środa, 30 września 2009

Reggio Calabria -> Śląsk

Ostatnia noc w Reggio była fantastyczna. Kolacja z dziewczynami, później ostatni spacer z kolegami. Rapowali dla nas nad morzem, robiliśmy fotki i gadaliśmy, gadaliśmy... Musieliśmy wyjaśnić sobie pewne sprawy, coś dodać, coś innego skreślić. Kolejna noc zarwana. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przespałam noc normalnie, powiedzmy od północy do 7 rano... We wtorek od rana stresowała mnie podróż. Ostatnie szybkie zakupy, pakowanie, wyrzucanie, próby ustalenia, co dalej, gdzie, kiedy, o której. Obie miałyśmy po 30 kilo bagażu. Idąc na dworzec centralny przez miasto śmiałyśmy się, że to dopiero początek, a my już mamy dość. Podjechał piękny Eurostar. W środku elegancko, wygodnie, cieszymy się, że wyśpimy się na ruchomych obszernych fotelach, skoro nie wiemy, jak spędzimy noc. Ale cieszymy się tylko chwilę. Obok siada rodzina z małym, moze sześcioletnim, rozwydrzonym gremlinem, przez którego 7 godzin podróży do Rzymu minęło nam bez snu. Jesteśmy znużone, podłamane, zmęczone. Przed północą z Termini przeganiają nas ochroniarze. Jeden z największych dworców w Europie zamiera na noc. Wychodzimy na dwór. Czuję się w centrum Rzymu jak na głębokiej prowincji - niemal nie ma ludzi, wszystko pozamykane, knajpki nieczynne, a my ze wszystkimi ciężkimi betami i wizją spędzenia na mieście pięciu godzin. Nasz zapłacony już dawno autobus na lotnisko odjeżdża dopiero o 5.30. Nie wiemy, co robić. Stoimy na przystanku i czekamy na ostatni pulman z Ciampino, żeby pogadać z kierowcą. Nagle podchodzi do nas chłopak ze sporym plecakiem i pięknym włoskim pyta, czy będzie teraz autobus. Na orario widać jak byk, że pierwszy odjeżdża o 4.30, więc nasza obecność na przystanku dla niego jest dość dziwna. Kiedy zaczęłam tłumaczyć, chłopak zaproponował rozmowę po angielsku. Odetchnęłam z ulgą. Po miesiącu z Luisem z Ekwadoru mój angielski ma się świetnie. Chłopak, który do nas podszedł, ma na imię Jose i jest Hiszpanem. Podobnie jak my, przyjechał ostatnim pociągiem i chce się dostać na lotnisko, ale to w Rzymie o północy niemal niemożliwe. Po krótkiej rozmowie z kierowcą pulmana decydujemy się na taksówkę. Dzielimy kwotę na 3 osoby i jest nieźle. Jose mówi, ze hala odlotów jest nieczynna, ale hala przylotów jest otwarta całą dobę. Koło północy wchodzimy do środka. Wygląda równie atrakcyjnie, jak dworzec PKS w Katowicach na ulicy Skargi. Pod ścianami leżą kolorowe zawiniątka - śpiący ludzie w śpiworach, na ręcznikach, na dywanikach do modlitwy albo po prostu na ziemi z plecakami pod głowami. Jose mówi: wybierzcie sobie łóżko;). Miał na myśli, żebyśmy wybrały jakiś kąt na spędzenie tych kilku godzin. W rogu kładę moją walizkę w kwiatki, siadam na ręczniku plażowym, pod głowę biorę plecak, na ramię torebkę z dokumentami. Rozmawiamy z Jose o Islamie, o którym wie bardzo duzo. Pytam go o to wszystko, o co bałam się zapytać dość wrazliwych na tym punkcie Marokańczyków. Nie czuję, kiedy mija godzina, może dwie. Później Jose idzie spać, po prostu się kładzie i śpi. Ja dmucham swoją różową poduszkę i czuję się całkiem nieźle, drzemiąc na podłodze starego terminalu lotniska Ciampino, jak czasem się widzi na filmach. O 4.30 zawiniątka budzą się i idą do terminalu odlotów. Wreszcie otwierają drzwi. W środku jest chłodniej, niż na zewnątrz. Trzęsę się z zimna, chociaz mam na sobie juz wszystkie ciepłe ciuchy. Ręce i nogi powoli odmawiają mi już posłuszeństwa, siadam gdzieś na ławce i głowa sama opada na stojącą przede mną walizkę. Mija kilka chwil, przetacza się przede mną kilkaset osób. Później ratujemy się cappuccino. Jest lepiej, pewną ręką trzymam ciepły kubek, biorę lekarstwa i wracam do żywych. Odprawa bagazu, leniwy spacer po sklepach w strefie bezcłowej. Boarding mamy o 8 rano. Nagle kumpela mówi: "wiesz, ze spędziłyśmy na lotnisku ponad 8 godzin?" Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie wiem. Jose w innej kolejce, leci do Stambułu przez Frankfurt. To takie proste, po prostu zacząć rozmawiać z kompletnie obcym człowiekiem. Cudowne. Robi się ciepło. Na płycie lotniska ostatni raz wystawiam twarz do słońca i czuję, że pękam. Lepiej nie pisać, co przeszłam w samolocie z własnymi myślami i w jak skrajne emocje wpadałam. Nałożyło się to potworne zmęczenie, uczucia, pojedyncze słowa, bardzo świeże wspomnienia, obawy. Wszystko razem, symultanicznie, aż zabrakło mi chusteczek i siły. Jak w tej Polsce zimno! Jestem w szoku, gdy widzę ozłocone jesienią znajome ulice. W domu z niedowierzaniem biorę do rąk kasztany. Dostałam piękny bukiet ze słonecznikiem. Opowiadam chaotycznie, wyciągam drobiazgi z walizki. Szukam siebie we własnych historiach, ale widzę przede wszystkim innych. Niemal doba w podróży, a raczej w powrocie z podróży życia.
Przeżyłam coś cudownego, coś absolutnie genialnego i fantastycznego. Ale teraz o tym nie będę pisać, bo jestem potwornie zmęczona i wydaje mi się, ze obojętnie, co napiszę, i tak będzie banalne. Ale chciałam napisać Wam, jak wyglądała ta powrotna podróż ze świata migdałów, sycylijskiej Medusy, nauki w międzynarodowym towarzystwie... A, zapomniałabym. Mój egzamin całkiem nieźle:). Jestem zadowolona ze wszystkich swoich wyników:). Udało się. Po prostu się udało.

Od jutra zabieram się za zdjęcia. Dziś tylko na szybko wybrany zachód słońca nad Sycylią. Będę Was nękać moim wyjazdem przez najblizsze dni, na pewno.

Pozdrawiam
ekstremalnie zmęczona złośnica, nie wiadomo jak długo bez snu

poniedziałek, 28 września 2009

ostatni post

ostatni raz jestem w tej kafejce, ktora w ciagu tego miesiaca stala sie tu dla mnie bardzo waznym miejscem. z tego powodu, ze dzieki niej mialam kontakt ze swiatem, ktory zostawilam 2700km na polnoc stad, ale tez z tego powodu, ze znalazlam tu najfajniejszego czlowieka, jakiego poznalam w ciagu ostatnich lat. i teraz siedze jak ten ciolek, pisze ostatniego posta i tak mi zle, ze sobie nawet nie wyobrazacie. od 3 dni zbiera mi sie na placz. grrrrr..... a rano pisalysmy egzamin. nie bylo to latwe, bo wrocilysmy do domu przed 3 w nocy, a wczoraj nie mialysmy wiele czasu zeby sie uczyc. dokladne wyniki sa jutro, ale widzialam dzisiaj te moje papiery, nie ma tragedii, ale jest tez raczej bez fajerwerkow;)). doskonale wiem, co umiem, a czego jeszcze nie. pronomi diretti i indiretti pewnie beda mi sie snic po nocach. jestem zalamana, ze jak wroce do kraju, to nadal bede myslec po wlosku, bede chciala gadac po wlosku, a nie bede miala z kim. nie bedzie codziennej kawy o 13 w jednej i tej samej knajpie, nie bedzie nocnych spacerow po lungomare, nie bedzie zajec z pescecane. nie bedzie brazylijki, wegierki, litwinki, marokanczyka, ekwadorczyka. cos strasznego. cos naprawde straszliwego.
od jutra od 16 jestem w podrozy. jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, bede w domu w srode wczesnym popoludniem. trzymajcie kciuki, bo nieco sie stresuje. tyle godzin z tymi wszystkimi bagazami, znow dokumenty, papiery, rozklady jazdy, kontrolerzy i kolejna noc bez snu, kompletnie bez snu. muzyka, ksiazka i chusteczki.
potwornie trudno bedzie mi stad teraz wyjsc. wymiekam w takich sytuacjach. wieczorem idziemy z dziewczynami na miasto, na jakas kolacje i chyba tez do kina. a pozniej nie wiem. moze znow ktos zarwie nasza noc, a ja nie bede miala nic przeciwko.
trzymajcie kciuki, zebym faktycznie byla w domu w srode popoludniu. odezwe sie juz z domu.
chodzi za mna tylko jedno pytanie: co ja ze soba zrobie...........?

