wtorek, 30 czerwca 2009

na prezent

Muszę jeszcze raz wrócić do magiserki. Egoistycznie mogę powiedzieć, że napisałam ją dla siebie. Musiałam sobie coś udowodnić, sobie samej coś pokazać, przekonać się. Ale napisałam ją też dla tego gościa, dzięki któremu to wszystko się stało. Dzięki niemu miałam o czym pisać. Dzisiaj w prezencie dostał ode mnie pracę, zapakowaną w błyszczącą czerwoną wstążkę, tak jak sobie wydumałam;). Wyglądała tak:

Odpakował, obejrzał, wreszcie poznał tytuł. Śmiałam się, że warto było pisać, żeby zobaczyć tę minę:). Będzie czytał. Dotąd znał tylko mocno robocze wersje fragmentów rozdziałów, a teraz całość, elegancko, profeska;)... Powiedział, że się odezwie.

Przeraża mnie trochę ten moment, kiedy moje teksty trafiają do ludzi, o których te teksty są. Dla mnie pisanie (nie tylko moje, ale w sensie ogólnym) jest rodzajem jakiegoś dziwnego ekshibicjonizmu. Dopóki nie myśli się o odbiorcach, jest ok. A wystarczy zidentyfikować odbiorcę, żeby w momencie poczuć się jak na golasa. Dajcie spokój. Ogłaszam konkurs na pseudonim dla mnie;).

A dziś Bohater Mojej Mgr dostał 130 stron o tym, co napisał przez ostatnie 20 lat... Wielkie szczęście mnie spotkało, że sie znamy. Heh, jak on nagrywał pierwsze piosenki, ja miałam 4 lata;). Nie wierzę w żadną różnicę wieku. W żadną. (no dobra, widzę różnicę wieku jeśli chodzi o Łapickiego i jego żonę;))) ).

zmykam. Złośnica

ps. a piosenka "na prezent" leciała tak: wymyślę coś ładnego, w tych czasach gdy głuchego dosięga nowy przekaz, napiszę coś słodkiego, powstanie coś z niczego, na prezent...

niedziela, 28 czerwca 2009

dźwięk i kolor

dzwoni kumpel. u mnie muzyka hula po pokoju.
on: a ta muzyka to u ciebie czy w tobie? ;)
ja: :)))))))))))))

a u mnie cały dzień hulał Cave i "The Ship Song" http://www.youtube.com/watch?v=rKlaV-9Vzsk A może jednak we mnie, a nie u mnie;)? ale Cave w tej piosence... poezja..........

Mam jeszcze coś. Multikolor. Kończący się czerwiec to kawał życia w multikolorze.

Z-a

sobota, 27 czerwca 2009

genialne artykuły

Dziś będzie krótko. Ale na temat. Do nas powódź jeszcze się nie dokulała, za oknem zupełny spokój, ale przecież widzę, co się dzieje całkiem niedaleko (Zołzo, trzymaj się i załóż kapok!). Z tego powodu przypomniałam sobie o fantastycznych, genialnych tekstach Artura Pałygi, byłego dziennikarza, obecnie dramaturga. Mam linka do czterech jego starszych arcy-tekstów, które mnie rozwaliły, gdy czytałam je pierwszy raz. Znajdziecie je tutaj: http://poewiki.org/index.php/Strona_osobista:Artur_Pa%C5%82yga/Dziennikarze_s%C4%85_s%C5%82odcy Wszystkie cztery są perfekcyjne, ale na dziś najbardziej aktualny (mimo że z 2006 roku) jest ostatni z nich, powodziowy właśnie. O sataniście też wymiata... Co za fantastyczny styl...! Czy z tym trzeba się urodzić czy jest szansa, żeby się tego nauczyć? Czytam te teksty z nieukrywaną zazdrością, a mój szacunek do autora wciąż rośnie. Bardzo, bardzo polecam, sprawdźcie, dlaczego "dziennikarze są słodcy".

A ja wracam do tego, co zaczęłam:). Miłej soboty!
Z-ca

piątek, 26 czerwca 2009

redakcja integrowała się w browarze

nareszcie się udało! po tygodniach ustalania terminów, wczoraj ludzie z Mojej Kochanej Redakcji zjawili się na integracyjnej wycieczce w Browarach Tyskich. I ja oczywiście z nimi:). Osobiście zaopatrzyłam Kierownika Wycieczki, mojego Bezpośredniego Zwierzchnika (Mastaha), w srebrny gwizdek, na wypadek, gdyby mu się wycieczka rozpiechrznęła na terenie browarów. Mastah ochoczo powiesił go sobie na szyi i dumnie nosił te 6 czy 8 godzin, podczas których nas pilnował;). Wyjazd bardzo się udał, intergacja w pełni, browary zachwycające! Nowoczesne taśmy produkcyjne są bajeranckie, a klimat minionych epok zatopił się gdzieś w starych murach z bordowej cegły. W piwnicy wznosiliśmy toasty, planowaliśmy podbój mediów, założyliśmy firmę;), słuchaliśmy śpiewów nieco podchmielonych emerytów (śpiewali "daaaaajcie nam pić...";)). Później urocze after party kilka ulic dalej, burza mózgów, bardzo owocne spotkanie redakcyjne:)... Poniżej kilka fotek.

Nie jestem znawcą piwa, jestem najgorszym laikiem i ignorantem. Ale co ja mogę mieć za pojęcie, skoro w ciągu 24 lat życia wypiłam łącznie może 0,33l;) co Brzydal może potwierdzić i nad czym szczerze ubolewa. Ale wczoraj się skusiłam trochę, bo toasty były wyjątkowe, otoczenie przyjemne, towarzystwo wyborowe. Ale i tak pół litra mnie pokonało, nie było opcji;). A powinnam mieć coś w genach, bo mój Pradziadek niemal całe życie pracował w Browarach Lwowskich, z czego Babcia do teraz jest dumna i chętnie opowiada, jak jej tato przynosił do domu butelki z piwem albo z jęczmieniem, więc było co wymieniać na inne rzeczy, których oczywiście nie było... Mam gdzieś zdjęcia, na których płonie browar we Lwowie. O ile dobrze kojarzę rodzinne historie, ten pożar gasił pewien przystojny strażak, ktory poźniej został mężem mojej babci. A dużo później - moim dziadkiem:)...

Od rana siedzę na stronach pięciu teatrów, porządkując to, czego się ostatnio podjęłam. Siadło mi to na ambicję, musi być ok. chociaż ok to chyba za mało.

Pozdrawiam

Zzzzzzzzzz

czwartek, 25 czerwca 2009

mgr po nocy

Kilka scenek, kilka słów.

1) Korytarz wydziału filologicznego. Mało ludzi. 40 minut przed obroną. Zołza i Złośnica siedzą na ławce, rozmawiają, próbując zagłuszyć nastrój czegoś, co nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Nagle zjawia się Promotor. Pochodzi do nich bez słowa, przytula Złośnicę, całuje w policzek, przytula Zołzę, całuje w policzek, odchodzi bez słowa. Złośnica czuje się świetnie.

2) Nie ma bardziej sfeminizowanego wydziału, niż Wydział Filologiczny. Po 200 dziewczyn na każdym roku, niemal na każdym kierunku studiów. Chłopak na filologii to rzadki widok. Niejednokrotnie zdarzało mi się z radością mówić koleżankom: "ej, jakić chłopak mi drzwi otworzył!", co zawsze było przyjmowane z niedowierzaniem i zazdrością;). Mimo setek wypuszczanych z wydziału co roku pań magister, w mojej komisji siedziało trzech mężczyzn. I całe szczęście. Dla szanownych panów po egzaminie miałam piękne słoneczniki. Coś za mną chodzą te słoneczniki...

3) Zestresowana kolezanka wciąż pytała mnie, jak mogę być tak spokojna. Moze tylko trzy razy naszedł mnie jakiś niepokój, wtedy nuciłam sobie piosenkę, która pozwala do siebie wracać zawsze wtedy, kiedy tego potrzebuję. "Patrzyłem jak po drugiej stronie ulicy wykręciłeś dziewięciocyfrowy numer / tak mi żal przegranej sprawy życia i śmierci / telefon w kawiarni, telefon na pustkowiu / dziewięć numerów od wschodu do zachodu słońca / widziałem rano volkswagena który utonął w ciepłym jeziorze / o taki śmiech mi własnie chodzi, zaraz po milczeniu". Wystarczy zanucić po cichu kilka linijek, zeby znów poczuć się jak u siebie. Pomogło.

4) Z rozmowy z Bohaterem Pracy:
on: ......wiesz, bo to wszystko przeze mnie.....
ja: nie, to nie PRZEZ CIEBIE. To DZIĘKI TOBIE. Wszystko dzięki tobie.

5) Popołudniu i wieczorem świętowaliśmy w 10-osobowym gronie. Było fantastycznie, spontanicznie, głośno, wesoło. Wszyscy wyglądali na zadowolonych, na co pewnie trochę miały wpływ płyny zawierające elementy baśniowe;). Impreza była taka, ze niech się schowają obchodzy 20 lat wolności;). Mnóstwo kwiatów (nawet znalazł się słonecznik, ha!), mnóstwo toastów, dziwne uczucie, ze to wszystko z mojego powodu. Nienormalna świadomosć bycia przez jedno popołudnie absolutnym pępkiem świata;).

6) Z telefonu od kumpla:
on: dziękuję, że jesteś wzorem pasji
ja: (zbyt wzruszona, zeby cokolwiek powiedzieć)

Fotek wciąż brak, bo aparat nie jest tam, gdzie być powinien;). Zresztą, i tak ostatnio bardziej od zdjęć nachodzą mnie słowa.

Boże, ja tak potwornie nie chciałam już kończyć tych studiów... Już? Teraz, tak szybko? Przecież dopiero co, dopiero było to wszystko, ci ludzie, te zajęcia, ciepłe kserówki i słodki zapach książek z antykwariatu, domysły, plany, wspólne godziny, znajomości, autorytety... Co ja z tego zapamiętam?

Z.

środa, 24 czerwca 2009

MAGISTER ZŁOŚNICA

J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M J E S T E M M A G I S T R E M

TO JEDEN Z TYCH MOMENTÓW, W KTÓRYCH NAGLE BRAKUJE LITER NA KLAWIATURZE. ALE NA PEWNO CHCĘ WAM PODZIĘKOWAĆ ZA TO, ZE MNIE WSPIERALIŚCIE, KIEDY WYDAWAŁO MI SIĘ, ZE MOJA PRACA MAGISTERSKA TO JAKIŚ POMYSŁ Z KOSMOSU, DZIĘKUJĘ WAM ZA WSZYSTKIE ESY, TELEFONY, TROSKĘ, KOPNIAKI NA SZCZĘŚCIE I TRZYMANIE KCIUKÓW, ZA TO ZE WIERZYCIE WE MNIE DUŻO BARDZIEJ NIŻ JA SAMA.

USŁYSZAŁAM DZISIAJ RÓŻNE CUDA... NA PRZYKŁAD, ŻE PRACA JEST BARDZO INTERESUJĄCA. ŻE INTERESUJĄCY JEST JEJ BOHATER. ŻE TO PRZYJEMNOŚĆ JĄ CZYTAĆ (TAK POWIEDZIAŁ RECENZENT). ŻE WIDAĆ, ŻE PISANA BYŁA Z PASJĄ...

