sobota, 31 października 2009

hallo...

względny spokój. w środę byłam w Rialcie na "Vicky Cristina Barcelona", rozkoszowałam się filmem i pustym balkonem (komu opłaca się puszczać film, jeśli w całym Rialcie są łącznie 3 czy 4 osoby?). bardzo lubię takie popołudnia, powietrze jest coraz ostrzejsze. a poranki pachną coraz bardziej zimowo.
chociaz, czy faktycznie spokój...? ze dwa dni temu dostałam tu wścieku. mój aparat był w naprawie, na czyszczeniu matrycy. nie miałam go kilka dni, zapłaciłam chyba za duzo, ale martyca jak nowa. w domu chciałam zrobić jakieś foto przez wizjer, a przez niego nie widać nic. nic nic nic. nie wpadłam na to, żeby w serwisie sprawdzać wizjer bo 1. interesujące mnie plamy było widać tylko na lcd 2. nie sądziłam, że przez wizjer ani razu nie spojrzy gość w serwisie. ok, plam nie ma, ale najwyraźniej jakieś szkło jest założone nie tą stroną, co trzeba. w tygodniu znów pomaszeruję do serwisu. grrrr. nic mnie tak ostatnio nie drażni, jak niekompetencja, ale oszczędzę Wam dodatkowych przykładów.
białej gorączki dostawałam też żyjąc 26 godzin bez internetu. nie mogłam ściągnąć poczty, szukać materiałów, wysłać tekstu na serwer. odreagowałam na nowo układając moje kochane książki, czytając (słownik porównań, cudowny, oraz zgrabne czeskie kryminały) i... grając w bilard;). nie dalej niż tydzień temu byłam z kumpelą w pobliskim klubie bilardowym, żeby pierwszy raz od 6 lat stać przy stole z kolorowymi bilami. ale po drinku i na obcasach nie gra się najlepiej, więc postępy robiłam, delikatnie mówiąc, znikome. za to w tym tygodniu byłam już dwa razy w przemiłym męskim towarzystwie uczyć się grać i jest coraz lepiej:).
w ten weekend, z wiadomych przyczyn, bilard odpada. Hallo... Halloween zupełnie mi nie przeszkadza. nijak nie odczuwam tej ekspansji, a dynię robimy z mamą co roku z przyjemnością. za to dziś wieczorem idę do miejsca, do którego sama z własnej woli w życiu bym nie poszła, ale idę służbowo. to co innego. nie wiem, czy nie padnę porażona szokiem kulturowym, ale lajt. obcasy, groźna mina (jak dynia) i do przodu.

zmieniając temat, odkryłam ostatnio dwupłytowe wydawnictwo Michała Bajora, na jednej płycie śpiewa piosenki Grechuty, a na drugiej - Jonasza Kofty. Jako bonus tej drugiej płytki jest dodana piosenka "Popołudnie" - coś tak pięknego, że nie mogę się oderwać. A jeśli się odrywam, to tylko po to, żeby słuchać innej piosenki Bajora, dzięki której wiem, ze piosenka o miłości nie musi być kiczowata, obciachowa, przerysowana, landrynkowa, ze wszystko moze być powiedziane, ale nie przegadane, nie napchane na siłę jakimiś patetycznymi bredniami (słowa: Młynarski). zostawiam Wam linka do jakiegoś bardzo starego wykonania live http://www.youtube.com/watch?v=E_EsIwTu2Tk genialne. cieszę się, ze po własnej magisterce o tekstach, wciąz wierzę piosence. a może wierzę jej jeszcze bardziej, niż wcześniej:). w tym dziwnym życiu, śmiesznym balu miłości niewyznanych... słowami można robić ze mną co się chce;)).
idę, mam jeszcze robotę. nie uciorajcie się jutro okopconymi zniczami. a pamiętacie, że jutro zaczyna się babciowy sezon na futra? ogłaszam konkurs, kto zobaczy na cmentarzach więcej babuszek w futrach (pamiętam Klasyfikację Babć Autobusowych? Tam nazywali je Borostworami;) link dla tych, co nie pamiętają, wersja podstawowa: http://kurde.pl/katalog/babcie.php).
pzdr.

wtorek, 27 października 2009

poniedziałkowe "Słowa"

wiem, dziś wtorek, ale tytuł posta zostaje poniedziałkowy. wczoraj przed południem - zdecydowanie babski zjazd w Ligocie. trochę do zrobienia, sporo do obgadania. trzy pokolenia kobiet w jednej kuchni. głośno i bardzo wesoło, jak zwykle. ogólnie spokój i sielanka. do czasu;). jeden telefon spowodował, że podczas kolejnej godziny sama wykonałam kilkanaście telefonów, chcąc i próbując jakoś się przydać. w ogóle bardzo miło było Was słyszeć, kochani znajomi;). z większością ludzi, do których wczoraj zadzwoniłam z miłą propozycją, komunikuję się przede wszystkim przez net, więc jeśli Was zdziwiłam telefonem, wystraszyłam lub cokolwiek innego, wybaczcie;). siła wyższa. babskie gadanie nadal trwało, ale w kuchni, a ja chodziłam po dwóch przechodnich pokojach (jak na filmach, kiedy ktoś się denerwuje, to zaczyna łazić), przy uchu z komórką, której bateria już od dnia poprzedniego wołała o doładowanie, dumając, próbując coś ustalić, notując imiona i starając się wcielić w życie rady z ostatnich warsztatów z sytuacji kryzosowych;). bez kompa i z pikającym telefonem zaczynałam się czuć jak Robinson gdzieś na końcu świata, ale zrobiłam, co mogłam i tyle. popołudnie w domu minęło bardzo szybko, a wieczór na recitalu "Słowa" w chorzowskiej Rozrywce był naprawdę świetny. chciałabym zawsze chodzić do teatru w takim towarzystwie:). tak jak na wycieczkach szkolnych wszyscy zawsze chcieli siedzieć na końcu autokaru, tak my wczoraj szybko ustaliliśmy, że zajmujemy ostatni rząd i nie ma innej opcji:). wszystko widać i pięknie słychać, kompletne ciemności (za tę ciemną otchłań widowni lubię Małą Scenę). i te piosenki, wobec których jestem kompletnie bezbronna, piosenki, których słuchałam już przecież tyle razy, a one wciąz działają na mnie z taką samą siłą. na recital pewnie znów pójdę (jak znam siebie), gdy pojawi się w repertuarze. drodzy znajomi, dzięki, ze odpowiedzieliście na mój apel:) "cześć, nie przeszkadzam? co robisz dziś wieczorem?" Uwelbiam Was;))).
a dziś w Katowicach szalałam od rana, załatwiałam rózne dziwne papiery, odebrałam aparat z naprawy, więc jestem mocno do tyłu z kasą, przebiegając przez Plac Sejmu kupiłam cholonkowy kalendarz, później milion sklepów w centrum, tylko raz zmokłam! później chwila w domu, 4 miesiące po obronie uaktualniłam swoje CV, hmmm. później dość niespodziewane wyjście i dopiero teraz wróciłam.

Gaszę kompa, czeka na mnie "Nagrobek Ciotki Cili", znów go czytam we fragmentach, bo dotarło do mnie, że w tym roku przybył mi jeden nowy cmentarz na 1 listopada. Wpadnę na konsultacje, Panie Profesorze........... ehhh...

idę.
buziaki dla tych, którzy chcą ;)
pzdr. ja.

niedziela, 25 października 2009

dynia brzydala

Szanownym Paniom i Panom,
dzisiaj, po raz pierwszy w życiu mym krótkim, naszła mnie ochota posiadania dyni i zrobienia z niej halloween'owej czaszeczki :-]. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, pojechaliśmy ze Złośnicą do pobliskiego marketu, rozejrzeliśmy dość konkretnie i wybraliśmy z resztek, bo dynki były już dość konkretnie przebrane (przeca 1 listopada za tydzień dopiero).
Zacząłem tworzyć od obcięcia dekielka na czubku przyszłej głowy, następnie powszechnie dostępnymi narzędziami, jak łyżka, nóż, szpatułka do masła oraz mniej powszechną mą dłonią własną przystąpiłem do drążenia wnętrza. Odzyskałem trochę pestek, reszta poszła out. W ruch poszła taśma izolacyjna, bo musiałem złapać trochę kształtu, proporcji, następnie przystąpiłem do operacji nożem jak skalpelem, tu przyciąłem, tam wypchnąłem i jest.
Jedna, jedyna i niepowtarzalna dynka w kształcie złośnika
ooo takiego (pozwolę sobie zapożyczyć ze strony www.polskajazda.pl)

Dynka wygląda następująco:

Pozdrawiam
Brzydal ;-)

sobota, 24 października 2009

dla Pani Grzelakowej spod Zamościa

drodzy czytelnicy, to były całkiem dobre dni. może nie wyszedł mi w ogóle materiał z Dzielnicy, w Której Nic Się Nie Dzieje, ale już następnego dnia robiłam inny tekst. raniutko odebrałam zezwolenie od Naczelnego na proponowany temat. po 9 rano telefon, rozmowa, umówiłam się. telefon do warszawy, dwa do krakowa. zbieram info. po 13 wywiad u mojej rozmówczyni, ważna sprawa, świeża, regionalna. po 14 w domu zaczynam walczyć z nagraniem. po 16 komplet materiałów ląduje na serwerze redakcji. ufff, udało się. zabrałam się jeszcze za kolejną sprawę, siedziałam do późna, ale chyba też się opłacało, usłyszałam (przeczytałam) kilka miłych słów pod swoim adresem. miło. i do przodu.
moje nowe studia wciąż mnie rozwalają. wczorajsze warsztaty były naprawdę świetne, prowadzone przez kolejnego cudownego specjalistę, z którym najchętniej spędziłabym semestr, a nie kilka godzin. ale to, co działo się dzisiaj, przeszło moje wszelkie oczekiwania. ośmiogodzinne warsztaty z człowiekiem, który wie o telewizji wszystko (skoro pracuje tam od niemal 20 lat, jak moze być inaczej?). nie wiem, kiedy to minęło, ale wiem, że patrząc w faceta jak w obrazek i słuchając absolutnie kazdego słowa, czułam, że mam do czynienia z autorytetem. a co może być w nauce lepszego niż kontakt z autorytetami??? i kamera, jedna, druga. to kto przed kamerę? ja! ja! ja chcę!! kilka chwil na przygotowanie tekstu, o którym nie wiem nic, i cyk, kręcimy. później sztab kryzysowy, co robić, co robić... pytania z kosmosu i haki. podobno miałam kilka Bardzo Prawidłowych Reakcji:) (np. uniemozliwiłam kamerze podglądanie dokumentów, ha!). nie wiedziałam, że w kwadrans można zorganizować w miarę uporządkowane wejście na żywo. wiem już, jak zbudować oświadczenie. wiem, co to setka, a co to briefing. zapamiętam, czym różni się myślenie rzeczywiste od redakcyjnego i że wszystko powinno być podane tak, jakby to miała czytać lub słuchać wyimaginowana Pani Grzelakowa spod Zamościa. wiem też, co art. 49 Konstytucji mówi o wolności i ochronie tajemnicy komunikowania się (bardzo na czasie, biorąc pod uwagę obecną aferę z podsłuchami). jest dobrze. baaaa, jeśli jest tak jak dziś, to jest fantastycznie. jestem na nogach od 6.30, jak wyszłam z domu po 8, tak wróciłam teraz (taaa, minęła 21). mam dobry humor, jeszcze trochę siły (skąd? skąd??), nawet mam jakieś plany: w poniedziałek idziemy z Naczelnym na recital, aaa:))! A za 2 tygodnie jest koncert Dż, cudownie, muzyka i znów ci sami znajomi, co lata temu... muszę wysłać newsletter do kilkudziesięciu osób, o ile jeszcze pamiętam, jak to zrobić.
idę na dół, a później póki nie padnę (a pewnie padnę nie później niż o północy) będę czytać to cudo, które ostatnio zajmuje mi wieczory. mit wieczności, melancholia wędrowca, marzenia wariata, melodia wolności...
miłej niedzieli!
złośnica, która nie umarła ze strachu, stojąc przed profesjonalną kamerą pierwszy raz w życiu;)).

środa, 21 października 2009

tekst, którego nie było

Polowanie na Nius z Dzielnicy, w Której Nic Się Nie Dzieje, trwało od kilku dni. Dumałam, szukałam, robiłam wielki risercz w necie i wśród znajomych, zastanawiałam się i w końcu znalazłam Temat. Temat był niemal na wyciągnięcie ręki, w miarę aktualny, dla społeczności lokalnej zapewne wielce interesujący, a i dla mnie - mógł być, nawet mi leżał;). Wystarczył jeden telefon do Kierownika Obiektu, żeby umówić się na krótką rozmowę i napisać zgrabny tekst. Byle prędko, bo termin na karku już mi siedzi jak niewielka kostucha. Wczoraj telefon, podejście pierwsze. Profeska. Dzień dobry, nazywam się, jestem z, potrzebuję, oczekiwałabym tego, no i co Pan Kierownik Obiektu na to? że mam zadzwonić jutro w południe, to on mi da odpowiedź. Zdębiałam, bo kostucha pod postacią terminu coraz cięższa robiła się już na moich barkach, ale ok. Spokojnie. Dobrze, Panie Kierowniku Obiektu, zadzwonię. Zapominam o sprawie na kilka godzin, co ma związek z przemiłym wieczorem w klubie bilardowym. Szczegóły przemilczę;). Dziś o 8 rano budzę się nieprzytomna, uruchamiam kompa. Robię kawę i pewna swego dowiaduję się wszystkiego na temat mojego Tematu, żeby być przygotowaną do rozmowy z Panem Kierownikiem Obiektu. Po 10, jak wiem już wszystko o Obiekcie, dzwonię, przygotowana do rozmowy. A Pan Kierownik Obiektu mówi, że jednak nie będzie ze mną rozmawiał, że powinien się wcześniej skonsultować z Dyrektorem Dużego Przedsiębiorstwa, czyli ze swoim Szefem, a to obecnie niemożliwe. Pan Kierownik Obiektu pyta, czy możemy się zdzwonić w sprawie Tematu w przyszłym tygodniu. Kostucha drapie mnie już za uchem, a ja cedzę przez zęby, że nie, Panie Kierowniku Obiektu, gdyż termin oddania gotowego tekstu jest pojutrze. Próbowałam go przekonać (motywowana terminem pod postacią wyimaginowanej kostuchy), ale nic z tego. Nieugięty. Cholera jasna. Zostałam bez Tematu i bez wypowiedzi Kierownika Obiektu. Straciłam więc dwie godziny na doktoryzowaniu się w Temacie, o którym w końcu nie napiszę ani słowa. Kostucha za uchem złośliwie śmiała się niemal na głos. Grrrr. GRRRR!
Niedawno, popołudniu, pojechaliśmy do owej Dzielnicy szukać innego tematu. W Dzielnicy nie dzieje się zupełnie nic. Zadnych podejrzanych ogłoszeń, trupów w krzakach, latających talerzy, cisza w szkołach, kościołach, przedszkolach, na poczcie i w sklepach. Nic. Wielkie nic. Jedynym skandalem było to, że przebiegłam jezdnię na czerwonym świetle. Zrobiłam to tylko dlatego, że znudzony Fotograf chciał jednak uwiecznić jakiś skandal i powiedział, że mam przebiec na czerwonym, a on to udokumentuje. Tak tez się stało. Fotkę później wrzucę na facebooka;). Niestety nijak nie rozwiązało to mojego problemu braku Tematu i braku rozmowy z Panem Kierownikiem Obiektu. Oto własnie historia tekstu, którego nie było. Nie wiem, co dalej.
Dobra wiadomość jest taka, że czuję się lepiej, niż ostatnimi dniami. Wczorajsze wyjście dobrze na mnie podziałało. I dzisiejszy ranek też. Ogólnie kamień z serca. Chociaż i tak boli. Hmm.
Szkoda tylko, że nadal nie mam tekstu.
Aaa, w piątek idę na uczelnię:). Cudownie. A w drodze na uczelnię podrzucę do serwisu mój aparat. mam nadzieję, że mi go tam zreanimują, zanim uzbieram stos pieniędzy na nowy aparat, który aktualnie mi się podoba.
Trzymajcie się. Jutro od 8 znów będę czegoś szukac, tylko czego? Czekam na telefon od Naczelnego.
Buziaki
Złośnica

niedziela, 18 października 2009

Brzydal w kuchni

Witam Was Szanowni Czytelnicy, na wstępie mego posta chciałbym przeprosić, że tak długo się nie odzywałem, ale jakoś nie było mi po drodze żeby robić jakiekolwiek foty, czego następstwem była moja absencja tutaj ;-). Uważam osobiście, że nasz fotoblog bez foto to jak nie nasz blog. Ale ale, za chwilkę, już za momencik, za sekundkę będziecie mieli okazję podziwiać moje zdolności kulinarne, gdyż to właśnie dziś postanowiłem odświeżyć swoje umiejętności kuchenne i zrobić coś smacznego ;-).Jako, że pogoda nie sprzyja weseleniu się dlatego też postanowiłem dać sobie weselącego kopa z czekolady. Pół godzinki roboty, godzinka oczekiwania na schłodzenie półproduktu w lodówce, 15 minut w piecu i oto są. Ciasteczka, babeczki czekoladowe


I z drugiej mańki



Pozdrawiam

Brzydal

grrr

humor nadal koszmarny, ale dwie rzeczy mnie dziś na chwilę naprawdę rozbawiły. próbuję się ratować. na wypadek, gdybyście też własnie przechodzili najgorszy weekend w ciągu ostatnich tygodni, podrzucam linka:

1) http://www.youtube.com/watch?v=Zn4RPVhq3pg wypchana Saba, Pan Wypych i coś o Szariku, czyli Poranny WF sprzed miesięcy. okropne, banalne, ale cholernie śmieszne.

2) Mama poprosiła mnie, żebym znalazła na necie jakiś fajny przepis na bataty. A na pewnym forum znalazłam taką wymianę zdań:

użytkownik 1: "Czy można je po prostu ugotować z solą i dodać do drugiego dania? Jak one smakują - niech sie pochwali, kto jadł..."

użytkownik 2: "Można, ja po ugotowaniu wywaliłem, a potem przez dwa sezony usiłowałem się ich pozbyć z działki."

Umarłam. Uwielbiam internautów:).
I to tyle śmiechu na dziś.
Na nic nie czekam i nie mam na nic ochoty. To coś naprawdę okropnego, nie mieć na co czekać. grrrrr.

pa.

sobota, 17 października 2009

"Można płakać ze śmiechu..."

"Można płakać ze śmiechu, by za chwilę zrobiło się przejmująco smutno" - tak wydrukowali na okładce jednej z moich książek Jandy. Czytałam tę książkę sto razy, a to jedno zdanie - milion razy. Rozumiem w nim każdą literkę i każdą przestrzeń między literami.
W tygodniu miałam mnóstwo roboty. Termin. Wywiad! Autoryzacja. Obowiązek. Podchodzę do sprawy poważnie i nawet mieszczę się w limicie znaków, chyba pierwszy raz w życiu. Niestety nie jest to zadanie na jedno popołudnie. Siedzę bez końca, a padający śnieg uniemożliwił mi chodzenie na rower, żeby odreagować. Autoryzacja uzyskana na razie tylko w mniejszej części, ale spokojnie. Jest ok. Mam czas.
Wczoraj zaczęłam studia podyplomowe. Szalenie interesujący mnie kierunek, już sam spis przedmiotów rozbraja. Cieszę się, nie wiecie, jak bardzo. Wczoraj zajęcia kończą się po 19. Wracam do domu po 22. Padam na nos. Dziś budzik bez litości przypomniał sobie o mnie o 6 rano. Ciemno na dworze, widzę w świetle latarni, że pada. Po 7 już mnie nie ma. Przypadkiem wpadam na mojego Promotora, najcudowniejszego Profesora ze wszystkich, więc dzień zaczyna się świetnie. Zajęcia z marketingu, cudowne! A później warsztaty (z człowiekiem, który kilka lat temu zrobił na mnie wrażenie i ten efekt tak naprawdę niewiele się zmiejszył), na których nawet na pewien czas zmieniłam się w rzecznika prasowego uczelni, wyjaśniającego kulisy uczelnianej afery egzaminacyjno-korupcyjnej. W przerwie między dwoma blokami poznaję nowych ludzi. "Jak masz na imię", "skąd jesteś", pytania, które tak naprawdę są zakamuflowanym "kim jesteś". Czuję, że Włochy trochę otworzyły mnie na ludzi. Od teraz pierwsza zaczynam, pierwsza podaję rękę. Na zajęciach mija 7 czy 8 godzin. Niejednokrotnie wybucham śmiechem. Hasło dnia: "huśtanie diabła". Wiecie, co to znaczy huśtac diabła? Ja juz wiem. Wpadam do domu późnym popołudniem. Na kilkanaście minut instaluję się przy kominku i udaję, ze czuję się świetnie i odpoczywam. Później pędem próbuję się zebrać i wracam do Katowic. "Kometa", pierwszy raz od 10 miesięcy. Tęskniłam. Ale teraz, gdyby mnie ktoś zapytał, czy jeszcze pójdę jeszcze kiedyś na ten spektakl, to powiedziałabym, że nie wiem. Gdzieś po drodze zniknęła mi radość z tego dnia, ale gdzie? Wróciłam do domu, jestem na nogach od 17 godzin i z uśmiechu nie zostało mi nic. I dlatego przyszła mi na myśl ta Janda.
Sama nie do końca rozumiem, co się dzieje, więc nie pytam Was, czy rozumiecie.