zlosnica

piątek, 25 września 2009

ostatnie zajecia

dzis byly nasze ostatnie zajecia. atmosfera grobowa. pozniej, jak codzien, kawa w ulubionej knajpie. nastroj jak na stypie. wszystkim smutno. nie wiemy w sumie, co mowic, jak sie zachowywac. zzylismy sie potwornie. jedni wiec mowia, jak bardzo bedzie im nas brakowalo, a inni nie mowia nic (ja na przyklad nie mowie nic). pozniej mialysmy sie uczyc popoludniu, ale ciagle mamy sobie w pokoju tyle do powiedzenia, tyle do przegadania, ze nic z tego nie wyszlo. teraz znalazlysmy sobie na necie pociag powrotny... nie pada, jest ciepelko. w poniedzialek piszemy egzamin, boje sie strasznie. to co robilismy przez ostatnie 3 dni to dla mnie jakas zupelna masakra i czarna magia. a propos magii, wczoraj na konwersacjach opowiadalam o wrozce, ktora mieszka w jednym z naszych gopowych miast, mieszka z psami i kurami i gada bzdury. grupa sie usmiala, a profesorka powiedziala, ze dobrze jest miec w poblizu taka "maga buon mercato" - czyli tania, niedroga;). poplakalam sie ze smiechu. to dobry znak, kiedy potrafi sie juz zartowac w obcym jezyku. poza tym nasza impreza u litwinki byla cudowna, nie pamietam czy juz o tym pisalam. moze za jakis czas opisze dokladnie kto byl, co sie dzialo, ale byla kulturka, naprawde. zafascynowali roznorodnoscia, przegadalismy caly wieczor i pol nocy w kilkanascie osob z 10 krajow. pozniej moja grupa sie zmyla, bo bylo pozno, kolejnego dnia zajecia... a chwile po naszym wyjsciu przyjechala policja, do niemal juz pustego i cichego mieszkania. a naprawde bylismy grzeczni. hmmm. we wtorek pozegnalna impreza u brazylijki. bede plakac i pewnie pic wino, bo co robic innego. a wczoraj koledzy z maroka zabrali nas na wycieczke w gory do miejscowosci, ktora jest potwornie wysoko, zima pada snieg, sa wyciagi narciarskie, sklepy z nartami, cieple swetry, co za egzotyka tu w tym zakatku na samym poludniu! wdrapalismy sie na stok, z ktorego bylo widac kawal morza, sycylie... wyobrazacie sobie, ze zima jade na snowboard, a ze szczytu gory patrze na morze? cos niesamowitego. ci koledzy sa bardzo uczynni i mili. ich tez bedzie mi brakowac, ehhh...
dobra, ide. i tak juz nikt tu nie przychodzi i nie czyta moich pierdol pisanych bez polskich znakow. nie czytacie, nie komentujecie, a ja tutaj sobie a muzom;))...
buziaki
zlosnicowa (ale bardzo lagodna, przyjazna i prospolecznie nastawiona, jak nigdy wczesniej. wiem juz czemu sie mowi ze podoroze ksztalca;))) )

