wtorek, 29 grudnia 2009

2009 - początek

Dopóki się da, wymykać się uchwytowi nicości, choćby czołgając się po macie. I żadnego - bezsiło! - rzucania ręcznikiem. (Stefan Szymutko)

Zimę ledwo pamiętam. Wiem, że miałam pisać magisterkę, ale nie robiłam tego. Więcej czasu zajmowały mi redakcja i teatr, choć oczywiście grzecznie chodziłam na świetne spotkania seminaryjne. Gdzieś pod koniec stycznia nagle zaczęłam pisać i szło świetnie, rodzice byli spokojniejsi, a dotleniać się jeździliśmy ze snowboardami na Soszów. A później, pewnego dość słonecznego dnia, po jednej poważnej rozmowie uznałam, że jednak to wszystko jest bez sensu, że nie mam już na nic siły i na nic ochoty, skoro nie wiadomo, co ze mną zrobić. Kolejne kolorowe kartki z wynikami badań miałam ochotę drzeć na najmniejsze kawałeczki albo przepuszczać przez niszczarkę, ale to oczywiście kompletnie nie pomagało. Szukając jakiegokolwiek wyjścia, obcięłam dość długie włosy i zażądałam grzywki. Musiałam wyglądać inaczej, żeby poczuć się jak ktoś inny. Że niby tej dziewczyny z grzywką już licho nie weźmie. Po dwóch, może trzech tygodniach gapienia się w ścianę i niekontaktowania z ludźmi, wróciłam do pisania magisterki. Żeby tylko nie zgłupieć, żeby zagłuszyć to wszystko. W lutym odszedł prof. Szymutko. To jedno z najciemniejszych wydarzeń tego roku, jeśli nie najciemniejsze.

Brak komentarzy: