wtorek, 29 grudnia 2009

lato 2009

Dostojewski napisał, że marzenia się zawsze spełniają, ale często w zdeformowanej postaci i się je niekoniecznie rozpoznaje (Janusz Głowacki)

Gdy oddałam pracę, lato było już niemal w pełni. Nadmiar czasu spędzałam na rowerze. The Killers w słuchawkach i po 20, 30 kilometrów dziennie. Zmiótł mnie recital w Rozrywce i kompletnie rozwaliło mnie wszystko, co działo się później, dzień później, dwa dni później, wiele dni później. Nigdy w życiu nie myślałam, że zaleje mnie fala tak niewyobrażalnego szczęścia. Że będąc mną można mieć tyle siły, nagle, jakby znikąd, na tak długi czas. Coś cudownego, choć to słowo wydaje się tak mało pojemne… Pod koniec czerwca obroniłam moją wymarzoną pracę. Od komisji usłyszałam, że temat jest szalenie interesujący i że widać gołym okiem, że praca powstała z pasji. Nigdy wcześniej nie odebrałam tylu telefonów. Nigdy wcześniej nie dostałam tylu kwiatów. Nigdy wcześniej nie czułam się takim pępkiem świata. Później pisałam różne dziwne teksty, sporo, wszystkie przesiąknięte teatrem. Padałam ze śmiechu, kiedy z miną eksperta pisałam o spektaklach, których nie widziałam, a odreagowywałam to wszystko na rowerze albo z telefonem przy uchu (nowe hobby). Zastanawiając się, co zrobić dalej ze swoim życiem, wymyśliłam wyjazd do Włoch, który był idealnym zaprzeczeniem tego, co robiłam przez ostatni rok i tego, co mi wolno, na co mogę sobie pozwolić. Wakacje minęły pod znakiem przyspieszonej lekcji włoskiej biurokracji, załatwiania biletu na samolot, samego kursu, wreszcie mieszkania. Musiałam też przekonywać samą siebie, że naprawdę tego chcę. W sierpniu jeszcze razem na Węgry, Debreczyn, Miszkolc, Tokaj i przepyszne wina (wino królów i król wśród win!). Był też koncert Killersów. Hałas i euforia.

Brak komentarzy: