wtorek, 29 grudnia 2009

2009 - początek

Dopóki się da, wymykać się uchwytowi nicości, choćby czołgając się po macie. I żadnego - bezsiło! - rzucania ręcznikiem. (Stefan Szymutko)

Zimę ledwo pamiętam. Wiem, że miałam pisać magisterkę, ale nie robiłam tego. Więcej czasu zajmowały mi redakcja i teatr, choć oczywiście grzecznie chodziłam na świetne spotkania seminaryjne. Gdzieś pod koniec stycznia nagle zaczęłam pisać i szło świetnie, rodzice byli spokojniejsi, a dotleniać się jeździliśmy ze snowboardami na Soszów. A później, pewnego dość słonecznego dnia, po jednej poważnej rozmowie uznałam, że jednak to wszystko jest bez sensu, że nie mam już na nic siły i na nic ochoty, skoro nie wiadomo, co ze mną zrobić. Kolejne kolorowe kartki z wynikami badań miałam ochotę drzeć na najmniejsze kawałeczki albo przepuszczać przez niszczarkę, ale to oczywiście kompletnie nie pomagało. Szukając jakiegokolwiek wyjścia, obcięłam dość długie włosy i zażądałam grzywki. Musiałam wyglądać inaczej, żeby poczuć się jak ktoś inny. Że niby tej dziewczyny z grzywką już licho nie weźmie. Po dwóch, może trzech tygodniach gapienia się w ścianę i niekontaktowania z ludźmi, wróciłam do pisania magisterki. Żeby tylko nie zgłupieć, żeby zagłuszyć to wszystko. W lutym odszedł prof. Szymutko. To jedno z najciemniejszych wydarzeń tego roku, jeśli nie najciemniejsze.

wiosna 2009

Byle do wiosny
Więc dalej w pokłady
Na dno dzieciństwa gdzie nagle - za rogiem
Jest tylko echo
I szum nietoperzy
Jakby ktoś miotał kule czarnej wełny
(Stanisław Grochowiak)


Wiosną pisałam pracę, ale równocześnie zależało mi na tym, żeby nie zaniedbać redakcji i nikomu tam nie sprawić zawodu. Przypadek sprawił, że dane mi było zrobić wywiad z Czesławem. Przypadek czy szczęście? Pamiętam, że miałam może 2, 3 dni, żeby się choć trochę przygotować, a tego samego dnia, co wywiad, miałam najpoważniejsze spotkanie z promotorem, który mógł powiedzieć, że albo wszystko do kosza, albo piszemy dalej. Do kosza poszła na szczęście tylko moja nietrafiona metodologia. Wtedy dopiero zaczęłam wierzyć, że z tego przedziwnego tematu wyrośnie mi coś sensownego. Po tych konsultacjach pognałam na wywiad. Fotograf, dyktafon i 23 minuty tylko dla nas, ha! Umarłam z radości. Nawet nie chciał autoryzacji, co za człowiek, co za tekst…! A później kolejne artykuły. Spędziłam całe popołudnie z Megi i Igorem, zbierając materiał na reportaż. Byłam na spotkaniu z Kutzem (bałam się odezwać) i na spotkaniu z Rojkiem (nawet zabiłam go jakimś pytaniem;)). Nawet widziałam moje kochane Katowice z wysokości 30 piętra, wszystko dzięki redakcji. A później przyszły „Słowa” i nieco później wywiad, którego nie zapomnę nigdy w życiu. Choć oczywiście nie pamiętam z niego ani jednego słowa. Jasne, mam nagranie, ale nigdy do niego nie wrócę. Tak potwornie zależało mi, żeby zrobić dobry materiał, że w gck umierałam z nerwów, a ze strachu głupiałam i bladłam. A to był jeden z najpiękniejszych dni tego roku, nie mam wątpliwości. Pamiętam smak spełnionego marzenia. Nabrałam sił i dalej walczyłam z magisterką, z tekstami i z zajęciami z włoskiego. Promotor powiedział, że będzie czerwiec. Ja na to, że nie jestem przekonana. A on, że jest przekonany. I koniec dyskusji.

lato 2009

Dostojewski napisał, że marzenia się zawsze spełniają, ale często w zdeformowanej postaci i się je niekoniecznie rozpoznaje (Janusz Głowacki)

Gdy oddałam pracę, lato było już niemal w pełni. Nadmiar czasu spędzałam na rowerze. The Killers w słuchawkach i po 20, 30 kilometrów dziennie. Zmiótł mnie recital w Rozrywce i kompletnie rozwaliło mnie wszystko, co działo się później, dzień później, dwa dni później, wiele dni później. Nigdy w życiu nie myślałam, że zaleje mnie fala tak niewyobrażalnego szczęścia. Że będąc mną można mieć tyle siły, nagle, jakby znikąd, na tak długi czas. Coś cudownego, choć to słowo wydaje się tak mało pojemne… Pod koniec czerwca obroniłam moją wymarzoną pracę. Od komisji usłyszałam, że temat jest szalenie interesujący i że widać gołym okiem, że praca powstała z pasji. Nigdy wcześniej nie odebrałam tylu telefonów. Nigdy wcześniej nie dostałam tylu kwiatów. Nigdy wcześniej nie czułam się takim pępkiem świata. Później pisałam różne dziwne teksty, sporo, wszystkie przesiąknięte teatrem. Padałam ze śmiechu, kiedy z miną eksperta pisałam o spektaklach, których nie widziałam, a odreagowywałam to wszystko na rowerze albo z telefonem przy uchu (nowe hobby). Zastanawiając się, co zrobić dalej ze swoim życiem, wymyśliłam wyjazd do Włoch, który był idealnym zaprzeczeniem tego, co robiłam przez ostatni rok i tego, co mi wolno, na co mogę sobie pozwolić. Wakacje minęły pod znakiem przyspieszonej lekcji włoskiej biurokracji, załatwiania biletu na samolot, samego kursu, wreszcie mieszkania. Musiałam też przekonywać samą siebie, że naprawdę tego chcę. W sierpniu jeszcze razem na Węgry, Debreczyn, Miszkolc, Tokaj i przepyszne wina (wino królów i król wśród win!). Był też koncert Killersów. Hałas i euforia.

jesień 2009

Różnica między rzeczywistością a powieścią jest taka, że powieść musi być sensowna (Tom Clancy)

Wrzesień w Reggio to próba charakteru, to wiele kolejnych małych prób każdego dnia. To badania własnej wytrzymałości, priorytetów, tolerancji. Po powrocie do domu mogłam spokojnie przyznać, że tak, o to mi chodziło, mimo że znów nie jestem „w normie”. Nie było trudno stamtąd wrócić. Przecież miałam do kogo. Jesień w Polsce to studia podyplomowe i nowa gazeta. To zajęcia, których po 8 godzin bez przerwy słucham z zainteresowaniem. To dwa miesiące w Biurze Prasowym, w którym szybko mi zaufano i zawalono mnie robotą. Tak jak lubię. I uwierzcie, że miałam na to wszystko energię.

zima 2009

Nasze życia jak zdania kończą się kropką (J. Brodski)

Zima przyszła późno. Korzystając z pogody, długo chodziłam po mieście w fioletowych butach na obcasie, z laptopem, poważna jak nigdy dotąd, choć z niebieskim kotem wpiętym w płaszczyk. Była Janda, było Dwa, był Popcorn. Była redakcja i czekanie na gazetę. Była akcja dotycząca projektów naukowych, w którą zostałam wrzucona bez żadnych zabezpieczeń. Lekcje gry w bilard, wizyta serdecznej bratniej duszyczki z Warszawy i odzyskanie po latach znajomości z inną serdeczną bratnią duszyczką, obecnie z Rudy. Były wizyty w Urzędzie Pracy, a to dopiero początek moich konsekwentnych starań o staż tam, gdzie bardzo chcę pracować i się uczyć od najlepszych. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Przecież dopiero wróciłam z Włoch, poszłam na studia, wsiąkałam w Biurze na wiele godzin dziennie, nocami czytałam, czytałam, czytałam. I nagle już Święta, a tu terminy mnie gonią, zaliczenia, autoryzacje. Koniec roku, Sylwester pojutrze.

Najchętniej mocno złapałabym ten 2009 rok za klapy marynarki i patrząc w oczy prosiłabym, żeby nie odchodził, żeby jeszcze został. Nie pamiętam lepszego roku. W żadnym poprzednim nie działo się tyle dobrych rzeczy. Nigdy wcześniej sama sobie tyle nie udowodniłam. Nigdy wcześniej nie poznałam tylu tak fascynujących ludzi. Odzyskałam wiarę w ludzi i w ich pozytywny wpływ na mnie. Nigdy nie napisałam tylu tekstów, nigdy nie zaufało mi tyle świetnych osób, nigdy nie miałam tyle energii, nigdy nie ryczałam tak rzadko, nigdy wcześniej nie skakałam ze szczęścia, zadziwiając samą siebie. To był fantastyczny, udany rok pełen radości życia w najczystszej postaci. I jak tu teraz postawić kropkę…?

Złośnica

ps. odezwę się w Nowym Roku...

poniedziałek, 28 grudnia 2009

lacie!

co prawda odstawiłam kawę dwa tygodnie temu, ale kawy w takim towarzystwie się nie odmawia... naszym rozmowom przysłuchiwała się pewna starsza para, miny mieli dość zadowolone, jak widać;). ja podobnie miałam zadowoloną minę, gdy ruszyły się różne dziwne wspomnienia, np. kilku ostatnich miejsc na tym świecie, w których po muzeach trzeba się ślizgać w takich wielgachnych laciach... ;) i te harpie, cerbery pilnujące gablotek, mówiące: "nie dotykać sznura! nie opierać się o szyby!", a nade wszystko "nie ślizgać się!!", a wszyscy, jak jeden mąż, ślizgają się z uciechą (jak w piosence Nohavicy "krok - sun - krok...") i podwójny axel na koniec;)...


wracałam otulona muzyką i wielkimi płatami śniegu. w domu błogi spokój. kotu jak zwykle bez różnicy, co się dzieje za oknem i bez różnicy, co się stało z laciami z dawnych lat... kot od frontu:

cwaniak, przez niego koszyk na drewno zmienił swoje przeznaczenie i stał się koszykiem na kota (co jest pewnym problemem w kwestii transportu drewna z piwnicy). a kiedy nie pali się w kominku, kot zmienia lokalizację i włazi do tego pudła, które widać na dalszym planie (pudło zmieniło przeznaczenie z pudła po butach na pudło na kota). kot z powietrza:

muszę:
1. skończyć pisać prackę semestralną z medioznawstwa i wysłać ją tam, gdzie trzeba,
2. przeczytać ostatni rozdział "Szelmostw...", bo przyciągają mnie jak magnes i rozpraszają,
3. zmusić się do wyłączenia "Więc można kochać" Turnaua. jeśli go nie wyłączę, to punkty 1 i 2 na pewno nie dojdą do skutku. jeszcze tylko raz przesłucham i spadam...

hłe hłe...;) jasne jasne...

Z.

nocne szelmostwa


Trzeba przyznać, że tegoroczny Mikołaj wykazał się niezwykłym zmysłem literackim;) i zasypał mnie paroma książkami, które przez kilka godzin z obłędem w oczach przekładałam z ręki do ręki, zastanawiając się, którą pochłonąć w pierwszej kolejności. Przeczytałam wczoraj 300 stron "Szelmostw niegrzecznej dziewczynki" Llosy. Czytało się cudownie, choć nie bezkrytycznie, ale o tym później. Na dziś zostawiłam sobie ostatni rozdział. Mimo usilnych prób od pierwszej w nocy, sen zjawił się u mnie w pokoju dopiero gdzieś po trzeciej. Kłębiło mi się w głowie jak cygance w tobołku. Od 8 rano na chodzie, ale nieprzytomna. Niedawno wróciłam do domu, piszę pracę zaliczeniową na uczelnię, żeby odhaczyć semestr. Powoli szukam kolejnej podyplomówki, może teraz na Akademii Ekonomicznej?...
W nocy, gibiąc się po całym łóżku, przekładając poduszki i leżąc gdzieś na skos, nie umiałam pozbyć się fragmentu jakiegoś wiersza, który zapodział mi się gdzieś w głowie. Męczyło mnie to mocno, więc przeszukałam kompa i znalazłam. Pierwsza strofka "Z wiosną" Tomasza Jastruna. Podpierałam nim jakąś tezę w pracy rocznej z poetyki historycznej (w tej pracy, w której usilnie udowadniałam, że z Grochowiaka żaden turpista, hłe hłe). Zostawiam Wam więc tę strofkę...