Pozdrawiam
ja

ps. moj aparat odmówił dalszej posługi, więc nie wiem, czym teraz będę robić zdjęcia. chyba siłą woli.

poniedziałek, 12 października 2009

mokre wycieraczki

kochani, weekend był świetny. w sobotę od rana na poważnie wzięłam się za przygotowania (psychiczne i merytoryczne) do niedzielnego wywiadu z niezwykle interesującym młodym aktorem (zagłębiowsko - śląsko - warszawsko - krakowsko - tarnowskim...). im rozmówca bardziej interesujący, tym bardziej owa rozmowa mnie stresuje, norma. a jeśli nie czuję się dobrze przygotowana, to już w ogóle dramat. w sobotę zamiast odespać miniony tydzień, zwlekłam się wcześniej i obejrzałam jeszcze dwa filmy z moim rozmówcą (a w piątek obejrzałam z nim "wojnę polsko-ruską"). nie znalazłam online żadnego jego spektaklu do obejrzenia i wpadłam w popłoch, wszak to aktor znacznie bardziej teatralny niz filmowy. cholera. zaczęłam nadrabiać reżyserami, tytułami, datami, teatrami i kolegami z planu. wydumałam jakąś oś tej rozmowy, połapałam kilka haseł, kilka punktów, za które mogłam się złapać (jak tonący brzytwy;) ). tak się wkręciłam w przygotowania do niedzieli, że ledwo ledwo wyrobiłam się do Korezu wieczorem. w niedzielę od rana chodziłam jak zombie - zupełnie jakbym szła na rozmowę kwalifikacyjną, a nie na wywiad. a później już tylko musiałam zgrywać Poważną Panią Redaktor. a mój rozmówca najwyraźniej już tylko musiał zgrywać Poważnego Pana Aktora;). na szczęście po kilku minutach rozmowy i dwustronnym wybadaniu przeciwnika okazało się, że nadajemy gdzieś na podobnych falach i było super:). na koniec (przeciągnęło się nam trochę...) usłyszałam kilka naprawdę miłych słów, ale umarłam ze szczęścia dopiero gdy zniknął za rogiem, oczywiście;)). teraz tylko napisać dwa wywiady, autoryzacja i po zawodach:)...
dziś przed południem kilka minut spóźnił się mój autobus z przedmieść do centrum (bus zwany przeze mnie pieszczotliwie Ognistym Rydwanem lub Niebieskim Dyliżansem), przez co ja i mój Mastah, Szef Wszystkich Szefów, spóźniliśmy się na konferencję prasową "Dyktando 2009". W zapchanym i zaparowanym autobusie śmiałam się juz ze wszystkiego, a Mastah jak zwykle bez obciachu śmiał się ze mnie (choć mówi, że nie ze mnie, tylko z moich koncepcji, hmm...). Powiedział nawet: "nie martw się, na pewno nie zacznie się punktualnie". Oczywiście zaczęło się punktualnie, więc wejście smoka, po czasie... a tam już tłum dziennikarzy, Pani Senator, Pan Prezydent Miasta, Wszyscy Ważni Panowie i Panie i my zmoknięci, w przemoczonych butach i spóźnieni;). Ale konferencja super, wszystko wiemy;). Gdy wracałam do domu, w moich czarnych zamszowych butach szłam przez środek niemal każdej kałuży - i tak byłam przemoczona. W domu ciepłe ciuchy, wielku kubek herbaty, ogromne słuchawki na uszy i caaaaałe popołudnie pisałam to, co nagrałam wczoraj. Później znów wybiegłam na miasto w ten deszcz, na zajęcia z włoskiego. I własnie wróciłam. Tak, minęła 22. Jestem w domu, hurra;).
Wracając pustym autobusem chodziła za mną tylko jedna piosenka: "mokre wycieraczki na pierwszym planie mego snu..." Przesłuchałam ją teraz kilka razy. Stęskniłam się za nią... Pamiętam, jak kiedyś pewien przemiły Adam powiedział mi o tej piosence, kiedy jej jeszcze nie znałam. Później bardzo szybko ją od niego dostałam, jak jakiś piękny prezent... Nikt nigdy muzycznie nie dał mi tylu prezentów... Adam, żyjesz...?? Może też to pamiętasz...?

