wtorek, 29 grudnia 2009

2009 - początek

Dopóki się da, wymykać się uchwytowi nicości, choćby czołgając się po macie. I żadnego - bezsiło! - rzucania ręcznikiem. (Stefan Szymutko)

Zimę ledwo pamiętam. Wiem, że miałam pisać magisterkę, ale nie robiłam tego. Więcej czasu zajmowały mi redakcja i teatr, choć oczywiście grzecznie chodziłam na świetne spotkania seminaryjne. Gdzieś pod koniec stycznia nagle zaczęłam pisać i szło świetnie, rodzice byli spokojniejsi, a dotleniać się jeździliśmy ze snowboardami na Soszów. A później, pewnego dość słonecznego dnia, po jednej poważnej rozmowie uznałam, że jednak to wszystko jest bez sensu, że nie mam już na nic siły i na nic ochoty, skoro nie wiadomo, co ze mną zrobić. Kolejne kolorowe kartki z wynikami badań miałam ochotę drzeć na najmniejsze kawałeczki albo przepuszczać przez niszczarkę, ale to oczywiście kompletnie nie pomagało. Szukając jakiegokolwiek wyjścia, obcięłam dość długie włosy i zażądałam grzywki. Musiałam wyglądać inaczej, żeby poczuć się jak ktoś inny. Że niby tej dziewczyny z grzywką już licho nie weźmie. Po dwóch, może trzech tygodniach gapienia się w ścianę i niekontaktowania z ludźmi, wróciłam do pisania magisterki. Żeby tylko nie zgłupieć, żeby zagłuszyć to wszystko. W lutym odszedł prof. Szymutko. To jedno z najciemniejszych wydarzeń tego roku, jeśli nie najciemniejsze.

wiosna 2009

Byle do wiosny
Więc dalej w pokłady
Na dno dzieciństwa gdzie nagle - za rogiem
Jest tylko echo
I szum nietoperzy
Jakby ktoś miotał kule czarnej wełny
(Stanisław Grochowiak)


Wiosną pisałam pracę, ale równocześnie zależało mi na tym, żeby nie zaniedbać redakcji i nikomu tam nie sprawić zawodu. Przypadek sprawił, że dane mi było zrobić wywiad z Czesławem. Przypadek czy szczęście? Pamiętam, że miałam może 2, 3 dni, żeby się choć trochę przygotować, a tego samego dnia, co wywiad, miałam najpoważniejsze spotkanie z promotorem, który mógł powiedzieć, że albo wszystko do kosza, albo piszemy dalej. Do kosza poszła na szczęście tylko moja nietrafiona metodologia. Wtedy dopiero zaczęłam wierzyć, że z tego przedziwnego tematu wyrośnie mi coś sensownego. Po tych konsultacjach pognałam na wywiad. Fotograf, dyktafon i 23 minuty tylko dla nas, ha! Umarłam z radości. Nawet nie chciał autoryzacji, co za człowiek, co za tekst…! A później kolejne artykuły. Spędziłam całe popołudnie z Megi i Igorem, zbierając materiał na reportaż. Byłam na spotkaniu z Kutzem (bałam się odezwać) i na spotkaniu z Rojkiem (nawet zabiłam go jakimś pytaniem;)). Nawet widziałam moje kochane Katowice z wysokości 30 piętra, wszystko dzięki redakcji. A później przyszły „Słowa” i nieco później wywiad, którego nie zapomnę nigdy w życiu. Choć oczywiście nie pamiętam z niego ani jednego słowa. Jasne, mam nagranie, ale nigdy do niego nie wrócę. Tak potwornie zależało mi, żeby zrobić dobry materiał, że w gck umierałam z nerwów, a ze strachu głupiałam i bladłam. A to był jeden z najpiękniejszych dni tego roku, nie mam wątpliwości. Pamiętam smak spełnionego marzenia. Nabrałam sił i dalej walczyłam z magisterką, z tekstami i z zajęciami z włoskiego. Promotor powiedział, że będzie czerwiec. Ja na to, że nie jestem przekonana. A on, że jest przekonany. I koniec dyskusji.

lato 2009

Dostojewski napisał, że marzenia się zawsze spełniają, ale często w zdeformowanej postaci i się je niekoniecznie rozpoznaje (Janusz Głowacki)

Gdy oddałam pracę, lato było już niemal w pełni. Nadmiar czasu spędzałam na rowerze. The Killers w słuchawkach i po 20, 30 kilometrów dziennie. Zmiótł mnie recital w Rozrywce i kompletnie rozwaliło mnie wszystko, co działo się później, dzień później, dwa dni później, wiele dni później. Nigdy w życiu nie myślałam, że zaleje mnie fala tak niewyobrażalnego szczęścia. Że będąc mną można mieć tyle siły, nagle, jakby znikąd, na tak długi czas. Coś cudownego, choć to słowo wydaje się tak mało pojemne… Pod koniec czerwca obroniłam moją wymarzoną pracę. Od komisji usłyszałam, że temat jest szalenie interesujący i że widać gołym okiem, że praca powstała z pasji. Nigdy wcześniej nie odebrałam tylu telefonów. Nigdy wcześniej nie dostałam tylu kwiatów. Nigdy wcześniej nie czułam się takim pępkiem świata. Później pisałam różne dziwne teksty, sporo, wszystkie przesiąknięte teatrem. Padałam ze śmiechu, kiedy z miną eksperta pisałam o spektaklach, których nie widziałam, a odreagowywałam to wszystko na rowerze albo z telefonem przy uchu (nowe hobby). Zastanawiając się, co zrobić dalej ze swoim życiem, wymyśliłam wyjazd do Włoch, który był idealnym zaprzeczeniem tego, co robiłam przez ostatni rok i tego, co mi wolno, na co mogę sobie pozwolić. Wakacje minęły pod znakiem przyspieszonej lekcji włoskiej biurokracji, załatwiania biletu na samolot, samego kursu, wreszcie mieszkania. Musiałam też przekonywać samą siebie, że naprawdę tego chcę. W sierpniu jeszcze razem na Węgry, Debreczyn, Miszkolc, Tokaj i przepyszne wina (wino królów i król wśród win!). Był też koncert Killersów. Hałas i euforia.

jesień 2009

Różnica między rzeczywistością a powieścią jest taka, że powieść musi być sensowna (Tom Clancy)

Wrzesień w Reggio to próba charakteru, to wiele kolejnych małych prób każdego dnia. To badania własnej wytrzymałości, priorytetów, tolerancji. Po powrocie do domu mogłam spokojnie przyznać, że tak, o to mi chodziło, mimo że znów nie jestem „w normie”. Nie było trudno stamtąd wrócić. Przecież miałam do kogo. Jesień w Polsce to studia podyplomowe i nowa gazeta. To zajęcia, których po 8 godzin bez przerwy słucham z zainteresowaniem. To dwa miesiące w Biurze Prasowym, w którym szybko mi zaufano i zawalono mnie robotą. Tak jak lubię. I uwierzcie, że miałam na to wszystko energię.

zima 2009

Nasze życia jak zdania kończą się kropką (J. Brodski)

Zima przyszła późno. Korzystając z pogody, długo chodziłam po mieście w fioletowych butach na obcasie, z laptopem, poważna jak nigdy dotąd, choć z niebieskim kotem wpiętym w płaszczyk. Była Janda, było Dwa, był Popcorn. Była redakcja i czekanie na gazetę. Była akcja dotycząca projektów naukowych, w którą zostałam wrzucona bez żadnych zabezpieczeń. Lekcje gry w bilard, wizyta serdecznej bratniej duszyczki z Warszawy i odzyskanie po latach znajomości z inną serdeczną bratnią duszyczką, obecnie z Rudy. Były wizyty w Urzędzie Pracy, a to dopiero początek moich konsekwentnych starań o staż tam, gdzie bardzo chcę pracować i się uczyć od najlepszych. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Przecież dopiero wróciłam z Włoch, poszłam na studia, wsiąkałam w Biurze na wiele godzin dziennie, nocami czytałam, czytałam, czytałam. I nagle już Święta, a tu terminy mnie gonią, zaliczenia, autoryzacje. Koniec roku, Sylwester pojutrze.

Najchętniej mocno złapałabym ten 2009 rok za klapy marynarki i patrząc w oczy prosiłabym, żeby nie odchodził, żeby jeszcze został. Nie pamiętam lepszego roku. W żadnym poprzednim nie działo się tyle dobrych rzeczy. Nigdy wcześniej sama sobie tyle nie udowodniłam. Nigdy wcześniej nie poznałam tylu tak fascynujących ludzi. Odzyskałam wiarę w ludzi i w ich pozytywny wpływ na mnie. Nigdy nie napisałam tylu tekstów, nigdy nie zaufało mi tyle świetnych osób, nigdy nie miałam tyle energii, nigdy nie ryczałam tak rzadko, nigdy wcześniej nie skakałam ze szczęścia, zadziwiając samą siebie. To był fantastyczny, udany rok pełen radości życia w najczystszej postaci. I jak tu teraz postawić kropkę…?

Złośnica

ps. odezwę się w Nowym Roku...

poniedziałek, 28 grudnia 2009

lacie!

co prawda odstawiłam kawę dwa tygodnie temu, ale kawy w takim towarzystwie się nie odmawia... naszym rozmowom przysłuchiwała się pewna starsza para, miny mieli dość zadowolone, jak widać;). ja podobnie miałam zadowoloną minę, gdy ruszyły się różne dziwne wspomnienia, np. kilku ostatnich miejsc na tym świecie, w których po muzeach trzeba się ślizgać w takich wielgachnych laciach... ;) i te harpie, cerbery pilnujące gablotek, mówiące: "nie dotykać sznura! nie opierać się o szyby!", a nade wszystko "nie ślizgać się!!", a wszyscy, jak jeden mąż, ślizgają się z uciechą (jak w piosence Nohavicy "krok - sun - krok...") i podwójny axel na koniec;)...


wracałam otulona muzyką i wielkimi płatami śniegu. w domu błogi spokój. kotu jak zwykle bez różnicy, co się dzieje za oknem i bez różnicy, co się stało z laciami z dawnych lat... kot od frontu:

cwaniak, przez niego koszyk na drewno zmienił swoje przeznaczenie i stał się koszykiem na kota (co jest pewnym problemem w kwestii transportu drewna z piwnicy). a kiedy nie pali się w kominku, kot zmienia lokalizację i włazi do tego pudła, które widać na dalszym planie (pudło zmieniło przeznaczenie z pudła po butach na pudło na kota). kot z powietrza:

muszę:
1. skończyć pisać prackę semestralną z medioznawstwa i wysłać ją tam, gdzie trzeba,
2. przeczytać ostatni rozdział "Szelmostw...", bo przyciągają mnie jak magnes i rozpraszają,
3. zmusić się do wyłączenia "Więc można kochać" Turnaua. jeśli go nie wyłączę, to punkty 1 i 2 na pewno nie dojdą do skutku. jeszcze tylko raz przesłucham i spadam...

hłe hłe...;) jasne jasne...

