piątek, 31 grudnia 2010

Mój muzyczny rok 2010 (pisze Brzydal)

Witam witam,
Złośnica rozpisała się bardzo obficie w tematyce muzyki, zresztą nie tylko w tej materii się tutaj rozpisuje ;-) i całe szczęście, bo wyrabia normę za siebie i za mnie przy okazji ;-). Dzięki ;-*.
Ale wracając do tematu, jako że muzycznie jestem uzdolniony na poziomie podstawowym (słyszę, że grają) to w gustach zdaję się w przerażającej większości na Złośnicę. Niestety obok jednego, wyjątkowego kawałka, którego Złośnica nie ujęła w zestawieniu przejść obojętnie nie mogę ;-).
Mam na myśli wyjątkowy, rewelacyjny kawałek, którego tekst, interpretacja, świeżość, celność w sytuację, odpowiedź na zapotrzebowanie w danej chwili, nowi wykonawcy, którzy odkryli w sobie talent wokalny. To wszystko składa się na wspomnianą wyjątkowość ;-)

Panie i Panowie, oto:


Myślę, że dodatkowe komentarze są zbędne. Mistrzowie w swoim popisowym kawałku ;-).

Natomiast w grupie muzyków, pozytywne nastawienie i dobre samopoczucie wyzwala we mnie ten kawałek:


Energetyczna interpretacja i oryginalny teledysk.

Pozdrawiam i życzę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

znikaj 2010! (pisze Złośnica)

Skoro muzykę już ogarnęłam, jeszcze tylko kilka słów o innych elementach życia, które były dla mnie w tym roku ważne / które były za bardzo ważne / które były niewystarczająco ważne / odnośnie do których udawałam, że nie są ważne / które były najważniejsze.

Książki. Okazało się, że nie zawsze ma się siłę na czytanie książek późnym wieczorem, gdy wraca się do domu po 12 godzinach w pracy. Mój pęd do literatury znacznie zwolnił, przede wszystkim z braku czasu, ale też z powodu częstego chaosu w głowie, którego czytanie nie byłoby w stanie uspokoić. Bardzo czekałam na "Piątą stronę świata" Kutza, która mnie nie zawiodła i wciągnęła innym kolorytem niż Szymutko, Szejnert czy Janosch. Wpadłam też w ciepłe w czytaniu książki Llosy, który zachwyca mnie polifoniczną narracją i wszystkimi innymi zabiegami, którymi wodzi czytelnika za nos. Wiadomość o Noblu dla niego przyjęłam z piskiem radości i ze świadomością, że choć trochę rozumiem, dlaczego zasłużył na tę nagrodę. I oczywiście Foer i jego "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" i arcygenialne "Wszystko jest iluminacją". Początkowo walczyłam z tą książką, ale później zakochałam się zupełnie we wszystkim: od konstrukcji bohaterów, przez absolutny synkretyzm i rodzajów, i gatunków, po fantastyczne tłumaczenie Michała Kłobukowskiego. Literacki cud na mojej półce. Skarb na lata.

Film. Czas dobrych polskich filmów. "Enen", "Handlarz cudów" i "Ewa" wciągają, wstrząsają i na koniec porzucają tak, że widz nie bardzo wie, co zrobić z myślami. "Wszystko jest iluminacją" w wersji filmowej rozbraja niewiele mniej niż książka. Tylko żal, że taki film nie powstał w Polsce, bo biorąc pod uwagę tematykę, mógłby.

Teatr. Zastanawiałam się, który spektakl był w tym roku dla mnie najważniejszy i waham się między dwoma tytułami. Najbardziej czekałam na "Moje drzewko pomarańczowe" w Teatrze Polskim. Spektakl zmiótł mnie swoim ciepłem i magią w każdym elemencie. Na pewno obejrzę jeszcze raz... Z cudowną kreacją Kuby Abrahamowicza w roli kilkuletniego Zeze może konkurować tylko bohater "Obudź się i poczuj smak kawy" Teatru im. Jaracza w Łodzi w wykonaniu Bronisława Wrocławskiego. Myślę, że właśnie ten monodram dał mi najwięcej emocji związanych na czysto z teatrem. Genialne.

Praca. Nie spodziewałam się, że to wszystko pójdzie tym torem. Myślałam o czymś innym, ale kiedy nagle i niespodziewanie perspektywa pracy w takiej instytucji wyrosła mi przed oczami, po kilku ważnych rozmowach i nieprzespanych nocach, podpisałam umowę. Oznaczało to dla mnie skok do działu, którego nie znałam, do branży, o której miałam nikłe pojęcie, do działań, których musiałam uczyć się od zera. Zdecydowanie za często myślę o tym, co wybrałam, a czego nie. Nawet nie myślę, co zyskałam, tylko męczy mnie, co straciłam. Resztki zdrowego rozsądku próbują powiedzieć mi, że wybrałam dobrze, ale pewnie do ostatecznej oceny potrzebuję znacznie więcej czasu. Obecnie jestem absolutnie zachwycona tą pracą, tym biurem, zakresem obowiązków, perspektywami, ludźmi, możliwościami rozwoju. Czuję się jak u siebie i wiem, co robię. Bezcenne.

Pisanie. Pisanie zeszło nawet nie na drugi, co na znacznie dalszy plan. Adios, redakcjo... Ostatnie teksty napisałam latem, gdy byłam rzecznikiem Festiwalu. Później, jesienią, przestałam widzieć sens w pisaniu recenzji. Niech sobie dalej piszą ci, którzy faktycznie potrafią i którzy się liczą w mediach. We mnie ostatecznie siedziało zbyt wiele emocji, a żadne dziennikarstwo nie powinno w nich zatapiać swoich fundamentów. Z drugiej strony, uciszanie własnych wrażeń tylko po to, żeby napisać niezły technicznie tekst, zaczęło być ponad moje siły i bez sensu. W końcu ile można przykrywać braki merytoryczne samą pasją? To powinno iść w parze, a u mnie najwyraźniej nie szło. Może do tego wrócę jak mnie coś najdzie, jak będę miała jakiś megapomysł na tekst. Może.

Marzenia. Miałam jedno, wymarzone równo rok temu, może trochę wcześniej, ale rok temu na praskim Moście Karola pocierałam odpowiedzialną za spełnianie marzeń płaskorzeźbę i intensywnie myślałam o tym, że chcę, chcę, chcę. Oczywiście się nie spełniło. Niby proste, wręcz banalne, ale nic z tego, choćbym się nie wiem jak starała. Po roku prób zastanawiam się, czy moim noworocznym postanowieniem nie powinno być pozbycie się tego marzenia.

Dziwny ten Sylwester. Dopiero wróciłam do domu. Wieczorem, jak Brzydal wróci z pracy i żadne z nas nie pójdzie spać, spakujemy sprzęt i pojedziemy w góry szaleć na stoku, pić herbatę z termosów, patrzeć sobie w oczy przez gogle i trącać się kaskami na wyciągu. I nie chcę innego Sylwestra.

Bawcie się dobrze i zacznijcie ten Nowy Rok z klasą! My na przykład od jutra nie przeklinamy... ;))

Złośnica

muzyczny 2010 rok (pisze Złośnica)

Kryzys związany z końcem roku. Wczorajszy dzień był koszmarem. Marzyłam o tym, żeby zasnąć o 17 i spać do dzisiaj, ale nic z tego. Teraz w pracy miałam chwilę, żeby zastanowić się nad tym, co się działo w tym roku, więc na początek zajęłam się muzyką.

Last.fm nie kłamie. Tylko last.fm wie, czego słuchałam. Tylko ja wiem, dlaczego właśnie tego. Wrzucam więc 20 wykonawców, których słuchałam w tym roku najczęściej.

Gogol Bordello – rok pod znakiem Gogol Bordello. Na ten barwny skład trafiłam przypadkiem, przez soundtrack do filmu „Everything is illuminated”. Ich głośne i eklektyczne granie zostało w moich głośnikach na dłużej. Moje odkrycie roku, zdecydowanie.

