poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Brzydal o Złośnicy ;-)

Haha i tutaj Was zaskoczę, gdyż nie będzie to, tak jak Wam się pewnie wydaje, moja głęboka spowiedź na temat związku z Nią, a po prostu szybki przekaz na temat przejazdu Żłośnicy do kraju makaronu i parmezanu ;-).

Złośnica na lotnisku była koło 4.00 a.m., następnie wsiadła do samolotu, przeleciała trochę kilometrów, odebrała bagaże, przedostała się busem na dworzec, wsiadła do pociągu (nie byle jakiego ;-), podobno całkiem wypasiony i całkiem szybki). Około 17.00 była na miejscu, mieszkanko podobno OK, osobiście czekam na kolejne informacje z pierwszych wycieczek krajoznawczo-orientacyjnych po mieście i okolicy :-).

Pozdrawiam Czytelników w imieniu swoim i Złośnicy zza granicy ;-)

niecałe 3h

zamknęłam walizkę. według moich obliczeń - 17 kilo. pakowanie przeszło dość gładko, choć tak naprawdę jego efekt poznam na miejscu, kiedy okaże się, czy na pewno mam to, co chciałam. dziwny, dziwny dzień. sporo czasu blisko kompa - jak pomyślę, ze za chwilę go zamknę i zostawię na tyle czasu...! albo jak uświadomię sobie, że moja urocza rozdzwoniona komórka nagle zmieni swoje zastosowanie i stanie się przede wszystkim budzikiem...;) popołudnie na zakupach z przyjaciółką. próbowałam odreagować, mierząc różne dziwne ciuchy, ale w końcu spotkanie zakończyłyśmy siedząc gdzieś w aucie, wyjadając palcami krem z ptysiów prosto z pudełek, śmiejąc się głośno i klejąc się później do wszystkiego. wieczorem w domu złapałam złego tripa, pierwszy raz od wielu, wielu tygodni. wymiękłam, pękłam, nie w moim stylu. ale już jest ok. chyba. po prostu za dużo emocji. dużo za dużo. minęła północ. za 3 godziny juz mnie tu nie będzie.

Zostawiam Wam drobiazg do czytania i coś do słuchania. Oba te cudeńka bardzo za mną chodzą.

Do czytania fragment "W krainie jezior" Brodskiego (ten sam kawałek przepisałam do mojego wyjazdowego notesu:) )

Wszystko, com pisał w te dni, nieodmiennie
Musiało kończyć się na wielokropku.
Nie rozpinając ni guzika, sennie
Padałem w pościel. I jeżeli w mroku
odnajdywałem gwiazdę na suficie,
Gwiazda umiała, w myśl reguł ciążenia,
Zbiec po policzku na poduszkę szybciej,
Niż pomyślałem początek życzenia.


Do słuchania KT Tunstall "Universe & U" http://www.youtube.com/watch?v=1NoIqjjEvis z jakąś koszmarną różyczką w tle, ale nie szkodzi. tej piosence nic nie może zaszkodzić.

będę się odzywać. trzymajcie za nas kciuki, za mnie i moją kumpelę. liczę na Wasze pozytywne fluidy;).

to już? mam wyłączyć kompa? chyba powinnam złapać choć godzinę snu, ale nie wiem, co z tego będzie... ostatnią piosenką, któej słucham, jest oczywiście "z biegiem czasu". nie miałam wątpliwości.

buziaki.

Złośnica

piątek, 28 sierpnia 2009

notes

Mój codzienny kalendarz jest za duży. Zapadła decyzja - kalendarz zostaje w Polsce (tym bardziej, że pewnie przywiozę osiem włoskich kalendarzy, bo je uwielbiam). Kupiłam uroczy niewielki notes, dzięki któremu mam zamiar wszystko połapać tak, żeby te puzzle jakoś się ułożyły. Na pierwszej stronie mam kilka najważniejszych maili, bez których się nie obejdę, jak tylko znajdę internet. Dalej numery komórek chłopaków (a może starych dziadków, wiem to?) z biura nieruchomości. Na kolejnych mam rozpisany dokładny plan, według którego chcemy przedostawać się z miejsca na miejsce, m.in. godziny, numery rezerwacji, numer lotu, dane vouchera potrzebne do transferu z Ciampino na Termini, numer pociągu, znów godziny... To samo, po części, w drugą stronę. Teraz mnie oświeciło i spisałam międzynarodowe nazwy leków, które muszę brać (nazwy są urocze i takie "zgrabne", mają po 2, 3 wyrazy, po kilkanaście liter każdy;) ). Oczywiście na papierze wszystko się zgadza. Próbuję odpędzać myśli o tym, że jak się posypie choć jedna godzina, to później poleci już jak domino i trzeba będzie knuć ad hoc. Ale w sumie czemu ma się posypać??

