piątek, 31 lipca 2009

noc w mp3

*przez kilka chwil *jak puste pudełko na oślep w tym zgiełku *wiem *wybacz że dotyczy to mnie *przez kilka słów *przez łzy na sukience i oczy zamknięte *wiem *zbyt dużo chcę *a gdy widzę tę próżność jest już za późno *wiem *wybacz że dotyczy to mnie
("Marie Minn Restaurant" do słuchania tu: http://www.youtube.com/watch?v=GSLXBtNCFlA)

*i nie potrafię już odnaleźć siebie w tym ("Czerwony notes, błękitny prochowiec" do słuchania tu: http://www.youtube.com/watch?v=vt-12VfyZkw)

a wszystko przez tę jedną piosenkę:

*wiem że powróci *najgłupsza *stacja radiowa *za chwilę *najgłupszy ze światów ("Najgłupsza stacja radiowa" do słuchania tu: http://w747.wrzuta.pl/audio/3L0NAy40Fop/07_ladislav_-_najglupsza_stacja_radiowa)

Kolejny raz przekonałam się, że nie powinnam w nocy słuchać muzyki. Humor do dupy.
Z-a

ps. na szczęście wieczór zapowiada się milutko... :)

środa, 29 lipca 2009

bo w Chorzowie jest się raz w życiu!

Wczoraj przyjechała do mnie moja droga przyjacióła z Krakowa, a głównym celem wizyty było chorzowskie Wesołe Miasteczko. Padłam ze śmiechu, gdy przez telefon opowiadała mi, że rodzina obiecywała jej od 4 roku życia wizytę w chorzowskim lunaparku, jednak przez 20 lat obietnicy nie spełnili, więc ja z radością poszłam tam z nią. Przez telefon powiedziała mi jeszcze, że "w Chorzowie jest się raz w życiu!", a ja ze śmiechu prawie spadłam z fotela. Tak czy tak, upragniona wycieczka do Wesołego Miasteczka stała się faktem;).
Zaczęłyśmy od niewielkich łódek, które z hukiem spływają po dość stromych wodospadach. Oczywiście zeszłyśmy z nich przemoczone, ale co tam;). Później na czymś na kształt wielkiego bujającego się wahadła moja Krakuska tak się zaplątała w basy bezpieczeństwa, że obsługa ledwo ją uwolniła. Później pokręciłyśyśmy się na Diabelskim Młynie, jak zawsze fantastycznym:).Im bardziej bujające, kręcące i kołyszące karuzele, tym lepiej. Przy czym moja towarzyszka wydawała w swej radości jak wieloznaczne odgłosy, że ja bardziej śmiałam się z niej niż z tych karuzel. Cudownie:).
Luster też nie mogłyśmy sobie odmówić. i WATY CUKROWEJ! Ostatni raz jadłam watę cukrową z 15 lat temu...
Gdy wjeżdżałyśmy na Rollercoaster, myślałam że zostanę zamodrowana przez moją towarzyszkę, ale na szczęście obyło się bez ofiar. Gdybyście tam byli, to uważajcie, na pętli jest aparat, robi fotki, które później można obejrzeć i - co gorsza - kupić. Znów napad śmiechu.
A to zupełnie nowe zabawki w Chorzowie, kule, dla tych, którzy zawsze chcieli chodzić po wodzie. Nie załapałyśmy się, za duża kolejka...
Byliśmy jeszcze w Smoczej Jamie, a później skarżyłyśmy się obsłudze, że nie było smoka... Na koniec Apollo, który jakimś cudem nie rozwala budki stojącej obok, ale robi to na milimetry.
Po 3 godzinach szaleństw na kolorowych, metalowych, trzeszczących urządzeniach, wróciłyśmy do Katowic. Wiadomo, Osioł. Bo Osioł musi być:). A później Akant (wiem, uparta jestem z tym lokalem). Początkowo byłyśmy przy naszym stoliku we dwie. Później we trzy. Później w pięć, a kończyliśmy w szóstkę;). Ponizej mądrości przyniesione z Akantu:
i moje ulubione...;)
Moja ulubiona salka, mrrrr :) i pyszne malibu.
Wieczorem zmieniliśmy miasto, truskawkowy drink w Zakręconej, a później jeszcze No Name (tradycja). Padłyśmy w środku nocy już prawie się do siebie nie odzywając, bo nie miałyśmy siły. Zwlekłam się z łóżka, moja padruga jeszcze śpi, więc mam chwilę, żeby to wszystko wstawić... Niedługo jedziemy do Katowic... JAKI TO BYŁ CUDOWNY DZIEŃ! :)))
Złośnica

sobota, 25 lipca 2009

Uwaga....