wtorek, 22 września 2009

wtorek

ciao, jestem znow na necie, kumpela potrzebowala wpasc do kafejki i oczywiscie jestesmy razem. to jedno z naszych ulubionych miejsc tutaj. kafejki internetowe maja swoj klimat, ludzie z kilku czy kilkunastu krajow scisnieci w malym pomieszczeniu, kazdy ze swoim malym, skondensowanym do rozmiarow procesora swiatem. slysze dookola tyle jezykow, ze juz przestalam je rozrozniac.
u nas ok, choc na zajeciach zagadnienia zrobily sie nagle potwornie trudne. siedze, dumam, myle sie, wpadam w jakies schematy zamiast myslec na biezaco. ale po kawie w przerwie zawsze mam juz swiezy umysl. powoli zaczyna mi sie organizm upominac o kawalek zdrowego snu, o kilkanascie godzin normalnego zycia. zamiast zmiejszac dawki lekow, czasem biore podwojne, ale o tym cichosza... wychodzimy rano na zajecia, pozniej jedna kawa w przerwie, druga kawa po zajeciach, gadanie, rozmowy, spacery, w domu jakis szybki obiad (pesto nigdy mi sie nie znudzi), pozniej nauka, znow miasto, znow znajomi, znow gadanie... wczoraj znalazla sie nasza kolezanka z mieszkania, ktora zniknela na 3 noce. na szczescie jest cala i zdrowa. zastanawialysmy sie juz, czy umiemy po wlosku opisac ja tak, zeby stworzyc portret pamieciowy, masakra. a wieczorem idziemy do naszej litwinki, bo przyjechali do niej znajomi z anglii, chcemy ich poznac, wiec wieksza grupa wbijamy do niej do mieszkania. planow na jutro poki co nie mamy. jak zwykle po zajeciach pojdziemy pewnie do naszej ulubionej knajpy przy teatrze. nasz universita jest od razu przy teatrze, wiec na pyszna cafe latte mamy rzut beretem. teatr niestety w remoncie, nawet zajrzec nie moge. potwornie brakuje mi teatru, potworrrrrnie. i w ogole brakuje mi teatralnych wiesci. jak pomysle ze tam teraz na slasku moze cos sie juz dzieje, teatry budza sie po wakacjach, wypuszczaja repertuary i robia rezerwacje na spektakle, to mi jakos tak pusto.
fotek oczywiscie mam mnostwo, juz teraz ok. 1000, z czego zostanie pewnie polowa, z czego moze 100 wrzuce na picaseweb, jak przypomne sobie haslo, bo oczywiscie nie pamietam. a i na bloga bede wrzucac jakies widoczki, ale to juz wszystko w polsce... nawet nie mam czego cenzurowac w tych zdjeciach, wiec nie bedziecie musieli dlugo czekac.
wypadaloby zainteresowac sie nasza droga powrotna. nie mam pojecia, o ktorej mamy pociag. juz za tydzien czeka nas dziwaczna noc nie wiadomo gdzie. na dworcu? w watykanie? na lotnisku? niee, na lotnisku nie, bo transfer mamy dopiero o 5 rano. pomysle o tym jutro. albo pojutrze.
nie wybieramy sie juz nigdzie daleko, pogoda jest niepewna, kasa sie nam mocno skurczyla, nauki bardzo bardzo duzo, czasu coraz mniej. moze ktoregos dnia jeszcze raz skoczymy na sycylie, ale to nic pewnego. tymczasem lecimy na zakupy, bo trzeba kupic jakies glupoty na wieczor dla miedzynarodowego towarzystwa. w zyciu nie gadalam z prawdziwym londynczykiem. ale wiecie co? wczoraj dwa razy rozmawialam przez telefon po wlosku, mimo ze moglam rozmawiac po angielsku. zorientowalam sie juz po obu tych rozmowach:).
trzymajcie sie cieplo, pozdrawiam z jesiennego reggio.
zlosnica

sobota, 19 września 2009

slonce

"dopiero slonce przywrocilo nam dobry humor. mozna powiedziec, ze slonce jest czesto wielka zolta pigulka od niebianskich psychiatrow, ktora rozpedza smutek i wytwarza rozowy nastroj. slonce dziala niekiedy skuteczniej niz szwajcarskie proszki noveril czy amerykanskie aventyl hci. slonce jest takze zoltym recznikiem frotte, ktory nas samoczynnie wyciera do sucha. slonce rowniez dostaje sie nam do krwi, by ogrzac nasze serca, kiedy sa zimne jak psi nochal" (Ota Pavel)