Z rozmowy z przyjaciółką:
ja: Masz dla mnie jakieś rady?
ona: Tak, wyszalej się!
ja: Nie podpuszczaj mnie, RADY!
ona: Hmm, wiesz jak jest... Jeśli cię ktoś będzie zaczepiał, to niech się później sam broni.

Ten tekst chodzi za nami od lat, przypominamy go sobie w sytuacjach kryzysowych i od razu robi się raźniej (tym bardziej, że ona jest teraz gdzieś przy Morzu Północnym, a ja będę nad Zatoką Messyńską - nigdy wcześniej nie byłyśmy tak daleko od siebie!). Tak, niech się sami bronią. Ostatnie trzy miesiące były tak udane, tak rewelacyjne, że teraz też musi być ok, prawda?

Złośnica

A w ogóle to był cudowny dzień... Jakbyście mnie szukali, to jestem gdzieś metr nad ziemią;)

środa, 26 sierpnia 2009

młyn i Turnau

Próbuję przypomnieć sobie, co się ze mną działo przez ostatnie dni. Zupełnie nie pamiętam soboty, nic, zero (poza tym, że przeczytałam "Rzecz o mych smutnych dziwkach"). W niedzielę - Kraków. Leniwa kawa na Placu Nowym. Szybkie i skuteczne polowanie na gwiazdy. W dwa dni przeczytałam "Ciotkę Julię i skrybę" (cudowne, genialne i fantastycznie wciągające, dokładnie tego szukałam). Poniedziałek? Maile do Włoch. Ostatnie ustalenia, chaos, burdel w papierach (nie u mnie, ja mam porządek), pytania, nerwy zalewają mi oczy i już nic nie widzę. Wczoraj miły powrót do spraw redakcyjnych, na mieście przy latte zostałam zalana dziennikarskimi nowościami i sprawami, którymi bardzo chcę być częścią. Gdzieś po drodze odbieram wyniki badań. Patrzę na te cyferki i nic już nie rozumiem, ale nie ma tragedii, całe szczęście. Znów maile. Chyba powinnam znów zacząć brać magnez i wierzyć reklamom, że to uodparnia na stres. Wieczorem siadam z Tatą nad przepysznym Tokajem. Czuję, że tego wieczoru nie da się przejść zupełnie na trzeźwo;). Jak zwykle, nie trzeba mi wiele. O 22 człap, człap do pokoju, bach! na łóżko. Ostatkiem sił włączam najbardziej melodyjne z melodyjnych piosenek, jakie znam i uśmiecham się błogo, zasypiając i przestając myśleć. Dziś w południe doktor, później chwila w domu, walka z dvd z Węgier (part I), później pędem na miasto. Nowi ludzie, nowa redakcja, nowa siedziba. Biuro poselskie, w którym możemy korzystać nawet z pań sekretarek, cokolwiek to znaczy. Burza mózgów, sporo pomysłów, dużo śmiechu. Znów biegiem do domu, na chwilę, później znów gdzieś poza domem, bankomat, który przy mnie skapitulował, kantor, snośnooka kolacja, szybkie zakupy, nie wiem już jaki jest dzień tygodnia i która godzina (ktoś zapytał o godzinę, a ja odpowiedziałam źle). Buty, które noszę od kilku miesięcy, przypomniały sobie, że mnie dotąd nie obtarły, więc zrobiły to dzisiaj. Boli jak jasna cholera, zaciskam zęby. Wtaczam się do domu koło 21, marząc jedynie o prysznicu i jednej tylko piosence, której właśnie słucham czwarty raz. "Może lepiej, że nie zdążyliśmy powiedzieć sobie tych ostatnich słów, bo nieostrożne mogły zawadzić o czas przyszły..."

Złośnica

piątek, 21 sierpnia 2009

tłum

zobaczcie, co Killersi robią z tłumem podczas Day and Age Tour :) wszystkie filmiki z festiwalu T in the Park 2009

Mr Brightside http://www.youtube.com/watch?v=OToB6VezQUY
Joy Ride http://www.youtube.com/watch?v=xccu5B1L4gk
i przede wszystkim All these things that I've done http://www.youtube.com/watch?v=dPpPCJHGF5U piosenka, która mogłaby się nigdy nie kończyć :) I got soul but I'm not a soldier... :)))))))))

W Krakowie bawiłyśmy się całkiem podobnie :)

Godzin bez snu: 38. I jeszcze troszkę.