.... Brzydal będzie przemawiał ;-)

Witam wszystkich bardzo serdecznie w odmienionym stanie, jako Pan Magister. Dołączyłem do zacnego grona 15 lipca i jestem bardzo zadowolony, choć w sumie niewiele się zmieniło ;-).

Dzisiaj właśnie powróciłem z Krainy Latających Scyzoryków, szybki dwudniowy wypadzik i przy okazji kilka fotek popełniłem, które niniejszym prezentuję:

Pierwsze widoczkowe, cukierkowe ;-)





A teraz kilka fotek koników ze stadniny w Michałowie. Ogólnie rzecz biorąc zaglądam w tamte strony coraz rzadziej, wiadomo brak czasu. Zawsze jednak mam pewien stały repertuar wypracowany od kilku lat, przybywam na miejsce, robię sobie objazd po okolicznych drogach, lasach, polach, sąsiednich mieścinach. Lubię nacieszyć oczy taką sielanką wiejską, nie bójmy się tego stwierdzenia. Wszystko dzieje się najmniej ze 3 razy wolniej, po drogach jeździ 10 razy mniej aut, ogólnie fajne miejsce na kilkudniowy wypad celem zrelaksowania. W dalszej kolejności mam jakieś piwko ze znajomymi sprzed lat, trzeba sobie poopowiadać cały miniony rok, powspominać poprzednie wakacje, które spędzaliśmy w podobny sposób, czyli wieczorne piwko, posiedzenie, czasem ognisko, czasem grill. Dużo się zmieniło przez te kilka lat, wszyscy się zestarzeliśmy, niektórzy mają mają już rodziny, niektórzy uczą się, inni pracują.

Ogólnie czasu na spotkania coraz mniej niestety ;-/. Ale wracając do tematu, bo trochę zbłądziliśmy ;-).

Stadnina w Michałowie, ogromne powierzchnie łąk, wybiegów dla koników, no i same koniki, smukłe, świecące, wyczesane, słowem piękne. Stoją sobie leniwie, skubią trafffkę ;-) i tak mija dzień.

Zdjęcia, dzisiaj ??? Ja taki nieuczesany, nikt mnie nie uprzedził ;-)


Stefan, znowu mrużysz oczęta, opanuj się ;-)


To już sobie nawet pojeść w spokoju nie można ;-)


Zobacz Gienek, Hanka znowu prowadza się z tym w białych skarpetkach ;-)


...







ZDJĘCIA BONUSOWE ;-) jak zwykle w moim wydaniu nieprzewidywalne i kontrowersyjne ;-)






Z innej mańki ;-)


Dziękuję za uwagę, pozdrawiam :-).

BrZ

deszcz

Pada od 12 godzin, z krótkimi przerwami. Psy mokre jak nutrie, rower w garażu (całe szczęście mam orbi;) ), kot na oknie. Lubię słuchać, jak pada deszcz.Po 20 latach dość świadomego słuchania muzyki mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że deszcz jest jednym z najczęściej eksploatowanych tematów w piosenkach;). A moja mgr dodatkowo utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Nie miłość, nie zdrada czy przyjaźń, tylko deszcz, w kazdej możliwej sytuacji i konfiguracji. Kiedyś, kilka lat temu nad morzem, na koncercie Myslovitz z Brzydalem liczyliśmy piosenki, w których był deszcz. Łatwiej byłoby policzyć, w których tego deszczu nie było;). W mojej magisterce w podrozdziale o udziale natury nie dało się tego tematu ominąć. W piosenkach, których słucham obecnie, jest podobnie.
Dziś mam dwie deszczowe piosenki. Chodzą za mną dwa wersy: "mokre wycieraczki na pierwszym planie mego snu" i "może nawet padać deszcz, wszystko jedno..."

Znów napisali do mnie z Włoch. A ja uczyłam się wczoraj, naprawdę! Ta Kalabria... z motyką na słońce, jak zwykle. Żebym się tylko nie spaliła, bo w brak oparzeń nie wierzę i tak.