Death Cab for Cutie – bo stara miłość nie rdzewieje, a muzyczne sentymenty nie dają spokoju. Powoli zaczyna mnie drażnić ten wpadający w dziwną naiwność wokal Bena, ale mimo to wciąż z wielką przyjemnością słucham tych kawałków nie do podrobienia.

Robert Talarczyk – bo śpiewa ładne, melodyjne kawałki, w których znajduję świetne językowe perełki. Kilku z tych piosenek słucham bez opamiętania, niektórych niezmiennie nie słucham wcale. Wracam do nich, żeby się trochę ogrzać. Czekam na płytę.

Jaromír Nohavica – czasem nachodzi mnie taka faza na Nohavicę, że przez kilka dni słucham tylko jego płyt. Poza tym znów byłam na koncercie i dałam się wciągnąć w ten specyficzny klimat, którego nie da się podrobić.

Delons – nazwa „Delons” do temat na pracę magisterską, a nie na komentarz… Z tego, co stanowiło sens 3 czy 4 lat mojego życia, został mi gigantyczny sentyment z nutką żalu, że to jest już nie do odzyskania.

Iowa Super Soccer – czarujące, ciepłe dźwięki, tak dobre, że aż miło czytać o ich zagranicznych podbojach

Stare Dobre Małżeństwo – dla mnie to kolejne odkrycie roku, mimo że grają już potwornie długo. Znalezione przypadkiem, nawet nie pamiętam jak. Miękki głos wokalisty i naprawdę świetne teksty. Lepiej późno niż wcale.

Mirosław Czyżykiewicz – cała płyta męcząca jak mało która, ale piosenka „Ave” jest tak genialna i tak wymowna, że aż czasem boli

Czesław Śpiewa – urocza nowa płyta. „Pożegnanie małego wojownika” wymiata

The Killers – bo to kawał dobrego rockowego grania i tyle

Beirut – ciepło, ładnie, onirycznie, multiinstrumentalnie

Gaba Kulka i Konrad Kucz – na żywo: coś cudownego

Muchy – za energię i zabawę językiem

Святослав Вакарчук – to dopiero było odkrycie! Chociaż tak naprawdę to płytę tego gościa przyniósł mi pewien kolega, który za punkt honoru obrał sobie mi muzycznie zaimponować. I mu się udało. Jeszcze trochę i może pójdziemy na kawę:P.

The Notwist – zaspokaja apetyt na elektronikę

Idlewild – powoli wyrastam z Roddiego, powoli…

Old Jerusalem – fantastyczny portugalski singel-songwriter

Pustki – dobre, bo polskie

DeVotchKa – tylko „How it ends” się liczy!

5'nizza – odkryte na fali szukania muzycznych inspiracji na Wschodzie. Bardzo udane, bardzo inne, idealne do nauki czytania cyrylicy. Do tego SunSay i Sergiej Babkin i mamy komplet.


A tu piosenki, które nijak nie chciały się odczepić:

Mirosław Czyżykiewicz – Ave (Inspira) – za tekst

Gaba Kulka i Konrad Kucz – Recurring – za najsłodsze na świecie „darling”

Death Cab for Cutie – The Ice Is Getting Thinner – DCfC w naprawdę dobrej formie

Stare Dobre Małżeństwo – Czarny blues o czwartej nad ranem – nie wiem, jak mogłam wcześniej tego nie słyszeć

Lali Puna – 40 Days – bo to najlepsza piosenka jaką znam, piosenka której słucham najczęściej ze wszystkich

Old Jerusalem – Arts Center – bo nie do końca wyleczyłam się ze smutnych chłopaków z gitarami akustycznymi

Czesław Śpiewa – Pożegnanie małego wojownika – genialny kawałek, genialnie zagrany, genialnie zaśpiewany

Death Cab for Cutie – Grapevine Fires – "before we all burn"

Pustki – Notes – cudowny Antoni Słonimski

The Notwist – Consequence - "Could it stay with me the whole day long?"

Death Cab for Cutie – A Lack of Color – nie starzeje się

DeVotchKa – How It Ends – u mnie to zatacza koło: książka – film – muzyka…

PROLOGMIX – PROLOGMIX – (ehh, te tagi...) muzyczna zapowiedź Mistrza i Małgorzaty na scenie. Teraz chyba ta muzyka poszła w innym kierunku…

Delons – TAJFUN 18 – "pod gruzami na pewno czekasz na mnie"

Gogol Bordello – Start Wearing Purple – można oszaleć na punkcie tego kawałka

Muchy – Przyzwolitość – "może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię…?"

Gogol Bordello – Illumination - "In sound of this same old punk song"...

Iowa Super Soccer – Little Joe – działa jak termofor

Gaba Kulka – Emily – piękne. Kropka. To znaczy Kulka

Delons – Z biegiem czasu – najlepszy kawałek Delons. Uwielbiam - to za mało powiedziane.

Freshlyground – I'd Like – Republika Południowej Afryki w natarciu

Robert Talarczyk – Ten jeden dzień – bo "wszystko jedno"

The Killers – When You Were Young – jak napój energetyczny

Kate Nash – Nicest Thing – bo czasem trzeba trochę zmięknąć

Robert Talarczyk – Słowa – bo mam słabość do słów i do "Słów". Nie do wyleczenia?

Adele – Rolling In The Deep – wciągający powrót Adele

5'nizza – Soldat - "Я герой, скажите мне какого романа"…


Pewnie jeszcze dzisiaj się odezwę. Nie wiem jeszcze, do której przyjdzie mi tu dzisiaj kwitnąć samej w biurze... 3majcie się. Zł.

niedziela, 26 grudnia 2010

otwarcie sezonu

Tak naprawdę znam tylko jeden pozytywny aspekt zimy: snowboard. W wieku 12 lat porzuciłam narty na rzecz deski i zaczęłam uczyć się sama, obijając każdą część ciała, zgrzytając zębami i połykając łzy. Jeździłam wtedy na zjazdowej desce z twardymi wiązaniami - dla dziecka: hardkor. Mój Ojciec, który zdobywał różne nagrody na nartach i sądził, że pójdę w jego ślady, początkowo patrzył z niedowierzaniem na tego ośnieżonego stwora, w którego zmieniła się jego dobrze rokująca córeczka. Później już wiedział, że do dwóch desek nie wrócę i... sam przesiadł się na jedną. Snowboard jest inny, zadziorny, charakterny, zaczepny. Jest wymagający. Pamiętam sezony w całości przejeżdżone z usztywniaczami na zbuntowanym lewym kolanie, które zawsze jako pierwsze wali o ziemię. Poobijane nadgarstki czasem bolą nawet parę miesięcy po zimie. A ja potrafię w wakacje sprawdzać, czy mam dokręcone wiązania. Mój snowboard przez cały okrągły rok stoi przy moim biurku. Ot, miłość;).
Brzydalowi nauka jazdy na nartach przyszła z łatwością. Pamiętam, jak pierwszy raz przypiął narty. Odepchnął się kijkami na górze stoku i od razu wyprzedził własnego instruktora o trzy długości. Następnie zobaczyłam tylko gigantyczną śnieżną chmurę, w której Brzydal zniknął i z której po chwili wyłoniło się jakieś białe yeti, w którym po otrzepaniu z pozostałości zaspy rozpoznałam Brz. Teraz jeździ bardzo fajnie i - jak na moje możliwości - zdecydowanie za szybko. Twierdzi, że ma lepsze noszenie;).
Niepokoi mnie tylko to, że im jestem starsza, tym robię się coraz ostrożniejsza, a przecież chciałabym się jeszcze w tę stronę trochę porozwijać. Jako że nie mam zamiaru w moim wieku zmienić się w stokowego emeryta, uciszam w sobie te wszystkie "uważaj", "nie wolno", "nie tędy", "trasą! trasą!" No i kask, kochani. Kask jest najważniejszy. Bez kasku nie jeździmy. Na kasku nie oszczędzamy. Kask ma być zawsze porządnie zapięty. I - oczywiście - ładny ;).