Idę. Do snu czytam bardzo dziwną ksiązkę, ale dziś chyba mnie pokona... Muzeum wyobraźni, marzenia wariata, magia władzy, morze wzruszeń... Pozdrawiam i życzę udanego tygodnia. I życzę, żeby prognozy dotyczące śniegu się w tym tygodniu nie sprawdziły!

Z.

sobota, 10 października 2009

dwa


Nowe sceniczne dziecko Teatru Korez. "2" Jima Cartwrighta w reżyserii Roberta Talarczyka. Na scenie absolutnie fantastyczni Grażyna Bułka i Mirosław Neinert.
Warto było czekać od minionej zimy, kiedy gdzieś przed Katowickim Karnawałem Komedii zamigotał mi przed oczami ten tytuł...
Ten cudowny spektakl możecie obejrzeć 20 października. Albo w którymś w kolejnych sezonów teatralnych:), bo zapewne "2" zostanie w korezowym repertuarze na długi czas.
Nic więcej nie napiszę, zeby nie spłoszyć tej teatralnej euforii, którą znów mam gdzieś w głowie. Jak mi tego potwornie brakowało od czerwca...!!! Wiele się zmieniło przez ostatnie 3 miesiące, ale akurat TO pozostało bez zmian:).
Pozdrawiam,
ja.

wtorek, 6 października 2009

szukam kolorów

cerco i colori della vita...

z.

sobota, 3 października 2009

zdjęcia z Reggio i nie tylko...

wrzucam zdjęcia z Reggio i z innych miast. sporo, wszystko jednocześnie, wolę tak niz znów do tego wracać i patrzeć na te słoneczne miejsca stąd, z kraju w którym śpię z termoforem;). mozecie teraz zobaczyc miejsca, o ktorych wczesniej dosc chaotycznie pisałam.

ponizej deptak w Reggio, pusto, bo siesta. wszyscy śpią. dziwny kraj;)


Scilla, nasza ulubiona plaza z widokiem na zamek




Tropea
partia komunistyczna ma się świetnie
na promie
Messyna, pierwsze kroki na Sycylii

Bova w Górach Aspramonte, miejsce z którego widać, gdzie kończą się Włochy
Pentidatillo

Piazza Duomo o 5 nad ranem...
Katania na Sycylii

wulkan Etna
teatr w Taorminie

Cappella Pallatina w Parlamencie Sycylijskim, Palermo
zakochałam się w Palermo...
zakochałam się w Teatro Massimo
Monreale
Cefalu
egzotyczne paszporty naszych współmieszkańców
jeden z symboli Reggio
góry z góry...
to taki telegraficzny skrót. na necie hula 250 fotek z tej podrozy. jesli ktos jeszcze chce przejrzec, to piszcie, podeślę linka.
pozdrawiam
Złośnica