Złośnica

The Killers w Krakowie - już po

Nie śpię od 27, może 28 godzin. Niedawno wróciłam do domu. Wczoraj nie zdążyłam na pociąg w Katowicach. Zdążyłam w Mysłowicach. W podróży mp3. Killersi. Jadę, słucham i kompletnie nie czuję tego koncertu. Myślę o tym jak o czymś nierealnym, co mnie nie dotyczy. Za dużo w głowie. W Krakowie pędem przez miasto. Później daleko za miasto, autem. Dużo ludzi, rodzina (nie moja), nerwowo. Aby zniknąć i nie przeszkadzać, zajmuję się 18-miesięczną Nataszą, z czego jesteśmy obie zadowolone, i Natasza, i ja. Później do banku, gdzie facet przed nami wpłacał sześć plików po 13 tysięcy euro. A my wpłaciłyśmy 130 zeta;). Później znów rodzina, wielkie pakowanie, niepanowanie nad niczym, ale miny bardzo dzielne.
Wieczór nadszedł bardzo szybko. Czasu tyle, co nic. Nie wiemy, gdzie jechać. Drugi koniec miasta. Mapa, po cimoku, ratunku! Nadal nie czuję koncertu. Przestaję przeklinać dopiero gdy widzę wielką świetlistą łunę na niebie. I równie nagle chcę juz tam być, przejść przez bramki i zobaczyć tę wielką scenę, te światła, tych uśmiechniętych ludzi. I są, są bramki. Wymieniam bilet na materiałową opaskę, którą mocno przytwierdzono mi na nadgarstku. Dostaję smycz i program.


Szybki spacer po terenie festiwalu, później już pod największą, ogromną, przepiękną scenę, na której za niecałą godzinę mieli pojawić się The Killers. Stoimy w zagęszczającym się tłumie i wreszcie przyznaję: czuję, gdzie jestem i przeczuwam, co się święci. Dookoła mnie zniecierpliwiona i spragniona muzyki masa. Wiem, po co tam poszłam.
Wychodzą punktualnie o 23 i zaczyna się szaleństwo. Tłum próbuje poustawiać sie na nowo, swoimi siłami chce ustalić, kto bliżej, kto dalej. My raczej bliżej, może 10 rzędów od barierek, wiec niemal na wyciągnięcie ręki. Początkowo skaczący tłum skutecznie zasłaniał mi uroczego lidera, ale pomagały dwa wielkie telebimy. Udało się nam wyminąć stojących przed nami wysokich facetów i później widziałyśmy już wszystko. Tak to właśnie miało wyglądać: fantastyczna, genialnie grana na żywo muzyka, skakanie, wydzieranie się, chóralne śpiewanie, zabawa, szalenstwo, bez ograniczeń. Muzyka tak głośno, że jej drżenie czuć każdą komórką ciała. Pulsująca ziemia pod nogami, a dookoła ludzie, którzy przyszli tam wszyscy w jednym celu. W tle świetne wizualizacje na wielkim ekranie, chmury dymu. Mija północ, a my wciąż skaczemy, śpiewamy, odreagowujemy, hałasujemy. Muzyczna euforia. Tłum reaguje na artystów, artyści bawią się z tłumem. Jestem w muzycznym niebie i wiem, że nie mogło mnie to ominąć.
Wracamy do domu przed 3 w nocy. Rozmawiamy. Chwalimy i kręcimy z niedowierzaniem głową: czy to się w ogóle działo? Na długo zagrzebuję się w regałach z ksiażkami. Wybieram cztery. W głowie znajome dudnienie, mimo panującej w domu najprawdziwszej ciszy. Rozmawiamy. Mija trzecia, mija czwarta. Zero snu. O 5 nad ranem wyjeżdzamy spod Krakowa. Po 6 jestem w Katowicach. O 7 już jestem na spacerze z psami. Jak pięknie!
Gardło mam kompletnie zdarte, więc teraz próbuję ratować się gorącą herbatą (nie mam innego pomysłu) i słucham Killersów. Zaledwie kilka godzin temu byli tak blisko, widziałam ich miny, widziałam jak szaleją na scenie. Dookoła mnie bawiły się tysiące, tysiące ludzi. Nie chce mi się spać. Coś niesamowitego. Wybaczcie mi ten chaos, ale to tak na teraz, na świeżo... Moich wymarzonych piosenek nie było, ale nie żałuję żadnej z tych, które były. Klasa, wielka wielka klasa.
Jeszcze pewnie będę pisać o tym koncercie. Jeśli ktoś lubi rankingi, to w moim Muzycznym Wydarzeniu Roku 2009 raczej nic nie wyprzedzi koncertu zespołu The Killers w Krakowie.