To będzie dobry sezon. Szalenie chce mi się jeździć i pozwalać hormonom szczęścia zalewać oczy. Byle do soboty!
Złośnica

sobota, 25 grudnia 2010

25.12

Na zdjęciu jeden z moich ulubionych widoków: Babcia nad stolnicą dzień przed Wigilią. Wzięłam urlop, żeby z Babcią walczyć z uszkami;). Kot pomagał. Zostawiam dużą rozdzielczość fotki - po kliknięciu możecie zobaczyć moją Babcię z bliska. W ogóle powinniście ją poznać bliżej. Miejsce urodzenia: Lwów. Wiek: 89. Znak zodiaku: strzelec. Przez ponad 40 lat była nauczycielką z najczystszego powołania. Do teraz dostaje listy od wdzięcznych uczniów. Antyklerykalna humanistka. Od 30 lat pisze rodzinną kronikę, w której opisuje nie tylko to, co robią wnuki, ale też wkleja codzienną prasówkę na tematy polityczne, ekonomiczne, kulturalne.  Mnóstwo czyta. Nigdy na nikogo nie podniosła głosu. Mieszka w Katowicach-Ligocie, gdzie i ja chciałabym wrócić.
Co by tu porobić miłego...? Jeśli możecie podrzucić mi mailem coś do czytania albo do słuchania, to chętnie przyjmę. Właśnie Dż wysłał mi plakat dotyczący styczniowego koncertu Generała, na którym mnie nie będzie, ale z przyjemnością roześlę info wszędzie gdzie mogę. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu byłam pewna, że będę tym jednym jedynym managerem zespołu;)...

Pzdr, Zł.

P.S. W Programie Pierwszym Polskiego Radia po godzinie 14 można słuchać "Mojego drzewka pomarańczowego" w odcinkach. Przyssało mnie do głośnika, bo znałam audiobooka, ale słuchowisko to nowość:). Polecam.

piątek, 24 grudnia 2010

24.12

Mnóstwo niespodziewanie intensywnych emocji. Tak intensywnych, że nie do końca umiałam sobie z nimi zdroworozsądkowo poradzić. Pamiętam, że jaka Wigilia, taki cały rok. Jeśli przez cały najbliższy rok miałyby się dziać ze mną takie rzeczy, to ja w to wchodzę, po prostu.

Życzę Wam fajnych, udanych Świąt, takich jak lubicie najbardziej i pełnych takich emocji i myśli, jakich sami byście sobie życzyli.

Rozsyłam buziaki :-*

Złośnica

środa, 22 grudnia 2010

na wypadek gdyby...

Kilka lat temu wycięłam ten obrazek z jakiejś gazety. Przegrzebałam dziś parę starych kalendarzy, żeby go znów zobaczyć. Uznałam, że czas już wstawić go tutaj. 



Mnie w sumie też Święta zaskoczyły bardziej od zimy... Rodzice zrobili wczoraj świetny numer: uznali, że po co kupować choinkę, skoro i tak chcieli w naszym ogrodzie wyciąć jedną taką nie za dużą. Poszli więc wczoraj z piłą i ją ciachnęli. Po ciachnięciu oczywiście okazało się, że ta choinka tylko wyglądała tak niepozornie i że rodzice nawet we dwójkę tego zielonego drapaka unieść nie potrafią. Musieli ją więc jeszcze trochę skrócić, żeby w ogóle zmieściła się w domu. Od razu przypomniała mi się Bridget Jones i jej za duża choinka, której za pomocą normalnych nożyczek i po pijaku chciała nadać tradycyjny trójkątny kształt. Teraz rodzice szaleją z choinką na dole, a ja próbuję jakoś poukładać w głowie te wszystkie rozmowy i strzępki informacji, które dziś do mnie dotarły. Jak to jest, że niektóre słowa jest miło usłyszeć, ale później nie wiadomo, co z taką wiedzą zrobić?

Do słuchania pewna pani, której tu jeszcze nigdy nie było: Lora Szafran. Nie mam najbledszego pojęcia, jak wpadłam na ten kawałek, ale chyba gdzieś przeczytałam kawałek tekstu i dopiero później odkryłam, że to piosenka "Na wypadek gdyby..." (UWAGA! link do piosenki został usunięty po negatywnej reakcji czytelnika bloga na ten kawałek. Cholera, blog interaktywny czy co;))???)

Jutro urlop! W 4 dni wolnego wchodzę - jak zwykle niespodziewanie - na prochach. Mam nadzieję zbudzić się rano w trochę lepszej formie.

Poza tym mam nowy telefon:). Po tamten stary pewnie odezwaliby się do mnie niedługo z Muzeum Techniki. Co mogę powiedzieć o nowym? Że cudownie mi się dziś przez niego rozmawiało:))))........

Z.

wtorek, 21 grudnia 2010

godziny

Wczoraj:
24 godziny życia
10 godzin w pracy
3 godziny na plenerowym karaoke
2 godziny w teatrze
kilka minut w padającym śniegu
6 godzin snu

Dzisiaj:
24 godziny życia
15 godzin w pracy
150 gości
wiele kilometrów przebiegniętych korytarzy
6 godzin snu

Udane były te dwa dni, naprawdę. Dużo dobrych, ciepłych myśli.

Podczas dzisiejszej uroczystości ktoś przeczytał wiersz, w którym były słowa "czekam na ciebie we śnie, po sześć godzin na dobę". Genialne.

Jeszcze tylko jutro. Jutro musi być spokojniej. Musi.

Z.

Witam Witam :-)

Witam serdecznie po bardzo długiej przerwie,

na wstępie chciałbym złożyć wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom najlepsze życzenia świąteczne. Zdrowych, Wesołych Świąt, dużo miłości, radości, życzliwości, smakowitości i "rodzinności" ;-).

Wracając do sedna. Jako zarażony, jakiś czas temu, przez Złośnicę muzyką inną niż popularna zacząłem swoją przygodę z cięższymi rytmami. Jak na pewno wiecie słuchaliśmy Antyradia, natomiast aktualnie słuchamy EskaRock (m.in. ze względu na Poranny WF), ale ale.

Pewnego razu zaskoczyło mi na Republikę i Grzegorza Ciechowskiego, początkowo wsłuchiwałem się w najpopularniejsze kawałki, telefony, Biała flaga, Tak tak ... to ja, Mamona. Kolejny stopień wtajemniczenia to Sexy Doll, Śmierć na pięć, Kombinat, Odchodząc.

Co jakiś czas wracałem do kompilacji pod nazwą Republika z 2002 roku.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że Kasia Kowalska nagrała płytę Moja Krew, gdzie znajdują się największe hity Republiki i nieżyjącego Grzegorza Ciechowskiego.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy wysłuchałem piosenki Telefony. Skóra zjeżyła mi się na plecach, włosy na nogach, po czym szybciutko musiałem oczyścić sobie umysł oryginalną wersją, najlepiej koncertową.
SZOK !!! i do tego, puściła to moja ulubiona stacja radiowa, która promuje cały krążek, jako bdb pozycję SZOK !!!.

Osobiście nie mam nic przeciwko Kasi Kowalskiej, ba, nawet nie mam nic przeciwko coverom, ale o zgrozo, pewnych kultowych i kluczowych kawałków nie powinno się zmieniać. Zresztą mało który cover udaje się lepiej albo przynajmniej tak samo dobrze jak oryginał.

Chętnie poznam Wasze odczucia, w kwestii tego pomysłu, bo być może ze mną jest coś nie teges ;-).