OCENA ZA PRACĘ MAGISTERSKĄ: 5
OCENA ZA EGZAMIN: 5
ŚREDNIA ZE STUDIÓW: 5

NAJWIĘKSZĄ RADOŚCIĄ JEST DLA MNIE TO, ŻE KILKA OSÓB PO PROSTU CHCIAŁO ODE MNIE PRACĘ W FORMACIE PDF, ŻEBY JĄ PRZECZYTAĆ. i jak dostaję wiadomości "czytam, jest super", umieram ze szczęścia:). czyli jednak nie naukowy bełkot, jednak nie suche fakty, jednak nie naukowy chłód. czyli jednak pasja, emocje, pasja pasja pasja!!!! sama sobie musiałam udowodnić, że da się napisać poważną pracę magisterską o tekstach piosenek maksymalnie niszowego Artysty. da się!!! moje kochane teksty. moja najdroższa intertekstualność:))). a jednak tyle w tym wszystkim literatury, interdyscyplinarności, odwołań, zakątków i schowków, aaa... DOKŁADNIE TEGO CHCIAŁAM.

Jestem szalenie szczęśliwa. Brzydal zrobił mnóstwo zdjęć, nie mogę się doczekać aż je zobaczę;). A później zostałam zasypana kwiatami, normalnie jak po premierze w teatrze;)). Złośnica w centrum uwagi? Nie jestem do tego przyzwyczajona, zupełnie nie!

Dobra, na koniec osobne podziękowania...

DLA MRÓWKI KOSMATEJ - ZA ODPOWIEDŹ NA MILION PYTAŃ TECHNICZNYCH, ZA POMOC MERYTORYCZNĄ I BIBLIOGRAFICZNĄ, ZA PÓŹNOWIECZORNE ROZMOWY, ZA ŁZY ZE ŚMIECHU, ZA RYMOWANKI, BAJKI I DUMANIE O STARYCH CHŁOPACH;), ZA WIARĘ W TO ŻE DA SIĘ PISAĆ PRACĘ INNĄ NIŻ INNI:), ZA TO ŻE JEST TAK KOCHANA, OTWARTA, MĄDRA I CHĘTNA DO POMOCY, ZA TO ŻE MA DO MNIE CIERPLIWOŚĆ.

DLA ZOŁZY - TAK, TEJ Z CZECHOWIC, ZA TO, ŻE OSTATNI ROK STUDIÓW BYŁ DLA NAS DWÓCH FANTASTYCZNY, ZA TO ŻE NIGDY NIE MIAŁYŚMY LEPSZEGO KONTAKTU, ZA TO ŻE NAS OBIE WCIĄGNĘŁA PIOSENKA, ZA ROZMOWY O KULTURZE WYSOKIEJ (MILION PYTAŃ I ZERO ODPOWIEDZI), ZA WIELOKROTNĄ POMOC NAUKOWĄ, ZA PRZYMYKANIE OKA NA MOJĄ NIE-POWAGĘ I WYBACZANIE GŁUPOT, ZA DUMANIE O STARYCH CHŁOPACH;), ZA TO ŻE BEZ NIEJ TE STUDIA NIE BYŁYBY NAWET W POŁOWIE TAK FAJNE!!!!!!

DLA BRZYDALA - ZA TO, ŻE OD POCZĄTKU MÓWIŁ, ŻE BĘDZIE DOBRZE. ZA TO, ŻE MNIE ZNOSI NA CODZIEŃ, CO JEST PRAWDZIWYM WYCZYNEM. ZA TO, ŻE SAM CHCIAŁ MI DZIŚ TOWARZYSZYĆ I ROBIŁ FOTORELACJĘ. ZA WSZYSTKO.

z Bohaterem pracy spotkam się w przyszłym tygodniu. Zadzwoniłam do niego od razu po wynikach. Co za fantastyczny facet:)!!

trzymajcie się. ostatniego słowa nie będzie. ciąg dalszy na pewno nastąpi.

niedziela, 21 czerwca 2009

koniec sezonu teatralnego - post dla cierpliwych

Już od kilku dni czułam, że ten wieczór nadejdzie i już nie będzie wyjścia: trzeba będzie przyznać, że to koniec sezonu teatralnego. Sezonu, który z całą pewnością mogę nazwać najwspanialszym, najpełniejszym, najlepszym w moim niemal ćwierćwiecznym życiu. W żadnym z wcześniejszych lat teatr nie istniał w moim życiu tak, jak przez ostatnie 10 miesięcy. Nie wiem też, czy kiedykolwiek w kalendarzu przyszłych dat znajdę kolejny tak pełen teatru okres. Jak podsumować te wszystkie emocje, które scena wyzwalała we mnie przez ten czas? Od emocji łatwiej podsumować tytuły…

Po wakacjach, mocno spragniona teatralnych wrażeń, sezon otworzyłam z hukiem, bo prawdziwą trzydniówką. Dzień po dniu widziałam „Kolegę Mela Gibsona” (drugi raz, raczej nie ostatni), „Krzyk wg Jacka Kaczmarskiego” (miażdżący spektakl, tymczasem do teraz z uporem maniaka wracam do utworu „Świadkowie”) i „Pomalu, a jeszcze raz!” (ostrzę sobie zęby na jesienny wypad do Warszawy). Później najważniejszy był koncert Nohavicy w Rozrywce (fantastyczny, genialny wieczór, pełen muzycznych spełnionych cudów). Dalej, chyba też dzień po dniu, „Utarczki” (bałam się) i „Kometa” („bo raz na sto lat cud się zdarza…!”, czyli moja ukochana „Cieszyńska”). Zimą Moja Droga Redakcja wysłała mnie nie tylko na konferencję prasową Katowickiego Karnawału Komedii, ale też zadbała o to, abym mogła się swobodnie dostawać na spektakle. Genialne „Czołem wbijając gwoździe w podłogę” (Wrocławski!), zabawne „Koleżanki” (Figura…), „Szczęśliwy dzień” (Siudym!), nieprzekonujące „Trzy po trzy” (chyba nie tylko mnie nie przekonało). Już po KKK, „Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego” Peszka. Przyznam się, że to jedyna sztuka, która mnie kompletnie pokonała jeśli chodzi o jakieś późniejsze pisanie. W trakcie przedstawienia zapisałam tylko dwa zdania: „rzeczywistość też ma swoje poczucie humoru” i „być sobą może tylko wariat”. Dalej „Dietrich i Leander” w Korezie. Szkoda, że w Korezie, bo mam mieszane uczucia… Później były „Słowa”, „Żyd” (ukłony dla Tomasza Lorka), „Cholonek” (jerona…), pożegnanie z „Terapią Jonasza” (jak miejsce to znaleźć i jak się nazywa?), znów „Cholonek” (do trzech razy sztuka – to powiedzenie nabrało dla mnie innego sensu: musiałam zobaczyć sztukę trzy razy, żeby spróbować coś napisać), znów „Słowa” (mam nadzieję, że wciąż nikt nie chce kropki postawić…). „Jesus Christ Superstar” w plenerze dla 6 tysięcy osób. Dziś „Szwejk". Myślałam, że nie można oderwać oczu od Kuby Abrahamowicza, dopóki nie zobaczyłam Rafała Sawickiego. Dwie fantastycznie poprowadzone role. Nic więcej nie napiszę o tym wieczorze. Nie teraz.

Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Ja byłam gdzieś obok, choć czasem czułam się jak wrzucona w sam środek tego teatralnego szaleństwa, na które tak miałam ochotę. Zdarzało mi się wpadać w ten dziwny stan, w którym wydaje się, że jest się na pustej widowni, że poza oświetloną sceną dookoła nie ma nikogo i nie ma nic. W ciągu tego sezonu niejednokrotnie umierałam ze śmiechu i wybuchałam płaczem, czułam się wgnieciona w fotel, zafascynowana, zaskoczona, kompletnie bezbronna i sprowokowana. Później udało mi się napisać kilka tekstów, sami wiecie, jakie są. Chciałabym od października wreszcie uczyć się pisać tak, jak trzeba. Ale jak wiecie, nie mam planów nawet na dwa najbliższe weekendy, a co dopiero na jesień… A, co jeszcze jest ważne. W świat teatru uciekałam przed uczelnią i lekarzem, przed terminami, ciągłym pilnowaniem siebie samej i drobiazgami, które wyprowadzały mnie z równowagi. A teraz? Koniec czerwca. Przełomy, decyzje, a mój kalendarz jest taki teatralnie pusty… Poza tym hmm…jak to napisać... Chyba nie mam marzeń, od lat, żadnych konkretnych, zupełnie jakby mi się to nie zdarzało. A jednak w ciągu ostatnich miesięcy wiele razy czułam się tak, jakby mi się spełniały marzenia, przynajmniej tak to sobie mogę wyobrazić, jako milion myśli, zero snu, niewyczerpane pokłady energii, nie wiadomo skąd. Tak jakby się działo coś dobrego, nieprawdopodobnymi drogami, gdzieś dookoła, zza rogu, nagle… Kto to powiedział, że marzenia spełniają się zawsze, tylko czasem w zdeformowanej postaci? Ehh, pięknie było, po prostu pięknie. Najbardziej się zdziwiłam, kiedy przyłapałam samą siebie na najprawdziwszym skakaniu ze szczęścia:). Zupełnie jak w filmie! A może… jak w teatrze?

Jeśli dotarliście do tego momentu posta, możecie odetchnąć. Kończę. Ogłaszam koniec sezonu teatralnego na tym blogu. Pozdrawiam ciepło, może też powinnam się ukłonić;)? Złośnica

piątek, 19 czerwca 2009

post na szybko (+6000)

moje niejasności zamiast się wyjaśnić utrwaliły się
pytasz czy to dobrze, spytaj kiedy indziej
jestem zbyt zajęta, nie popełnić błędu staram się
(Gaba Kulka)

Post na szybko. Wczoraj popołudniu odezwał się do mnie Recenzent i zupełnie zastrzelił mnie tematem. To, co napisał, musiałam przeczytać kilka razy, żeby choć trochę zrozumieć, o co chodzi. Początkowo wpadłam w mały popłoch (popłoszek;)?), bo kompletnie nie spodziewałam się żadnej wiadomości ani od niego, ani od nikogo innego z uczelni, a i treść maila była mocno zaskakująca i tajemnicza. Od razu wylądowałam w bibliotece. Po kilku godzinach czytania i dumania, wczesną nocą nie wiedziałam już nie tylko jaki jest dzień (dla mnie norma), ale też jaki mamy miesiąc i rok;). Dziś rano znów biblioteka i wreszcie coś, co jest - powiedzmy - na temat. Czytam i mam nadzieję, że coś będzie z tego na później. Dobra, trochę się boję... W pewnej stabilizacji trzyma mnie sok truskawkowy, piosenka "Niejasności" Gaby Kulki i świadomość, że w niedzielę "Szwejk" w Bielsku. To fajne uczucie, kiedy ma się na co czekać.

Poza tym Czytelnicy Moi Drodzy, strzeliło nam na blogu 6000 odsłon. Nam, bo ten blog w sumie jest tak samo mój, jak Wasz. Żeby to miało jakiś sens, ja potrzebuję odbiorców, a Wy-nadawcy. Reszta to tylko dodatki. Dziękuję, że chcecie mnie czytać. Wciąż.

Fotki nie będzie - nie mam pojęcia, gdzie jest mój aparat... Poza tym zniknęła gdzieś moja szybkozłączka do wielkiego statywu, nie wpadła Wam może w ręce? Hmm...

Moje niejasności i twoje niejasności pokrywają się
Może będzie dobrze..........?

Z.

EDIT 17:34

Mam dla Was prawdziwy "kwiatuszek" z tego, co właśnie skończyłam czytać. Proszę:

Dowody odwołujące się do perceptualnej perswazji nie są jakąś obłędną aberracją, lecz stanowią ważną formę argumentacji w estetyce i gdzie indziej; omawiana piosenka - manifest wyrażony w rapowej formie - jest oczywiście zamierzona jako perceptualnie przekonywający dowód artystycznego statusu rapu dzięki swojej specyficznej sile artystycznej.
No tak, wszystko jasne;).

środa, 17 czerwca 2009

obietnica

Godzina dopołudniowa. Mocno wieje, ale przebija się słońce. Złośnica na rowerze kręci kolejne koło wokół sporego stawu. Odreagowuje i próbuje przemyśleć to i owo. Daleko majaczą postacie facetów grabiących wykoszoną trawę. Gdy podjeżdża, jeden z nich podbiega do niej i z uśmiechem oświadcza:

Facet z Grabiami: Wie pani, za panią to ja bym naprawdę wszędzie pojechał...

Złośnica ze śmiechem odjeżdża. Dobrze, pierwszy taki uśmiech dzisiaj!
Ciąg dalszy nie nastąpi.
--------------------------------

Oświadczenie:
Można przeszkadzać mi w nauce. Nie krępujcie się. Piszcie, dzwońcie, smsujcie. Bez zastanowienia.

Oświadczenie2:
Ten post ma numer 200! Tak przynajmniej mówi mój panel admina. Cieszę się, że przychodzicie. Dzięki. Po chwilowej chęci usunięcia bloga w diabły, odrzuciłam ten pomysł i zostawiam go tak, jak jest i jak był.

złośnicówna

wtorek, 16 czerwca 2009

scena w bibliotece

Scena I

Scenografia: przypomina Bibliotekę Śląską. Kilka stanowisk komputerowych, przemykający pod ścianami studenci, niektórzy patrzą tylko na czubki własnych butów. Grobowa cisza. Złośnica podchodzi do okienka. W okienku: Pani z Okienka.

Złośnica daje kartę: Chciałabym odebrać książki. (mina zdradza, że po cichu liczy, że będą niewielkie)

Pani z Okienka przynosi 3 książki, łącznie 1200 stron. Daje rewersy: Poproszę o datę i podpis. (mina Złośnicy zdradza cierpnienie, po tym, jak zobaczyła książki)

Złośnica bierze długopis: Dzisiaj dziesiątego, prawda?

Pani z Okienka: Yyy, szesnastego...

Złośnica milczy, bardzo zdziwiona. Podpisuje, węsząc spisek.

Ludzie w Kolejce: stłumiony śmiech.

Złośnica kręci z niedowierzaniem głową i zgięta pod ciężarem 1200 stron wciąż nie może się nadziwić, że zgubiła gdzieś niemal cały tydzień.

Uczciwy znalazca zgubionego tygodnia proszony jest o kontakt za pośrednictwem bloga. Czeka nagroda:

Dzik - Akant. Wiadomo. Bardzo miło w Akancie. Daję sobie dwa dni na przeczytanie tych 1200 stron. To wystawia mój nastrój na potworną próbę. Na jakiś czas odstawiam Miłosza na rzecz socjologii. Aaa...

Jeśli macie mi coś miłego do powiedzenia, to teraz jest na to dobry okres. Jeśli macie mi do powiedzenia coś niemiłego, bądźcie łaskawi i wstrzymajcie się jeszcze tych kilka dni.

Z.

niedziela, 14 czerwca 2009

Jesus Christ Superstar na Polach Marsowych

śmiałam się niedawno, że gdyby nie chorzowski "Jesus Christ Superstar", który mną zatelepał w 2000 roku, może teraz kończyłabym politechnikę, a nie filologię;). Gdyby nie ta rock-opera, pewnie teatr nie zająłby w moim życiu takiego miejsca. Od "JCHS" to się zaczęło, po prostu. Wczoraj widziałam musical czwarty raz, ale pierwszy raz poza teatralnymi murami. Pola Marsowe zapełniły się ludźmi, a ja cieszyłam się jak dziecko, po tylu latach znów słuchając tych piosenek. Od polskich tłumaczeń lepiej znam teksty z 1970 roku, z płyt które jakimś sposobem udało mi się sprowadzić za wielką kasę gdzieś na początku liceum... To był fantastyczny wieczór. Wróciliśmy przed północą i od razu zaczęłam pisać, żeby mieć dzisiaj co wysłać, ale miałam w głowie za dużo atrakcji i padłam słuchając wersji z Ianem Gillanem. Rano pełna energii napisałam tekst i wysłałam go mailem na drugi koniec Polski. Było świetnie. Poniżej kilka fotek Brzydala (dziękuję!):
na samej górze Poncjusz Piłat (Andrzej Kowalczyk), niżej w różowym wdzianku Herod (Jacenty Jedrusik), na dole Jezus (Janusz Kruciński). na scenie tez oczywiście Maria Meyer jako Maria Magdalena i Janusz Radek jako Judasz. poezja.
idealnie zdyscyplinowany tłum na scenie
apostołowie przyczajeni nisko nad sceną podczas The last supper (jeden z najgenialniejszych kawałków), choć na tej fotce wazniejsze są te charakterystyczne schody:)
tu jeszcze było trochę jasnego nieba. ogólnie na Polach Marsowych były tłumy, ludzie gdzieś z kocami rozkładali się na trawie, robili zdjęcia, filmowali i wyglądali na wielce zadowolonych:) a do mnie Brzydal mówił "nie gibaj się" ;), ale i tak się gibałam. bo jak się nie gibać na takim kawałku jak "krwawe pieniądze"?

nie mogłam się doczekać mojego ukochanego "rozpocząć to od nowa". nie ma tej piosenki na moich płytach z nagraniem z 1970 roku, bo pierwszy raz ten utwór pojawił się dopiero w późniejszym filmie i pod jego wpływem piosenka weszła do kolejnych teatralnych realizacji. jest fantastyczna i o ile pamiętam, właśnie przez tę piosenkę poszłam na JCHS drugi raz wtedy w 2000...
Ale i tak od kilku godzin chodzi za mną inna piosenka......... Ten dzień nie mógł się zacząć lepiej. CO TO BYŁ ZA FANTASTYCZNY TYDZIEŃ!!!!!!!
Złośnica

piątek, 12 czerwca 2009

No to Zakopane

Witam Szanownych Wszystkich ;-),
jako, że Złośnica przybliżyła Wam już pokrótce przebieg czwartkowego święta to ja ograniczę się w słowach, a uzupełnię Jej wypowiedź zdjęciami. Tym razem myślę, że będą to zdjęcia bardziej tradycyjne, pocztówkowe, bez szału, bez eksperymentów.

Z cyklu nie róbcie mi zdjęć, takim nieuczesany ;-).


AAAAAAA skoro już robisz to drugi profil też proszę ;-)


Rodzinne śniadanko ;-)


Deserek w samotności ;-)


Jako, że to święto kościelne to było też sakralnie ;-)


Z serii zainwestuj w filtry :-/


Wołowinkowo ;-)


Krokwiowo Skoczniowo :-)


I to na tyle

Pozdrawiam

BrZ.

Zakopane, prawie napisane

Od wtorku walczę z tekstem. Powiedziałam, że będzie max do końca tygodnia, więc musi być, bo terminy to rzecz święta. Miałam pisać o Jonaszu, ale Jonasz i tak już trochę czeka, więc nic mu nie będzie, jak jeszcze posiedzi taki nieopisany. A praca nad tym nowym tekstem wyglądała tak:

wtorek: wczesnym popołudniem wygrzebałam notatki. wyglądają strasznie, jak większość moich pisanych w ciemnościach. w dodatku zrobiłam straszną głupotę: wydawało mi się, że przerzuciłam następną czystą stronę, ale nie zrobiłam tego, więc pisałam drugi raz na stronie już zapisanej. wieczorem otwieram plik i siedzę nad nim przez godzinę. nie zapisuję pliku, nie ma czego.
środa: zaczyna mi świtać pewien pomysł, ale nie bardzo wiem, czy to, co za mną chodzi, to nadal publicystyka. dumam znów nad pustym plikiem. słucham kilku piosenek, oglądam parę teledysków na youtube. piszę lead i kilka zdań wstępu. padam na nos.
czwartek: wstaję po 5 rano, co za nieludzka pora! ale humor w porządku, jedziemy do Zakopanego. do torby wrzucam aparat, kilka drobiazgów i te moje upiorne teatralne notatki (tak samo miałam z mgr, gdy zaczynałam pracę nad tekstami, nosiłam je ze sobą wszędzie, czytałam je w najdziwniejszych miejscach i chyba zadziałało). po dwóch godzinach jesteśmy już w Tatrach, energia mnie zupełnie rozpiera. śmigamy po mieście. wjeżdzamy na Gubałówkę, przechodzimy na Szymoszkową i jakimś dzikim lasem schodzimy na sam dół. wracamy do centrum i idziemy pod skocznie. gdy wyciągiem wjeżdzamy na Wielką Krokiew, zaczyna się niezła ulewa. zimno jak diabli. na dole kupujemy najbardziej rzucające się z oczy pelerynki:) i wzbudzamy pewne zainteresowanie przechodniów. notatki ciągle siedzą w torbie. po 14 kilometrach noszenia ich, coś zaczyna mi świtać (ha!). popołudniu wracamy do samochodu. okazało się, że znów udawałam sama przed sobą, że jestem w świetnej formie i że wszystko mi wolno. bzdura. czułam się strasznie, nie mogłam się ruszyć, a zbyt płytki oddech na pewno mi w tym wszystkim nie pomagał. z podroży nie pamiętam nic, zwinięta w kłębek chciałam tylko wziąć lekarstwa i trafić do własnego łóżka. i nie wzbudzać paniki;), mimo że wyglądałam jak zombie. uruchomiłam kompa i pisałam. nawet zaczynało mi się to jakoś kleić. poszłam spać o śmiesznie wczesnej porze, trochę ze strachem, czy będę w stanie zwlec się z wyrka dzisiaj. ale jest znośnie. jak widać jest przed 8 rano, a ja juz w pełni władz umysłowych;). więc...
piątek: dzisiaj mam zamiar skończyć ten tekst. naprawdę nie rozumiem, czemu niby ten jest trudniejszy od innych... rodzice pojechali do warszawy, jestem sama. pusto i spokojnie. na koniec fotka. jak wiadomo, Brzydal i Złośnica egzystują tylko w rzeczywistości wirtualnej (o czym informowały już największe agencje prasowe na świecie). mimo to czasem decydują się pokazać swe cielesne formy;). oczywiście bez twarzy, bo to było jedno z podstawowych zalozen tego bloga. dziś na zdjeciu Brzydal i Złośnica w gustowych pelerynkach, dwie siroty w deszczu :). żalowaliśmy trochę, ze padało tylko kilka minut...;)

buziaki. Złośnica

EDIT: JEST GODZINA 11:30, TEKST GOTOWY :))) JESTEM DEMONEM PISANIA;) teraz tylko czekam, az tekst pojawi się tam, gdzie powinien, a później na to, czy nie zostanę rozszarpana na kawałki i zjedzona;).

wtorek, 9 czerwca 2009

Szybki shot z balkonu ;-)

Witam Szanownych Czytelników,
jako, że w ciągu ostatniej godziny na niebie nad naszym pięknym czerwono-zagłębiowskim Sosnowcem przetarabaniły się niezliczone tabuny chmur postanowiłem (za lekką namową Złośnicy) strzelić coś szybkiego :-). No i efektem jest to co widzicie poniżej ;-). Nie wiem czy Wam się podoba coś takiego, bo coś się zaniedbujecie ostatnio w kwestii komentowania :-P. Ale nic to, wrzucam fotę, nie ściemniam, że siedziałem nad nią 3 dni i 3 noce. Po prostu, spontan, strzał, szybka wrzutka tutaj i jest.