Z.

nocne szelmostwa


Trzeba przyznać, że tegoroczny Mikołaj wykazał się niezwykłym zmysłem literackim;) i zasypał mnie paroma książkami, które przez kilka godzin z obłędem w oczach przekładałam z ręki do ręki, zastanawiając się, którą pochłonąć w pierwszej kolejności. Przeczytałam wczoraj 300 stron "Szelmostw niegrzecznej dziewczynki" Llosy. Czytało się cudownie, choć nie bezkrytycznie, ale o tym później. Na dziś zostawiłam sobie ostatni rozdział. Mimo usilnych prób od pierwszej w nocy, sen zjawił się u mnie w pokoju dopiero gdzieś po trzeciej. Kłębiło mi się w głowie jak cygance w tobołku. Od 8 rano na chodzie, ale nieprzytomna. Niedawno wróciłam do domu, piszę pracę zaliczeniową na uczelnię, żeby odhaczyć semestr. Powoli szukam kolejnej podyplomówki, może teraz na Akademii Ekonomicznej?...
W nocy, gibiąc się po całym łóżku, przekładając poduszki i leżąc gdzieś na skos, nie umiałam pozbyć się fragmentu jakiegoś wiersza, który zapodział mi się gdzieś w głowie. Męczyło mnie to mocno, więc przeszukałam kompa i znalazłam. Pierwsza strofka "Z wiosną" Tomasza Jastruna. Podpierałam nim jakąś tezę w pracy rocznej z poetyki historycznej (w tej pracy, w której usilnie udowadniałam, że z Grochowiaka żaden turpista, hłe hłe). Zostawiam Wam więc tę strofkę...

Nie wiersze rosną – rosnę ja
Zachwytem, gniewem, niepokojem.
Nie wiem, daleko mi do dna,
I wszystko dawne – już nie moje.

 A teraz zabieram moją futrzaną czapę i jadę do Katowic na cudowną kawę w cudownym towarzystwie. Po powrocie skończę pracę zaliczeniową;). Pisanie nie ucieknie, a towarzystwo na kawę może uciec, jak najbardziej, co się nawet zdarzało;).

Nieprzytomna Zet.

sobota, 26 grudnia 2009

spacer



a tam na niebie... kometa;)
fot. złośnica

czwartek, 24 grudnia 2009

Wigilia!

Wigilia cudowna. kamera, akcja! raz, dwa, trzy, dziesięć osób. a co tam. co to dla nas. kuchenna logistyka i strategia, że napoleon by pozazdrościł. głośno, wesoło dookoła stołu. stała ekipa, powracające tematy. tradycyjnie w sensie rodzinnym i tylko to się liczy, tylko to ma znaczenie. 3 godziny razem, wybuchy śmiechu, wspomnienia, drobnostki, ważne tematy i pierdoły, po drodze jeszcze życzenia, choinka (jednak jest!), wspólne tylko jedno życzenie, żeby znowu, za rok, w tym samym towarzystwie. luźno, po naszemu. normalnie, fantastycznie!

po lampce wina umieram ze śmiechu. teraz przyszłam na chwilę na net. efekt: dialog z netu.
ja: ...i oczekuję twego przyjścia rychłego do mego wigilijnego domostwa...
on: to ja się zbieram.
ja: nie wiem czy będę w stanie udać się na mszę nocną, aliści pora będzie późna, a ja na nogach cały dzień będąc na obcasach wysokich, tudzież albowiem poniekąd przeto na pysk padam...
on: wyobraź sobie, że ja też nie spałem do południa.
ja: zaprawdę godne to i sprawiedliwe... ;)

Od dziecka rodzice mówili mi, że jaka Wigilia, taki cały rok. Pamiętałam o tym od rana, słuchając muzyki, szalejąc po domu, rozmawiając ze znajomymi, odbierając wiadomości. Dzięki więc za maile, telefony, smsy... a osobno dziękuję Naczelnemu za genialny prezent, popłakałam się. Odezwę się jutro. Święta moi kochani, Święta! Wesołych Świąt.

Zł.

środa, 23 grudnia 2009

korek 2

Dziś druga fotka prosto z korka... Tego makaka (?) kiedyś wycięłam z GW, a serduszko z cytatem nakleiłam z 2 miesiące temu. Sądząc po zastosowanej przeze mnie czcionce, chyba nie byłam w optymalnej formie;). Wszelkie podobieństwo osób występujących na blogu, czy to autorów, czy bohaterów, do tego makaka, jest przypadkowe;)...


Drugi dzień upływa pod znakiem ogarniania domu pod kątem jutrzejszej Wigilii. Wczoraj jeszcze wysłałam ostatni (tak! tak!) tekst zlecony przez Biuro, poszedł do autoryzacji, po Świętach ostatnie poprawki i mam nadzieję - adios Biuro. Dzisiejsze i wczorajsze kuchenne posiedzenia z Babcią były bardzo udane. Milion wspomnień, poplątane imiona, wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat, wciąż i wciąż powracające historie. No i pierogi. Tradycja zamknięta w pierogu. Później, kiedy zostałam sama, zniosłam na dół laptopa i słuchałam na okrągło kilkunastu fantastycznych kawałków... A jeszcze później jeden telefon i jeden mail wpędziły mnie w taki popłoch, że miałam ochotę zamknąć się w kufrze i wysłać siebie samą kurierem na koniec świata. Przez resztę popołudnia każdy telefon powodował, że sztywniałam jak zalana betonem, a później przywracałam sobie akcję serca radując się, że dzwonią i piszą do mnie tylko sami kochani znajomi. Mój numer hula gdzieś po Polsce, a ja muszę podejść do sprawy poważnie. Przecież zawsze chciałam. I teraz mam. A dzwońcie, dzwońcie:)! Włosi w takich sytuacjach mówią "in bocca al lupo!", czyli "w paszczę wilka!" Trzymajcie kciuki...

A jutro znów kręcę film:)! Zeszłoroczna "Opowieść Wigilijna", której jestem reżyserem, scenarzystą, operatorem, komentatorem, narratorem, jednym z bohaterów, montażystą, producentem i wytwórnią, odniosła rodzinny sukces, powodując niekończące się ataki śmiechu i rozmazane makijaże. Jutro znów kręcę.

Przytulam Was mocno i przesyłam ciepełko przez to paskudne deszczysko.
Z.

wtorek, 22 grudnia 2009

korek 1

Moja korkowa tablica przy kompie jest wielka i pełna papierków. Najczęściej wiszą na niej małe, kolorowe karteczki ze zrobionymi na szybko i byle czym notatkami. Jedne przykrywają drugie, z czasem bledną litery. Niektóre wiszą od lat, inne - od kilku dni. Dziś pierwsza żółta karteczka. Skąd? Nie mam pojęcia. Tablica korkowa istnieje poza zasadami rzetelnej bibliografii.

Szkoda, że nie wszystko z tablicy nadaje się do publikacji (np. absolutnie nieprzyzwoita walentynka sprzed 2 czy 3 lat, od człowieka, który nie tylko nigdy jej do mnie nie wysłał, ale nawet nie wie o jej istnieniu;)), ale mam tu dla Was kilka smacznych kąsków.
Zieeeeew...
Z.

last.fm

Mój kochany i niezastąpiony last.fm jest ze mną już 3 lata:)! 20 grudnia 2006 dałam się przescrobblować pierwszy raz, a piosenką otwierającą moje niezwykle częste kontakty z lastem była piękna gitarowa ballada "A lack of color" zespołu Death Cab For Cutie, jednej z moich Najbardziej Ulubionych Kapel, której pewnie nie znałabym, gdyby nie radio last.fm właśnie. Dzięki wszystkim sprytnym systemom polecania muzyki, poznałam kilkudziesięciu wykonawców, na których nie miałabym szans wpaść w polskich mediach. Podczas tych 3 lat przesłuchałam prawie 28 tysięcy utworów i jestem pewna, że żadne inne miejsce w sieci nie określa mnie w tak dużym stopniu, jak last.fm, nigdzie indziej nie widać mnie dokładniej. J.S. Foer w swojej genialnej książce napisał tak: "Słowa nigdy nie znaczą tego, co byśmy chcieli. Gdybyśmy porozumiewali się za pomocą czegoś w rodzaju muzyki, nigdy by nas źle nie rozumiano". Trudno się z tym nie zgodzić, nawet znając moją nieskończoną słabość do słowa samego w sobie. Ale wracając na ziemię, jeśli ktoś chce mieć coś wspólnego z muzyką, last.fm jest fantastycznym narzędziem i zabawką jednocześnie.

==========================================

Jeśli ktoś jeszcze nie słuchał i nie ściągał (legalnie!!!) trzech piosenek Roberta Talarczyka, niech się nawet nie przyznaje, tylko słucha i ściąga... Znajomi, przyjaciele oraz wrogowie tego bloga ściągają piosenki bezpośrednio stąd: http://www.lastfm.pl/music/Robert+Talarczyk/S%C5%82owa Zarówno oni, jak i reszta świata, mogą sobie obejrzeć cały całkiem nowy profil, a na nim bio, video, foto, rankingi... To i wszystkie inne cuda są pod tym linkiem http://www.lastfm.pl/music/Robert+Talarczyk Słuchajcie, bo piosenki są bajeranckie. Muzycznie są niezwykle rozkołysane, tekstowo są materiałem na kolejną magisterkę, a wykonanie... sami sprawdźcie:).

==========================================

Pzdr :-*
Z.

niedziela, 20 grudnia 2009

zapach pensji

Kochani, historyczna chwila:)! Wyszedł pierwszy numer gazety, a ja dostałam kasę za teksty. Umarłam z radości i szybko postanowiłam jakoś zamienić tę kasę na coś, co przez najbliższe miesiące będzie mi się kojarzyło z tym radosnym wydarzeniem;). Od kilku tygodni poszukiwałam nowego zapachu, który zastapiłby moją letnią edycję CK One. Po 1628 wizytach we wszystkich śląskich, częstochowskich i bielskich perfumeriach, dziś wybór szybko padł na czerwoną Ninę Ricci. Piękny jabłkowy flakon, teraz już jestem najsłodsza na świecie i zima mi nie straszna... Mądre strony mówią, że w tym czerwonym szkiełku siedzą cytryna, limonka, zielone jabłko, cedr, piwonia, pralinki (!), piżmo (mrrr;) )... Z kasy z redakcji zostało mi może 20 groszy, ale o to chodziło;).

Na koniec weekendu złota myśli, która mnie dziś zmiotła: "Pan Mietek spod trójki nie ma nawet matury, a za piwo zreperuje prom kosmiczny". Ooooo i jeszcze jedno: "Najlepszym dowodem na to, że w kosmosie istnieje inteligencja, jest to, że się z nami nie kontaktują". A to jako bonus: "Kość piszczelowa: urządzenie do znajdowania mebli w ciemnym pokoju".

Złośnica Ricci

sobota, 19 grudnia 2009

ślub

5.55 rano, dzień zaczął się przedziwnie, ranyboskie, ślub mi się śnił. Ale to pewnie dlatego, że wczoraj poszłam spać znów za późno i znów za bardzo padnięta. Jeśli kilka tygodni temu zastanawiałam się, kiedy organizm zbuntuje się przeciwko temu, jak go traktuję, to chyba właśnie dochodzimy do tego punktu. Ale damy radę. Na zajęciach byłam dziś od 8 do 16 (sukces, skróciły się), wszystko świetnie. Jeśli dziś przypadkiem słyszeliście mnie w Polskim Radiu Katowice, to znaczy, że słuchaliście listy przebojów;). Dość płynnie, prosto z ciepłego studia, powiedziałam na żywca kilka słów, hłehłe (słuchawki! mikrofon! pierwszy raz widziałam takie studio...). Nauczyłam się nie unikać dziwnych sytuacji, to była jedna z nich.
Miałam nie sprawdzać w senniku tego ślubu, bo przecież nigdy tego nie robię. Ale od tylu tygodni nic mi się nie śniło, że sprawdziłam. I oczywiście żałuję;). Bzdury, bzdury... Bosz, zmęczona jestem... Zabieram "Z głowy" i idę. To znaczy idę z Głowackim do łóżka.
Zet.

piątek, 18 grudnia 2009

piątek 18

1. Jest już Nasza Nowa Gazeta:). Owoc ciężkiej pracy Mastaha i jego sztabu, efekt pasji i uporu tegoż człowieka. Od kilku dni gazeta hula gdzieś na mieście, a w moich rękach jest od wczoraj. Szalenie się cieszę, że się udało, po kilku miesiącach dumania i wiary w to, że się uda. Damy radę, teraz już nie ma innej opcji:).
2. (po 10 minutach zastanawiania się nad punktem drugim) Mam więcej siły, niż ostatnio. Idąc ulicą chowam twarz w szaliku, żeby wszyscy mijający mnie ludzie nie widzieli, jak się uśmiecham sama do siebie. Czy ja jeszcze w ogóle panuję nad sobą...? Kiełbie we łbie, ale jakie przyjemne!
3. Energia mi się przyda, dziś na uczelni będę krótko, bo tylko 3 czy 4 godziny, ale za to jutro... od 8.30 do 18. Jeśli znów będę do pierwszej słuchać muzyki, budzenie o 6 może zakończyć się niepowodzeniem. Phi;)!

Fotka na koniec. Stefan nie przyleciał do mnie na śniadanie, tylko wpadł trochę sobie u mnie posiedzieć. Jak miło;).


Pzdr. z.

czwartek, 17 grudnia 2009

plus

dobra, plus. PLUS. wszystko plus.

piosenki...!!!!

:-* dzięki

Z.

wtorek, 15 grudnia 2009

plus minus

dziś w skrzynce czekało na mnie awizo. dwa razy byłam na poczcie. za pierwszym razem było 13 osób. za drugim 10. w obu przypadkach zrezygnowałam. niedobrze.

wczoraj poważne boje z poważnym urzędem. początkowo zrezygnowaliśmy, później daliśmy radę. dobrze.

dziś rano poważne boje w dziale personalnym. są nadzieje. dobrze.

wciąż wisi nade mną jeden duży ważny tekst. motywacja zerowa. niedobrze.

zimno. w futrzanej czapce wyglądam jak handlarka matrioszkami na Placu Czerwonym. dobrze.

ale jest cholernie zimno i ślisko, więc nie mogę już chodzić na wysokich obcasach. znów mam tylko 170 cm. niedobrze.

w ramach oswajania zimy, kupiłam podgrzewacz pod kubek na usb. obciachowy i dziwaczny gadżet, pogromca chłodu ogarniającego herbaty owocowe. dobrze.

słucham muzyki. dobrze.

bo na szarą codzienność, na twe smutki i chandrę, na za małą wypłatę, panią w biurze nieładną, na przeżyte w niebycie lata puste i szare, na zbyt szybko idące wskazówki w zegarze...

Z.

sobota, 12 grudnia 2009

10 000

Po 2 w nocy dość trzeźwo uznałyśmy z A., że czas iść spać, bo inaczej będzie poranna tragedia. Pamiętam, że jeszcze pół godziny później kiziałam mojego spragnionego głaskania kota, a później straciłam świadomość (niektórzy mówią o tym "zapaść w sen", ale jak dowiedziałam się wczoraj, dorosłym nie śni się nic). Rano oczywiście była spodziewana poranna tragedyjka;), 6 rano, za oknem ciemno, niemal środek nocy. Po tych 3 godzinach snu usiadłam na łóżku sztywno jak Frankenstein, z szeroko otwartymi oczami;). Udało się nam zebrać i jeszcze w spokoju wypić razem kawę. Po 8 byłam na uczelni. Bardzo dzielna, intensywnie chłonęłam wiedzę o funduszach unijnych. Podczas przerwy kolejna kawa. I podczas kolejnej jeszcze jedna. Hmm. Po ponad 5 godzinach zajęć odmówiłam współpracy i ulotniłam się, idąc przez miasto lekko przypruszone czymś na kształt śniegu.
W domu regenerowałam się z kolejną książką. W ciągu ostatnich kilku dni pochłonęłam dwie cudowne książeczki. Pierwsza z nich to "Ballada o chaosiku" Wawrzyńca Prusky'ego, 500 stron dość lajtowej "literatury faktu";) (musiałam odreagować zeszłotygodniowe zawirowania). Wybuchałam śmiechem co kilka stron, a zdarzało mi się kompletnie popłakać, rechocząc radośnie i tracąc możliwość oddychania. Fantastyczny styl, lekkie pióro (lekka klawiatura), męski punkt widzenia. Urocze. A druga książka to zupełna nowość na rynku, "Bajka o Raszku" czeskiego pisarza Oty Pavla. Zmiażdżyła mnie dwukrotna lektura "Śmierci pięknych saren", więc gdy znalazłam online świeżutką "Bajkę o Raszku", zamówiłam ją w ciągu minuty. Dotarła do mnie bardzo szybko i równie szybko została przeze mnie przeczytana i pokreślona. Cudowna pozycja, choć waham się, czy to faktycznie bajka (z poetyki opisowej pamiętam, że taki tytuł to drogowskaz, ale czasami celowo skierowany w złą stronę). To niesamowite, jak Pavel potrafi wpleść magię w normalne życie w taki sposób, że nie razi tandetą i jak zachowuje pozornie lekki styl pisząc o rzeczach potwornie trudnych. A teraz czytam "Mądre dzieci" Angeli Carter. Pogadamy, jak skończę.

Wracając na ziemię, nakręciliście bloga na 10 000 odsłon. dzie sięć ty się cy. dziesięćtysięcy. Dzięki wielkie. Nie mam pojęcia, kim - w przerażającej większości - jesteście, ale nie szkodzi. Kłaniam się nisko tym, którzy przychodzą tu z przyjemnością.

Myślami siedzę gdzieś na pewnej niezwykle przytulnej ulicy. W pokoiku.
Pozdrawiam.

piątek, 11 grudnia 2009

po "Słowach"

Co za piękny wieczór! I w jakim towarzystwie:)! Tak, A. i ja znamy się od 18 lat, naprawdę;). Nie wiem, czy kogokolwiek znam dłużej. Cudownie znów wyjść gdzieś razem, prawda?:))
"Słowa" wybrzmiały w świetnej atmosferze. Ludzie się bawili, kołysali, śpiewali (za nami ktoś śpiewał tak niskim i głośnym wokalem, że umierałyśmy ze śmiechu). Było fantastycznie, miałam ogromną ochotę na taki własnie wieczór. Teraz na szczęście nie muszę pisać żadnej relacji i żadnej recenzji. Nie chciałabym rozkładać tego na kawałki, bo najbardziej smakuje w całości.
A. śpi dziś u mnie, mamy winko i wiele spraw do obgadania. Mamy zaległości.
Jutro od 8.30 jestem na uczelni. Nie wiem jak, ale muszę.
Lecę.

bosz, ile muzyki.......... ile ja mam w głowie  muzyki.......... :))))))))))
Z.

środa, 9 grudnia 2009

foszek

ja (sms): Foszek?*
on (sms): Nie, śpioszek.

I wszystko jasne:).

*foszek - mały foch. Stan czasowego lekkiego napięcia, efekt nieporozumień z powodów błahych i nieważnych, najczęściej bardzo ograniczony czasowo, o niewielkim zasięgu i znaczeniu. Pytanie o foszek jest w pewnych kręgach standardowym sposobem na badanie niepewnego terenu i próbą nawiązania kontaktu (dużo subtejniejszą od sms-ów w formie granatów zaczepnych).

Złośnica (królewna biologii eksperymentalnej - dostałam kolejne dwie ważne autoryzacje moich wielkich fachowych;) artykułów naukowych dla ludu, ha!)

wtorek, 8 grudnia 2009

bilard

Przykro mi bardzo ale ostatnimi czasy nie mam możliwości żeby cokolwiek tutaj napisać, a co dopiero fotografować. Także moja ułomność czasowa związana z fotografowaniem wyklucza pisanie tutaj, a brak czasu na pisanie tutaj eliminuje fotografowanie ;-).
Jednakoż jakiś czas temu kilka razy wybraliśmy się razem ze Złośnicą na krótki relaks do naszego ulubionego klubu/baru/restauracji celem zagrania w bilard. Poniżej kilka ujęć z zaciętych partyjek przy soczku i Breezerze ;-).



 Ta dynamika gry, ta siła uderzeń, wyważenie, opanowanie ;-)



Poświęcenie, celność i spokój ducha (puszczy) :-)


rozdwojenie

Wczoraj wieczorem ciężko zmęczona i zmarznięta jak mamut pod śniegiem, poczłapałam na dół. W piżamce, niosąc na dół małe radio (celem wymiany baterii) i termofor (celem zagrzania go gorącą wodą). Kątem oka złapałam swoje odbicie w lustrze. Piżamka była czerwona w uśmiechnięte białe łosie. Małe radio pochodziło z łazienki, ma kształt pingwina z kołem ratunkowym i w okularach do pływania (da się w ogóle chodzić pod prysznic bez grającego radia;))??). Termofor natomiast to wielka, zielona, pluszowa żaba z Włoch. Do tego moja fryzura fantazyjnie z jednej strony sterczała na kształt rogów, a z drugiej przypominała dredy. Ogólnie komedia.
Do snu czytałam antologię poezji polskiej na obczyźnie. Dziś przed wschodem słońca zwlekłam się (spod kołdry w owieczki...), kolejny raz tej jesieni zamieniłam się w poważną Pannę z Biura i poszłam robić ostatni już wywiad z biologiem. Na nic jednak moja powaga, bo dzisiejszy genetyk totalnie mnie rozwalił swoją barwną osobowością.
I jak tu zachować jakąś stabilność między piżamką w łosie i tymi obcasami? Hmm...
A teraz uwaga, za chwilę jadę z Belzebubem do... Częstochowy, w sprawach naukowych. Między innymi;). Odezwę się później:).
Złośnica

ps. Zmodyfikowałam linki, tzn. dodałam trochę nowych. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia, oficjalne pismo w trzech kopiach i ze zdjęciami proszę kierować na adres mailowy. A jeśli ktoś nie ma mojego maila, to niech próbuje wysyłać uwagi i zażalenia drogą telepatyczną...

niedziela, 6 grudnia 2009

ZWIR


wczoraj odbyła się pierwsza z Zimowych Wielkich Imprez Rodzinnych (ZWIR;) ), 88. urodziny Babci i... kolejne urodziny Brata;) + Mikołajki. dużo ludzi, kolorowo, głośno, wesoło. kilka godzin w radosnym gwarze, mnóstwo śmiechu, świetnie.
kolorowe słomki - wiadomo, że do kolorowych drinków z palemką;)...


Babcia i Brat razem zdmuchiwali świeczki;)



narobiłam się bardzo, ale wszystko się udało i było cudnie...

po tym, jakie dziwaczności i nieprzyjemności przechodziłam w mijającym tygodniu, taka impreza w dużym towarzystwie była świetnym sposobem na oderwanie się od tych traum i traumek. dziś jest już w miarę ok. kolejna taka sama impreza pod koniec stycznia. wodniki górą.
próbuję wymyślić nazwy dla drinków, które robię. na starcie odrzucam takie nazwy, jak Cichociemny Tęczowy Potwór;)...

miły Mikołaj przyniósł mi trzy fantastyczne książki. poza tym dziś "2" w Korezie.
pzdr.

piątek, 4 grudnia 2009

portret psychologiczny złodzieja

wiem już chyba o wszystkim, co zniknęło z mojego portfela. na tej podstawie powoli tworzę portret psychologiczny złodzieja. bo że jest złodziejem - nie ma watpliwości, zniknęły banknoty i bilon. jest kolekcjonerem obcej waluty: zniknęły pieniądze ekwadorskie, rumuńskie i macedońskie, o niewielkiej wartości pieniężnej, ale wielkiej kolekcjonerskiej. ma przebłyski uczciwości: zniknęło kilka nieskasowanych biletów autobusowych, na jedno, dwa i trzy miasta. a co najśmieszniejsze, chyba obcierały go buty, bo zniknęły wszystkie plastry, które nosiłam w portfelu, plastry w różnych rozmiarach. obiekt mojego zainteresowania jest fanem nowych technologii, a pendrive schowany w karcie był apetycznym kąskiem. pewnie też interesuje się projektami ministerstwa rozwoju regionalnego, bo było na nim full materiałów na ten temat. raczej nie jest smakoszem kawy, bo zostały wszystkie karty rabatowe do katowickich kawiarenek. nie kupuje kosmetyków w ives rocher, nie lubii biżuterii w aparcie i kruku (karty zostały). nie wiem, jak z jego wiarą, ale obrazek patronki Reggio Calabria równiez został nienaruszony i na miejscu. i chyba nie jest stałym bywalcem bibliotek, 4 karty biblioteczne zostały. nie chciał na mój dowód brać kredytu ani na legitymację pożyczać łyżew na lodowisku. nie chciał międzynarodowego ubezpieczenia, nie chciał tysiąca zniżek  na euro26, nie chciał nawet na pamiątkę moich zdjęć legitymacyjnych (drań!). zostawił mi też gwarancję na naprawę aparatu. naprawdę, mogło być znacznie, duuużo gorzej. ale najbardziej intrygują mnie te plastry! mam nadzieję, że go te buty obtarły jak jasna cholera...
skoro wczoraj legitymacja studencka (na niej byl jedyny numer telefonu) uratowała mi wszystkie dokumenty i zapewniła kontakt, postanowiłam się z nią dziś rozstać, wreszcie, po 6 miesiącach od obrony. równało się to z załatwieniem pieczątek w indexie i na karcie obiegowej w milionie miejsc. po Katowicach przeszłam prawie 10 km (co skrzętnie liczy mój niepoważny telefon), idąc mniej więcej trasą bankowa - plac rady europy - szkolna - bankowa - plac sejmu - plac miarki - staromiejska - rynek - skargi. niestety ta kolejność nie ma sensu, ale taka własnie musiała być. przyniosłam do domu dyplom i odpisy, aneks i świadectwo dojrzałości. załatwiłam na mieście jeszcze milion innych rzeczy i mocno zdołowana (pominę...) wróciłam do domu, a następnie padłam w apatii i bez życia. popołudniu, na szczęście, moja droga przyjaciółka wzięła mnie na kawę, próbując wyciągnąć mnie z tej najczarniejszej otchłani żałości. teraz wyżywałam się w kuchni, bo jutro pierwsza z Wielkich Zimowych Rodzinnych Imprez u mnie w domu. byle do jutra, będzie dużo ludzi, a ja zadbam o kolorowe drinki z palemką...
a mógł to być normalny dzień... tymczasem marzę o tym, żeby móc zasnąć i obudzić się kilkanaście godzin wcześniej i poprowadzić to wszystko inaczej. ale jak z każdym marzeniem, nie mam na nie szans.
Pozdrawiam.

czwartek, 3 grudnia 2009

Pani Helena i portfel

Dzisiejszy poranek nie mieści mi się w głowie. Nieprawdopodobny, w moim odczuciu absolutnie przedziwny i niezrozumiały. Po kolei.
Śpię. Godzina 7.30, dzwoni telefon stacjonarny. Przypadkiem mam słuchawkę przy łóżku. Odbieram zaspana i nieprzytomna. Dziekanat studiów, które skończyłam w czerwcu. Były dziekanat o 7.30 rano? Pani z Dziekanatu powiedziała tylko tyle, że dzwonił do nich ktoś z informacją, że MA MÓJ PORTFEL i że zostawił tylko numer telefonu. Zdębiałam i obudziłam się w ciągu sekundy. Zawartość torebki wysypałam na łóżko. Nie ma! Nie ma mojego wielkiego portfela! Aaaaaaaaaa! Panika. Zanotowałam numer. Podziękowałam i siłą woli powstrzymywałam zawał serca. Dzwonię. Odebrała Pani z pięknym śląskim akcentem i powiedziała, że znalazła mój portfel przy Superjednostce w Katowicach. Gdzieś za kioskiem. Oczywiście nie mam pojęcia, gdzie jest kiosk obok Superjednostki, bo tam nie bywam, nie byłam tam również wczoraj. Powiedziała, jak ją znaleźć. I że wygląda na to, że dokumenty wszystkie są. Pognałam do tejże Superjednostki (gdzie moja rozmówczyni pracuje na portierni), próbując opanować trzęsące się ręce i ze stresu napływające mi jak tsunami fale łez. Znalazłam Panią Helenę bez problemu. Wyściskałyśmy się na dzień dobry, jakbyśmy się znały od lat. Powiedziała, że próbowała mnie znaleźć od wczoraj, ale jedynym numerem telefonu, jaki znalazła w portfelu, był właśnie numer do dziekanatu w legitymacji, którą powinnam była oddać pół roku temu. Zajrzałam do portfela, w środku burdel, jak po przejściu huraganu, ale zlokalizowałam dowód osobisty, kartę do bankomatu, chipa do lekarza. Odetchnęłam. Pani Helena powiedziała, że jestem z tego samego rocznika, z którego był jej syn. I że ma też drugiego syna. Że 1985 to taki ważny rocznik... Chyba zrozumiałam. Podziękowałam, wyściskałam. Wyszłam stamtąd wstrząśnięta i wzruszona ludzką uczciwością. Przez prawie 24 godziny mój portfel istniał gdzieś poza moją wiedzą i świadomością. Wczoraj po powrocie z wywiadu już nigdzie nie wychodziłam, musiałam pisać, więc popołudniu nie zauważyłam, że czegoś mi brakuje. Nie umiem sobie uświadomić, kiedy musiało się to stać. Pamiętam, że lecąc po wywiadzie na autobus jeszcze go miałam. Więc zniknął gdzieś na przestrzeni między Rynkiem a Empikiem. Zresztą, nieważne. Pani Helena jest ważna. I to, że nie muszę wyrabiać nowych dokumentów.
To tyle moi drodzy. Przez chwilę, jadąc do Katowic i powtarzając w myślach "żeby tylko był dowód i karta" milion razy, pomyślałam, że może znów coś narozrabiałam i że mnie pokarało za coś strasznego, co zrobiłam (ale co?) lub chociaż za to, co pomyślałam. Ale teraz wiem, że mnie nie pokarało, wiem za to, że mam cholerne szczęście. Do Pani Heleny jeszcze zajrzę przed Świętami. A jak znam siebie, pewnie nie raz do niej zajrzę.

Złośnica (wstrząśnięta, wzruszona, szczęśliwa)

ps. Szkoda mi tylko tych drobiazgów, które miały dla mnie wartość sentymentalną, a zniknęły. Banknot z Rumunii, z przezroczystym znakiem. Banknot z Macedonii, od koleżanki z Włoch. Dwie monety, dolary ekwadorskie od Luisa. A złodziej pieprzony, o ile uda mu się w ogóle uruchomić mojego służbowego pendrajwa wielkości karty kredytowej (co nie jest takie łatwe;) ), to pewnie zdziwi się, jak znajdzie na nim kompletne materiały prasowe dotyczące rozwoju regionalnego i jedną prezentację o Beskidach. Dobrze, że nie miałam tam nic prywatnego. Ale to wszystko są bzdury, nieznaczące pierdoły.

środa, 2 grudnia 2009

pod poduszką

o tym, co w andrzejkową noc można znaleźć pod poduszką...

Z.

wtorek, 1 grudnia 2009

zestaw Młody Biolog

1. humor lepszy. po sobotniej kompletnej załamce i niedzielnemu dochodzeniu do siebie (m.in. na Andrzejkach), po kilku poniedziałkowych rozmowach telefonicznych (w tym jednej trwającej 2,5 godziny), po dwóch wyjściach na kawę i zakupy, informuję, że jest lepiej.

2. piszę teksty o projektach badawczych. kilka dni temu trafiłam do jednego z profesorów biologii. nagrałam 70 minut materiału, później przez dwa dni napisałam ponad 2 strony tekstu. jest zrozumiały dla normalnych ludzi, którzy na co dzień raczej nie interesują się projektami badawczymi z biologii (to zupełnie tak jak ja...). dziś (po rozmowie z kolejnym biologiem), kiedy poszłam do Biura, okazało się, że tamten pierwszy coś o mnie wspominał tu i ówdzie, toteż dzwonią jeszcze inni profesorowie biologii i pytają, kiedy przyjdę zrobić o nich materiały;). odzyskałam trochę motywację, znów zobaczyłam jakiś sens i... zapisałam kolejne spotkania z dwoma profesorami biologii. liczyłam na humanistów, ale nie ma szans (nie prowadzą projektów naukowych???). na koniec zostaną mi może szaleni informatycy, którzy podobno są jak z innej planety. zobaczymy. po wczorajszej 2,5-godzinnej rozmowie telefonicznej dziś na wywiadzie byłam zachrypnięta. ale co to była za rozmowa...;)

3. wczoraj mój nastrój pod psem skupił się nie tam, gdzie powinien. gryziona wyrzutami sumienia, pół nocy głaskałam kota, zamiast spać (i przygotowywać się psychicznie do rozmowy o motylach wielkości wróbla). ale już przeprosiłam (niewiniątko...).

4. teraz muszę pouczyć się włoskiego (...), a później jakoś przygotować się na jutrzejszą biol-rozmowę (lecę na nią od razu po włoskim). przyznam, że przy tym tekście z 70-minutowej rozmowy już mi się chciało płakać. ale jest ok. nawet jest autoryzacja. jak to napisał prof. Szymutko, "i żadnego - bezsiło! - rzucania ręcznikiem!"

Złośnica