Pozdrawiam
Brzydal ;-)

czwartek, 16 grudnia 2010

na lodzie

Ciężka sprawa z tą zimą. Jeżdżę ostrożnie, ale to, co niektórzy kierowcy robią na drogach uzmysławia mi, że naprawdę nie wszyscy powinni prowadzić samochody. Niezwykła jest np. ta tendencja, że jak jest wypadek w stronę Sosnowca, to profilaktycznie korek tworzy się też w stronę Katowic i odwrotnie, mimo że w każdą stronę są 3 pasy oddzielone barierkami. Czyli że wystarczy zablokować fizycznie jeden pas, żeby grzecznie stało sześć pasów w godzinach porannego lub popołudniowego szczytu. Czarujące.
Dziś z pracy wracałam 1,5 godziny. Po dość stresowym dniu w biurze, w aucie zachowywałam anielski spokój przez godzinę i 20 minut, stojąc w kilku różnych korkach, słuchając muzyki, ustępując innym samochodom i próbując się wyluzować. I dopiero blisko domu moja prawdziwa natura znów wylazła na wierzch - na Piłsudskiego wytoczyła mi się przed nosem jakaś skodziana, po czym rozwinęła zawrotną prędkość 30 na godzinę i najwyraźniej nie miała zamiaru wrzucić trzeciego biegu. Zwerbalizowałam złe emocje i wybuchłam nagle, głośno i bardzo wulgarnie, po czym od razu wybuchłam śmiechem, bo sama siebie nie podejrzewałam o taką reakcję.
Z pozytywnych aspektów zimy, otworzyłam sezon na łyżwy. Pozytywnie zaskoczyły mnie zmiany na lodowisku w Katowicach, gdzie są teraz fajne małe zamykane szafki i karty magnetyczne, które liczą minuty po przekroczeniu godziny. Więcej pozytywnych aspektów zimy na razie nie dostrzegam.
O Świętach w ogóle nie myślę. Biuro mnie pożera, pożera mnie też rosyjski (uparłam się i czytam moją ulubioną rosyjską książkę - czytam ją przed snem po rosyjsku! Tzn. na niej uczę się czytać i rozumieć), tym bardziej że za miesiąc zaliczam semestr.
Odliczam. Za 4 dni "Cholonek". Za 13 dni wypłata, co ma związek z tym, że bardzo potrzebuję kasy na to, co za 23 dni;). Ostatnio na facebooku wpadłam na genialną grupę: "Dlaczego pod koniec pieniędzy jest jeszcze tak dużo miesiąca"? I druga moja ulubiona: "Boję się że burdel w moim pokoju ożyje w nocy i zeżre mnie żywcem". I to tyle.
Z.

niedziela, 12 grudnia 2010

Adele - Rolling In The Deep



Cudowny nowy kawałek Adele. A myślałam, że to "Chasing pavements" na zawsze zostanie jej najbardziej czarującą piosenką. A tutaj taka niespodzianka: Adele wydoroślała i ma tak zajebisty wokal, że się nie można oderwać. Teledysk cudowny (musicie zobaczyć te szklanki!), zresztą "Chasing pavements" też promował przemiły dla oka klip. Z niecierpliwością czekam na płytę "21". Ta dziewczyna jest tak niewspółczesna, aż miło.

Z.

sobota, 11 grudnia 2010

5'NIZZA Солдат



Nie umiem się uwolnić od tej piosenki. Chodziła za mną od wakacji, ale teraz już na dobre się przyczepiła. To piosenka z gatunku tych, przez które nie chce się wychodzić z samochodu, jak sączy się z głośników. Wkręca się.

Dziś "Łysa śpiewaczka" w Teatrze Zagłębia.

Z.

czwartek, 9 grudnia 2010

Hamlet

Dostałam maila od Hamleta. Od cudownego, najprzystojniejszego na świecie Hamleta, z którym nie rozmawiałam kilka miesięcy. Odezwał się w sprawie zupełnie nieteatralnej, co mnie 1. dość zaskoczyło, 2. ucieszyło, bo mogłam jednak wrócić do tematu jego (jakże przyjemnej dla oka) obecności na scenie:) (choć ostatnio częściej migał mi w telewizji, na co niezmiennie reagowałam radosnym "znam go znam go znam gooooooo!!!"). W kolejnym mailu napisał mi, że teraz gra w spektaklu Kleczewskiej w Opolu (tej słynnej Kleczewskiej, której dotąd nic nie widziałam) i że jeśli chcę zobaczyć, to on tam jedzie w sobotę i niedzielę, więc może mnie zabrać. Po tym komunikacie 1. umarłam z radochy, po czym od razu 2. wbiłam zęby w biurko, bo w sobotę idę na inny spektakl, a w niedzielę jestem cały dzień poza Śląskiem. W ten sposób elektryzujący Hamlet mi się oddalił i z jego przemiłej i spontanicznej propozycji nie wyjdzie nic. Do końca roku w Opolu nie gra już ani razu, więc kapota. Pffffffffff!!!!!!!!!
Czuję się trochę tak jak wtedy, kiedy Ktoś Ważny dawno temu zapytał, czy mnie gdzieś podrzucić, a ja oczywiście powiedziałam, że nie, ale już w połowie trwania tej mojej odmowy wiedziałam, że będę tego żałować. Grrrr.
Z.

środa, 8 grudnia 2010

70 godzin

Lepiej znosiłam te mrozy niż tę cholerną odwilż. Mój organizm też najwyraźniej wolał ten śnieżny stan sprzed tygodnia, bo wczoraj na wszechobecną pluchę zareagował nagłym i  niespodziewanym spadkiem odporności, co z kolei zaowocowało absolutnym brakiem energii i przeziębieniem-gigantem z całym jego inwentarzem. W dodatku chyba ktoś sobie dzisiaj ze mnie robił jaja i wykrzywiał czasoprzestrzeń, przez co 8 godzin w biurze trwało jak 80 dni dookoła świata.

Poza tym niedawno zaczęło mi czegoś brakować, tylko przez kilka tygodni nie bardzo umiałam wykminić, o co chodzi. Próbowałam czytać jakieś inne książki, szukałam nowej muzyki, robiłam zdjęcia - nic nie pomagało. Dziwne uczucie braku jakiegoś ważnego elementu nie dawało mi spokoju. I dziś, próbując się rozgrzać, pijąc sto dwunastą już herbatę i czując dziwne mrowienie w opuszkach palców, zrozumiałam: chce mi się coś napisać. Znowu.

W ciągu minuty działo się tak: google -> repertuar -> telefon -> pytanie, czy jakimś cudem są jeszcze bilety na najbliższą sobotę -> odpowiedź, że owszem, jakimś cudem jeszcze są cztery sztuki -> rezerwacja wszystkich czterech sztuk -> trzask telefonu -> radocha. Nie dość, że będę miała co oglądać, to jeszcze będę miała o czym pisać! Ostatnią recenzję wypuściłam jakoś na początku października. Może czas do tego wrócić, żebym później nie żałowała, że pozwoliłam się temu gdzieś wymknąć... Już raz miałam taki moment, że wszystko puściłam wolno, tylko teatru trzymałam się naprawdę mocno. Muszę spróbować do tego wrócić.

Dobrze. Spektakl już za jakieś 70 godzin.

Z.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Святослав Вакарчук - Ой, поперед мене гори сині



Cudowna sprawa, usłyszeć ten kawałek tam, gdzie usłyszałam go wczoraj. Pamiętam, jak dostałam płytę. I pamiętam, jak podałam ją dalej i zastanawiałam się, czy trafiłam. Teraz, po 3 miesiącach, wiem, że trafiłam:).
Cudowna sprawa, tak zacząć dzień, jak ja dzisiaj zaczęłam. To w ogóle był dobry dzień.
Bosz, jak fajnie... :)))) :-*
Z.

niedziela, 5 grudnia 2010

ESK 2016 Katowice - Lech Majewski




Ten filmik jest zupełnie niezwykły. Dawno nic nie podobało mi się tak bardzo jak te 95 sekund. Wibracja. Energia. Negatyw Słońca. Genialne! Być może to jest fantazja, ale być może nie jest. I Nikiszowiec w tle.

A poniżej mój dzisiejszy Nikisz.


Lubię patrzeć na szyld zakładu fotograficznego Niesporków. Lubię myśleć o księdzu Dudku i o Dorce Badurzance, która była mistrzynią gry w szklane kulki, a poza tym chciała zostać świętą, ale - jak wiadomo - została kimś innym. Chciałabym usłyszeć, jak na torach hałasuje Balkan, że nie wspomnę o tym, że chciałabym się przejechać.


Z.

piątek, 3 grudnia 2010

pseudoprezent

Rozmawiałam w pokoju z Babcią, gdy wszedł Brat i wręczył mi mój własny ściągacz wody z szyb, który wożę w aucie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wręczył mi go w dwóch kawałkach. Powiedział, że mi odkupi i wybiegł z pokoju.

Babcia: On ci to na Mikołaja kupił?
ja: Nie, babciu. On mi to na Mikołaja zepsuł.