taki cytat na poczatek posta, z cudownej ksiazki ktora skonczylam czytac kilka dni temu. dzis jeszcze jest cieplo, ale slonce ostatni raz widzialam wczoraj popoludniu. zobaczylam dzis prognoze pogody na najblizszy tydzien i mocno sie strapilam. potrzebuje slonca, bardzo. ale nie marudze, poki nie pada. wczoraj profilaktycznie kupilam wielki parasol, caly w urocze kolorowe paski. wczoraj pierwszy raz widzialam z Reggio Etne. wczesniej przez te prawie 3 tygodnie przejrzystosc powietrza byla niezla, ale wuklanu nie bylo widac. wczoraj poszlysmy na pyszne lody niedaleko stacji Lido, do Cezara (najlepsze lody w miescie, migdalowe, miodowe, cynamonowe, paradiso...), idziemy nabrzezem i nagle zaatakowal mnie wuklan. stanelam jak wryta, przeciez od poczatku miesiaca go tam nie bylo!;) super.

wczoraj w ogole byl fantastyczny dzien. na zajeciach super, pozniej gotowalysmy obiad dla naszych wspolmieszkancow, luis przyniosl wino (dwudziestoletni lokaty romantyk) i obiad przeciagnal sie na 2 godziny gadania, sluchania muzyki, zderzen kulturowych polsko - kazachsko - ekwadorskich. cudownie. wieczorem z wegierka i litwinka poszlysmy do ogromnego mieszkania naszej brazylijki, ktora ugotowala dla nas jakies poludniowoamerykanskie cuda, byl jeszcze jeden swietny polak, z ta ekipa jakos szybko oproznily sie 4 butelki wina, a pozniej przed polnoca dwoch znajomych wlochow zabralo nas autkami na drugi koniec miasta do najbardziej wybajerzonego klubu, w jakim w zyciu bylam. wejscie tylko na zaproszenia, nie wiem jakim cudem dostalam do reki zaproszenie z nazwiskiem jakiejs obcej babki. taras na plazy, swietna muzyka na zywo i kolorowe drinki. bawilismy sie do 3.30, pozniej pol godziny naklanialismy brazylijke, ze juz czas jechac do domu. przemily giuseppe odwiozl mnie i kumpele pod same drzwi, niesamowity dzien, bardzo udana noc. dzis wstalysmy wreszcie o innej porze, niz 7 (jak chodzimy w tygodniu na uczelnie, to wstajemy o 7, dramat), zjadlysmy pozne sniadanie i zabralysmy sie za nauke. teraz kafejka i mnostwo marokanczykow, ktorzy mowia, ze mam takie piekne oczy (i chyba nic wiecej nie potrafia powiedziec po wlosku, a ja z wdziecznoscia i udawana naiwnoscia prezentuje trzepot rzes...). a teraz idziemy na miasto troche odreagowac, bo obie na necie nie znalazlysmy tego, co bysmy chcialy i musimy ratowac nadszarpniete nastroje. slonce rowniez dostaje sie nam do krwi, by ogrzac nasze serca, kiedy sa zimne jak psi nochal.
pozdrawiam cieplo
signiorina zlosnica

