliczna blondynka powiedziała: "to nic takiego, mąż jest leśnikiem..." ;))) wszystko jasne.

4. na policyjnych samochodach widnieje taki oto napis... nie wnikałam... ;) za to na autokarach i busach powtarza się zwrot "Allah Korusun" :) tata zawsze powtarzał, ze nasze nazwisko pochodzi z tureckiego. wreszcie uwierzyłam.



5. na koniec jeszcze widok z busika. słyszałam od wielu osob, ze nigdzie nie jeździ się tak, jak w Alanyi. nie istnieją przepisy ruchu drogowego, ale co ciekawe w ciągu całego tygodnia widziałam tylko jeden wypadek. czerwone światło nie oznacza "stop", tylko "moze wyjdzie pieszy zza krzaka". busiki jezdzą z częstotliwością metra. i jakoś Turcy wiedzą, że przednimi drzwiami się wsiada, a z tyłu się wysiada. wiedzą też, że za jazdę się płaci. nie wiem ile lat potrzeba w Polsce, zeby te fakty u nas rownież stały sie faktami. tu na fotce zjazd z twierdzy. zmieścimy się czy nie? później raz schodziłam tą samą drogą. jak dotąd najpiękniejszy spacer tych wakacji!


poza tym muszę coś opowiedzieć na świezo. wczoraj po wielu tygodniach nieużywania uruchomiłam soulseeka, bo szukałam jednej z płyt counting crows. ściągała się już ostatnia piosenka, kiedy przywołał mnie do kompa dziwny nieznany mi dźwięk. otwieram, a tam okienko i w nim coś po hiszpańsku ;) jako że Turcy nauczyli mnie zaufania do obcych, ładnie zagadałam po angielsku, o co chodzi :) okazalo sie, ze to chłopak, od którego ściągam płytę. pisze, że ma nadzieję, że płyta mi się spodoba. po 2 godzinach gadania mogę powiedziec, ze chlopak ma 21 lat, ma na imię David i pochodzi ze stolicy Wenezueli, Caracas. studiuje filozofię i sporo wie o Europie. chętnie utrzymałabym taką znajomość, mimo różnocy czasowej (ja padałam na nos po 1 w nocy, u niego było lajtowe popołudnie). David gra na gitarze, ma kota i narzeka na ustrój i prezydenta Chaveza. nie dziwię się. ogólnie jestem niewyspana, ale zachwycona. mam nadzieję, że się jeszcze odezwie do mnie! i że sprawdza pocztę częściej niż moi tureccy przyjaciele (z którymi szybciej byłoby się porozumieć chyba gołębiem pocztowym, lub pocztowym żółwiem).

chyba tyle. wieczorem zapowiada się wyjscie ze starymi znajomymi... moze wezmę aparat i porobię zdjęcia drinków z palemką ;) a jutro urodzinowe coroczne posiedzenie całonocne u Brzydala, oczywiscie z moją kochaną Belzebubą. i to tyle.

pozdrawiam, Złośnica.

ps. szczególne pozdrowienia dla Mrówki, podziękowania za piękną notkę dot. wyjścia na pocztę ;)

czwartek, 10 lipca 2008

liczy się, kto jak zaczyna... dzień

ranki, poranki, początki... wczesnym rankiem nie bylo prądu przez kilka sekund, więc wyzerowały mi się oba budziki. mimo opóźnionego wstawania, nie potrafiłam sobie odmówić piżamowego (mimo że mam teraz taką piżamkę, której bardziej nie ma, niż jest) zejścia na dół po kawkę i leniwego powrotu do łóżka. kawka pyszna, chociaż Brzydal mówi, że to samo mleko, a nie kawa ;) (sam pije szatańsko czarną...). Poranne powroty do łóżka wiążą się ostatnio z czymś szczególnie przyjemnym, nową ksiązką Davida Lodge'a "Skazani na ciszę" (oczywiście w Turcji przeczytałam tylko kilkanaście stron gdzies w trasie, na więcej nie miałam czasu. dzięki temu mogę ją czytać teraz). książka jest cudowna. do tego kawka i piżamka. idealnie ;) poniżej więc kawka, na szybko sfotografowana. chcialam ją jak najszybciej poznać bliżej ;)

Poza tym dwa dni temu kupiłam Kulę Pomagającą Podejmować Decyzje :) nie zebym miała z tym jakiś problem, to po prostu świetna zabawka, która nie zawsze odpowiada tak, jak byśmy chcieli ;) obiecuję sesję Kuli w wolnej chwili.
Pozdrawiam, Złośnica.
I STO LAT DLA BRZYDALA! bo dziś Brzydalowe urodziny ;)...
ps. w głośnikach płyta "Hot fuss" The Killers. jestem dziwnie spragniona muzyki. to pewnie przez te garści leków, które biorę. podejrzewam je nawet o powodowanie zmian w osobowosci ;) ...

środa, 9 lipca 2008

pierogowo

babcia ma prawie 90 lat. staramy się we wszystkim jej pomóc, we wszystkim wyręczyć, a gdy jest u nas, nie pozwalamy jej na żaden niepotrzebny wysiłek. no i jest najkochańsza na świecie... jest jedna taka czynność, w któej babci naprawdę nie da się zastąpić: robienie pierogów. kiedyś próbowałam sama z mamą, ale ciasto wyszło nam betonowe, a nie takie delikatne, jak babci. a jako że jest sezon na jagody... zresztą, sam zobaczcie.
a to nowy model Pomocnika Kuchennego. jest w kuchni ZAWSZE kiedy ktoś inny też w niej jest. pomoże, gdy coś upadnie na ziemię, albo leży na brzegu szafki ;) mimo niepozornego wzrostu i niewinnej miny, cwaniak umie z szafki ściągnąć sobie kanapkę przyszykowaną dla taty ;) najbardziej lubi kuchenny parapet, na który wchodzi bez problemu. stamtąd widzi wszystko jak ksiądz z ambony ;)

Brzydal ma przyjść na pierogi, a ja jestem cała fioletowa od tych jagód. poza tym możecie byc spokojni o moje polsko-tureckie kontakty, a raczej ich brak. probowałam tam znajomym wysłać jakieś zdjecia, ale wszystkie mejle wróciły do mnie nienaruszone. oni tam prawie nie korzystają z netu, więc zapychają im się skrzynki i nie ma z nimi kontaktu... no nic, ich strata ;) dziś Spider-Mama stwierdziła, że na zdjęciach jestem szczęśliwa jak kot grzejący się na słońcu :) jeśłi w Grecji będzie przynajmniej w połowie tak, jak w Turcji, to z Brzydalem też wrócimy zachwyceni ;).

Odkryłam "Mr Jones" Counting Crows w wersji akustycznej, do posłuchania na youtube. uzależniłam się zupełnie, Nohavicy wyparty Counting Crows, kto by pomyślał! jedna piosenka non stop. po domu chodzę w wielkich słuchawkach i wyglądam jak kosmita. ale jest ok.

patrząc na pogodę za oknem dopada mnie sezonowe zaburzenie nastroju. normalnie mam je w listopadzie, a mamy polowę lipca. co z tego, ze jestem opalona, skoro chodzę tu w dzinsach i w wiatrowce ;)... ale ok, nie marudzę juz. wakacje wakacje wakacje...

pozdrawiam, Złośliwa.

sobota, 5 lipca 2008

Wypad do Centrum Zarządzania Światem

Witam ponownie, jak na drugiej części meczu :-). Nawiązując cieszę się niezmiernie iż Hiszpanie utarli nosa wiadomo komu i zabrali sobie puchara do domu ;-).

Wracając do rzeczy, dziś zostałem zabrany wraz ze Złośnicą i całą jej rodzinką do Centrum Zarządzania Światem, gdzie widoki z poniższego zdjęcia sa na porządku dziennym, wręcz królują bym nawet powiedziała. Na dodatek na usta ciśnie mi się pewien cytat, po części znany z pewnej polskiej komedii.

Uwaga:

"Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała ....." :-).



Mając pod ręką i okiem takie widoki zabraliśmy Złośnicowe psy myśliwskie i odbyliśmy dwa szpacerki.

Oto kilka fotów z tych szpacerniaków. Mały Rubellah tak szybko się przemieszczał, że nie sposób było go wyostrzyć w całości. Taki buszujący w zbożu trochę, jeno falujące kłosy było widać ;-).


Tutaj natomiast dumnie i dostojnie (pomimo jęzora na wierchu) kroczący Dolarrah Abdullah, znacznie łatwiejszy w uchwyceniu ;-).


Tutaj foto z serii walki psów, niestety same zwarcia, starcia były również bardzo dynamiczne, a na karcie uwiecznione zostały tylko rozmazane sylwetki zawodników - nie nadające się do opublikowania ;-/.


Już po walkach, chwila oddechu, odpoczynku przed dalszą drogą, w zasadzie już w stronę domu.

Tak w kwestii podsumowania. Miejscowość, wioska, wieś, mieści się w środku ogromnego lasu, gdzie od cywilizowanej drogi asfaltowej prowadzi 5 kilometrowa ścieżka leśna. Liczba domów to ok. 10 - 15, z czego kilka letniskowych. Praktycznie koniec świata, świetne miejsce na odpoczynek, bo jest cicho, beztrosko itp itd :-).

Z brzydalskim pozdrowieniem. Brzydal.

czwartek, 3 lipca 2008

Turcja oczami Złośnicy

kilka zdjęć na początek... kilka słów wyjaśnienia, wrocilam w srodku nocy. zarwałam większosc z nich, tyle mialam do zrobienia, zobaczenia, przezycia. jestem w szoku, ze moglo byc az tak fajnie. mam straszny mętlik, za duzo mysli obecnie, snu za mało... napisze cos pozniej, teraz zobaczcie zdjecia.

najpierw port. za dnia miejsce ospałe, wieczorem zmienia się w pulsujące zyciem i zabawą centrum wielkiego miasta.urocze zwierzątko w centrum :)

główny meczet

Widok na port od strony czerwonej Wiezy

w centrum Sealanya, pokaz fok i delfinów. foki genialne, a delfiny mają rózowe brzuszki!






widok z twierdzy turków seldzurskich

widok z góry


widok na plaze kleopatry, gdzies tam jest nasz hotel :)


wiele lat łapałam się za głowę, gdy ktoś mówił, ze w podrozach najwazniejszy jest zawsze drugi czlowiek i nasz stosunek do niego. olewałam to zupełnie, a teraz nagle mnie olśniło. zapragnęłam gadać z ludźmi. z menagerem hotelu w najbardziej rockowym klubie na wybrzezu gadałam o rozwoju ekonomicznym rosji, a zwiedzając z miejscowym chłopakiem zamek - o praktykach religijnych i tematyce mszy. na bazarze ze sprzedawcą o ateizmie, w sklepie o II wojnie światowej, z młodziutka recepcjonistką o kierowcach, z kierowcą o kobietach w chustach, z przypadkowym szwedem w barze o euro2008. zafascynował mnie człowiek. zupełnie. na zdjęciu pani w chuście, uchwycona przy wsiadaniu do busa.


widok na port i twierdzę w środku nocy

widok ze statku. szefem statku byla pani Mirka, Polka od 6 lat mieszkająca w Alanyi. opowiadała nam, ze wyszła za Turka, ale wytrzymała z nim tylko pół roku. kupiła łódź i pływa. meska załoga mówiła mi, ze lubią Mirkę, bo pracuje na morzu jak facet.


Czerwona Wieza

stara stocznia



piękna, wieka wazka w drodze powrotnej z zamku. raz zjechałam busem, a raz schodziłam, piękny spacer!


widok na wiezę, port, kilometry plaz i hoteli



w ramach fascynacji ludźmi, zrobiłam trochę zdjęć z partyzanta. cięzko upolować grupę kobiet w chustach, za to wszędzie są setki facetów, przesiadujących grupami w parkach, barach, grających w szachy na ulicy. jak bylysmy na meczu niemcy-hiszpania, w barze w porcie siedzialo z 200 osob, z czego jedyne samotne kobiety - to my dwie. tak to sami faceci. w trakcie meczu byl zakaz sprzedazy alkoholu. ogolnie niesamowita kultura, ludzie zyczliwi, pomocni, chetni do pomocy. ulice czyste, porzadek na plazach... jesli jeszcze raz uslysze, ze to narod brudnych dzikusów, będę gryźć. cudowny naród cudownych ludzi. polacy powinni się od nich uczyc szacunku dla pracy, dla innych i zyczliwosci wobec obcych!

odezwę się jeszcze, rozwazam wstawienie zdjęć ze mną w roli głównej, bo mam kilka fajnych, ale jeszcze nie zdecydowałam. miał to być blog bez twarzy, a z drugiej strony i tak większość z Was mnie zna dobrze lub lepiej niż dobrze :)... odezwe sie jak troche sie ogarne...
przepraszam, ze czasem pisze bez polskich znakow, ale one czesto powodują jakieś dziwne formatowanie tekstu i muszę pisać drugi raz :-/. w wolnej chwili sprawdzę, co to i postaram się pisać normalnie :)
pozdrawiam,
Opalona Zupełnie Zmęczona Złośnica