Z dobrych wieści: byłam dziś na kilku wydziałach, gdzie przeprowadzaliśmy bardzo fajną, wesołą, głośną i medialną akcję. Na jednym z korytarzy mojego wydziału wpadłam na jedynego w swoim rodzaju, najcudowniejszego i genialnego mojego własnego Promotora, który mnie przytulił i pocałował w czoło.

ja: Tęsknię za panem, panie profesorze.
Promotor: Ja też :)

Może później wrzucę jakieś fotki, bo aparatu dziś niemal nie wypuszczałam z rąk. A teraz biorę kompa do kuchni, bo mam full roboty przed jutrzejszym rodzinnym zjazdem:)). Potwornie zmęczył mnie ten tydzień, ale za to zapowiada się naprawdę czarujący weekend.

Zzzzz

ps. Gdy wróciłam do biura, jak na skrzydłach wpadłam do pokoju, gdzie akurat siedziały trzy kierowniczki biur. Z błogą miną:
ja: Spotkałam promotora i mnie pocałoooooowaaaaał....
Kier.: Jezus Maria, gdyby mój mnie pocałował, to bym się chyba załamała...

;)

czwartek, 2 grudnia 2010

telefony

Dzwoni mój służbowy telefon.
- Słucham - odbieram grzecznie, przedstawiając się z imienia, nazwiska i nazwy biura, choć bez nazwy instytucji, bo za długa. Po drugiej stronie słuchawki męski głos.
- Dzień dobry, czy jest u was Pan Dariusz (tu pada nazwisko, które słyszę pierwszy raz w życiu), bo mamy dla niego paczkę.
- Nie rozumiem, pyta pan, czy pracuje w naszym biurze taki człowiek? (zapytałam zdziwiona, bo prawda jest taka, że w biurze pracuje 11 kobiet i żadna nie ma na imię Dariusz)
- Nie, pytam o to, czy jest u was  o s a d z o n y.
- (w myślach: &%$#$&%(#*(&???) (na głos:) U nas raczej nikt nie jest osadzony...

Hmmm. Uwielbiam pomyłki telefoniczne. Mój numer wewnętrzny jest bliźniaczo podobny do jakiejś ogólnopolskiej informacji kolejowej, czasem więc odbieram i słyszę np. pytanie: "czy intercity do Gdyni odjedzie dziś punktualnie"? I zawsze mnie korci żeby powiedzieć np. "panie, on już pół godziny temu odjechał" albo "spokojnie, masz pan jeszcze trzy minuty". Kiedyś zadzwonił jakiś facet o przemiłym głosie pytać o cenę jakiegoś biletu, a ja na to najmilszym tonem wyraziłam swoje ubolewanie, że w tej kwestii nie pomogę, ale gdyby potrzebował projekt kampanii promocyjnej albo scenariusz eventu, to służę radą i pomocą. Padł ze śmiechu, kilka razy przeprosił i zniknął mi z linii z życzeniami miłego dnia.

Najlepszy był jednak telefon od pewnego bardzo szacownego uczonego, który mówił mi o swoich konferencyjnych potrzebach. Na moje pytanie o ilość uczestników mówi mi tak: "Najmilsza pani, prelegentów zjedzie się z całej Polski dość wielu, bo zjawią się w liczbie aż stu dwudziestu. I liczę tu tylko faktycznych uczestników, bez tej całej młodej gawiedzi, która będzie tam li tylko w charakterze klakierów..." Później, jak już przestałam się śmiać i wysłuchałam zapewnień, że dawno ów szacowny uczony nie słyszał istoty o tak słowiczym głosie i śmiechu jak mój (!!!!!), wyraziłam swój żal, że pewnie już nigdy do mnie nie zadzwoni, bo tak naprawdę przez przypadek odebrałam nie swój telefon... Ehhh... Aż za dobrze wiem, że przez telefon wolno więcej.

Dziś z pracy wróciłam mocno rozdrażniona i później niż myślałam. Ale trzymam się dzielnie, bo - uwaga uwaga - od wczoraj MAM NA CO CZEKAĆ. Dokładnie 37 dni. To tylko 5 tygodni z hakiem. Będzie cudownie. Będzie najlepiej. 37 dni!!!!

panna Zet.

wtorek, 30 listopada 2010

telefon

Właśnie wróciłam do domu po Wielkiej Uroczystości.
Myślałam, że umrę z nerwów. Dawno nie czułam się za coś aż tak odpowiedzialna.
Przed chwilą we własnym pokoju rzuciłam się na leki jak na cukierki.

Ale wiecie co? Niedawno zadzwonił telefon.
Dzwoniła do mnie Szefowa.
Pogratulować.

Tak!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Z.

poniedziałek, 29 listopada 2010

test na miłość

- Zrobię Ci test na miłość! - zakomunikowałam on-line, a że w ciągu trzech sekund nie zobaczyłam żadnych przejawów sprzeciwu, wprowadziłam test w życie. - Właśnie zamówiłam na necie pendrajwa. Musisz zgadnąć którego!
Jeszcze dobrze nie wysłałam wiadomości z tym obrazkiem, jak nadeszła odpowiedź:
- Krówka - odpowiedział z, jak podejrzewam, pewną siebie miną.
- Zdałeś:)). Wystawię Ci świadectwo, podepniesz sobie do CV.

Przejawów miłości było ostatnio więcej. Dziś wcześnie rano w pracy dostawałam właśnie ataku szału, paniki i białej gorączki (nienawidzę sytuacji, kiedy muszę ratować własny tyłek przez czyjąś galopującą niekompetencję), jak Brzydal zadzwonił do mnie ze sklepu.
- Właśnie kupuję Ci szczotkę do śniegu i nie wiem, czy chcesz czerwoną czy żółtą? (pomyślałam: jaki cudowny musi być świat, w którym człowiek waha się nad szczotką do śniegu;)!)
Później przyznał się, że chciał przyjechać do mnie pod pracę odśnieżyć mi auto. Rozczulające. Ale niestety nikt nie wiedział, o której będę wolna. Ostatecznie wyszłam jakoś po 18, ale później wspólnymi siłami jakoś udało się nam to wszystko odreagować.

Trzymajcie jutro kciuki, bo będzie bardzo bardzo trudno. Zdecydowanie za dużo zależy od tego jednego dnia. Jak to jest, że niektórym z taką łatwością przychodzi wmawianie sobie, że da się radę? Spróbujmy. Dam radę. Dam radę. Dam radę.

Zzzzzz

niedziela, 28 listopada 2010

murphy

Człowiek postępuje rozsądnie wtedy i tylko wtedy, gdy wszelkie inne możliwości zostały już wyczerpane - głosi jedno z moich ulubionych praw Murphy'ego. W ciągu ostatnich dni zdarzało mi się działać rozsądnie bez sprawdzania innych możliwości, ale nie mogę powiedzieć żebym była z siebie zadowolona. I tylko mam w pamięci obraz mojej koleżanki z pracy, która z dość smutną miną znad monitora wyrecytowała: kochany mózgu, znowu miałeś rację... Wracałam późno, pracowałam, dumałam, poprawiałam, wpadałam w panikę i nie byłam w stanie zająć się niczym innym poza pracą i nawet mi było z tym nieźle. Gorzej, że później spędzając naprawdę mało czasu w domu, byłam dość ciężka do zniesienia. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie mogłabym pracować jeszcze gdzieś, żeby do minimum ograniczyć ten czas wolny, podczas którego zaczynam myśleć o sobie i kombinować, co dotąd niemal nigdy nie wychodziło mi na dobre. W tak zwanym międzyczasie przyszła zima, wprawiła mnie w osłupienie i sprawiła, że znów szukam w głowie czegoś ciepłego i miłego w dotyku albo czegoś, na co warto czekać. Ale - cholera - nijak nie znajduję, póki co. Może to przez to, że jestem potwornie zestresowana tą wtorkową uroczystością. Czuję się tak jakbym miała przejść jakiś skomplikowany test jakości. 

Do słuchania, choć może bardziej do oglądania, wrzucam wspólny występ Madonny i Gogol Bordello. Wpadłam na niego przypadkiem i był to dzisiaj jedyny moment, że coś skupiło moją uwagę na dłużej niż kilka minut.