czwartek, 17 września 2009

znow czwartek

znow czwartek, jak to mozliwe?? aaa... dzialo sie sporo w tym tygodniu, a ja tak malo teraz pamietam... tez dlatego, ze mam malo czasu na necie, jak zawsze. ale sprobuje... bylo tu swieto, wielka procesja z wielkim obrazem madonny, na ulice na 4 dni wylegli wszyscy mieszkancy, mnostwo kolorow, muzyki, folkloru, koncertow, imprez na ulicach. bylam na procesji i oczywiscie bylam pod wielkim wrazeniem. kazde miasto ma tu swego swietego patrona, a swieto tego patrona to najwazniejsze swieto calego regionu. super. w sobote bylismy na swietnej wycieczce, Katania, Etna i Taormina. Katania monumentalna i przykopcona wuklanem. Etna - jak na ksiezycu. Taormina - piekna, przytulna architektoniczna romantyczna perelka. w niedziele bylismy znow na sycylii, w palermo. jak zobaczylam w srodku teatro massimo, to umarlam ze szczescia, padlam, cos absolutnie genialnego, meraviglioso!!! a katakumby z mumiami 8 tysiecy kapucynow, aaa... bylam oszolomiona miastem i tym, co tam zobaczylam. pozniej Monreale, na koniec urocze Cefalu. wczoraj schrzanila sie pogoda, a mnie rzucilo sie na zdrowie. czulam sie koszmarnie, deszcz lat, burza byla taka, ze rano nie dalysmy rady isc na zajecia. okna nam przeciekaly, nie bylo nic widac, zimno jak w psiarni. dzisiaj juz lepiej, slonce wyszlo, bylysmy posiedziec na plazy, ale wieje dosc mocno (wszak gory dookola). ale nie pada, to najwazniejsze. musze kupic parasol, na pewno. na zajeciach jest super, rozkrecamy sie. nawet profesoressa pescecane (rekin) czasem pokazuje ludzkie oblicze. z gramatyka lecimy tak, ze naprawde jest to material na rok przerobiony w miesiac. caly przyszly tydzien jeszcze chodze na uniwersytet, a 28 w poniedzialek - egzaminy koncowe. aaaa. masakra. nie jedziemy juz raczej nigdzie w przyszlym tygodniu (nie mamy czasu, kasy, nie wiadomo co z pogoda), musimy sie uczyc. ale dajemy rade. nie wiem co wam jeszcze napisac. martwie sie troche ze nie mam tu jesiennych ciuchow. nikt nie spodizewal sie zalamania pogody, wiec wszyscy studenci maja podobny problem. mam nadzieje, ze jakos sie to unormuje i ze mnie zdrowie nie nawali, bo wolalabym nie wracac do domu wczesniej, pfffff. chyba zaczne odliczac dni. teraz juz bedzie z gorki, nie? ale policze te dni juz w mieszkaniu, bo czas mi sie konczy. trzymajcie sie. zlosnica.

czwartek, 10 września 2009

czwartek w reggio

ciao ragazze,
wczoraj wyszlysmy z domu po 8. do 13 bylysmy na uczelni. a pozniej uroczym malym busikiem z grupa wegrow pojechalysmy wysoko w gory aspramonte. na wysokosci 1000 metrow w przepieknym miasteczko Bova bylo juz dosc chlodno, na szczescie nie pchalismy sie nigdzie wyzej. poznym wieczorem bylam tak zmeczona, ze nie mialam sily przykryc sie do snu ;). a dzis znow na uczelni. jedna z naszych profesorek pieszczotliwie nazywamy pescecane, co znaczy rekin (choc w wolnym tlumaczeniu to rybi pies lub psia ryba). choc dzis na zajeciach bylo uroczo, tlumaczylam naszej miedzynarodowce co to sa pierogi i co maja w srodku i czym sie roznia od wloskich ravioli. poza tym wczoraj nie bylo upalu i dzis tez jest podobnie, czyzby skonczyla sie nam plazowa pogoda? dla wlochow jest juz jesien, my chodzimy w szortach i koszulkach, a tutejsze laseczki chodza w kozakach i dlugich dzinsach, hmm. w niedziel jedziemy na etne, czyli caly dzien na sycylii. we wtorek jest tu jakies czerwone swieto w kalendarzu, wiec uniwersytet jest zamkniety. jedziemy wtedy do palermo i gdzies tam jeszcze (na nogach od 5 rano do 1 w nocy, dam rade?).
mrowka, jakie moje serduszka widzialas? bo kompletnie nie wiem, o co chodzi.
I witam Dorote, ktora pisala mi komentarz kilka postow temu. zawsze mi milo jak ktos trafia tu przypadkowo i mu sie podoba. zapraszam ponownie.