Z.

środa, 22 lipca 2009

łańcuch

Ścigałam się dziś z ojcem na rowerach. Kawałek mnie wyprzedził, zmieniłam przełożenie, zazgrzytało i... spadł mi łańcuch, pierwszy raz od lat. A ojciec odjechał, myśląc, że słabnę, więc wykorzystał swoje prowadzenie i zniknął;). Na nic moje wielokrotne nawoływania, był za daleko. Gdy zakładałam łańcuch, moje dłonie nabrały mało kuszącej czarnej barwy, ale już po chwili znalazłam tatę:

ja: Łańcuch mi zleciał z największej zębatki...
tata: Trzeba było mnie zawołać.
ja: Przecież wołałam! darłam się!
tata: To trzeba było zadzwonić dzwonkiem...

Hmm. No tak. A rano jeździłam sama, dużo i intensywnie, z muzyką, po pustym parku, przed upałem. A wieczorem tylko na te wyścigi... streetracing;) Moja mama o zacięciu taty i moim mówi niemal zawsze tak samo, pieszczotliwie: pieprzone wodniki;). To dla nas komplement;).

Mówiłam Wam, że zapisałam się na studia podyplomowe? Niech się Wrocław wypcha, jeśli nie mają 14 szaleńców, żeby utworzyć grupę. Zostaję na Śląsku, uczyć się czegoś innego. I też będzie super, phi!

Złośnica

poniedziałek, 20 lipca 2009

ocenzurowano

Po nieprzespanej nocy czekał mnie dość intensywny dzień. Sprawy uczelniane, miasto, Ligota (gdzie byłam emisariuszem dobrej woli i gołąbkiem pokoju), znów miasto (z Brz.: "nie wychodzimy stąd bez umowy!"), teraz rower. Znów słuchałam muzyki podczas jazdy (wiem, zły nawyk). Samo tak wyszło, że postanowiłam sprawdzić, czy dam radę objechać wielki staw podczas trwania tylko jednej piosenki, ale niestety dwa razy zabrakło mi może 50, może 100 metrów. Popróbuję jutro. Wróciłam do domu dość zmęczona. Od razu po wejściu zobaczyłam, że moje dwa psy myśliwskie są bardzo zajęte swoim ulubionym sportem, leżeniem synchronicznym. Udokumentowałam to dla Was. Mam jednak na uwadze, że odwiedzają nas osoby niepełnoletnie;), więc zajęłam się też cenzurą;). A tu jeszcze jako bonus - Dolar na zbliżeniu. Te ząbki, te włoskiiiii;)... Myślicie, ze w przyszłym wcieleniu mogłabym być psem u moich rodziców?

Wczorajsza wielogodzinna walka z kamerą i jej oprogramowaniem zakończyła się - tak myślę - sukcesem. Z tej bitwy z technologią wróciłam z tarczą, z czego jestem dość zadowolona, choć kapitulacja już się na mnie czaiła zza winkla. Teraz tylko czekać, aż będę miała co nagrywać;).

Złośnica

niedziela, 19 lipca 2009

kamera... akcja!

trzeci dzień walczę z kamerą cyfrową. to wstyd, żeby aż tyle jej funkcji było dla mnie tajemnicą. właściwie dopiero poznaję się z nią i z jej oprogramowaniem na kompie. próby oswajania sprzętu są raz mniej, raz bardziej udane, ale do przodu:).
poza tym dostałam fakturę za bilet na samolot, napisaną po polsku i po węgiersku;). więc teraz juz nie ma wyjścia. skoro samolot zabukowany, to znaczy, że nie ma odwrotu. czeka mnie jakieś 1700 km w samolocie i ponad 700 w pociągu. cudownie:))). chyba powinnam zacząć powtarzać odmianę czasowników nieregularnych, ale najpierw muszę wygrać bitwę z kamerą.

od rana pogoda bardzo antyrowerowa. na szczęście mam stacjonarkę. ale na stacjonarce to nie to samo, bo w parku zawsze podrywają mnie emeryci-cykliści;) (w tym sezonie jeszcze nie widziałam ekshibicjonistów-dżunglarzy, czyżby zmienili rejon?)

ogłoszenie: w dobre ręce oddam trochę energii.

Z-ca

ps. wczoraj przebiegłam drogę czarnemu kotu! on chciał zrobić mnie to samo, ale byłam szybsza;). trochę się zdziwił, ale kto powiedział, że nie można odwracać przysłów i powiedzeń:)?

piątek, 17 lipca 2009

rower

odkryłam w sobie niezwykły dar zamieniania złych emocji na energię w czystej postaci, którą zużywam na rowerze. ostatnie kilkanaście dni to rower popołudniami i wieczorami, walka z tym, co nagromadziło się w ciagu dnia. dziś obudziłam się koło 7 rano i uznałam, że jeśli natychmiast nie pójdę na rower, to może się to źle skończyć. zebrałam się tak szybko jak to możliwe i fru, po kilku minutach byłam w parku, który o tej porze jest cudownie pusty (wczoraj wieczorem był taki tłum, że czułam się jak w peletonie tour de france). w słuchawkach "Hot Fuss" Killersów - płyta, która nadaje niezłe tempo. płyta się skończyła, właśnie wróciłam. dopiero teraz zaczyna się upał. Zaraz zadzwoni mój budzik, dopiero teraz miałam wstać.

zdjęć nie mam. inne niusy mam, ale nie bardzo mam ochotę tu o nich pisać.

buziaki
Złośnica

poniedziałek, 13 lipca 2009

zły zły...

Zły, zły humor. Zero sił i zero ochoty na cokolwiek. Motywacja ujemna. Zły dzień. Maile po włosku od rana zapowiadały, że będzie ok. Fakt, Reggio się układa, całe szczęście, chyba zacznę odliczać te 50 dni czy ile mi tam jeszcze zostało do wylotu... Ale za to wystawiła mnie inna uczelnia, na którą bardzo liczyłam. Z niedowierzaniem słuchałam tego, co z drugiej strony kabla parę godzin stąd mówiła do mnie pani z dziekanatu. I jak zwykle w takich sytuacjach, przestałam wierzyć w normalność tego cholernego kraju, w ludzi którzy tu mieszkają, w młodych ludzi, których powinno być wszędzie pełno, a tak nie jest. Czuję się tak, jakby mi spadło na głowę kowadło, jak w kreskówce. Powiem Wam, że do dupy. Po prostu do dupy, cholera jasna. (oczywiście cisną mi się na klawiaturę dużo gorsze słowa, ale te zostawię sobie na rozmowy telefoniczne). Grrrr! *&^$%^()^^*&*&^$$#!!!!!

Zostają mi jakieś domowe (chałupnicze?) sposoby poprawy humoru. Póki co idzie bardzo pod górę, ale przynajmniej mam dla Was fotki... Np. te poniżej. Spieszyłam się, chciałam wrzucić do torby kilka drobiazgów i wyjść z domu. Ale torba, jak na pustą, wydała mi się nieco za ciężka. Jakieś 7 kilo za ciężka. Hmm...
Oczywiście wzięłam inną torbę, bo jak inaczej...

A tu już Dolar odstawia codzienne kopanie dołów w moim miękkim kocu. To niesamowite widowisko, kiedy mój stary siwy pies zapewne wyobraża sobie, ze jest nieco wyrośniętym kretem i ryje mordą tak długo, dopóki nie znajdzie się w tej pozycji, z kocem jak z kapturem.

Dogoterapia i kototerapia na krótką metę w ogóle nie działają. Poza tym dopadł mnie kryzys książkowy. Skończyłam czytać "Szwejka", a zaczęłam "Nowe życie" Orhana Pamuka. "Śnieg" tego samego pana bardzo mi się podobał, więc z tym większym bólem po kilkunastu stronach stwierdziłam, ze "Nowego życia" nie da się czytać... "Nagrobek ciotki Cili" przeczytałam teraz czwarty raz. "Obronę szaleństwa" Allena jakoś słabo przyswajam. Polecicie mi coś?
Idę na rower, może jak się wyszumię i wrócę w całości to coś dopiszę.
Co za durny dzień...
Z.
ps. Rower trochę pomógł. W parku pytam Mamy, czy mogę postraszyć przechodniów;)
Mama: Jak się to robi?
ja: (pokazuję, wydając rozmaite dźwięki i straszjąc wyimaginowanego przechodnia)
Mama: kiedy ty dorośniesz...
ja: (odjezdzając, cicho, sama do siebie) jak będę miała przy kim :P

niedziela, 12 lipca 2009

Bruno!