Z.

wtorek, 23 listopada 2010

czai się

Niedawno wróciłam do domu po 13 godzinach. Jest ok. Pracuję jak dzika. Bez wtop i galopujących problemów. Trzymam rękę na pulsie przy organizacji Mojej Pierwszej Wielkiej Imprezy. Na razie wszystko idzie po mojej myśli. Przygotowałam kilkadziesiąt dokumentów. Wysłałam mnóstwo zaproszeń. Mamy bajeranckiego gościa honorowego, gwiazdę:), sami zobaczcie. Ogarnęłam scenariusz sprzed roku i wedle wskazówek szefowej na jego podstawie zrobiłam mój własny, tegoroczny. Za tydzień o tej porze będzie już po wszystkim. Ranyboskie...

Cały weekend poza domem. W ogóle wszystkie popołudnia poza domem. Efekt tego taki, że wieczorem, jak odpalam prywatny komputer, jestem zmęczona, dziwnie smutna i niezwykle łatwo mnie rozdrażnić. Czuję się tak, jakby Coś się na mnie czaiło i tylko czekało na jakiś słabszy moment. To Coś przez cały dzień się nie ujawnia, bo jestem tak zajęta, że i tak bym nie zauważyła. Za to wieczorem - to co innego. Z każdego kąta wyłazi mi stwór miliona pytań, niepewności i wątpliwości. Wczoraj wieczorem to Coś zupełnie mnie przydusiło do poduszki i nawet nie miałam siły odganiać się od napierających mi na głowę słów "dlaczego dlaczego dlaczegooooooooo"...

Dziś na rosyjskim w książce znalazłam coś, co mogłoby być moim czającym się stworem.

Tu chciałam jeszcze dopisać, że w sumie już trochę wiem "dlaczego dlaczego dlaczego", ale nie byłoby to do końca zgodne z prawdą. Chyba potrzeba czasu.

Z.

środa, 17 listopada 2010

garść filmów

Bezczas. Zeroczas. Za dużo trochę, mało pamiętam. W czwartek pamiętam świetnego "Handlarza cudów". Aż chce się jeszcze raz obejrzeć "ENEN". W sobotę "Skrzydlate świnie" - warto. Oglądając takie filmy ma się wrażenie, że polskie kino ma się naprawdę dobrze. Później góry, góry, góry. Wiele kilometrów, nienaturalnie ciepło i przemiła atmosfera. Kryzys przyszedł później i znów jestem na prochach. Ale warto było. W pracy młyn, ale wyrabiam się. Wczoraj jeszcze do 19 rosyjski, który ma szalone tempo i bardzo mnie angażuje, nie tylko podczas tych dwóch godzin zajęć, za którymi staram się nadążyć. Dziś niespodziewanie Regio Fun Film Festival i zupełnie wstrząsająca "Ewa", na którą polowałam od miesięcy, ale z tego co wiem dotąd nie weszła do normalnej dystrybucji (dzięki ci, redakcjo, za patronat medialny i wejście). Świetny film Sikory i Villqista. Chciałoby się napisać, że śląski film, ale jest w cudowny sposób uniwersalny. Nie zdziwiłabym się, gdyby szalał po zagranicznych festiwalach, a u nas był grany dla paru osób w studyjnych kinach. Poza tym czytam najnowszą książkę mojego najukochańszego Janusza Głowackiego "Good night Dżerzi". Wystarczyło mi parę stron wczoraj, żeby przekonać się, że Głowacki im starszy, tym lepszy. Dziś już nie dam rady. Najwyżej pogłaszczę okładkę, która jest obłędna w dotyku.
Jestem nieprzytomna ze zmęczenia, ale nie wyobrażam sobie, że miałabym z czegoś teraz zrezygnować.

Zzzzzzzzz

piątek, 12 listopada 2010

przerwa

Dziwna przerwa na blogu... Nie pisałam kilka dni, weszłam więc na statystyki, zobaczyć jak czytelnictwo spada na pysk. Okazało się jednak, że przez cały tydzień był tu zadziwiający ruch, który zmotywował mnie do napisania jakiejś nowej, trochę chaotycznej notki.
W pracy przygotowania do bardzo intensywnego przełomu listopada i grudnia. Dwie wielkie uroczystości, z czego jedną koordynuję, plus jeden dwudniowy event, w który też jestem dość mocno zaangażowana. Poza tym dopięcie i druk materiałów po rosyjsku plus ostateczne ustalenia dotyczące mojego wielkiego angielskiego folderu. Atmosfera w biurze w tym wszystkim naprawdę fajna, a i ja w tym tygodniu trochę spokojniejsza. Rosyjski jest fajną odskocznią. Cyrylica jest niezastąpiona, jak chcę na godzinę zająć głowę czymś naprawdę innym. W środę przemiła kawa z Mrówką. Mam nadzieję, że wejdziemy w jakąś cykliczność, bo myślę, że wciąż mamy sobie mnóstwo do powiedzenia i do opowiedzenia, przecież tyle się dzieje! I tyle spraw łatwiej zrozumieć - albo znieść - we dwójkę. Dziś rano, korzystając z wolnego piątku (cud!), pojechałam spotkać się z moją serdeczną koleżanką ze studiów (oczywiście jadąc za szybko i śpiewając całą drogę, norma). Wszystko się zmienia i u niej, i u mnie, a wciąż śmiejemy się z tych samych rzeczy. Później kusiło mnie, żeby skoczyć do Bielska (pora wczesna, pogoda ładna, a tam wszystko takie fajne...), ale grzecznie skręciłam w stronę Katowic (w ogóle ostatnio jestem coś za grzeczna). Przede mną jeszcze 2 wolne dni. Jeden mój kumpel cieszył się na długi weekend i uznał, że całe 4 dni będzie uprawiał tradycyjny sport hiszpański: leżenie bykiem... Jeśli macie jakieś inne propozycje, to mam luz;).
Odezwę się za jakiś czas.
Z.

niedziela, 7 listopada 2010

Kometa na youtube

 Łooo, co znalazłam! Oglądałam Nohavicę na youtube, a tu taki bonus...




















Ciepło mi się robi jak pomyślę o tamtym wieczorze.

Zł.

na granicy

Na zdjęciu ja przyłapana na przekraczaniu granicy Rzeczpospolitej Polskiej. Dostałam premie, dostałam nagrodę, wzięłam gotówkę i uciekłam za granicę, zupełnie jak w filmach.


Wcześniej przekroczyliśmy granicę pieszo, jak zwykle, po czym udaliśmy się na małe zakupy do naszego ulubionego Chińczyka na rogu. Po długim spacerze po czeskiej stronie, na moście zatrzymał nas Czech z jakąś unijną ankietą na temat turystyki. Jedno z pytań dotyczyło tego, ile wydaliśmy po stronie czeskiej. Bez mrugnięcia okiem odpowiedziałam - zgodnie z prawdą - że całe 4,70 pln. Inne pytanie brzmiało: cel podróży do Republiki Czeskiej. Odpowiedziałam - zgodnie z prawdą - czekolada studencka;)...

sobota, 6 listopada 2010

dawno planowany piątek

Wracałam dzisiaj z pracy (vide: stałam w powypadkowym korku na roździeniu i miałam dużo czasu dla siebie) i chyba pierwszy raz w życiu samo mi się pomyślało, że mam absolutnie cudowną pracę. Uderzyło mnie moje własne odkrycie, bo dzisiaj właściwie nie było żadnych fajerwerków. Po prostu był to dobry dzień w pracy, złożony z wielu spraw, niektórych właśnie zamykanych (np. nasz najnowszy rosyjskojęzyczny materiał promocyjny, tak!), innych obecnie otwieranych. I ja gdzieś w środku. Atmosfera jest świetna. I w tym korku pomyślało mi się, że mam cholerne szczęście, co zdecydowanie kontrastowało z moim nastrojem, z którego nie potrafię wydobyć się od trudnej do określenia liczby tygodni. Mam szczęście.

Wpadłam do domu tylko na chwilę. Zmieniłam dżinsy na kanty, kowbojki na obcasy, sweterek na koszulę i łańcuszek na krawat i pognałam na spektakl. "Patty Diphusa" Teatru Polonia z Warszawy, czyli monodram Ewy Kasprzyk oparty na opowiadaniu Pedro Almodovara, zajął na jakiś czas moje myśli, co wyszło mi na dobre. I to pytanie: "Napiszesz recenzję?" I moja własna odpowiedź, której stanowczość nawet mnie samą zaskoczyła: nie mam zamiaru. Po co? Wielkie dzięki za niespodziewane bilety i za pamięć.

Ze spektaklu od razu do Katowic na planowaną od kilku dni imprezę z dziewczynami z działu. Cudowny wieczór, prześmiany, obśmiany i rozluźniony. Do tych popołudniowych oświeceń dotyczących samej pracy, dorzucam zachwyty nad ludźmi, z którymi pracuję, nad dziewczynami, które stać na luz, na szczerość, na niesamowity dystans, którego ja muszę się jeszcze nauczyć. Powiedziałam, że muszę odreagować. Nie pytały o nic, po prostu mi to umożliwiły. Wybawiłam się, wyszumiałam, odreagowałam, bo tego potrzebowałam najbardziej. Głośno dookoła, w klubie tłumy godne naszego wielkiego miasta, wybuchy śmiechu i opowieści, od których nie można się oderwać. Warto było czekać na ten wieczór i czuć, jak wraca się do jakiejś swojej dawnej formy. Trochę mi lżej, chociaż myśl o tym, że będę musiała sobie na nowo (kolejny raz) poukładać system wartości, trochę mnie męczy. Ale może sobie poradzę.

Słucham mojego najukochańszego z najcudowniejszych "Z biegiem czasu" Delonsów. Mnie przybywa i lat, i rozczarowań, a ta piosenka się dla mnie w ogóle nie zmienia. Stworzyliśmy razem teatr cieni...

Zet.

wtorek, 2 listopada 2010

M&M


z kalendarium.

Z.

ps. Tak trochę z innej beczki, właśnie dowiedziałam się, że błędy, które popełniłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy, poszły na marne, bo ani ja, ani nikt inny, nie nauczył się z nich zbyt wiele. Hmm. Chociaż o tyle dobrze, że mi to ktoś mówi ze śmiechem. To kiedy ta kawa?

poniedziałek, 1 listopada 2010

filmy

Sobota: niepokojące Essential Killing Skolimowskiego. Kawał męskiego, niewygodnego kina. Bardzo dobry, po prostu.

Niedziela: dokument Kucharze historii Petera Kerekesa. Szczególnie ten film jest godny uwagi, bo pierwszy już doczekał się już uznania, oklasków, nagród i tłumów (vide: tegoroczna Wenecja). Drugi natomiast jest trudny do upolowania w kinie (w Kato poleciał w Rialcie), dziwny, zaskakujący. To kilka równoległych opowieści, wspomnień wojennych widzianych z perspektywy kucharzy wojskowych, gotujących i dla żołnierzy, i dla najwyżej postawionych ludzi w państwie. Była w tym Rosja, były Bałkany, Czechosłowacja, Węgry, Niemcy, Francuzi. Był przepis na milion naleśników. Albo na 1001 bochenków chleba z arszenikiem dla więzionych SS-manów, po których 300 osób padło. To absolutnie niezwykłe filmowe dzieło, w którym maksymalnie poważne słowa, wypowiadane przez ludzi którzy jakimś cudem to wszystko przeżyli, sąsiadują z obrazami raz groteskowymi (wszak film jest czesko-słowacko-fińsko-austriacki, ta czeskość do czegoś zobowiązuje;) ), raz drastycznymi. Mnie się rzadko zdarza, że podczas projekcji chowam twarz w dłoniach i wcale nie chcę patrzeć. A teraz się zdarzyło. Słowem - ten film robi z widzem co chce.

Z.

środa, 27 października 2010

bilety

Zdjęłam z korkowej tablicy wszystkie stare bilety i zaproszenia, bo mnie denerwowały.
Teraz nie jestem pewna, czy te puste miejsca nie denerwują mnie jeszcze bardziej.
Tylko że nie widzę nic, co mogłoby te miejsca zająć.

Do słuchania Lali Puna i ich najlepszy kawałek 40 days

z.

wtorek, 26 października 2010

link do bloga Artura Pałygi

Prześwietny artykuł Artura Pałygi. Umieram z zazdrości, że to nie moje i polecam do czytania od deski do deski. Obowiązkowo!
 ----------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Teatr podległy"
To, co, jak sądzę, w istotny sposób różni teatr polski od teatru niemieckiego to totalne, absolutne, zniewalające podporządkowanie większości polskich teatrów bieżącej polityce lokalnego samorządu, a konkretnie grupom i osobom, które akurat stoją na czele tychże samorządów - pisze Artur Pałyga.
CAŁY ARTYKUŁ DO CZYTANIA TUTAJ 
 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------- 

Z.

poniedziałek, 25 października 2010

nieporządek

Gdzieś na necie w oko wpadło mi to wierszydło Świetlickiego, w którym pada zarzut "robisz mi nieporządek w chaosie". I nie śnij się, nie śnij. Bardziej jak zaklęcie niż jak rozkaz.

Dla ściemy wrzucam dość oniryczny kawałek, ciepły Beirut na początek jesiennego tygodnia.




















Z.

niedziela, 24 października 2010

raczej bez tytułu

W sobotę rano zbudził mnie sms od kumpla z pytaniem, kiedy skoczymy na kawę. Mocno zaspana rozpoznałam na zegarku godzinę 9. Szybko doszłam do wniosku, że razem z czytaniem w łóżku, piciem kawy tamże, kizianiem kota śpiącego w umywalce, doprowadzaniem się do porządku i usuwaniem pozostałości irokeza z głowy, wyrobię się na 12 w południe i bardzo chętnie skoczę z nim na kawę do nowej knajpy w Mysłowicach (wiecie, że nie trzeba już chodzić li tylko do Wikinga?).

Nie byłoby w tym zupełnie nic dziwnego, gdyby nie to, że w ogóle nie widzieliśmy się jakieś 5 lat. Fajnie jest się z kimś zaszyć nad latte po takim czasie i gadać tak, jakby tej przerwy w ogóle nie było. Miło jest tak po cichu pomyśleć, że ktoś wciąż ma mój numer po takim czasie i wie, jak go użyć;).

W piątek dość niespodziewanie wylądowałam w Korezie na koncercie "W górach jest wszystko co kocham", a to za sprawą mojej koleżanki z biura, która wręczyła mi bilet, przedstawiła swojej rodzinie i szturchała mnie w bok, jak nie chciałam się kołysać;). Pierwszy raz byłam na koncercie w takim klimacie, nasłuchałam się i czerpałam wielką przyjemność z patrzenia na to, co wyrabiają gitarzyści.

Chcę jeszcze z czystym sumieniem polecić film "The Social Network", który widzieliśmy wczoraj. Mimo kilku nieco przerysowanych momentów, film jest naprawdę bardzo udany, świetnie zagrany, aktualny i z pomysłem. W kinie większość osób na sali wpadła w przerażenie, gdy najwyraźniej komuś coś się popieprzyło i puścili nam "Śluby panieńskie". Zatrzymali projekcję, gdy na sali rozległo się buczenie poparte pokrzykiwaniem i pomrukami dezaprobaty. Niektórzy krzyczeli "ratunku...!" i ja byłam wśród nich;).

Od wczoraj chodzi za mną pytanie, kto zabił Palomina Molero?

czwartek, 21 października 2010

zaiskrzyło między nimi

Do czytania uroczy artykuł o tym, jak ktoś bardzo chciał wystąpić na scenie. Genialne fragmenty:
- W spodniach od piżamy, w szlafroku, pluszowym płaszczu, z walizką pełną rekwizytów w ręce...
- Słyszałyśmy jakieś hałasy, ale myślałyśmy, że to szczur - tłumaczyły się potem pracownice teatru.
- Jestem aktorem, artystą - rzucił dumnie, wycierając załzawione oczy...
- Gdy chwilę pooddychał przez maskę tlenową, stanął w oko w oko z wezwanym na miejsce pożaru Jackiem Stramą, dyrektorem teatru. Zaiskrzyło między nimi...