Nie wiersze rosną – rosnę ja
Zachwytem, gniewem, niepokojem.
Nie wiem, daleko mi do dna,
I wszystko dawne – już nie moje.

 A teraz zabieram moją futrzaną czapę i jadę do Katowic na cudowną kawę w cudownym towarzystwie. Po powrocie skończę pracę zaliczeniową;). Pisanie nie ucieknie, a towarzystwo na kawę może uciec, jak najbardziej, co się nawet zdarzało;).

Nieprzytomna Zet.

sobota, 26 grudnia 2009

spacer



a tam na niebie... kometa;)
fot. złośnica

czwartek, 24 grudnia 2009

Wigilia!

Wigilia cudowna. kamera, akcja! raz, dwa, trzy, dziesięć osób. a co tam. co to dla nas. kuchenna logistyka i strategia, że napoleon by pozazdrościł. głośno, wesoło dookoła stołu. stała ekipa, powracające tematy. tradycyjnie w sensie rodzinnym i tylko to się liczy, tylko to ma znaczenie. 3 godziny razem, wybuchy śmiechu, wspomnienia, drobnostki, ważne tematy i pierdoły, po drodze jeszcze życzenia, choinka (jednak jest!), wspólne tylko jedno życzenie, żeby znowu, za rok, w tym samym towarzystwie. luźno, po naszemu. normalnie, fantastycznie!

po lampce wina umieram ze śmiechu. teraz przyszłam na chwilę na net. efekt: dialog z netu.
ja: ...i oczekuję twego przyjścia rychłego do mego wigilijnego domostwa...
on: to ja się zbieram.
ja: nie wiem czy będę w stanie udać się na mszę nocną, aliści pora będzie późna, a ja na nogach cały dzień będąc na obcasach wysokich, tudzież albowiem poniekąd przeto na pysk padam...
on: wyobraź sobie, że ja też nie spałem do południa.
ja: zaprawdę godne to i sprawiedliwe... ;)

Od dziecka rodzice mówili mi, że jaka Wigilia, taki cały rok. Pamiętałam o tym od rana, słuchając muzyki, szalejąc po domu, rozmawiając ze znajomymi, odbierając wiadomości. Dzięki więc za maile, telefony, smsy... a osobno dziękuję Naczelnemu za genialny prezent, popłakałam się. Odezwę się jutro. Święta moi kochani, Święta! Wesołych Świąt.

Zł.

środa, 23 grudnia 2009

korek 2

Dziś druga fotka prosto z korka... Tego makaka (?) kiedyś wycięłam z GW, a serduszko z cytatem nakleiłam z 2 miesiące temu. Sądząc po zastosowanej przeze mnie czcionce, chyba nie byłam w optymalnej formie;). Wszelkie podobieństwo osób występujących na blogu, czy to autorów, czy bohaterów, do tego makaka, jest przypadkowe;)...


Drugi dzień upływa pod znakiem ogarniania domu pod kątem jutrzejszej Wigilii. Wczoraj jeszcze wysłałam ostatni (tak! tak!) tekst zlecony przez Biuro, poszedł do autoryzacji, po Świętach ostatnie poprawki i mam nadzieję - adios Biuro. Dzisiejsze i wczorajsze kuchenne posiedzenia z Babcią były bardzo udane. Milion wspomnień, poplątane imiona, wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat, wciąż i wciąż powracające historie. No i pierogi. Tradycja zamknięta w pierogu. Później, kiedy zostałam sama, zniosłam na dół laptopa i słuchałam na okrągło kilkunastu fantastycznych kawałków... A jeszcze później jeden telefon i jeden mail wpędziły mnie w taki popłoch, że miałam ochotę zamknąć się w kufrze i wysłać siebie samą kurierem na koniec świata. Przez resztę popołudnia każdy telefon powodował, że sztywniałam jak zalana betonem, a później przywracałam sobie akcję serca radując się, że dzwonią i piszą do mnie tylko sami kochani znajomi. Mój numer hula gdzieś po Polsce, a ja muszę podejść do sprawy poważnie. Przecież zawsze chciałam. I teraz mam. A dzwońcie, dzwońcie:)! Włosi w takich sytuacjach mówią "in bocca al lupo!", czyli "w paszczę wilka!" Trzymajcie kciuki...

A jutro znów kręcę film:)! Zeszłoroczna "Opowieść Wigilijna", której jestem reżyserem, scenarzystą, operatorem, komentatorem, narratorem, jednym z bohaterów, montażystą, producentem i wytwórnią, odniosła rodzinny sukces, powodując niekończące się ataki śmiechu i rozmazane makijaże. Jutro znów kręcę.

Przytulam Was mocno i przesyłam ciepełko przez to paskudne deszczysko.
Z.

wtorek, 22 grudnia 2009

korek 1

Moja korkowa tablica przy kompie jest wielka i pełna papierków. Najczęściej wiszą na niej małe, kolorowe karteczki ze zrobionymi na szybko i byle czym notatkami. Jedne przykrywają drugie, z czasem bledną litery. Niektóre wiszą od lat, inne - od kilku dni. Dziś pierwsza żółta karteczka. Skąd? Nie mam pojęcia. Tablica korkowa istnieje poza zasadami rzetelnej bibliografii.

Szkoda, że nie wszystko z tablicy nadaje się do publikacji (np. absolutnie nieprzyzwoita walentynka sprzed 2 czy 3 lat, od człowieka, który nie tylko nigdy jej do mnie nie wysłał, ale nawet nie wie o jej istnieniu;)), ale mam tu dla Was kilka smacznych kąsków.
Zieeeeew...
Z.

last.fm

Mój kochany i niezastąpiony last.fm jest ze mną już 3 lata:)! 20 grudnia 2006 dałam się przescrobblować pierwszy raz, a piosenką otwierającą moje niezwykle częste kontakty z lastem była piękna gitarowa ballada "A lack of color" zespołu Death Cab For Cutie, jednej z moich Najbardziej Ulubionych Kapel, której pewnie nie znałabym, gdyby nie radio last.fm właśnie. Dzięki wszystkim sprytnym systemom polecania muzyki, poznałam kilkudziesięciu wykonawców, na których nie miałabym szans wpaść w polskich mediach. Podczas tych 3 lat przesłuchałam prawie 28 tysięcy utworów i jestem pewna, że żadne inne miejsce w sieci nie określa mnie w tak dużym stopniu, jak last.fm, nigdzie indziej nie widać mnie dokładniej. J.S. Foer w swojej genialnej książce napisał tak: "Słowa nigdy nie znaczą tego, co byśmy chcieli. Gdybyśmy porozumiewali się za pomocą czegoś w rodzaju muzyki, nigdy by nas źle nie rozumiano". Trudno się z tym nie zgodzić, nawet znając moją nieskończoną słabość do słowa samego w sobie. Ale wracając na ziemię, jeśli ktoś chce mieć coś wspólnego z muzyką, last.fm jest fantastycznym narzędziem i zabawką jednocześnie.

==========================================

Jeśli ktoś jeszcze nie słuchał i nie ściągał (legalnie!!!) trzech piosenek Roberta Talarczyka, niech się nawet nie przyznaje, tylko słucha i ściąga... Znajomi, przyjaciele oraz wrogowie tego bloga ściągają piosenki bezpośrednio stąd: http://www.lastfm.pl/music/Robert+Talarczyk/S%C5%82owa Zarówno oni, jak i reszta świata, mogą sobie obejrzeć cały całkiem nowy profil, a na nim bio, video, foto, rankingi... To i wszystkie inne cuda są pod tym linkiem http://www.lastfm.pl/music/Robert+Talarczyk Słuchajcie, bo piosenki są bajeranckie. Muzycznie są niezwykle rozkołysane, tekstowo są materiałem na kolejną magisterkę, a wykonanie... sami sprawdźcie:).

==========================================

Pzdr :-*
Z.

niedziela, 20 grudnia 2009

zapach pensji

Kochani, historyczna chwila:)! Wyszedł pierwszy numer gazety, a ja dostałam kasę za teksty. Umarłam z radości i szybko postanowiłam jakoś zamienić tę kasę na coś, co przez najbliższe miesiące będzie mi się kojarzyło z tym radosnym wydarzeniem;). Od kilku tygodni poszukiwałam nowego zapachu, który zastapiłby moją letnią edycję CK One. Po 1628 wizytach we wszystkich śląskich, częstochowskich i bielskich perfumeriach, dziś wybór szybko padł na czerwoną Ninę Ricci. Piękny jabłkowy flakon, teraz już jestem najsłodsza na świecie i zima mi nie straszna... Mądre strony mówią, że w tym czerwonym szkiełku siedzą cytryna, limonka, zielone jabłko, cedr, piwonia, pralinki (!), piżmo (mrrr;) )... Z kasy z redakcji zostało mi może 20 groszy, ale o to chodziło;).

Na koniec weekendu złota myśli, która mnie dziś zmiotła: "Pan Mietek spod trójki nie ma nawet matury, a za piwo zreperuje prom kosmiczny". Ooooo i jeszcze jedno: "Najlepszym dowodem na to, że w kosmosie istnieje inteligencja, jest to, że się z nami nie kontaktują". A to jako bonus: "Kość piszczelowa: urządzenie do znajdowania mebli w ciemnym pokoju".

Złośnica Ricci

sobota, 19 grudnia 2009

ślub

5.55 rano, dzień zaczął się przedziwnie, ranyboskie, ślub mi się śnił. Ale to pewnie dlatego, że wczoraj poszłam spać znów za późno i znów za bardzo padnięta. Jeśli kilka tygodni temu zastanawiałam się, kiedy organizm zbuntuje się przeciwko temu, jak go traktuję, to chyba właśnie dochodzimy do tego punktu. Ale damy radę. Na zajęciach byłam dziś od 8 do 16 (sukces, skróciły się), wszystko świetnie. Jeśli dziś przypadkiem słyszeliście mnie w Polskim Radiu Katowice, to znaczy, że słuchaliście listy przebojów;). Dość płynnie, prosto z ciepłego studia, powiedziałam na żywca kilka słów, hłehłe (słuchawki! mikrofon! pierwszy raz widziałam takie studio...). Nauczyłam się nie unikać dziwnych sytuacji, to była jedna z nich.
Miałam nie sprawdzać w senniku tego ślubu, bo przecież nigdy tego nie robię. Ale od tylu tygodni nic mi się nie śniło, że sprawdziłam. I oczywiście żałuję;). Bzdury, bzdury... Bosz, zmęczona jestem... Zabieram "Z głowy" i idę. To znaczy idę z Głowackim do łóżka.
Zet.

piątek, 18 grudnia 2009

piątek 18

1. Jest już Nasza Nowa Gazeta:). Owoc ciężkiej pracy Mastaha i jego sztabu, efekt pasji i uporu tegoż człowieka. Od kilku dni gazeta hula gdzieś na mieście, a w moich rękach jest od wczoraj. Szalenie się cieszę, że się udało, po kilku miesiącach dumania i wiary w to, że się uda. Damy radę, teraz już nie ma innej opcji:).
2. (po 10 minutach zastanawiania się nad punktem drugim) Mam więcej siły, niż ostatnio. Idąc ulicą chowam twarz w szaliku, żeby wszyscy mijający mnie ludzie nie widzieli, jak się uśmiecham sama do siebie. Czy ja jeszcze w ogóle panuję nad sobą...? Kiełbie we łbie, ale jakie przyjemne!
3. Energia mi się przyda, dziś na uczelni będę krótko, bo tylko 3 czy 4 godziny, ale za to jutro... od 8.30 do 18. Jeśli znów będę do pierwszej słuchać muzyki, budzenie o 6 może zakończyć się niepowodzeniem. Phi;)!

Fotka na koniec. Stefan nie przyleciał do mnie na śniadanie, tylko wpadł trochę sobie u mnie posiedzieć. Jak miło;).


Pzdr. z.

czwartek, 17 grudnia 2009

plus

dobra, plus. PLUS. wszystko plus.

piosenki...!!!!

:-* dzięki

Z.

wtorek, 15 grudnia 2009

plus minus

dziś w skrzynce czekało na mnie awizo. dwa razy byłam na poczcie. za pierwszym razem było 13 osób. za drugim 10. w obu przypadkach zrezygnowałam. niedobrze.

wczoraj poważne boje z poważnym urzędem. początkowo zrezygnowaliśmy, później daliśmy radę. dobrze.

dziś rano poważne boje w dziale personalnym. są nadzieje. dobrze.

wciąż wisi nade mną jeden duży ważny tekst. motywacja zerowa. niedobrze.

zimno. w futrzanej czapce wyglądam jak handlarka matrioszkami na Placu Czerwonym. dobrze.

ale jest cholernie zimno i ślisko, więc nie mogę już chodzić na wysokich obcasach. znów mam tylko 170 cm. niedobrze.

w ramach oswajania zimy, kupiłam podgrzewacz pod kubek na usb. obciachowy i dziwaczny gadżet, pogromca chłodu ogarniającego herbaty owocowe. dobrze.

słucham muzyki. dobrze.

bo na szarą codzienność, na twe smutki i chandrę, na za małą wypłatę, panią w biurze nieładną, na przeżyte w niebycie lata puste i szare, na zbyt szybko idące wskazówki w zegarze...

Z.

sobota, 12 grudnia 2009

10 000

Po 2 w nocy dość trzeźwo uznałyśmy z A., że czas iść spać, bo inaczej będzie poranna tragedia. Pamiętam, że jeszcze pół godziny później kiziałam mojego spragnionego głaskania kota, a później straciłam świadomość (niektórzy mówią o tym "zapaść w sen", ale jak dowiedziałam się wczoraj, dorosłym nie śni się nic). Rano oczywiście była spodziewana poranna tragedyjka;), 6 rano, za oknem ciemno, niemal środek nocy. Po tych 3 godzinach snu usiadłam na łóżku sztywno jak Frankenstein, z szeroko otwartymi oczami;). Udało się nam zebrać i jeszcze w spokoju wypić razem kawę. Po 8 byłam na uczelni. Bardzo dzielna, intensywnie chłonęłam wiedzę o funduszach unijnych. Podczas przerwy kolejna kawa. I podczas kolejnej jeszcze jedna. Hmm. Po ponad 5 godzinach zajęć odmówiłam współpracy i ulotniłam się, idąc przez miasto lekko przypruszone czymś na kształt śniegu.
W domu regenerowałam się z kolejną książką. W ciągu ostatnich kilku dni pochłonęłam dwie cudowne książeczki. Pierwsza z nich to "Ballada o chaosiku" Wawrzyńca Prusky'ego, 500 stron dość lajtowej "literatury faktu";) (musiałam odreagować zeszłotygodniowe zawirowania). Wybuchałam śmiechem co kilka stron, a zdarzało mi się kompletnie popłakać, rechocząc radośnie i tracąc możliwość oddychania. Fantastyczny styl, lekkie pióro (lekka klawiatura), męski punkt widzenia. Urocze. A druga książka to zupełna nowość na rynku, "Bajka o Raszku" czeskiego pisarza Oty Pavla. Zmiażdżyła mnie dwukrotna lektura "Śmierci pięknych saren", więc gdy znalazłam online świeżutką "Bajkę o Raszku", zamówiłam ją w ciągu minuty. Dotarła do mnie bardzo szybko i równie szybko została przeze mnie przeczytana i pokreślona. Cudowna pozycja, choć waham się, czy to faktycznie bajka (z poetyki opisowej pamiętam, że taki tytuł to drogowskaz, ale czasami celowo skierowany w złą stronę). To niesamowite, jak Pavel potrafi wpleść magię w normalne życie w taki sposób, że nie razi tandetą i jak zachowuje pozornie lekki styl pisząc o rzeczach potwornie trudnych. A teraz czytam "Mądre dzieci" Angeli Carter. Pogadamy, jak skończę.

Wracając na ziemię, nakręciliście bloga na 10 000 odsłon. dzie sięć ty się cy. dziesięćtysięcy. Dzięki wielkie. Nie mam pojęcia, kim - w przerażającej większości - jesteście, ale nie szkodzi. Kłaniam się nisko tym, którzy przychodzą tu z przyjemnością.

Myślami siedzę gdzieś na pewnej niezwykle przytulnej ulicy. W pokoiku.
Pozdrawiam.

piątek, 11 grudnia 2009

po "Słowach"

Co za piękny wieczór! I w jakim towarzystwie:)! Tak, A. i ja znamy się od 18 lat, naprawdę;). Nie wiem, czy kogokolwiek znam dłużej. Cudownie znów wyjść gdzieś razem, prawda?:))
"Słowa" wybrzmiały w świetnej atmosferze. Ludzie się bawili, kołysali, śpiewali (za nami ktoś śpiewał tak niskim i głośnym wokalem, że umierałyśmy ze śmiechu). Było fantastycznie, miałam ogromną ochotę na taki własnie wieczór. Teraz na szczęście nie muszę pisać żadnej relacji i żadnej recenzji. Nie chciałabym rozkładać tego na kawałki, bo najbardziej smakuje w całości.
A. śpi dziś u mnie, mamy winko i wiele spraw do obgadania. Mamy zaległości.
Jutro od 8.30 jestem na uczelni. Nie wiem jak, ale muszę.
Lecę.

bosz, ile muzyki.......... ile ja mam w głowie  muzyki.......... :))))))))))
Z.

środa, 9 grudnia 2009

foszek

ja (sms): Foszek?*
on (sms): Nie, śpioszek.

I wszystko jasne:).

*foszek - mały foch. Stan czasowego lekkiego napięcia, efekt nieporozumień z powodów błahych i nieważnych, najczęściej bardzo ograniczony czasowo, o niewielkim zasięgu i znaczeniu. Pytanie o foszek jest w pewnych kręgach standardowym sposobem na badanie niepewnego terenu i próbą nawiązania kontaktu (dużo subtejniejszą od sms-ów w formie granatów zaczepnych).

Złośnica (królewna biologii eksperymentalnej - dostałam kolejne dwie ważne autoryzacje moich wielkich fachowych;) artykułów naukowych dla ludu, ha!)

wtorek, 8 grudnia 2009

bilard

Przykro mi bardzo ale ostatnimi czasy nie mam możliwości żeby cokolwiek tutaj napisać, a co dopiero fotografować. Także moja ułomność czasowa związana z fotografowaniem wyklucza pisanie tutaj, a brak czasu na pisanie tutaj eliminuje fotografowanie ;-).
Jednakoż jakiś czas temu kilka razy wybraliśmy się razem ze Złośnicą na krótki relaks do naszego ulubionego klubu/baru/restauracji celem zagrania w bilard. Poniżej kilka ujęć z zaciętych partyjek przy soczku i Breezerze ;-).



 Ta dynamika gry, ta siła uderzeń, wyważenie, opanowanie ;-)



Poświęcenie, celność i spokój ducha (puszczy) :-)


rozdwojenie

Wczoraj wieczorem ciężko zmęczona i zmarznięta jak mamut pod śniegiem, poczłapałam na dół. W piżamce, niosąc na dół małe radio (celem wymiany baterii) i termofor (celem zagrzania go gorącą wodą). Kątem oka złapałam swoje odbicie w lustrze. Piżamka była czerwona w uśmiechnięte białe łosie. Małe radio pochodziło z łazienki, ma kształt pingwina z kołem ratunkowym i w okularach do pływania (da się w ogóle chodzić pod prysznic bez grającego radia;))??). Termofor natomiast to wielka, zielona, pluszowa żaba z Włoch. Do tego moja fryzura fantazyjnie z jednej strony sterczała na kształt rogów, a z drugiej przypominała dredy. Ogólnie komedia.
Do snu czytałam antologię poezji polskiej na obczyźnie. Dziś przed wschodem słońca zwlekłam się (spod kołdry w owieczki...), kolejny raz tej jesieni zamieniłam się w poważną Pannę z Biura i poszłam robić ostatni już wywiad z biologiem. Na nic jednak moja powaga, bo dzisiejszy genetyk totalnie mnie rozwalił swoją barwną osobowością.
I jak tu zachować jakąś stabilność między piżamką w łosie i tymi obcasami? Hmm...
A teraz uwaga, za chwilę jadę z Belzebubem do... Częstochowy, w sprawach naukowych. Między innymi;). Odezwę się później:).
Złośnica

ps. Zmodyfikowałam linki, tzn. dodałam trochę nowych. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia, oficjalne pismo w trzech kopiach i ze zdjęciami proszę kierować na adres mailowy. A jeśli ktoś nie ma mojego maila, to niech próbuje wysyłać uwagi i zażalenia drogą telepatyczną...

niedziela, 6 grudnia 2009

ZWIR


wczoraj odbyła się pierwsza z Zimowych Wielkich Imprez Rodzinnych (ZWIR;) ), 88. urodziny Babci i... kolejne urodziny Brata;) + Mikołajki. dużo ludzi, kolorowo, głośno, wesoło. kilka godzin w radosnym gwarze, mnóstwo śmiechu, świetnie.
kolorowe słomki - wiadomo, że do kolorowych drinków z palemką;)...


Babcia i Brat razem zdmuchiwali świeczki;)



narobiłam się bardzo, ale wszystko się udało i było cudnie...

po tym, jakie dziwaczności i nieprzyjemności przechodziłam w mijającym tygodniu, taka impreza w dużym towarzystwie była świetnym sposobem na oderwanie się od tych traum i traumek. dziś jest już w miarę ok. kolejna taka sama impreza pod koniec stycznia. wodniki górą.
próbuję wymyślić nazwy dla drinków, które robię. na starcie odrzucam takie nazwy, jak Cichociemny Tęczowy Potwór;)...

miły Mikołaj przyniósł mi trzy fantastyczne książki. poza tym dziś "2" w Korezie.
pzdr.

piątek, 4 grudnia 2009

portret psychologiczny złodzieja

wiem już chyba o wszystkim, co zniknęło z mojego portfela. na tej podstawie powoli tworzę portret psychologiczny złodzieja. bo że jest złodziejem - nie ma watpliwości, zniknęły banknoty i bilon. jest kolekcjonerem obcej waluty: zniknęły pieniądze ekwadorskie, rumuńskie i macedońskie, o niewielkiej wartości pieniężnej, ale wielkiej kolekcjonerskiej. ma przebłyski uczciwości: zniknęło kilka nieskasowanych biletów autobusowych, na jedno, dwa i trzy miasta. a co najśmieszniejsze, chyba obcierały go buty, bo zniknęły wszystkie plastry, które nosiłam w portfelu, plastry w różnych rozmiarach. obiekt mojego zainteresowania jest fanem nowych technologii, a pendrive schowany w karcie był apetycznym kąskiem. pewnie też interesuje się projektami ministerstwa rozwoju regionalnego, bo było na nim full materiałów na ten temat. raczej nie jest smakoszem kawy, bo zostały wszystkie karty rabatowe do katowickich kawiarenek. nie kupuje kosmetyków w ives rocher, nie lubii biżuterii w aparcie i kruku (karty zostały). nie wiem, jak z jego wiarą, ale obrazek patronki Reggio Calabria równiez został nienaruszony i na miejscu. i chyba nie jest stałym bywalcem bibliotek, 4 karty biblioteczne zostały. nie chciał na mój dowód brać kredytu ani na legitymację pożyczać łyżew na lodowisku. nie chciał międzynarodowego ubezpieczenia, nie chciał tysiąca zniżek  na euro26, nie chciał nawet na pamiątkę moich zdjęć legitymacyjnych (drań!). zostawił mi też gwarancję na naprawę aparatu. naprawdę, mogło być znacznie, duuużo gorzej. ale najbardziej intrygują mnie te plastry! mam nadzieję, że go te buty obtarły jak jasna cholera...
skoro wczoraj legitymacja studencka (na niej byl jedyny numer telefonu) uratowała mi wszystkie dokumenty i zapewniła kontakt, postanowiłam się z nią dziś rozstać, wreszcie, po 6 miesiącach od obrony. równało się to z załatwieniem pieczątek w indexie i na karcie obiegowej w milionie miejsc. po Katowicach przeszłam prawie 10 km (co skrzętnie liczy mój niepoważny telefon), idąc mniej więcej trasą bankowa - plac rady europy - szkolna - bankowa - plac sejmu - plac miarki - staromiejska - rynek - skargi. niestety ta kolejność nie ma sensu, ale taka własnie musiała być. przyniosłam do domu dyplom i odpisy, aneks i świadectwo dojrzałości. załatwiłam na mieście jeszcze milion innych rzeczy i mocno zdołowana (pominę...) wróciłam do domu, a następnie padłam w apatii i bez życia. popołudniu, na szczęście, moja droga przyjaciółka wzięła mnie na kawę, próbując wyciągnąć mnie z tej najczarniejszej otchłani żałości. teraz wyżywałam się w kuchni, bo jutro pierwsza z Wielkich Zimowych Rodzinnych Imprez u mnie w domu. byle do jutra, będzie dużo ludzi, a ja zadbam o kolorowe drinki z palemką...
a mógł to być normalny dzień... tymczasem marzę o tym, żeby móc zasnąć i obudzić się kilkanaście godzin wcześniej i poprowadzić to wszystko inaczej. ale jak z każdym marzeniem, nie mam na nie szans.
Pozdrawiam.

czwartek, 3 grudnia 2009

Pani Helena i portfel

Dzisiejszy poranek nie mieści mi się w głowie. Nieprawdopodobny, w moim odczuciu absolutnie przedziwny i niezrozumiały. Po kolei.
Śpię. Godzina 7.30, dzwoni telefon stacjonarny. Przypadkiem mam słuchawkę przy łóżku. Odbieram zaspana i nieprzytomna. Dziekanat studiów, które skończyłam w czerwcu. Były dziekanat o 7.30 rano? Pani z Dziekanatu powiedziała tylko tyle, że dzwonił do nich ktoś z informacją, że MA MÓJ PORTFEL i że zostawił tylko numer telefonu. Zdębiałam i obudziłam się w ciągu sekundy. Zawartość torebki wysypałam na łóżko. Nie ma! Nie ma mojego wielkiego portfela! Aaaaaaaaaa! Panika. Zanotowałam numer. Podziękowałam i siłą woli powstrzymywałam zawał serca. Dzwonię. Odebrała Pani z pięknym śląskim akcentem i powiedziała, że znalazła mój portfel przy Superjednostce w Katowicach. Gdzieś za kioskiem. Oczywiście nie mam pojęcia, gdzie jest kiosk obok Superjednostki, bo tam nie bywam, nie byłam tam również wczoraj. Powiedziała, jak ją znaleźć. I że wygląda na to, że dokumenty wszystkie są. Pognałam do tejże Superjednostki (gdzie moja rozmówczyni pracuje na portierni), próbując opanować trzęsące się ręce i ze stresu napływające mi jak tsunami fale łez. Znalazłam Panią Helenę bez problemu. Wyściskałyśmy się na dzień dobry, jakbyśmy się znały od lat. Powiedziała, że próbowała mnie znaleźć od wczoraj, ale jedynym numerem telefonu, jaki znalazła w portfelu, był właśnie numer do dziekanatu w legitymacji, którą powinnam była oddać pół roku temu. Zajrzałam do portfela, w środku burdel, jak po przejściu huraganu, ale zlokalizowałam dowód osobisty, kartę do bankomatu, chipa do lekarza. Odetchnęłam. Pani Helena powiedziała, że jestem z tego samego rocznika, z którego był jej syn. I że ma też drugiego syna. Że 1985 to taki ważny rocznik... Chyba zrozumiałam. Podziękowałam, wyściskałam. Wyszłam stamtąd wstrząśnięta i wzruszona ludzką uczciwością. Przez prawie 24 godziny mój portfel istniał gdzieś poza moją wiedzą i świadomością. Wczoraj po powrocie z wywiadu już nigdzie nie wychodziłam, musiałam pisać, więc popołudniu nie zauważyłam, że czegoś mi brakuje. Nie umiem sobie uświadomić, kiedy musiało się to stać. Pamiętam, że lecąc po wywiadzie na autobus jeszcze go miałam. Więc zniknął gdzieś na przestrzeni między Rynkiem a Empikiem. Zresztą, nieważne. Pani Helena jest ważna. I to, że nie muszę wyrabiać nowych dokumentów.
To tyle moi drodzy. Przez chwilę, jadąc do Katowic i powtarzając w myślach "żeby tylko był dowód i karta" milion razy, pomyślałam, że może znów coś narozrabiałam i że mnie pokarało za coś strasznego, co zrobiłam (ale co?) lub chociaż za to, co pomyślałam. Ale teraz wiem, że mnie nie pokarało, wiem za to, że mam cholerne szczęście. Do Pani Heleny jeszcze zajrzę przed Świętami. A jak znam siebie, pewnie nie raz do niej zajrzę.

Złośnica (wstrząśnięta, wzruszona, szczęśliwa)

ps. Szkoda mi tylko tych drobiazgów, które miały dla mnie wartość sentymentalną, a zniknęły. Banknot z Rumunii, z przezroczystym znakiem. Banknot z Macedonii, od koleżanki z Włoch. Dwie monety, dolary ekwadorskie od Luisa. A złodziej pieprzony, o ile uda mu się w ogóle uruchomić mojego służbowego pendrajwa wielkości karty kredytowej (co nie jest takie łatwe;) ), to pewnie zdziwi się, jak znajdzie na nim kompletne materiały prasowe dotyczące rozwoju regionalnego i jedną prezentację o Beskidach. Dobrze, że nie miałam tam nic prywatnego. Ale to wszystko są bzdury, nieznaczące pierdoły.

środa, 2 grudnia 2009

pod poduszką

o tym, co w andrzejkową noc można znaleźć pod poduszką...

Z.

wtorek, 1 grudnia 2009

zestaw Młody Biolog

1. humor lepszy. po sobotniej kompletnej załamce i niedzielnemu dochodzeniu do siebie (m.in. na Andrzejkach), po kilku poniedziałkowych rozmowach telefonicznych (w tym jednej trwającej 2,5 godziny), po dwóch wyjściach na kawę i zakupy, informuję, że jest lepiej.

2. piszę teksty o projektach badawczych. kilka dni temu trafiłam do jednego z profesorów biologii. nagrałam 70 minut materiału, później przez dwa dni napisałam ponad 2 strony tekstu. jest zrozumiały dla normalnych ludzi, którzy na co dzień raczej nie interesują się projektami badawczymi z biologii (to zupełnie tak jak ja...). dziś (po rozmowie z kolejnym biologiem), kiedy poszłam do Biura, okazało się, że tamten pierwszy coś o mnie wspominał tu i ówdzie, toteż dzwonią jeszcze inni profesorowie biologii i pytają, kiedy przyjdę zrobić o nich materiały;). odzyskałam trochę motywację, znów zobaczyłam jakiś sens i... zapisałam kolejne spotkania z dwoma profesorami biologii. liczyłam na humanistów, ale nie ma szans (nie prowadzą projektów naukowych???). na koniec zostaną mi może szaleni informatycy, którzy podobno są jak z innej planety. zobaczymy. po wczorajszej 2,5-godzinnej rozmowie telefonicznej dziś na wywiadzie byłam zachrypnięta. ale co to była za rozmowa...;)

3. wczoraj mój nastrój pod psem skupił się nie tam, gdzie powinien. gryziona wyrzutami sumienia, pół nocy głaskałam kota, zamiast spać (i przygotowywać się psychicznie do rozmowy o motylach wielkości wróbla). ale już przeprosiłam (niewiniątko...).

4. teraz muszę pouczyć się włoskiego (...), a później jakoś przygotować się na jutrzejszą biol-rozmowę (lecę na nią od razu po włoskim). przyznam, że przy tym tekście z 70-minutowej rozmowy już mi się chciało płakać. ale jest ok. nawet jest autoryzacja. jak to napisał prof. Szymutko, "i żadnego - bezsiło! - rzucania ręcznikiem!"

Złośnica

niedziela, 29 listopada 2009

źle

zły humor. od kilku dni. zły zły zły.
wczoraj "dom zły". dla odmiany, bardzo dobry.


humor zły, a co najgorsze, nie wiem, co mogłoby mi go poprawić. ani nie proszę Was o propozycje.
Z.

czwartek, 26 listopada 2009

napis

Jeszcze jedna fotka z niedzieli. W przerwie między dwoma aktami monodramu Jandy, z telefonem przu uchu szukałam jakiegoś cichego miejsca w Pałacu Kultury Zagłębia. Na jednej z pustych ścian wisiał napis, któremu zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcie, zanim pognałam na II akt:




















Nie wiem, skąd się tam wziął, ale jeśli był obliczony na zaskakiwanie ludzi błądzących po PKZ, to na pewno się udało:).


Z.

środa, 25 listopada 2009

długopis

...dlatego warto czasem czytać paragony ;-)


Złośnica

wtorek, 24 listopada 2009

niedziela - wtorek

To były absolutnie niezwykłe, nadzwyczajne 3 dni. Nadzwyczajne, bo cudowne, ale też w znaczeniu poza-zwyczajnością;). O niedzieli coś już pisałam, o Dyktandzie, o Jandzie i o tym, że nawiedziła mnie Spider-Mama. Poszłyśmy spać po 3 w nocy. Było wino i śpiew;) Wino nasze, śpiew nie nasz. Puść coś jeszcze! Puść "Tajfun"! Proszę bardzo;).

Poranek przyszedł zbyt wcześnie. Kawa i gadanie. A później piekłyśmy muffinki z jagodami, słuchając muzyki, przypominając sobie różne głupoty, robiąc zdjęcia i śmiejąc się jak gupki. Oglądałyśmy "Milka". Było jak na wakacjach:). Pierwszy taki dzień od nie-pamiętam-kiedy. Dla mojej serdecznej koleżanki chyba też:).
Wrzucam też fotki psów, bo towarzyszyły nam cały czas.

Popołudniu obowiązkowy tour de Katowice. Rynek, Staromiejska, Mariacka, Złoty Osioł!!!!! Wegetariańsko. Plac Sejmu, Hipnoza, Korez, Ligonia, dyrekcja Ars Cameralis, Archikatedra, Wydział Filologiczny (bo z łazienkowego okna na V piętrze Katowice wyglądają cudownie), Wojewódzka, Bankowa, Teatralna, Akant!!!!! Wielka kawa i serca.

W Sosnowcu wieczorem Zakręcona, a później oczywiście No Name. Za czerwonymi drinkami wszędzie pójdę w ciemno;). Śmiejemy się we trójkę i robimy zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Późnym wieczorem wracamy taksówką do domu. Nagle nawigacja kierowcy mówi głośno "uwaga, niebezpieczne miejsce". wybuchamy śmiechem, bo jesteśmy już na mojej ulicy, a taksówkarz pyta, czy może chcemy tam wysiąść;). Po północy padam na nos i niemal nie mam siły zgasić światła.