Pozdrawiam
BrZyDaL

o tym, jak nie spadłam z roweru

Uwielbiam te morelowe zachody słońca. Każdy tak dobry dzień powinien kończyć się takimi kolorami.
Podczas gdy z jednej strony domu padajacy deszcz nie rozmył jeszcze tych ciepłych barw, z drugiej pojawiła się tęcza. Mówią, że na końcu tęczy można zawsze coś znaleźć, ale po dzisiejszych rowerowych szaleństwach nie mam siły na szukanie tęczowych skarbów.


Jeździłam dziś co nieco, a telefon miałam schowany w torbie podsiodłowej, jak zawsze. Nawet nie po to, żebym mogła odebrać, gdy ktoś dzwoni, tylko po to, żebym sama się mogła skontatować z domem, gdyby działo się coś złego. A dziś telefon dzwonił, gdy jeździłam. Oczywiście nie słyszałam (te zawrotne prędkości...;)). Ale to dobrze. Gdybym jadąc odebrała ten telefon, pewnie daleko bym nie zajechała. Okazało się, że nie tylko świat jest mały, ale też internet jest taki malutki... Po 15 miesiącach prowadzenia anonimowego bloga okazało się, że blog jest tak anonimowy, jak z koziej d*** rajzentasza. Póki co nie wiem, czy powinno mi być głupio, czy nie. A może będzie z tego coś dobrego...? Bo raz na sto lat cud się zdarza...! :)
Gdyby mój sędziwy doktor wiedział, jakie ostatnio atrakcje serwuje mi moje własne życie, pewnie sam by się wyrzekł dalszego leczenia mnie. "Niech pani omija emocje! Niech się pani nie denerwuje! Nie może się pani stresować i żyć w biegu!" Dobrze, proszę pana, ale ja muszę już iść, bardzo się spieszę;).
Pozdrawiam serdecznie, i starych, i nowych czytelników :)
panna Złośnica

"Słowa" - recital w Rozrywce

jeśli mnie choć trochę znacie, to wiecie, że są sytuacje, w których reaguję czysto emocjonalnie. nie jest to w moim wypadku zjawisko rzadkie, ale rzadko osiąga taki kaliber, jak wczoraj wieczorem. Recital Talarczyka "Słowa" w Teatrze Rozryki był inny, niż w Korezie kilka tygodni temu. Specyfika Korezu sprawia, że tam w powietrzu unosi się nastrój pewnej umowności, ale dzięki temu dystans widza do aktora jest niemal zupełnie zredukowany. Wczoraj było inaczej, dość poważnie na tej profesjonalnej Małej Scenie... Siedziałam wysoko, więc z ciemności mogłam się bezkarnie gapić na artystów i nucić piosenki. Talarczyk od razu złapał kontakt z setką osób na widowni, co się pewnie ładnie nagrało (ciekawe, co będzie dalej z tym profesjonalnym nagraniem?). ................. Aaa... Zapomniałam, że piszę na blogu, a nie służbowo i zrobiło się patetycznie. ok. ok.

Talarczyk ma taki głos, że jak się go usłyszy raz czy dwa razy, to później człowiek się już nie pomyli. Ciepły, głęboki, niezwykle męski wokal:). Tytułowe "Słowa" zarażają kołyszącą melodią, "Biurowi anieli" zawierają w sobie genialną grę słów (o koledze po piórze - anielskim), a zaśpiewana premierowo piosenka o facecie po czterdziestce, który coraz częściej patrzy gdzieś za siebie, zupełnie mnie rozbroiła i zrobiła ze mną, co chciała. Uwierzyłam w każde słowo, każde! Zrobiłam trochę zapisków, może będą pomocne, gdy dojrzeję do opisania tego, w czym miałam szczęście uczestniczyć.

Wczoraj miałam tylko jeden słonecznik. Choć tak naprawdę wymierniej byłoby dać całe pole słoneczników, a może i to byłoby za mało. Bo jak przeliczyć na słoneczniki każdą nutkę i każde słowo? Jak przeliczyć na słoneczniki czas i miejsce, ludzi, atmosferę, tygodnie czekania?


foto z googli
Powinnam się otrząsnąć, ale chyba nie chcę. Od 24 godzin nie słuchałam w ogóle muzyki, żeby nie spłoszyć tego, co wciąż po cichu siedzi mi w głowie. "I nie wiesz, czy w słowach czy w nutach czają się zwykle cuda"... Ja też nie wiem.
Złośnica

poniedziałek, 8 czerwca 2009

przyszłość jak fatamorgana

byliśmy wczoraj w Krakowie, ale nie ma zdjęć. nie było czasu na zdjęcia. za to wieczorem na niebie działy się dziwne, dość malownicze rzeczy. ciemno, ciemno, a gdzieś tam na końcu
migotanie, światełka i kolory. w ciągu ostatnich 24 godzin wpadło mi do głowy tyle pomysłów dotyczących najblizszych kilku miesięcy, ze mam w głowie właśnie takie migotanie i światełka. myślę, ze w kilka dni podejmę kilka waznych decyzji. mam niezły humor i dużo siły.chociaz wlaściwie humor mam świetny, bo wieczorem... aaaa! :)))

ale się cieszę... ogromnie! znów usłyszę na zywo kilkanaście świetnych piosenek, za którymi się stęskniłam od recitalu w Korezie. uśmiecham się sama do siebie.
kończę, muszę pomalować paznokcie, zeby mi pasowały do mojego nowiutkiego pierścionka:))))))))))). trzymajcie kciuki, zeby nie nachodziły mnie wątpliwości!
złośnica (bardzo pokojowo nastawiona, kraina łagodności)

niedziela, 7 czerwca 2009

truskawkowe miasto 2

truskawki są wszędzie, co moja rodzina przyjmuje z wielką radością ;) właśnie przed chwilą kończyłam robić to ciacho, kiedy przypomniało mi się, ze dziś są urodziny Jaromira Nohavicy! zaraz wyślę mu życzenia :) od roku słucham go nałogowo. sto lat sto lat... mógłby wpaść na tort;).

wczoraj cały dzień poza domem. a wieczorem, zamiast odpocząć choć trochę, rodzice wzięli rowery, ja wzięłam rolki i wyszliśmy się trochę jeszcze wyszaleć. ale w pewnym momencie zaczęło padać i zrobiło się cholernie ślisko. o ile rowerom chyba bez różnicy, ja zaczełam się nieco ślizgać w rozne strony. i w pewnym momencie chciałam się obrócić, ale widocznie chciałam za bardzo, bo wykonałam naprawdę imponującego orła. gdyby było jakieś jury, pewnie dostałabym wysoką notę za wartość artystyczną:))). nic się w sumie nie stało, poza urażeniem obu nadgarstków, które od 12 lat nadwyręża moja maniakalna jazda na snowboardzie:P. a na rolkach jezdzę między wiosną a jesienią dość często. rok temu Brzydal zorganizował mi nawet odblaski, zeby ktoś we mnie nie wjechał;). choć taki orzeł to i tak nic w porównaniu z tym, co niedawno na swoim blogu opisała Megi!

dobra, lecę napisać życzenia. ale co ja napiszę...?

Z.

sobota, 6 czerwca 2009

toast za wolność

Plac Sejmu w czwartek zamienił się w miasteczko rodem z PRL. ponizej trzy szybkie ujęcia.






wieczór z "toastem za wolność" był bardzo wesoły, co ma pewien związek z "płynami zawierającymi elementy baśniowe" (tekst z "Terapii Jonasza", którą czytałam dziś rano). świętowanie było więc udane i w radosny sposób spontaniczne:).

drodzy czytelnicy, jutro wybory. jeśli macie dowód osobisty wydany w naszym kraju, to Waszym obywatelskim obowiązkiem wobec państwa jest ruszyć tyłek i iść na wybory. nie: do wyborów, jak niektórzy mówią. można iść najwyżej DO OBORY, ale nie DO WYBORÓW. NA WYBORY. wiem, że najłatwiej jest olać sprawę i szerokim łukiem omijać obwodowe komisje wyborcze, a później latami narzekać, że durny naród znów nie wybrał tak, jak trzeba. a przeciez mozliwość głosowania to zarówno obowiązek, jak i przywilej. tak wszyscy chcą wolności i demokracji, a jak przychodzi szansa wyrazenia siebie poprzez postawienie jednego czy dwoch iksów, to nagle brakuje chętnych. idźcie głosować.

pozdrawiam

Złośnica

środa, 3 czerwca 2009

instrukcja

wczoraj byłam trzeci raz na "Cholonku". "Cholonek" do trzech razy sztuka:). póki co. pewnie jeszcze do niego wrócę. teraz dumam nad recenzją. na szczęście przeczytałam juz dzieło Janoscha. znajomość tej książki dość mocno zmieniła mój wczorajszy odbiór sztuki. chcę napisać o tym dobry tekst, ale nie jest to łatwe, bo spektakl obrósł w pewien mit, z którym muszę się jakoś zmierzyć i wyjść z tego z twarzą. muszę się też tu złapać za rogi z własną "historycznością" - przecież ciągle szukam w sobie Śląska. czytany nocami "Czarny ogród" wciąga mnie bardziej niż niejedna powieść z wielowątkową akcją. muszę się tym dzisiaj zająć, na świeżo. pogoda sprzyja siedzeniu przy kompie: jest coraz zimniej i wieje tak mocno, że moim psom uszy latają jak słonikowi Dumbo. a, Brzydalowi tez się "Cholonek" podobał. popłakał się ze śmiechu:).

UWAGA, CZY WSZYSCY PAMIĘTAJĄ, ŻE JUTRO OBCHODZIMY 20 ROCZNICĘ WOLNOŚCI W POLSCE? moja ulubiona Gazeta Wyborcza zorganizowała akcję TOAST ZA WOLNOŚĆ. jutro między 20 a 20.30 wznieście więc toast za zmiany w kraju, za to, ze teraz mamy dobrze, za to, że ZACZĘŁO SIĘ W POLSCE. w akcję włączyło się sporo klubów, pubów i innych miejsc w całej Polsce. i jak ktoś mi powie, ze go to nie interesuje, zalecę miarowe uderzanie łbem o ścianę. WSZYSTKICH POWINNO TO OBCHODZIĆ.

a, do linków dodałam dwa fajne adresy. pierwszy to Bociany Integrują - można tam podglądać bocianią rodzinę z Ustronia. było pięć małych bocianów, zostały trzy. oglądajcie je na żywo i trzymajcie kciuki, zeby cała mała trójka miała się dobrze! drugi link to portal Teatr Dla Was, fantastyczna, ogromna, obszerna, aktualna baza recenzji, relacji, informacji o polskim teatrze. wielką radością jest dla mnie to, ze od pewnego czasu pojawiają się tam moje teksty.

pozdrawiam
Złośnicowa