Bulwersujący, szokujący, bezwstydny, pozbawiony zahamowań, nieprawdopodobny, okropny, niesmaczny, rozbrajający, drażniący, szczery, wulgarny, irytujący, niegrzeczny. Niegrzeczny? Nie, to chyba jednak nie pasuje. To ja mogę być niegrzeczna, rzucając jakieś podteksty na lewo i prawo, ale nie on. On jest demonem wprawiania w osłupienie, mistrzem we wstrząsaniu stereotypowym myśleniem, szefem wszystkich szefów w łamaniu formy. Skąd ten potok słów? Byłam wczoraj, z dwoma przystojniakami, w kinie na najnowszym filmie Barona Cohena, "Bruno". Ze mnie żaden kinoman, ale na żaden film w tym roku nie czekałam tak, jak na ten. Po wielkim sukcesie "Borata", którego znam niemal na pamięć, przyszła kolej na postać austriackiego reportera-geja, który szuka szczęścia w szeroko pojętym amerykańskim showbiznesie. Fakt, przy nim "Borat" to łagodna bajka na dobranoc. Cohen jako Bruno rozmawia z celebrytami (wywiad z Harrisonem Fordem był boski!), podrywa byłego kandydata na prezydenta USA, prosi szefa grupy terrorystycznej o porwanie (mówiąc, że Osama z brodą wygląda jak "homeless Santa"), idzie na imprezę swingersów, gdzie solidnie obrywa pasem od wyraźnie dominującej blondyny. Towarzyszy mu zakochany po uszy asystent (świetna rola, gość mógłby zagrać z Czechomorem w "Roku diabła";) ), nawet próbują wziąć ślub, lecz panna młoda jest dość podejrzana dla urzędnika... Bruno bezlitośnie śmieje się z homofobów (gay-converter mnie przeraził, mamy już w Polsce taki zawód??), z antysemitów, z zasad panujących w armii, z narodu, który potrzebuje takich sensacji, żeby ze swoją pozorną normalnością czuć się dobrze. A sceny z nauki samoobrony przed gejem zaopatrzonym w trzy dildo spowodowały, że prawie spadłam z fotela. Fantastyczny, nieokiełznany, absolutnie bezwstydny i bezlitosny Cohen w wysokiej formie. Dla tych, którzy lubią Amerykanów i dla tych, którzy Ameryki nienawidzą. Dla gejów i dla hetero jak jasna cholera. Dla homofobów i homoentuzjastów, dla tych którzy nie boją się z bliska patrzeć, co ci geje tak naprawdę robią (więc moze lepiej nie zapraszajmy do kin rodzin z dziećmi, hmmm) i dla tych, którzy chcą poznać różnicę między Hamasem a humusem. Dla ciekawych ubranego w prototyp kombinezonu z rzepa nowego gołąbka pokoju, który ma wątpliwości, gdzie i czyje są piramidy. Dla fanów Bono, Slasha z GnR, Snoop Doga i Eltona Johna.

OFICJALNY ZWIASTUN
http://www.youtube.com/watch?v=fAGpmNb2xfQ

I pamiętajcie, według trenera samoobrony, geje najczęściej atakują od tyłu, mogą wyglądać zupełnie jak my, ale można ich poznać po tym, że są znacznie milsi niz normalni ludzie! Lepiej uważajcie;).

Złośnica

piątek, 10 lipca 2009

maile w języku obcym

Aaaa... Rano wysłałam komplet dokumentów na drugi koniec Europy. W ciągu kilku godzin dostałam parę maili od pracowników Uniwersytetu Dantego w Reggio di Calabria. Właśnie tam się wybieram we wrześniu, po kilku miesiącach nauki włoskiego, nauki przerywanej sprawami praco-magisterskimi, piśmienno-redakcyjnymi, teatralnymi i wszelkimi innymi. Nie była to więc nauka intensywna, nie poświęciłam na to tyle czasu, ile powinnam. Ale ok, decyzja podjęta, klamka zapadła. Załatwiam już na amen. Poszły papiery, przyszły maile. Włosi nie widzą sensu w nauce języka angielskiego, więc oczywiście piszą do mnie skomplikowane włoskie wielokrotnie złożone sentencje, a ja jak ten głupek siedzę ze słownikiem i próbuję zrozumieć, o co chodzi. Klaruje się kwestia mieszkania (warunki, jakie stawiamy, są dwa: blisko plaży i blisko uniwersytetu), nieco mgliście widzę informacje zawarte w mailach z sekretariatu, które są pełne takich terminów, których nie znam i których nie zna mój słownik. Ale nie ma wyjścia, trzeba sobie poradzić, to chyba jedyny sposób:). Musi być ok. W końcu po to tam jadę, żeby się uczyć. Gdybym bez problemu teraz mailowała z Włochami, to chyba nie musiałabym tam jechać, nie? ;))

Poniżej motywator w formie Planu Rozwiązania Problemu:) Niestety nie moje to dziełko, znalezione kajś na necie...


No i tak... Czekam na kolejnego maila z Reggio. Wiele razy w ciągu ostatnich miesięcy przekonywałam się, że nie ma nic gorszego od czekania, na odpowiedź, na maila, na smsa, na telefon, na wyniki, na decyzje, na efekty, na motywację. "Czekam" po włosku to "aspetto". Ładnie.

Prześladuje mnie piosenka Nicka Cave'a "You are the one that I've been waiting for". Chciałam ją dla Was znaleźć gdzieś online, ale nigdzie jej nie ma. Mam ją na płycie the best of z 1998, piosenka jest fantastyczna. Najlepsza. Jaka w tym facecie siedzi melodia!

Z.

ps. w ramach umniejszania powagi bloga, od dziś Wasze na nim poczynania obserwować będzie Franek. Franek jest fretką i mieszka na lewnym basku bocznym. Możecie go karmić z miski albo surowymi jajkami;), na pewno będzie zadowolony. Widziałam już w kilku miejscach te wirtualne zwierzaki, myślę że są urocze, mimo że są kiczowate i obciachowe:). A może właśnie dlatego są urocze:)). Blog nigdy nie był śmiertelnie poważny, wiec nawet fretka mu już nie zaszkodzi:). Ciao ragazzi!

czwartek, 9 lipca 2009

mam się w garści!

Dobra, potrzebowałam jednego dnia, żeby się ogarnąć. Wczoraj już było ok, miałam jeszcze trochę tekstów do uzupełnienia, siedziałam nad tym pół dnia, a wieczorem poczułam, że jeśli nie wyjdę na rower i nie sprawdzę, czy żyję, to oszaleję. Akurat nie padało, słońce już powoli znikało, idealnie. Wyszalałam się na dwóch kołach, po kałużach, wszędzie, testując nowe błotniki. Hmm... W drodze powrotnej oczywiście złapała mnie fest ulewa, ściana wody. Śmiałam się w tym deszczu jak głupek, tak że kierowcy samochodów patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Sprawdziłam - żyję:)). Chociaż błotniki nie przeszły testu. Moja błękitna bluza uzyskała gustowną czarną pręgę przez środek. Ale było warto. Później skończyłam teksty, paczka, mail, fru, poszło! I noc z Grossem.
Ponizej fragment pewnej recenzji, fragment przez który nie umiałam długi czas powstrzymać śmiechu. Pierwsze zdanie wstępu i nic więcej. Mnie naprawdę mało trzeba...:)


Oczywiście od razu zastanowiłam się, czy wiązy były gorącą publicznością czy raczej nieco drewnianą...;)

Ale Moi Drodzy Czytelnicy, drugi temat na dziś jest w sumie ważniejszy... Krystalizują się moje plany na wrzesień. Powoli, powoli rozgryzam strony, które nie są ani po polsku, ani po angielsku. Powoli kompletuję dokumenty, szukam połączeń lotniczych, próbuję zrozumieć różnice między kilkunastoma taryfami na bilety kolejowe. Nawet się nie boję, póki co, w sumie jeszcze kilka tygodni przede mną. Ale dzisiaj zrobiłam pierwszy w życiu międzynarodowy przelew walutowy, poszła zaliczka, czyli coś jest już zaklepane... Na szczęście mam kogoś, kto planuje ten cudowny wyjazd razem ze mną, kogoś z kim można dzielić te wszystkie obawy i siedzieć z nosami w słownikach. W tym tygodniu jeszcze polujemy na bilety na samolot w jakiejś ludzkiej cenie. Jak ja mam w to wszystko wierzyć? Aaa... :))))

Słucham piosenek z recitalu. Kilka piosenek przekonuje mnie b a r d z o, kilka niezmiennie omijam. Ale jest pluszowo i tyle:). Ile czasem trzeba czasu, żeby znaleźć jedno słowo!

Pozdrawiam!
Złośnica

poniedziałek, 6 lipca 2009

lepiej?

Różni ludzie śmiali się już z mojego różowego przenośnego królestwa muzyki, który pełni tez rolę przenośnego studia nagraniowego. I mimo że to naprawdę porządny sprzęcik, kolor różowy zdecydowanie ujmuje mu powagi. Ale dzisiaj było mi już bez rożnicy.

Czy po to zapisuję się do poważnego doktora prywatnie i na 2 miesiące wcześniej, żebym musiała się kisić w poczekalni równą godzinę? Od rana byłam na obrotach, samo pójście po wyniki badań jest zawsze takim samym strzałem w głowę, później szalałam po Katowicach, a później miałam nadzieję szybko załatwić Najstarszego Lekarza na Świecie, ale gdzie tam... Spędziłam więc godzinę siedząc samotnie w znajomej mi już starej kamienicy, kiwając się na krześle jak dziecko wojny i czekając, czekając, czekając. Koszmar. Słuchawki na uszy, twarz w dłonie, muzyka nieprzyzwoicie głośno i udało mi się nie zdurnieć.

Wersja oficjalna: Jak jest? Lepiej.

Wersja dla wtajemniczonych: Jak jest? Lepiej (nie mówić).

Kto chce iść na kawę w tym tygodniu? Odzywajcie się.

Złośnica

piątek, 3 lipca 2009

mała scena

Mała Scena w chorzowskiej Rozrywce...

...puściuteńka! Zamiast kilku chwil, byłam tam z trzy godziny. Nie wiem, kiedy minęło. Ile muzyki...!
Fantastycznie, drodzy państwo:)...
Złośnica

czwartek, 2 lipca 2009

Kanaretto i trochę muzyki

Dziś rano jadę do Katowic ognistym rydwanem linii 800. Na przystanku wsiada kanar / kanaretto / controllore, wsiada pierwszymi drzwiami i obwieszcza głośno i wyraźnie:

- Drodzy państwo, macie ostatnią szansę na skasowanie biletów, gdyż za chwilę będę je sprawdzał i już za moment zablokuję kasowniki, ale w sumie macie jeszcze pieruńsko dużo czasu...

Ludzie zdębieli. Nikt się nie rusza, wszyscy patrzą na kanaretto jak na kosmitę. Jako jedna z pierwszych zaczynam się śmiać, choć udaję, że tego nie robię (co przy stu osobach jest trudne do ukrycia). Po chwili śmieje się pół autobusu. Śmieje się też kanaretto. Po chwili sprawdza bilety. Wszyscy uśmiechnięci. Może nawet na trochę zapomnieliśmy o tym, jak jest potwornie duszno.
-----------------------------------
Podrzucam Wam najnowszą EPkę formacji Ladislav "Prędkości, pojazdy i wady". 4 nowe piosenki, świeżo nagrane i wyprodukowane, piękne kawałki, z czego szczególnie urzeka mnie 'Nowy No.2". To świetna, oparta na bardzo udanej melodii piosenka o tym, co nazywamy szczęściem:). Chociaż wszystkie cztery są super... Polecam, do słuchania, do ściągania, legalnie na last.fm. http://www.lastfm.pl/music/Ladislav/Predkosci%2C+pojazdy+i+wady
-----------------------------------
Poza tym miałam dziś raniutko bliskie spotkanie z wampirem. Z wampirią może raczej. Mimo że zostawiła mi tylko jeden ślad, a nie dwa, jak po zębach, nie mam watpliwości. Wampir i tyle. Powinnam iść jutro po cholerne wyniki pieprzonych badań (ja już w sumie czuję, jakie one są), ale pewnie pójdę po weekendzie, żeby sobie jutro nie psuć dnia.
-----------------------------------
Złośnica
ps. wczoraj znów dostałam bukiet róż za obronę;) zaczyna mi się to podobać ;)))