Dziś 7 rano, niewyspana próbuję otworzyć oczy. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Pierwsza kawa. Po chwili druga. Pakuję się na zajęcia z włoskiego i na kolejne kilka godzin w biurze. Czemu ten mój komp jest taki ciężki...? Na włoskim nawet nie było źle, kontaktowałam i mówiłam. Później, biegnąc z Koszutki do Biura, kupiłam litrowy (!!!!) napój energetyczny, zacisnęłam zęby i 4 godziny pisałam non stop. Teraz wróciłam do domu i obiecałam sobie, że chwilę odpocznę. Na spokojnie. Siedzę więc sama w domu i walczę ze zdjęciami.
to były absolutnie genialne dni, bieganie po mieście i łażenie po knajpach, rozmowy szeptem i wybuchy śmiechu, sprawy serrrrcowe, zawodowe, służbowe, naukowe i kompletnie niepoważne również. jutro idę robić wywiad ze specjalistą od mikrobiologii czy czegoś w tym stylu... wieczorem się tym zajmę. poprzeczka zawieszona wysoko, bo mój Poprzedni Rozmówca Popularny Poważny Aktor powiedział mojemu Mastahowi różne miłe rzeczy na mój temat, więc muszę trzymać poziom. Tylko jak...?
Boję się, że najdalej za kilka dni braknie mi sił. Po prostu nie wstanę z łóżka. Ale udaję, że o tym nie myślę.

Pozdrawiam!
ps. uwielbiam czytać nazwy drinków... :))) ludzie mają wyobraźnię!

poniedziałek, 23 listopada 2009

niedziela 22.11

post na szybko. trzy najważniejsze elementy niedzieli.

1. od rana uczestniczyłam w Dyktandzie 2009. ze względu na wykształcenie kierunkowe, mogłam mieć w nim udział od strony organizacyjnej, a nie jako uczestnik. pilnowaliśmy (cała silna grupa takich jak ja), żeby wszystko było w porządku, żeby ludzie nie zgapali od siebie i żeby nie łazili bez celu przed kamerami. a później sprawdzaliśmy dyktanda. było genialnie, energetycznie i intensywnie. a najszczęśliwsza jestem z tego powodu, że sprawdzałam pracę faceta, który wziął trzecią nagrodę. miałam w rękach jego tekst, w którym były tylko dwa błędy ortograficzne o ile się nie mylę. jestem więc dumna z siebie, że to ja posłałam jego tekst do dalszej weryfikacji, że go gdzieś tam wyłowiłam, że wpadł w moje ręce. gratuluję uczestnikom, a Mastahowi dziękuję za to, że sprawił, że tam byłam. musiałam się urwać, żeby zdązyć na...

2. ...monodram Krystyny Jandy w PKZ. "Ucho, gardło, nóż". brutalne, ostre, bezkompromisowe. szorstkie, drażniące i bezlitosne. przy dwóch godzinach z przeklinającą bohaterką doszłam do wniosku, że "popcorn" w zeszły weekend był milutki jak bajka na dobranoc;). Nie wiem, czy będe w stanie napisać o Jandzie. pierwszy raz w życiu widziałam ją na żywo i jestem kompletnie rozbita, zmieciona, zgnieciona jak puszka po coca-coli. musiałam szybko wrócić do domu (nie takie proste, kiedy ma się taaaaakie obcasy), bo...

3. ...wprost z Warszawy przyjechała do mnie znana z wielu komentarzy na tym blogu Spider-Mama:))). siedzimy od kilku godzin, rozmawiamy, wspominamy, nadrabiamy. kalifornijskie wino barrrdzo pyszne (bzy bzy...), i suszone pomidory, i milky way. i muzyka, dużo myzyki. mp3 i youtube. i dvd. Jałowiecki, Talarczyk i Grizzly Bear. pewnie jeszcze trochę posiedzimy, wszak dopiero druga w nocy.

idę. odezwę się.

środa, 18 listopada 2009

premierrr....

ja (radośnie do kumpeli): byłam na premierze!
kumpela (wyraźnie zaciekawiona): NA KTÓRYM???

bosz......;)))

a to był bielski "popcorn". kilka recenzji różnych autorów hula online. czytajcie, jeśli się wybieracie. a jeśli się nie wybieracie, to też czytajcie, bo może po czytaniu się wybierzecie:).

u mnie dziś dzień z "ashtray heart" placebo. i walka z jakimś strasznym osłabieniem. i z Foerem.

pzdr.

poniedziałek, 16 listopada 2009

po premierze

co za weekend! sobotnia premiera w BB kompletnie nas rozwaliła i spowodowała niekończące się dyskusje. pierwszą oczywiście w sobotę, w drodze powrotnej do domu, a drugą w niedzielę, którą właściwie przegadaliśmy całą, będąc znów w Bielsku, a później w Cieszynie. próbowałam pisać recenzję siedząc w aucie, ale nie były to warunki sprzyjające, (muzyka, gadanie, nawiązywanie pozawerbalnego kontaktu z kierowcami innych pojazdów), poza tym nie byłam przekonana, że chcę mieć gotową recenzję właśnie na niedzielny wieczór (trudne do zrealizowania, gdy na 10 godzin wychodzi się z domu). ale im bliżej wieczornej pory, tym bardziej mi zależało. próbowałam poukładać jakoś to, co mnie tak zmiotło podczas premiery i naprawdę nie spodziewałam się, że będzie aż tak pod górę. widocznie wyszłam z wprawy, a może spektakl mnie przerósł. grzecznie zaczęłam pisać o 20, a wyłączyłam kompa po 2 w nocy. do 3 w nocy w głowie kołatało mi się nazwisko Bruce Delamitri. i Wayne, i Scout, i Elton. nie mogłam się pozbyć z głowy tych bohaterów i tylko co chwilę zastanawiałam się, jak wstanę za 4 i pół godziny, później za 4 godziny... mój przeklinający budzik przed 7 bez litości przypomniał mi o konieczności przeprowadzenia ostatniej korekty, więc jak widmo powlokłam się do drukarki, poprawiam ostatnie szczegóły, które mnie drażniły i wysłałam tekst do publikacji. później już tylko musiałam postarać się, żeby nie wyglądać w Biurze jak najgorsze widmo albo chochoł;). i czekać na publikację. i na reakcje...


dniówka była świetna, jedna konferencja z Pewną Legendą, a druga z Panią Minister i Rektorami, dzikie tłumy, wielkie kamery i idealna organizacja dopięta na ostatni guzik (wciąż jestem pod wrażeniem). i pendrive ukryty w karcie kredytowej, na pamiątkę;). później pędem do domu na kilka chwil i galopem na spotkanie redakcyjne. wieczorem do domu, zasypiając w tramwaju. jako że dziś wzięłam z Biura robotę do domu;), czekało tu na mnie jeszcze jedno ważne zadanie. właśnie skończyłam, ze zmęczenia zaczynam się trząść, więc idę spać. jutro o 7 znów odezwie się mój przeklinający budzik. i dobrze. nie wyobrażam sobie, że mogłabym w tych dniach robić coś innego:).

najważniejsze to wiedzieć, skąd można czerpać siłę, gdzie jej szukać, kiedy jest potrzebna. a ja wiem.

buziaki.

i jeszcze fotka z Cieszyna


piątek, 13 listopada 2009

piątek 13.

Na dzisiejszych zajęciach dowiedziałam się m.in. tego, że jako użytkownik komputera, publikujący cokolwiek w internecie (np. tego bloga), powinnam publikować regularnie, żeby czytelnicy przyzwyczaili się do tego faktu i przychodzili równie regularnie. Że to podobno buduje sieć powracających, lojalnych czytelników. A to przekłada się na pozycjonowanie, a wiadomo, że pozycjonowanie jest w necie najważniejsze. Ale nie wiem, czy w moim wypadku jakakolwiek regularność jest osiągalna;). Dowiedziałam się też, że czytelnikom stron www lepiej wchodzą teksty pisane w grafice "gazetowej", czyli ciemne litery na jasnym tle. Zupełnie odwrotnie, niż tu. Powinnam też pomyśleć o tym, co zmienić w ramach welcome screenu... Może w ogóle czas na jakieś zmiany?

Ale oczywiście nie mam do tego głowy, bo jutro jest premiera w BB i dziwnym zbiegiem okoliczności stresuję się tym bardziej, niż jakbym sama grała główną rolę;). Propranolol do torebki, obcasy i jedziemy;)). Myślę też o tym, jak wkręcić się na poniedziałkową konferencję prasową z Bardzo Ważnymi Ludźmi, ba, wkręcić się i pomóc. albo chociaż być blisko i robić poważne miny;). Oczywiście organizatorzy jeszcze nie wiedzą o moich planach, ale w Biurze będę wcześniej, więc się dowiedzą.

Środowy koncert w Mega był bardzo udany. Dicki to nie jest zespół, do którego będę wracać (nic się nie zmieniło w moim odbiorze ich muzyki), ale Gaba pokazała klasę i zagrała naprawdę świetny koncert (fantastycznie brzmi na żywo i nie można oderwać się od tych piosenek w wersji live), a Czesław był strasznie uroczy, ale to akurat nic nowego;) (największe oklaski zebrał chyba jego perkusista, jak go kiedyś zobaczycie, to zrozumiecie). Bardzo udany wieczór, czasem fajnie spędzić kilka godzin w takiej klubowej atmosferze, jak za młodych lat;))).

Aaaaaaa.......... gdzie moja czarna torebka? Panika, panika. "W ogóle niech mi będzie wolno poradzić pani, Małgorzato, niech się pani nigdy niczego nie boi. To rozsądne" (Korowiow).

pzdr! :)

wtorek, 10 listopada 2009

4x ja

Nie mogłam się zdecydować, która z nich to najbardziej ja. myślę, że to 4 razy ja. a Wy jak myślicie?W Biurze i w jego okolicach byłam dziś od 9 do 17, pisząc, korygując, poprawiając, szukając i konsultując, biegając na obcasach i załatwiając. Fantastycznie. Po kilku godzinach intensywnej pracy Rzecznik zapytała mnie: "A czym ty się tak w ogóle interesujesz?" Nie odrywając się od tekstu, nad którym walczyłam, odpowiedziałam: teatrem, snowboardem... Rzecznik na to: "Teatrem? Proszę bardzo" - powiedziała, sięgnęła na pobliski stos ksiązek i dała mi 400-stronicową cegłę, niemal jeszcze ciepłą, prosto z drukarni. Na okładce tytuł "Przestrzenie we współczesnym teatrze i dramacie". Uradowana, od kiedy wróciłam do domu, nie wypuszczam jej z rąk;). Przypadki chodzą po ludziach. I prezenty czasem też;).
Jutro miałam być na włoskim od rana, ale wypadł w ostatniej chwili, więc mam czas, żeby nadrobić to, co czeka od kilku dni. A wieczorem... mnóstwo muzyki na żywo:). Dick4Dick, Gaba Kulka i Czesław, czyli Trójka Tour Katowice:))).
Zabieram książkę i idę do wyra. Kot czeka.
Pozdrawiam,
4x ja
-------------------------
Do Mrówki: kot uwielbia tekturę, to jasne;). Kot uwielbia też gazety i kartki papieru. Jeśli na stuhektarowym polu położysz jedną białą kartkę A4 i puścisz na to pole mojego kota, to najdalej po 5 minutach znajdziesz go wygodnie ułożonego na tejze kartce. Ba, polozysz małą zółtą karteczkę, a efekt będzie ten sam. Buziaki.