Nie-śpiąca-Złośnica (ale chyba zaczynam wyglądać jak zombie)

czwartek, 20 sierpnia 2009

the killers

9 rano, właśnie wróciłam z heroicznej wyprawy na badania, po której jestem jak zwykle blada i pokłuta. Nowy wampir ma włosy ognistego koloru. Grrrr...
O 13:30 mam pociąg do Krakowa. Dziś o 23 koncert The Killers, koncert, który chodził mi po głowie od hmm, maja? Wznoszę pokorne modlitwy o "Change your mind" i "Midnight show", o "Enterlude" i "Exitlude" oczywiście;). Nie znam dokładnie ich piosenek w 100%, ale to, co znam, wystarczyło. Dwa dni temu kupiłam karnet festiwalowy i idę z moją drogą krakowską przyjaciółką. Po koncercie w środku nocy nie mam pojęcia, co będziemy robić i jak będziemy się przemieszczać, ale wczesnym rankiem jutro będę znów na Śląsku, mam nadzieję.
Moje ukochane słuchawki do mp3 odmówiły mi dalszej posługi (nad czym ubolewam, bo były świetne), więc za chwilę muszę jeszcze lecieć do sklepu kupić nowe, które przetestuję w pociągu:).
A, załatwiłam wreszcie międzynarodową kartę ubezpieczeniową:). Jestem demonem urzędów;).
Nie mam najbledszego pojęcia, jak sobie poukładać najbliższe dni. Kilka spraw wisi nade mną bezterminowo, a ja nie potrafię ich nijak zaczepić o datę i godzinę. Organizacyjna masakra.

Ale teraz się zbieram, a Wam zostawiam "Midnight show" http://www.youtube.com/watch?v=xnQM_tEsMDo Genialne i z pazurem. Kochani Killersi, błagam, zagrajcie................

Z.

wtorek, 18 sierpnia 2009

płaczę ze śmiechu

Dziś mam dla Was dwa linki, oba z Eski Rock, Poranny WF. Popłakałam się ze śmiechu, znów. Słyszałam oba na żywo w radiu, ale filmiki wymiatają...

1) http://www.eskarock.pl/index.php?page=show_song_eska_rock&also_id=9405 , czyli rytualne spotkania wąsaczy: ambasada Gruzji zaprasza Mateusza Damięckiego i inne znane osobistości;)

2) http://www.eskarock.pl/index.php?page=show_song_eska_rock&also_id=9374 , czyli Dalajlama mówi o stoczni. mój absolutnie ulubiony filmik. to co dzieje się od 1:15 to coś niesamowitego :)) za "nice to meet you" i "sing with me" najchętniej ozłociłabym duet porannego wf-u.

Poranny WF to jeden ze sprawdzonych sposobów na wprawienie się w dobry nastrój od rana. A znam też inne sposoby;). Same się znajdują;).

Przy takich cudach bledną nasze filmiki z Węgier, ale co zrobić... Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do myśli, że są na necie, ale pokrzepia mnie to, że sama decyduję, komu je pokazać;). Mam nadzieję;).

Saluto e accolgo (pozdrawiam i przytulam:)) )

Zzzzzz-a.

niedziela, 16 sierpnia 2009

To i ja się przywitam

Dobry Wieczór,
jak już Złośnica zdążyła zasygnalizować, powróciliśmy do naszego centrum zarządzania światem;). Na początek mała poprawka tego co napisała Złośnica, gdyż podając, że zrobiliśmy 1700 km nie wzięła pod uwagę drogi powrotnej. Po dokładnych obliczeniach wyszło około 2200-2300 km, jakieś pół na pół trasa i kręcenie na miejscu.
W kwestii drogowej jestem pod wrażeniem i w szoku w kwestii poruszania się po Słowacji i Węgrzech, tak jak śmigaliśmy do Hajdu i w okolicach Hajdu, poruszaliśmy się w dużej mierze po autostradach, kultura jazdy, natężenie ruchu, komfort podróżowania nieporównywalnie lepszy niż u nas w kraju ;-/. Co do rozwiązań, jakie nasi sąsiedzi stosują w miastach, to te również ukazują ukłon w stronę kierowców, np. wszelkie minutniki odliczające czas do końca zielonego lub czerwonego światła. Równe, asfaltowe drogi, szerokie pasy, dobre oznakowanie, można by wyliczać w nieskończoność. Ogólnie było git.

Wróćmy jednak do tematu samego wywczasu ;), dojechaliśmy na miejsce w sobotę ledwo po południu, standardowy lans po mieście, rozpoznanie terenu, wspomnienie starych kątów itp.

W niedzielę zaturlaliśmy się w godzinkę z minutami (jakieś 130 km) do Miskolca, tam standardowo zwiedzanie miasta, szwendanie się po wszelkich uliczkach, poszukiwania kościołów, cerkwi, zborów, zabytków, pomników, słowem ciekawych miejsc.

Zaczęliśmy od Placu Elżbiety i bodajże Term Elżbiety (niech mnie Złośnica poprawi jeśli coś pokręciłem), które wg naszego przewodnika z 2001 roku były wtedy w remoncie i są w remoncie do tej pory ;-/, a szkoda, bo to ładne miejsce.


Kolejne kroki po mieście, coraz dalej od głównej ulicy i coraz ładniejsze zakątki, np. taki oto placyk wodny ;-).


I w taki sposób spędziliśmy pierwszy pełny dzień naszego pobytu na Węgrzech.

Kolejny dzień, już powszedni, to wizyta na basenach w Hajdu, zdjęć nie będzie, bo nie :-P, bo nie mamy odpornego na wodę aparatu, jeszcze nie mamy ;-).

W dalszej części naszych drogowych wypraw mieliśmy zaplanowany Debreczyn, drugie co do wielkości miasto w tej części HU albo w ogóle na całych HU. Punkt rozpoznawczy i zbiorczy tutejszej młodzieży różnorakich ugrupowań, to ogromny, rzucający się w oczy z daleka Zbór Kalwiński.


Kolejny dzień, kolejne kilometry, kolejne miasto na naszej trasie. Tym razem Rumunia i Oradea, jakieś 70-80 km od Hajdu, na granicy kontrola dowodów osobistych i zakup winiety (tanioszka, 7 dni za jakieś 3-4 euro). Ogólnie miasto niewyróżniające się na pewno na minus, podobnie jak mieszkańcy. Wszystko, że tak powiem w normie, a wręcz powiedziałbym, za Złośnicą, że na plus można zaliczyć im dobrą komunikatywność w języku angielskim i ładną, monumentalną zabudowę miasta. Ogólnie stereotypy jakie krążą o Rumunii i Rumunach legły w gruzach i dobrze ;-).

Aczkolwiek zauważyliśmy dwie ciekawe rzeczy, a mianowicie, tramwaj widoczny poniżej (jak zabawkowy) i sposób budowy miejsc sakralnych, OD GÓRY, prawdopodobnie dlatego aby ich monumentalność była widoczna jak najszybciej i jak najdalej;).


Po kawce w Oradei, zapuściliśmy się kilka km wgłąb Rumunii, aby dojechać do miasteczka uzdrowiskowo-basenowego. Podobnie jak w Hajdu, kilka basenów, duży park, ławeczki, sklepiki, knajpki, budki z pamiątkami itp. Ponadto górujące ponad wszystkim szare, ogromne hotele z wielkiej płyty, sprawiające wrażenie komunistycznych pozostałości.


Kolejna fotka z Baile Felix, witryna sklepowa miejscowego warzywniaka ;-)


Kościółek w parku


Wyczekiwany przeze mnie Tokaj, kolebka wina. Poza tym to miejsce, gdzie zaczyna się Wielka Nizina Węgierska. Jako że Złośnica jest nietrunkową osobniczką, musiałem ją chwilę namawiać na tę wyprawę, ale udało się i mogliśmy wspólnie podziwiać malownicze winniczki wznoszące się na zboczach górek sąsiadujących z Tokajem. Mnóstwo winniczek, piwniczek, wino wino i jeszcze raz wino, to znaczy Tokaj:).
Kolebka kolebki Tokaju, czyli Piwnice Rakoczych


Tutaj mógłbym zamieszkać, jedyny warunek jest taki aby te beczki w tle zawsze były pełne ;-)


Standardowa procedura, czyli bieganie po miasteczku, potem wizyta w typowej piwniczce, gdzie każde z nas kupiło sobie po buteleczce Tokaju. Dla ciekawskich dodam, że litr takiego wina z piwnicy kształtuje się w granicach 8-10 zł. Uwierzcie na słowo, w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju nie jesteśmy w stanie kupić tak dobrego, aromatycznego i charakterystycznego w smaku, nasiąkniętego drewnianymi beczkami i wilgotnymi piwnicami wina. Niebo w gębie, jak to mówią ;-).

Zakup Tokaju: wilgotno, ciemno, zimno, wino uwielbia takie warunki :-)


Dalszy ciąg lansu po Tokaju, podczas którego natknęliśmy się na taki oto widok (jako że tegoroczna wyprawa upływała w rytm scen i tekstów z Borata, to nie byliśmy sobą, gdybyśmy nie uwiecznili miejscowego DiskoDens)


Obok DiskoDensu, Synagoga, w przeterminowanym przewodniku twierdzono, że jest to budynek zniszczony i opuszczony, natomiast naszym oczom ukazała się piękna, odremontowana budowla zaadaptowana pod salę koncertową, w której próby na fortepianie odbywał jakiś około 15 letni chłopak.


Nie ma piwniczek bez winniczek :-)


Kolejne miasto na naszej trasie to Nyiregyhaza, w przewodniku jawiła się jako wyjątkowo czyste miasto o zabudowie eklektycznej. Począwszy od zabytkowych kamieniczek sprzed wieków, skończywszy na komunistycznych blokach z wielkiej płyty. I standardowo bardzo dużo kościołów i bardzo dużo wodotrysków oraz fontann.


Sztuka współczesna jak sądzę ;-)


Jak wiecie, nie byłoby tego bloga i moich fotek bez zdjęć kontrowersyjnych i dziwnych. Aczkolwiek tutaj oddaje pokłony Złośnicy, gdyż to Ona pierwsza wypatrzyła swym sokolim wzrokiem taki oto napis na witrynie sklepowej. Co to znaczy, nie mam pojęcia :-)


Na koniec, Panzio z Hajduszoboszlo. Taki oto domek z pokojami na wynajem stoi sobie w tym turystycznym mieście :-) Najbrzydszy na świecie... Jest taki blog, gdzie ktoś wstawia koszmary architektury, planujemy to tam wysłać.



To tyle ode mnie, młoda operatorka filmowa Złośnica pewnie wrzuci jeszcze niedługo jakąś kompilację naszych kamerowych poczynań :-). Choć nie wyobrażajcie sobie za wiele, tradycyjnego filmu z nudnymi zabytkami, muzeami i innymi pierdołami na pewno tam nie zobaczycie :-). Zresztą próbkę możliwości macie w Jej poście.

Pozdrawiam
ByRZyDaL

filmik z Węgier

video
zwykle przywoziłam z każdego wyjazdu kilkaset zdjęć, bo jestem typem nie wypuszczającym z ręki aparatu. ten wyjazd był przełomowy, bo aparat często zostawał w pokoju, a ja z ręki nie wypuszczałam kamery. nagrywaliśmy różne głupoty, komentarze, historie, wymyślone historie, informacje z przewodnika, wejścia na żywo dla rozmaitych telewizji (tvp1, tvn28, trwam, nie-trwam, nie-do-trwam), były też relacje i filmy drogi. mam na kompie prawie 300 krótkich, kilku- i kilkunastosekundowych filmików, które muszę przejrzeć i część wrzucić na net. ale nie tutaj, bo tutaj, to wiadomo, jakie panują zasady... ;) za to założyłam sobie prywatną galerię na picasaweb, wrzuciłam tam trochę zdjęć z Węgier (i nie tylko), linka do tejże galerii roześlę tym, którzy zechcą (jak coś, to się upomnijcie;) ). umieściłam tam też pierwszy z naszych filmików, wszystko działa, jestem bardzo zdolna;). w kazdym razie zdjęcia robił przede wszystkim Brzydal. ja odkryłam w sobie wrodzone zdolności do występowania przed kamerą;))))). szczególnie do improwizacji i gadania głupot płynną polszczyzną:P.
nie bardzo wiem, co napisać Wam o tym wyjeździe... zrobiliśmy z 1700 km, z czego 700 kręcąc się po północnych i wschodnich terenach Węgier. Byliśmy w najważniejszych dużych miastach i najbardziej uroczych małych miasteczkach. Byliśmy też w Rumunii, co mnie bardzo cieszy. i bardzo zdziwiło mnie, że Rumuni 1. świetnie mówią po angielsku, czego na pewno nie można powiedzieć o niekumatych Węgrach, 2. są bladzi jak Polacy, a ja, blada słowianka, byłam przy nich śniada;). Piliśmy wino i mleko smakowe, wszystko z umiarem. Pływaliśmy w jaskiniach i w falach, chodziliśmy po 15 km dziennie i padaliśmy ze zmęczenia na kilka nocnych godzin, żeby kolejnego dnia z nosem w przewodniku znów oddalić o 100, 150 km, szukać synagog, zborów, ulic, zakątków, słuchać miejscowego radia, przeliczać dziwne pieniądze, próbować się dogadać kupując kawę i kręcąc filmiki... Ostatnia noc była cudowna, Brzydal padł po 22, a ja na TVP Kultura (jedyny polski kanał:) ), mając za towarzyszy jedynie półsłodki tokaj i melona, oglądałam cudowny węgierski film o tragicznych wydarzeniach '56 roku w Budapeszcie. Historia najazdu ZSRR na stolicę przeplatana była igrzyskami olimpijskimi w Melbern, gdzie węgierska drużyna waterpolo grała o złoto właśnie z ZSRR... Niesamowity film, zarwałam kawał nocy, ale byłam zachwycona:)...
dziś nie robiłam nic poważnego, tylko walczyłam z tą internetową galerią i słuchałam Nohavicy (Brzydal nie chciał go słuchać w pokoju, więc musiałam ustąpić, za to słucham teraz do oporu:) ). Jutro wraca sprawa Włoch, wiadomości, które przyszły i tych, które nie przyszły. Ubezpieczenia, którego wciąż nie mam, choć przyszły już od księgowych moje papiery. W czwartek wieczorem wybieram się na koncert The Killers, mam nadzieję że wrócę na Śląsk w piątek nad ranem:).
Buziaki
Złośnica

sobota, 15 sierpnia 2009

hołm

melduję się z własnego pokoju. jestem znów do Waszej dyspozycji pod telefonem milion godzin na dobę. odezwę się tu jeszcze później, teraz muszę się trochę pozbierać. ale wszystko ok... uwierzycie, ze w ciągu tego tygodnia mój telefon nie dzwonił ani razu;)? ale juz jestem. wracam do normalnego świata. buziaki.