zmykammm jak zwykle czas czas czas, a jeszcze musze sie zalogowac na jedno konto.
trzaskam mnostwo zdjec, nie moge sie doczekac az wroce i wrzuce czesc z nich na picase.
wyjezdzamy za 19 dni. mam nadzieje, ze wystarczy mi kasy na bilet do rzymu;).
3majcie sie, pozdrawiam z miasta, w ktorym prawie koncza sie wlochy...
zlosnica

poniedziałek, 7 września 2009

minal pierwszy tydzien

kochani mam tylko chwilke w kafejce, minal tydzien mojego pobytu w reggio calabria. nie pamietam o czym pisalam posta wczesniej, ale napisze wam, ze moje najlepsze kolezanki to obecnie brazylijka, wegierka, slowenki, dziewczyna z kazachstanu, bulgarka... zaczelysmy jezdzic pociagiem po okolicy, czasem na gape... wlosi sa bardzo dziwni, obrazalscy, dziecinni. na szczescie dajemy sobie spokojnie rade. zajecia na uniwersytecie sa super, profesorki sa fantastyczne, szczegolnie babka od konwersacji, co za charyzma! nie mialysmy jeszcze czasu pochodzic po sklepach, ale widzialam kilka interesujacych torebek... coraz lepiej znam miasto, choc 2, 3 dni temu musialam sama pozno wieczorem wracac do domu z kina plenerowego. puste ulice, nic, cisza i ja sama jak ten ciolek, dajcie spokoj. i nie ma tu ani jednej taksowki, nawet obok dworca. dzis dotarlo do mnie ze z balkonu mamy widok na sycylie. ciagle czuje sie tutaj dziwnie i zazdroszcze tym, ktorzy wszedzie od razu czuja sie jak w domu. a ja zachowuje czujnosc, nie reaguje na cmokania z drugiej strony ulicy, nie odpowiadam na zaczepki z samochodow, a jak trzeba, to udaje, ze nie rozumiem. czasem tez udaje, ze rozumiem. ale musicie uwierzyc, ze gadam po wlosku, gadammm. wczoraj w pociagu przegadalam dwie godziny z brazylijka stella i mikaela ze slowenii. rozmawiamy, dopytujemy sie, rozumiemy sie, naprawde dziwne, nowe dla mnie uczucie, bardzo interesujace. a wiecie, jak cholernie trudno w tym wszystkim pozostac soba? aaa, ze studentem rezyserii ze slowenii chcemy robic razem film. ja napisze scenariusz, a on wyrezyseruje. bedzie na wzor najgorszych filmow swiata. jeden z pracownikow uniwersytetu (poklocilam sie z nim) bedzie szalonym profesorem, ktory wyhoduje olbrzymie jaszczurki (tu jest pelno jaszczurek) ktore beda zjadac zagranicznych studentow. a na koniec zjedza jego. slowenskiemu rezyserowi przedstawilam swoja wizje, a jak otarl lzy ze smiechu to powiedzial ok, ale bedziemy potrzebowali duzo keczupu...
musze zmykac, konczy sie moj czas w kafejce. bede znow pod koniec tygodnia.
3majcie sie i wciaz 3majcie za mnie.potrzebuje was, serio:).
zlosnica

środa, 2 września 2009

jestem jestem! reggio...

melduje, ze zyje, ze mam mieszkanko, mam sasiadow z ekwadoru i z kazachstanu, napisalam potworny test na uczelni, nawet bylam na czyms na ksztal ustnego egzaminu, grrrr. zajecia zaczynaja sie jutro. reggio to strasznie wielkie i glosne miasto, gdzie kazdy chodzi jak chce, jezdzi jak chce, kierowcy trabia jak widza takie dwie blade slowianskie istoty jak my. nie wiem w ogole, co robic, jak sie z tymi ludzmi dogadywac, bo poki co dogaduje sie tylko z ekwadorczykiem i to tylko dlatego ze on mowi po angielsku. strasznie fajny z niego chlopak. wczoraj nawet czytalismy wloski dziennik il giornale, gdzie chyba w trzech miejscach byly artykuly o polsace. smialam sie z niego, ze nie ma ani jednego tekstu o ekwadorze... poza tym sprawa internetu - jest na uczelni, ale na jakies chore zapisy, wiec obrazilam sie na nich i po zadaniu miliona pytan obcym ludziom na miescie znalazlam kafejke, z ktorej teraz stukam. od razu mi lepiej, haha.
zmykam, bo lecimy dalej.
bede sie odzywac. jak cos to lapcie mnie na mailu.
buziaki
zlosnica