poniedziałek, 9 listopada 2009

śpiochy

Pada, czas wskoczyć w kolorowe kraciaste kaloszem i wyprowadzić psy. Pewnie trudno będzie je obudzić, bo Dolar stracił słuch, a Rubel najsmaczniej na świecie śpi na moim łóżku, wcisnął łeb na półkę szafki nocnej i leży beztrosko oparty mordą o podręcznik do teatrologii. Moze zasnął podczas czytania gazetki z empiku? Tak jak ja wczoraj... A tego księcia widzę w ten sposób, kiedy jestem przy kompie. Gruba teczka z tektury falistej;), kaloryfer, okno i ja blisko = kot w raju. Jak go znam, będzie tu przez najbliższe 6 godzin... Później bardzo możliwe, że dla urozmaicenia pójdzie "posiedzieć na kompie". I znów moja toshiba będzie cała w kudłach, hmm...
Na youtube jest coraz więcej piosenek z piątku. Wczoraj cały dzień słuchałam "Fana Elvisa", a dziś już tylko "Wiosna w Europie". Coś pięknego.

wiosna nie ma nic wspólnego z miłością
stała się pustym czasem na gładkim papierze
szumem pamięci
w komputerze
do słuchania i oglądania tutaj:
Dziś jeszcze full nauki włoskiego, choć mam w tej kwestii kryzys, zastój i problem. A jutro od rana w Biurze, idę robić fotoreportaż z bardzo powaznej uroczystości. Boję się strasznie.
Pozdrawiam.

sobota, 7 listopada 2009

po koncercie Dż

Cały zeszły tydzień mój budzik nieubłaganie dzwonił wtedy, gdy za oknami było jeszcze ciemno, a kładłam się spać koło północy, norma. Efekt? Wczoraj o 7 rano, od razu po przebudzeniu, czułam się tak, jakbym się w ogóle jeszcze nie położyła;). Od rana bieganina. Wyniki, lekarz (Syn Najstarszego Lekarza Świata, bardzo sympatyczny), później wielkie zakupy na mieście (musiałam odreagować, na sercu i w portfelu znacznie lżej), później na uczelni do późnego popołudnia. Brz. zabrał mnie ze szkoły i pojechaliśmy razem na cudowny koncert do Mysłowic.
Od razu wpadliśmy na znajomych. Rozbroił nas wystrój sali: wszędzie świece, jakieś lampiony, kaganki i światełka. Kulturalne stoliczki, kawa, która uratowała mi życie i wino, które podtrzymywało nas przy życiu w świetnych nastrojach;). Przez pierwszą część koncertu Marek grał sam, tylko z gitarą akustyczną. Wierzę, że był zaskoczony ilością słuchaczy. Oczywiście wszystkie stoliki pozajmowane, a do tego ludzie gdzieś pod ścianami, absolutny nadkomplet nieprzypadkowych słuchaczy. Rozstawiliśmy statyw, ustawiliśmy kamerkę i rejestrowaliśmy cały koncert. Później grał już cały zespół Ladislav, Marek zaśpiewał łącznie 25 piosenek z różnych lat, piosenek operujących różnymi emocjami, ale i tak w każdej z nich, jak tatuaż, siedzi niepowtarzalny styl Marka, coś co nie pozwala pomylić go z kimś innym. Nowe piosenki brzmią super, nie spodziewałam się, że "Stacja wild", zagrana z całym zespołem, tak zmieni swoje oblicze. Hicior:)! Humory dopisywały, publiczność skupiona i zadowolona, a ja wymiękałam tylko na moim kochanym "Fanie Elvisa" - chyba żadna inna piosenka nie kojarzy mi się bardziej z Delonsami. Niby stare dzieje, tyle się zmieniło, a we mnie to siedzi, niby uśpione, ale jak się zbudzi, to dajcie spokój... Ten zespół to w sumie też taki mój "tatuaz"...
Wiem mniej więcej, kto będzie chciał dvd z tego koncertu. Zajmę się tym, jak będę miała trochę więcej czasu. Będę też wrzucać na youtube. Poprzednie uploady utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto, że chcecie, że oglądacie. Pierwsza piosenka z wczoraj juz hula on-line.
Dziś natomiast (oczywiscie przed 7 rano - nieprzytomna - zadawałam sobie pytanie, czy i ile dam radę wysiedzieć) przez 8 godzin wymyślałam billboardy, kampanie i reklamy telewizyjne. Było całkiem ok, choć wiem, że jednak chciałabym robić coś innego. A wieczorem płakaliśmy ze śmiechu, może dwie, może trzy godziny, w każdym razie tak długo, że w końcu zabrakło mi siły na te wygłupy.
Nie budźcie mnie jutro przed 8.30, proszę.

Pozdrawiam!

środa, 4 listopada 2009

nowe miejsce

Wszystkich Świętych (tzw. grobbing) podziałało na mnie całkiem nieźle. Byłam na kilku cmentarzach w trzech miastach, wspominałam, szukałam futer i borostworów i wypatrywałam znajomych twarzy (oczywiście sama też wyglądałam jak borostwór, choć futrzane miałam tylko rękawiczki i torbę). U Profesora Szymutki było tyle zniczy i kwiatów, że moje ledwo się zmieściły, a u Towarzysza Gierka dziękowaliśmy za gazetę.
Tydzień zaczął się z hukiem. Od teraz przez kilka tygodni będę się dokształcać w najprawdziwszym Biurze Prasowym ogrrrrromnej instutucji (właściwie największej tego typu w całym województwie). Po kilku godzinach tam mogę powiedzieć, że telefon dzwoni non stop, maile przychodzą non stop i robota jest non stop. Wszędzie informacje, wielka potrzeba informacji, pozyskiwania i wysyłania dalej, informacji porządnej, konkretnej i sprawdzonej. Ale jak to w nowym miejscu, człowiek na początku czuje się jak ciołek. Ale już nawet z marszu robiłam korektę tekstu Szefa Wszystkich Szefów, samego Arcyszefa;)! Trzymajcie kciuki.
Dziś byłam też na włoskim, chociaż sprawy redakcyjne i nowe, związane z Biurem, spowodowały że mocno zaniedbałam naukę włoskiego (poza tym jestem rozkojarzona, z przyczyn mało ode mnie zaleznych;)) ). I studia. Juz w piątek zajęcia z wykładowcą z Holandii, aaa:). Po drodze czeka mnie jeszcze wizyta w Urzędzie Pracy, gdzie będę próbowała załatwić coś Bardzo Ważnego Na Czym Mi Szalenie Zależy, więc muszę być poważna i nie dać się wyprowadzić z równowagi (zimna, wyniosła księżniczka, chciałoby się rzec za Bridget;)...). I po drodze jeszcze wyniki badań i Najstarszy Lekarz Świata, który mnie zabije, rozerwie na strzępy i zeżre. W tym natłoku zajęć (uwielbiam natłoki zajęć:) ) musi znaleźć się czas na koncert Marka w najblizszy piątek (o 19 w Mysłowicach, to nic że mam być na uczelni w Katowicach do 19.30, szczegół) oraz na koncert w najblizszą środę: Gaba Kulka, Czesław Śpiewa i Dick4Dick, Mega Club Katowice!kupiłam dziś bilety, cieszę się bardzo, bo Gaby Kulki dotąd nie widziałam na żywo, a Czesława na scenie widziałam z rok temu (nie licząc próby przed wiosennym koncertem w Katowicach, kiedy czekałam na przeprowadzenie wywiadu z nim i mocno zastanawiałam się, czy w ogóle dam sobie radę). Uwielbiam Gabę Kulkę, a piosenka "Hat, meet rabbit" to mistrzostwo świata:))).
Niestety nie idziemy na koncert Kultu do Spodka, bo w tym samym czasie jest koncert Marka. Ale nie wahałam się, co wybrać. Wiem, gdzie jest moje miejsce:).
cmok cmok.
ps. 9000 odsłon bloga? jesteście niesamowici;). grazie mille :-*.

niedziela, 1 listopada 2009

koncert Marka Jałowieckiego

6 listopada Marek Jałowiecki zagra koncert w Mysłowicach. Po kilku miesiącach przerwy Dżałówa znów na scenie! Jak uciec przed jesienią za oknem, deszczem i coraz mniej kolorowymi liśćmi pod nogami? Wystarczy przyjść na koncert Marka i na cały wieczór zatopić się w ciepłych dźwiękach gitary i w jego genialnych tekstach.

Koncert Marka Jałowieckiego
6 listopada 2009, piątek, godzina 19.00
Mysłowicki Ośrodek Kultury i Sztuki "Trójkąt"
ul. Laryska 5 Mysłowice - Brzezinka
bilety: 10 PLN

Serdecznie zapraszamy tych, którzy tęsknili i tych, którzy udają, że wcalenie tęsknili za muzyką Dż na żywo;). Zapraszamy tych, którzy pamiętają niezwykłe koncerty Delons i tych, którzy wolą jednoosobowe występy Marka.

Do zobaczenia na koncercie.

Z pozdrowieniami,
Fan Club Delons

sobota, 31 października 2009

hallo...

względny spokój. w środę byłam w Rialcie na "Vicky Cristina Barcelona", rozkoszowałam się filmem i pustym balkonem (komu opłaca się puszczać film, jeśli w całym Rialcie są łącznie 3 czy 4 osoby?). bardzo lubię takie popołudnia, powietrze jest coraz ostrzejsze. a poranki pachną coraz bardziej zimowo.
chociaz, czy faktycznie spokój...? ze dwa dni temu dostałam tu wścieku. mój aparat był w naprawie, na czyszczeniu matrycy. nie miałam go kilka dni, zapłaciłam chyba za duzo, ale martyca jak nowa. w domu chciałam zrobić jakieś foto przez wizjer, a przez niego nie widać nic. nic nic nic. nie wpadłam na to, żeby w serwisie sprawdzać wizjer bo 1. interesujące mnie plamy było widać tylko na lcd 2. nie sądziłam, że przez wizjer ani razu nie spojrzy gość w serwisie. ok, plam nie ma, ale najwyraźniej jakieś szkło jest założone nie tą stroną, co trzeba. w tygodniu znów pomaszeruję do serwisu. grrrr. nic mnie tak ostatnio nie drażni, jak niekompetencja, ale oszczędzę Wam dodatkowych przykładów.
białej gorączki dostawałam też żyjąc 26 godzin bez internetu. nie mogłam ściągnąć poczty, szukać materiałów, wysłać tekstu na serwer. odreagowałam na nowo układając moje kochane książki, czytając (słownik porównań, cudowny, oraz zgrabne czeskie kryminały) i... grając w bilard;). nie dalej niż tydzień temu byłam z kumpelą w pobliskim klubie bilardowym, żeby pierwszy raz od 6 lat stać przy stole z kolorowymi bilami. ale po drinku i na obcasach nie gra się najlepiej, więc postępy robiłam, delikatnie mówiąc, znikome. za to w tym tygodniu byłam już dwa razy w przemiłym męskim towarzystwie uczyć się grać i jest coraz lepiej:).
w ten weekend, z wiadomych przyczyn, bilard odpada. Hallo... Halloween zupełnie mi nie przeszkadza. nijak nie odczuwam tej ekspansji, a dynię robimy z mamą co roku z przyjemnością. za to dziś wieczorem idę do miejsca, do którego sama z własnej woli w życiu bym nie poszła, ale idę służbowo. to co innego. nie wiem, czy nie padnę porażona szokiem kulturowym, ale lajt. obcasy, groźna mina (jak dynia) i do przodu.

zmieniając temat, odkryłam ostatnio dwupłytowe wydawnictwo Michała Bajora, na jednej płycie śpiewa piosenki Grechuty, a na drugiej - Jonasza Kofty. Jako bonus tej drugiej płytki jest dodana piosenka "Popołudnie" - coś tak pięknego, że nie mogę się oderwać. A jeśli się odrywam, to tylko po to, żeby słuchać innej piosenki Bajora, dzięki której wiem, ze piosenka o miłości nie musi być kiczowata, obciachowa, przerysowana, landrynkowa, ze wszystko moze być powiedziane, ale nie przegadane, nie napchane na siłę jakimiś patetycznymi bredniami (słowa: Młynarski). zostawiam Wam linka do jakiegoś bardzo starego wykonania live http://www.youtube.com/watch?v=E_EsIwTu2Tk genialne. cieszę się, ze po własnej magisterce o tekstach, wciąz wierzę piosence. a może wierzę jej jeszcze bardziej, niż wcześniej:). w tym dziwnym życiu, śmiesznym balu miłości niewyznanych... słowami można robić ze mną co się chce;)).
idę, mam jeszcze robotę. nie uciorajcie się jutro okopconymi zniczami. a pamiętacie, że jutro zaczyna się babciowy sezon na futra? ogłaszam konkurs, kto zobaczy na cmentarzach więcej babuszek w futrach (pamiętam Klasyfikację Babć Autobusowych? Tam nazywali je Borostworami;) link dla tych, co nie pamiętają, wersja podstawowa: http://kurde.pl/katalog/babcie.php).
pzdr.

wtorek, 27 października 2009

poniedziałkowe "Słowa"

wiem, dziś wtorek, ale tytuł posta zostaje poniedziałkowy. wczoraj przed południem - zdecydowanie babski zjazd w Ligocie. trochę do zrobienia, sporo do obgadania. trzy pokolenia kobiet w jednej kuchni. głośno i bardzo wesoło, jak zwykle. ogólnie spokój i sielanka. do czasu;). jeden telefon spowodował, że podczas kolejnej godziny sama wykonałam kilkanaście telefonów, chcąc i próbując jakoś się przydać. w ogóle bardzo miło było Was słyszeć, kochani znajomi;). z większością ludzi, do których wczoraj zadzwoniłam z miłą propozycją, komunikuję się przede wszystkim przez net, więc jeśli Was zdziwiłam telefonem, wystraszyłam lub cokolwiek innego, wybaczcie;). siła wyższa. babskie gadanie nadal trwało, ale w kuchni, a ja chodziłam po dwóch przechodnich pokojach (jak na filmach, kiedy ktoś się denerwuje, to zaczyna łazić), przy uchu z komórką, której bateria już od dnia poprzedniego wołała o doładowanie, dumając, próbując coś ustalić, notując imiona i starając się wcielić w życie rady z ostatnich warsztatów z sytuacji kryzosowych;). bez kompa i z pikającym telefonem zaczynałam się czuć jak Robinson gdzieś na końcu świata, ale zrobiłam, co mogłam i tyle. popołudnie w domu minęło bardzo szybko, a wieczór na recitalu "Słowa" w chorzowskiej Rozrywce był naprawdę świetny. chciałabym zawsze chodzić do teatru w takim towarzystwie:). tak jak na wycieczkach szkolnych wszyscy zawsze chcieli siedzieć na końcu autokaru, tak my wczoraj szybko ustaliliśmy, że zajmujemy ostatni rząd i nie ma innej opcji:). wszystko widać i pięknie słychać, kompletne ciemności (za tę ciemną otchłań widowni lubię Małą Scenę). i te piosenki, wobec których jestem kompletnie bezbronna, piosenki, których słuchałam już przecież tyle razy, a one wciąz działają na mnie z taką samą siłą. na recital pewnie znów pójdę (jak znam siebie), gdy pojawi się w repertuarze. drodzy znajomi, dzięki, ze odpowiedzieliście na mój apel:) "cześć, nie przeszkadzam? co robisz dziś wieczorem?" Uwelbiam Was;))).
a dziś w Katowicach szalałam od rana, załatwiałam rózne dziwne papiery, odebrałam aparat z naprawy, więc jestem mocno do tyłu z kasą, przebiegając przez Plac Sejmu kupiłam cholonkowy kalendarz, później milion sklepów w centrum, tylko raz zmokłam! później chwila w domu, 4 miesiące po obronie uaktualniłam swoje CV, hmmm. później dość niespodziewane wyjście i dopiero teraz wróciłam.

Gaszę kompa, czeka na mnie "Nagrobek Ciotki Cili", znów go czytam we fragmentach, bo dotarło do mnie, że w tym roku przybył mi jeden nowy cmentarz na 1 listopada. Wpadnę na konsultacje, Panie Profesorze........... ehhh...

idę.
buziaki dla tych, którzy chcą ;)
pzdr. ja.

niedziela, 25 października 2009

dynia brzydala

Szanownym Paniom i Panom,
dzisiaj, po raz pierwszy w życiu mym krótkim, naszła mnie ochota posiadania dyni i zrobienia z niej halloween'owej czaszeczki :-]. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, pojechaliśmy ze Złośnicą do pobliskiego marketu, rozejrzeliśmy dość konkretnie i wybraliśmy z resztek, bo dynki były już dość konkretnie przebrane (przeca 1 listopada za tydzień dopiero).
Zacząłem tworzyć od obcięcia dekielka na czubku przyszłej głowy, następnie powszechnie dostępnymi narzędziami, jak łyżka, nóż, szpatułka do masła oraz mniej powszechną mą dłonią własną przystąpiłem do drążenia wnętrza. Odzyskałem trochę pestek, reszta poszła out. W ruch poszła taśma izolacyjna, bo musiałem złapać trochę kształtu, proporcji, następnie przystąpiłem do operacji nożem jak skalpelem, tu przyciąłem, tam wypchnąłem i jest.
Jedna, jedyna i niepowtarzalna dynka w kształcie złośnika
ooo takiego (pozwolę sobie zapożyczyć ze strony www.polskajazda.pl)

Dynka wygląda następująco:

Pozdrawiam
Brzydal ;-)

sobota, 24 października 2009

dla Pani Grzelakowej spod Zamościa

drodzy czytelnicy, to były całkiem dobre dni. może nie wyszedł mi w ogóle materiał z Dzielnicy, w Której Nic Się Nie Dzieje, ale już następnego dnia robiłam inny tekst. raniutko odebrałam zezwolenie od Naczelnego na proponowany temat. po 9 rano telefon, rozmowa, umówiłam się. telefon do warszawy, dwa do krakowa. zbieram info. po 13 wywiad u mojej rozmówczyni, ważna sprawa, świeża, regionalna. po 14 w domu zaczynam walczyć z nagraniem. po 16 komplet materiałów ląduje na serwerze redakcji. ufff, udało się. zabrałam się jeszcze za kolejną sprawę, siedziałam do późna, ale chyba też się opłacało, usłyszałam (przeczytałam) kilka miłych słów pod swoim adresem. miło. i do przodu.
moje nowe studia wciąż mnie rozwalają. wczorajsze warsztaty były naprawdę świetne, prowadzone przez kolejnego cudownego specjalistę, z którym najchętniej spędziłabym semestr, a nie kilka godzin. ale to, co działo się dzisiaj, przeszło moje wszelkie oczekiwania. ośmiogodzinne warsztaty z człowiekiem, który wie o telewizji wszystko (skoro pracuje tam od niemal 20 lat, jak moze być inaczej?). nie wiem, kiedy to minęło, ale wiem, że patrząc w faceta jak w obrazek i słuchając absolutnie kazdego słowa, czułam, że mam do czynienia z autorytetem. a co może być w nauce lepszego niż kontakt z autorytetami??? i kamera, jedna, druga. to kto przed kamerę? ja! ja! ja chcę!! kilka chwil na przygotowanie tekstu, o którym nie wiem nic, i cyk, kręcimy. później sztab kryzysowy, co robić, co robić... pytania z kosmosu i haki. podobno miałam kilka Bardzo Prawidłowych Reakcji:) (np. uniemozliwiłam kamerze podglądanie dokumentów, ha!). nie wiedziałam, że w kwadrans można zorganizować w miarę uporządkowane wejście na żywo. wiem już, jak zbudować oświadczenie. wiem, co to setka, a co to briefing. zapamiętam, czym różni się myślenie rzeczywiste od redakcyjnego i że wszystko powinno być podane tak, jakby to miała czytać lub słuchać wyimaginowana Pani Grzelakowa spod Zamościa. wiem też, co art. 49 Konstytucji mówi o wolności i ochronie tajemnicy komunikowania się (bardzo na czasie, biorąc pod uwagę obecną aferę z podsłuchami). jest dobrze. baaaa, jeśli jest tak jak dziś, to jest fantastycznie. jestem na nogach od 6.30, jak wyszłam z domu po 8, tak wróciłam teraz (taaa, minęła 21). mam dobry humor, jeszcze trochę siły (skąd? skąd??), nawet mam jakieś plany: w poniedziałek idziemy z Naczelnym na recital, aaa:))! A za 2 tygodnie jest koncert Dż, cudownie, muzyka i znów ci sami znajomi, co lata temu... muszę wysłać newsletter do kilkudziesięciu osób, o ile jeszcze pamiętam, jak to zrobić.
idę na dół, a później póki nie padnę (a pewnie padnę nie później niż o północy) będę czytać to cudo, które ostatnio zajmuje mi wieczory. mit wieczności, melancholia wędrowca, marzenia wariata, melodia wolności...
miłej niedzieli!
złośnica, która nie umarła ze strachu, stojąc przed profesjonalną kamerą pierwszy raz w życiu;)).

środa, 21 października 2009

tekst, którego nie było

Polowanie na Nius z Dzielnicy, w Której Nic Się Nie Dzieje, trwało od kilku dni. Dumałam, szukałam, robiłam wielki risercz w necie i wśród znajomych, zastanawiałam się i w końcu znalazłam Temat. Temat był niemal na wyciągnięcie ręki, w miarę aktualny, dla społeczności lokalnej zapewne wielce interesujący, a i dla mnie - mógł być, nawet mi leżał;). Wystarczył jeden telefon do Kierownika Obiektu, żeby umówić się na krótką rozmowę i napisać zgrabny tekst. Byle prędko, bo termin na karku już mi siedzi jak niewielka kostucha. Wczoraj telefon, podejście pierwsze. Profeska. Dzień dobry, nazywam się, jestem z, potrzebuję, oczekiwałabym tego, no i co Pan Kierownik Obiektu na to? że mam zadzwonić jutro w południe, to on mi da odpowiedź. Zdębiałam, bo kostucha pod postacią terminu coraz cięższa robiła się już na moich barkach, ale ok. Spokojnie. Dobrze, Panie Kierowniku Obiektu, zadzwonię. Zapominam o sprawie na kilka godzin, co ma związek z przemiłym wieczorem w klubie bilardowym. Szczegóły przemilczę;). Dziś o 8 rano budzę się nieprzytomna, uruchamiam kompa. Robię kawę i pewna swego dowiaduję się wszystkiego na temat mojego Tematu, żeby być przygotowaną do rozmowy z Panem Kierownikiem Obiektu. Po 10, jak wiem już wszystko o Obiekcie, dzwonię, przygotowana do rozmowy. A Pan Kierownik Obiektu mówi, że jednak nie będzie ze mną rozmawiał, że powinien się wcześniej skonsultować z Dyrektorem Dużego Przedsiębiorstwa, czyli ze swoim Szefem, a to obecnie niemożliwe. Pan Kierownik Obiektu pyta, czy możemy się zdzwonić w sprawie Tematu w przyszłym tygodniu. Kostucha drapie mnie już za uchem, a ja cedzę przez zęby, że nie, Panie Kierowniku Obiektu, gdyż termin oddania gotowego tekstu jest pojutrze. Próbowałam go przekonać (motywowana terminem pod postacią wyimaginowanej kostuchy), ale nic z tego. Nieugięty. Cholera jasna. Zostałam bez Tematu i bez wypowiedzi Kierownika Obiektu. Straciłam więc dwie godziny na doktoryzowaniu się w Temacie, o którym w końcu nie napiszę ani słowa. Kostucha za uchem złośliwie śmiała się niemal na głos. Grrrr. GRRRR!
Niedawno, popołudniu, pojechaliśmy do owej Dzielnicy szukać innego tematu. W Dzielnicy nie dzieje się zupełnie nic. Zadnych podejrzanych ogłoszeń, trupów w krzakach, latających talerzy, cisza w szkołach, kościołach, przedszkolach, na poczcie i w sklepach. Nic. Wielkie nic. Jedynym skandalem było to, że przebiegłam jezdnię na czerwonym świetle. Zrobiłam to tylko dlatego, że znudzony Fotograf chciał jednak uwiecznić jakiś skandal i powiedział, że mam przebiec na czerwonym, a on to udokumentuje. Tak tez się stało. Fotkę później wrzucę na facebooka;). Niestety nijak nie rozwiązało to mojego problemu braku Tematu i braku rozmowy z Panem Kierownikiem Obiektu. Oto własnie historia tekstu, którego nie było. Nie wiem, co dalej.
Dobra wiadomość jest taka, że czuję się lepiej, niż ostatnimi dniami. Wczorajsze wyjście dobrze na mnie podziałało. I dzisiejszy ranek też. Ogólnie kamień z serca. Chociaż i tak boli. Hmm.
Szkoda tylko, że nadal nie mam tekstu.
Aaa, w piątek idę na uczelnię:). Cudownie. A w drodze na uczelnię podrzucę do serwisu mój aparat. mam nadzieję, że mi go tam zreanimują, zanim uzbieram stos pieniędzy na nowy aparat, który aktualnie mi się podoba.
Trzymajcie się. Jutro od 8 znów będę czegoś szukac, tylko czego? Czekam na telefon od Naczelnego.
Buziaki
Złośnica