piątek, 7 sierpnia 2009

To ja też się wobec tego pakować zaczynam ;-)

To już moja mała świecka tradycja jest, że pakuję się w przeddzień wyjazdu około 21.00 - 22.00 po czym idę spać ;-). Złośnica chwaliła się nowym nabytkiem, natomiast ja muszę się pochwalić, że takiego bardziej męskiego multitoola mam już od dawna, który nie raz, nie dwa z opresji mnie ratował ;-). Raz nawet pamiętam, jak na uczelni naprawiałem nim mojego zabytkowego "laptoka" ;-). Do tego sprzętu w samochodzie wożę zawsze małego Gerlacha (taka pamiątka po dziadku), nóż, trochę sfatygowane nożyczki, korkociąg, pilniczek ;-). Prócz tego mam w aucie parę szpargałów pozwalających na przetrwanie w drodze i ogólnie na wyjeździe ;-).



Przepraszam za jakość zdjęcia ale na szybko phonem robiłem ;-). Także z tym oto narzędziem nie zginiemy, bo ma kilka śrubokrętów, nóż do chleba, dwa pilniki, piłkę do drewna, cążki do drutu, dłutko, otwieracz do butelek, puszek, świderek do wiercenia otworów. Ale ale, nie ma korkociągu :-(.

Pozdrawiam

BrŻyDaL

czwartek piątek sobota

Dużo myśli, dużo do zrobienia, za mało snu. Trochę tak, jakbym miała coś odegrać, po kolei, ale nie mam scenariusza, więc nieco się gubię. Wczoraj zgarnęła mnie fala kompletnej radości i wiary we własne szczęście:). I w sumie tylko to powinno się liczyć. Do pionu po paru godzinach przywołał mnie jednak mail z Reggio. Nie dość, że był długaśny i ledwie zrozumiały, miał jeszcze 3 załączniki: dwa dodatkowe formularze do wypełnienia i odesłania (nawet chcieli moją fotkę dyplomową, hmm) oraz siedmiostronicowy dokument o warunkach zawarcia umowy dotyczącej mieszkania. Chyba - bo przy drugiej stronie skapitulowałam i nie udało mi się drania przetłumaczyć, więc wciąż z głową w chmurach odłożyłam to na później i zajęłam się słuchaniem muzyki (słuchanie się przeciągnęło, zarwałam pół nocy, ale warto było). Do dokumentów wróciłam dziś wcześnie rano, siedziałyśmy nad tym z kumpelą, męcząc się i dumając, wysłałyśmy cholernie kosztowny przelew i naszło nas mnóstwo wątpliwości natury organizacyjnej. Kumpela stwierdziła, że zaczyna się bać. Wahałam się, czy powiedzieć jej, że ja boję się już od 2 tygodni;). Wysłałam maila do naszego opiekuna, Guido. Biedak, dostał już ode mnie sporo maili, wszystko łamaną włoszczyzną;), ale jest cierpliwy, kiedy ja non capisco tutto. Żeby czuć się pewniej w Kalabrii, kilka dni temu sprowadziłam sobie najnowszego Victorinoxa, z pięknej, jubileuszowej serii. Mam w nim to, co chciałam, czyli dwa noże, nożyczki, jakieś otwieracze i korkociąg (lepiej mieć niż nie mieć, nawet jeśli pije sie bardzo rzadko, i to kolorowe drinki z palemką...;)) ).

I tak kochani, czekam na maila od Guido, pracownika Uniwersytetu, faceta który jest dla mnie w zupełnie nieokreślonym wieku. Początkowo był wobec mnie szalenie oficjalny, pisał do mnie "Szanowna Panno" (po włosku Gentile Signorina, jak pięknie;)), załączał ukłony i wszystkie inne cuda z poważaniem. Tymczasem ja prawie nie znam włoskiej oficjalnej formy grzecznościowej, więc od razu, zmuszona sytuacją, pisałam do niego jak do starego kumpla;). Pewnie zdębiał. Czekam na maila, choć nie wiem, czy się doczekam, bo Guido kilka dni temu poinformował mnie, ze wyjeżdża na wakacje (buon ferie!), więc teraz muszę sama męczyć się z biurem nieruchomości (piszą do mnie Orlando e Domenico, czy tam nie ma kobiet?) i tym, że nagle podali mi adres jakiegoś innego mieszkania (!!!). Chciałabym po prostu rozumieć, nic więcej. I mieć pewność, że moja kasa poszła tam, gdzie trzeba. I że nie będę musiała spać na plaży i wyć do księżyca, tęskniąc za Śląskiem, własnym kotem i teatrem.

OGŁOSZENIA PARAFIALNE

Jutro z rana wyjeżdżamy do krainy wina i papryki (czyżby mój nowy korkociąg miał się przydać? Może nauczę się go obsługiwać;) ). Jeśli znajdę jakiś net, to może się odezwę, a jak nie, to zapraszam za jakiś czas, niedługo. Nie wstawiam żadnych zdjęć z procesu pakowania torby - uznałam, że byłoby to zbyt drastyczne;). Do jutrzejszego wyjazdu podchodzę na wielkim luzie (i nieprzytomna po zarwanej nocce), bo wszystkie tegoroczne stresy wyjazdowe kumulują mi się wokół 31 sierpnia.

Tego czwartku nigdy nie zapomnę, o piątku na pewno zapomnę już za kilka dni, a o sobocie? To się okaże:).

Za nakręcenie licznika bloga do 7 tysięcy odsłon serdecznie dziękuję,

z poważaniem, ukłonami, bisami i saluto cordialmente,

Gentile Signorina Złośnica

czwartek, 6 sierpnia 2009

:)

:)
:)
:)


ciiicho... słucham. ♪♪♪♫♫♫♪♪♪

:)

Z.

środa, 5 sierpnia 2009

kilka dni - skrót

Pusty dom był całkiem przyjemny. Byłaby cisza i spokój, gdyby nie to, że ja w nim byłam. "Kontrolerzy" na DVD. "Billy Elliot" na BBC. Old Time Radio w głośnikach. Woody Allen, papierowy, a nie na ekranie. Psy padnięte obok kanapy, kot całymi dniami pod krzakiem. Upalne spacery i tłum istot w moim łózku (nikt się nie wyspał). Później Urząd Pracy. NFZ. Księgowa. Jedna, druga i trzecia. Piętrzące się papiery i moja niepewność, czy jestem tam klientem, czy petentem. Rower, orbitrek, poczta, zakupy, Katowice, PZMOT, kantor. Nowa ksiązka do włoskiego i odmiana 120 czasowników (na tarasie - z przyjemnością). Leki, rozmowy, telefony, smsy. Adrenalina, która podobno osadza się w mięśniach - dlatego po nerwach i stresach najłatwiej jest odreagować przez podniesienie pulsu o ponad 100% (ha, pamięta ktoś że rok temu o tej porze roku budząc się rano miałam puls 160? Phi;) ). Jedni szaleją na rowerze, inni nurkują:

Dzieje się. W głowie niezły bałagan. Ale dajcie mi chwilę, a na pewno się ogarnę.


Złośnica

sobota, 1 sierpnia 2009

"Słowa" - znów... :)

Zawahałam się nad tytułem posta. Gdybym znów napisała coś konkretnego (co - kto - gdzie - kiedy), pewnie google kolejny raz by mnie gdzieś skatalogowały, nawet nie pytając mnie o zgodę, baaa, nawet o zdanie;). Zresztą i tak większość odwiedzających świetnie wie, co i kto mruczał na scenie.
W Magazynie Ciekłego Powietrza wczorajszy wieczór upłynął koncertowo. Klimatyczne miejsce, mnóstwo ludzi, świetni muzycy, fantastyczne "Słowa". Znam te piosenki coraz lepiej, wyłapuję w nich różne smaczki, zmiany, ulotne nastroje. Bardzo odpowiada mi ten typ emocji, który dostarczają takie wieczory jak wczorajszy.
Udało mi się 1. nie zepsuć kamery, 2. nie wywrócić statywu, 3. tak wymieniać płyty i baterię, żeby stracić jak najmniej materiału, 4. spędzić miło czas z dwoma uroczymi chłopakami z Chorzowa, 5. nie wyjść na głupka;). Sukces;). Chociaż... przejrzałam te nagrania i widziałam, że nie ustrzegłam się przed pewnym strasznym błędem. A najgorsze jest to, że mimo że wiem, co jest nie tak, mając tę wiedzę i tak nie umiałabym temu zaradzić. Grrrr.
W nocy zaczęłam zrzucać nagrania, ale po pierwszej padłam. Wróciłam do tego przed 8, psy zbudziły mnie zaniepokojone pustym domem. Będę teraz kilka dni zupełnie sama w tym wielkim domu, więc mam dla siebie mnóstwo czasu i przestrzeni. Muszę tylko pamiętać o tym, żeby nie zagłodzić zwierzaków i podlewać wielki kolorowy ogród mojej mamy (pod groźbą kary śmierci nie mogę ususzyć żadnego krzaczka ani kwiatka).

Słowa za mną chodzą. To znaczy "Słowa".
Złośnica