niedziela, 18 października 2009

Brzydal w kuchni

Witam Was Szanowni Czytelnicy, na wstępie mego posta chciałbym przeprosić, że tak długo się nie odzywałem, ale jakoś nie było mi po drodze żeby robić jakiekolwiek foty, czego następstwem była moja absencja tutaj ;-). Uważam osobiście, że nasz fotoblog bez foto to jak nie nasz blog. Ale ale, za chwilkę, już za momencik, za sekundkę będziecie mieli okazję podziwiać moje zdolności kulinarne, gdyż to właśnie dziś postanowiłem odświeżyć swoje umiejętności kuchenne i zrobić coś smacznego ;-).Jako, że pogoda nie sprzyja weseleniu się dlatego też postanowiłem dać sobie weselącego kopa z czekolady. Pół godzinki roboty, godzinka oczekiwania na schłodzenie półproduktu w lodówce, 15 minut w piecu i oto są. Ciasteczka, babeczki czekoladowe


I z drugiej mańki



Pozdrawiam

Brzydal

grrr

humor nadal koszmarny, ale dwie rzeczy mnie dziś na chwilę naprawdę rozbawiły. próbuję się ratować. na wypadek, gdybyście też własnie przechodzili najgorszy weekend w ciągu ostatnich tygodni, podrzucam linka:

1) http://www.youtube.com/watch?v=Zn4RPVhq3pg wypchana Saba, Pan Wypych i coś o Szariku, czyli Poranny WF sprzed miesięcy. okropne, banalne, ale cholernie śmieszne.

2) Mama poprosiła mnie, żebym znalazła na necie jakiś fajny przepis na bataty. A na pewnym forum znalazłam taką wymianę zdań:

użytkownik 1: "Czy można je po prostu ugotować z solą i dodać do drugiego dania? Jak one smakują - niech sie pochwali, kto jadł..."

użytkownik 2: "Można, ja po ugotowaniu wywaliłem, a potem przez dwa sezony usiłowałem się ich pozbyć z działki."

Umarłam. Uwielbiam internautów:).
I to tyle śmiechu na dziś.
Na nic nie czekam i nie mam na nic ochoty. To coś naprawdę okropnego, nie mieć na co czekać. grrrrr.

pa.

sobota, 17 października 2009

"Można płakać ze śmiechu..."

"Można płakać ze śmiechu, by za chwilę zrobiło się przejmująco smutno" - tak wydrukowali na okładce jednej z moich książek Jandy. Czytałam tę książkę sto razy, a to jedno zdanie - milion razy. Rozumiem w nim każdą literkę i każdą przestrzeń między literami.
W tygodniu miałam mnóstwo roboty. Termin. Wywiad! Autoryzacja. Obowiązek. Podchodzę do sprawy poważnie i nawet mieszczę się w limicie znaków, chyba pierwszy raz w życiu. Niestety nie jest to zadanie na jedno popołudnie. Siedzę bez końca, a padający śnieg uniemożliwił mi chodzenie na rower, żeby odreagować. Autoryzacja uzyskana na razie tylko w mniejszej części, ale spokojnie. Jest ok. Mam czas.
Wczoraj zaczęłam studia podyplomowe. Szalenie interesujący mnie kierunek, już sam spis przedmiotów rozbraja. Cieszę się, nie wiecie, jak bardzo. Wczoraj zajęcia kończą się po 19. Wracam do domu po 22. Padam na nos. Dziś budzik bez litości przypomniał sobie o mnie o 6 rano. Ciemno na dworze, widzę w świetle latarni, że pada. Po 7 już mnie nie ma. Przypadkiem wpadam na mojego Promotora, najcudowniejszego Profesora ze wszystkich, więc dzień zaczyna się świetnie. Zajęcia z marketingu, cudowne! A później warsztaty (z człowiekiem, który kilka lat temu zrobił na mnie wrażenie i ten efekt tak naprawdę niewiele się zmiejszył), na których nawet na pewien czas zmieniłam się w rzecznika prasowego uczelni, wyjaśniającego kulisy uczelnianej afery egzaminacyjno-korupcyjnej. W przerwie między dwoma blokami poznaję nowych ludzi. "Jak masz na imię", "skąd jesteś", pytania, które tak naprawdę są zakamuflowanym "kim jesteś". Czuję, że Włochy trochę otworzyły mnie na ludzi. Od teraz pierwsza zaczynam, pierwsza podaję rękę. Na zajęciach mija 7 czy 8 godzin. Niejednokrotnie wybucham śmiechem. Hasło dnia: "huśtanie diabła". Wiecie, co to znaczy huśtac diabła? Ja juz wiem. Wpadam do domu późnym popołudniem. Na kilkanaście minut instaluję się przy kominku i udaję, ze czuję się świetnie i odpoczywam. Później pędem próbuję się zebrać i wracam do Katowic. "Kometa", pierwszy raz od 10 miesięcy. Tęskniłam. Ale teraz, gdyby mnie ktoś zapytał, czy jeszcze pójdę jeszcze kiedyś na ten spektakl, to powiedziałabym, że nie wiem. Gdzieś po drodze zniknęła mi radość z tego dnia, ale gdzie? Wróciłam do domu, jestem na nogach od 17 godzin i z uśmiechu nie zostało mi nic. I dlatego przyszła mi na myśl ta Janda.
Sama nie do końca rozumiem, co się dzieje, więc nie pytam Was, czy rozumiecie.

Pozdrawiam
ja

ps. moj aparat odmówił dalszej posługi, więc nie wiem, czym teraz będę robić zdjęcia. chyba siłą woli.

poniedziałek, 12 października 2009

mokre wycieraczki

kochani, weekend był świetny. w sobotę od rana na poważnie wzięłam się za przygotowania (psychiczne i merytoryczne) do niedzielnego wywiadu z niezwykle interesującym młodym aktorem (zagłębiowsko - śląsko - warszawsko - krakowsko - tarnowskim...). im rozmówca bardziej interesujący, tym bardziej owa rozmowa mnie stresuje, norma. a jeśli nie czuję się dobrze przygotowana, to już w ogóle dramat. w sobotę zamiast odespać miniony tydzień, zwlekłam się wcześniej i obejrzałam jeszcze dwa filmy z moim rozmówcą (a w piątek obejrzałam z nim "wojnę polsko-ruską"). nie znalazłam online żadnego jego spektaklu do obejrzenia i wpadłam w popłoch, wszak to aktor znacznie bardziej teatralny niz filmowy. cholera. zaczęłam nadrabiać reżyserami, tytułami, datami, teatrami i kolegami z planu. wydumałam jakąś oś tej rozmowy, połapałam kilka haseł, kilka punktów, za które mogłam się złapać (jak tonący brzytwy;) ). tak się wkręciłam w przygotowania do niedzieli, że ledwo ledwo wyrobiłam się do Korezu wieczorem. w niedzielę od rana chodziłam jak zombie - zupełnie jakbym szła na rozmowę kwalifikacyjną, a nie na wywiad. a później już tylko musiałam zgrywać Poważną Panią Redaktor. a mój rozmówca najwyraźniej już tylko musiał zgrywać Poważnego Pana Aktora;). na szczęście po kilku minutach rozmowy i dwustronnym wybadaniu przeciwnika okazało się, że nadajemy gdzieś na podobnych falach i było super:). na koniec (przeciągnęło się nam trochę...) usłyszałam kilka naprawdę miłych słów, ale umarłam ze szczęścia dopiero gdy zniknął za rogiem, oczywiście;)). teraz tylko napisać dwa wywiady, autoryzacja i po zawodach:)...
dziś przed południem kilka minut spóźnił się mój autobus z przedmieść do centrum (bus zwany przeze mnie pieszczotliwie Ognistym Rydwanem lub Niebieskim Dyliżansem), przez co ja i mój Mastah, Szef Wszystkich Szefów, spóźniliśmy się na konferencję prasową "Dyktando 2009". W zapchanym i zaparowanym autobusie śmiałam się juz ze wszystkiego, a Mastah jak zwykle bez obciachu śmiał się ze mnie (choć mówi, że nie ze mnie, tylko z moich koncepcji, hmm...). Powiedział nawet: "nie martw się, na pewno nie zacznie się punktualnie". Oczywiście zaczęło się punktualnie, więc wejście smoka, po czasie... a tam już tłum dziennikarzy, Pani Senator, Pan Prezydent Miasta, Wszyscy Ważni Panowie i Panie i my zmoknięci, w przemoczonych butach i spóźnieni;). Ale konferencja super, wszystko wiemy;). Gdy wracałam do domu, w moich czarnych zamszowych butach szłam przez środek niemal każdej kałuży - i tak byłam przemoczona. W domu ciepłe ciuchy, wielku kubek herbaty, ogromne słuchawki na uszy i caaaaałe popołudnie pisałam to, co nagrałam wczoraj. Później znów wybiegłam na miasto w ten deszcz, na zajęcia z włoskiego. I własnie wróciłam. Tak, minęła 22. Jestem w domu, hurra;).
Wracając pustym autobusem chodziła za mną tylko jedna piosenka: "mokre wycieraczki na pierwszym planie mego snu..." Przesłuchałam ją teraz kilka razy. Stęskniłam się za nią... Pamiętam, jak kiedyś pewien przemiły Adam powiedział mi o tej piosence, kiedy jej jeszcze nie znałam. Później bardzo szybko ją od niego dostałam, jak jakiś piękny prezent... Nikt nigdy muzycznie nie dał mi tylu prezentów... Adam, żyjesz...?? Może też to pamiętasz...?

Idę. Do snu czytam bardzo dziwną ksiązkę, ale dziś chyba mnie pokona... Muzeum wyobraźni, marzenia wariata, magia władzy, morze wzruszeń... Pozdrawiam i życzę udanego tygodnia. I życzę, żeby prognozy dotyczące śniegu się w tym tygodniu nie sprawdziły!

Z.

sobota, 10 października 2009

dwa


Nowe sceniczne dziecko Teatru Korez. "2" Jima Cartwrighta w reżyserii Roberta Talarczyka. Na scenie absolutnie fantastyczni Grażyna Bułka i Mirosław Neinert.
Warto było czekać od minionej zimy, kiedy gdzieś przed Katowickim Karnawałem Komedii zamigotał mi przed oczami ten tytuł...
Ten cudowny spektakl możecie obejrzeć 20 października. Albo w którymś w kolejnych sezonów teatralnych:), bo zapewne "2" zostanie w korezowym repertuarze na długi czas.
Nic więcej nie napiszę, zeby nie spłoszyć tej teatralnej euforii, którą znów mam gdzieś w głowie. Jak mi tego potwornie brakowało od czerwca...!!! Wiele się zmieniło przez ostatnie 3 miesiące, ale akurat TO pozostało bez zmian:).
Pozdrawiam,
ja.