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Jako dodatek historia o tym, jak prawie zostałam honorowym dawcą krwi grupy BRh+. Wczoraj był pamiętny dzień, jeśli nie dla całej ludzkości, to dla mnie na pewno: po konsultacjach z Najstarszym Medykiem na Świecie, byłam bez leków, na czysto, więc pierwszy raz od kilku lat mogłam iść oddać krew, żeby ratować czyjeś zdrowie lub życie, pokonując niechęć do wkłuć jako takich, nabytą z wiadomych względów. Jednak wyszło tak, że przez cały dzień nie mogłam wyjść z biura, więc całą akcję przełożyłyśmy z koleżanką na dziś. I pewnie by tak było, gdyby nie to, że mnie nagle rozwaliło i od wczorajszego popołudnia jadę na antybiotykach. Pamiętny czas życia bez leków trwał więc jakieś 20 godzin. Jak na moje możliwości - to i tak sukces. Nie wiem, kiedy znów wyniki pozwolą mi pójść, więc jestem zawiedziona i rozczarowana swoją społeczną nieużytecznością. Jeśli mam tu jakiegoś czytelnika - krwiodawcę, może powie mi ktoś, jak dokładny jest ten wywiad lekarski?? Może też dowiem się, dlaczego żaden facet nie chciał ze mną iść... :P

Ja was pazdrawlaju.
Złośnica

wtorek, 19 października 2010

na językach

Angielski był zawsze. Wszyscy dookoła chcieli, żebym mówiła po angielsku (za co teraz jestem wdzięczna). Ja chciałam czasem bardziej, czasem mniej, ale efekt był taki, że po tysiącach godzin nad książkami i na kursach, pod koniec liceum byłam absolutnie zajebista z angielskiego. Efektem ubocznym jednak był narastający wstręt do tego języka, do wszystkich zakątków gramatyki i zawiłości coraz bardziej specjalistycznego słownictwa (innym efektem ubocznym tej nauki była cudownie fantastyczna i uskrzydlająca miłość, ooo:)) ). Traf chciał, że na studiach językowo cofnęłam się w rozwoju: nijakie zajęcia, kiepski podręcznik, milion innych spraw na ćwiczenia z literatury, prace zaliczeniowe i inne cuda., np. język staro-cerkiewno-słowiański (rany boskie...). Kogo by w takim otoczeniu w ogóle obchodził jakiś angielski...? Teraz wracam do niego okrężną drogą, czego dowodem jest tak naprawdę moja funkcja, którą powinnam podpisywać się w służbowych mailach.

Na ostatnim roku studiów, po przebojach naukowych, zawodowych i zdrowotnych, nagle uznałam, że mam trochę wolnego czasu i umysł gotowy na przyjęcie czegoś nowego. Od miesięcy marzyłam o czeskim, więc znalazłam dla siebie kurs, zapisałam się na niego już w czerwcu i 4 miesiące czekałam na start. Start nigdy nie nastąpił z przyczyn ode mnie niezależnych. Miałam dwie opcje: w akcie zemsty podpalić szkołę językową i nadal mieć trochę wolnego czasu, albo wybrać sobie inny język. Wściekła i załamana brakiem czeskiego, właśnie wychodziłam z kawą z Gołębnika, gdy 165 raz zadzwonili do mnie z tej szkoły, czy podjęłam jakąś decyzję. Wywarczałam w słuchawkę, że mam wolne w środy i piątki do południa. Jakie macie wtedy zajęcia? W środy włoski od podstaw, w piątki hiszpański. Proszę mnie wpisać na włoski. Później był rok kursu, miesiąc we Włoszech, kilka miesięcy prywatnych zajęć. Jeśli ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że włoski jest łatwy, osobiście palnę w łeb. Nie, nie jest łatwy. I dwa lata łaciny nijak mi w nim nie pomogły.

Praca mnie wessała i zajmuje moją głowę przez ogromną ilość czasu. Wiem, że mój angielski powinien być lepszy. Włoski będzie się przydawać sporadycznie. Poważna rozmowa. Target dla nas to rynki wschodnie? Czy może mogłabym iść na kurs? Może mogłabyś. Niedługo przyszło pismo: "To wskazane aby ta pani uczyła się języka rosyjskiego..." Taaak!

Dziś byłam na pierwszych zajęciach z rosyjskiego. Super będzie znów się uczyć czegoś stałego i konkretnego (w przeciwności do pracy, która wciąż jest jak jakieś błądzenie w ciemnościach). Nie wiem, kiedy będę umiała sama zrezygnować z nauki. Mimo że po podyplomówce obiecywałam sobie rok przerwy (żadnych studiów! żadnych języków!), to nie wytrzymałam. Cieszę się bardzo i nie mogę się doczekać, aż pojadę za wschodnią granicę. Tylko muszę się nauczyć czytać i pisać;).


Uwielbiam zaczynać coś nowego...

Zet.

niedziela, 17 października 2010

Młyny Boże

Uwielbiam zupełnie przypadkiem wpadać na takie piosenki! To dowód na to, że jeszcze długo nie wyleczę się ze słabości do mężczyzn z gitarami. Okazuje się, że tak samo dobrze działają na mnie stare mysłowickie klimaty, jak i zupełnie obce, bieszczadzkie (bo podobno SDM związane jest właśnie z tamtymi rejonami). Megadobry tekst. Przemiła, miękka melodia. Podejrzewam, jaki klimat jest na koncertach tej grupy i coraz bardziej chcę zobaczyć i usłyszeć z bliska.




















Czasem tak mam, że jedna piosenka decyduje o tym, że idę na koncert. Najszumniejszym wydarzeniem tego typu był na pewno genialny koncert Green Day. Kilka lat temu, gdy pierwszy raz usłyszałam Good Riddance (Time Of Your Life) to pomyślałam, że ten kawałek jest tak genialny, że koniecznie muszę usłyszeć go na żywo. Dopiero później poznałam całą dyskografię. Kiedy wydali "American Idiot", byłam już całkiem na bieżąco i nagle ta wiadomość, że jedyny koncert w Polsce, koncert w Spodku, 7 czerwca 2005... Pamiętam te godziny pod Spodkiem, glany, dziki pęd pod scenę." Good Riddance" Billie Joe zagrał na bis, a ja uryczałam się jak nastolatka (którą już zresztą nie byłam). Pamiętam jeszcze, że później przez kilkanaście dni miałam żebra całe w siniakach od tych cholernych barierek. Ale co to był za koncert...!
Słuchając tego kawałka SDM, chce mi się iść na koncert. Szukam towarzystwa:).
Złośnica

PS Dzisiejsze Bielsko bardzo udane. Jak to jest, że trafiam tam nawet jak nie mam w planach? Najważniejsze że już wiem, jak omijać ten gigantyczny korek na wylocie z miasta! Ponadto w samochodzie odkryłam w sobie zdolności do lekko złośliwego parodiowania i naśladownictwa... :-*

sobota, 16 października 2010

Buzek

Zamienić kilka słów z prof. Jerzym Buzkiem...
...przysięgam, BEZCENNE! :))))))))))

Świetnie jest być blisko takich wydarzeń. A jeszcze fajniej jest wiedzieć, ile można zrobić, gdy na szyi wisi coś z napisem ORGANIZATOR.

Złośnica

środa, 13 października 2010

otwórz drzwi

Mroźne powietrze i potrzeba skrobania szyby rano uzmysłowiły mi, że już czas na zdobycie zimowych opon. Polowanie na ten towar okazało się dość trudne: autko jest tak nowe i wciąż tak rzadkie i mało dostępne, że dopasowanie do niego zimówek jest problemem nawet dla specjalistów (bo ja oczywiście nie mam o tym żadnego, ale to najbledszego pojęcia). A znalezienie pasujących niealuminiowych felg to już w ogóle hardkor. Musiałam więc dziś rano odstawić auto na kolejne wulkanizatorskie przymiarki. Pozostała kwestia transportu do pracy.

Scena I
Czas akcji: wczoraj wieczorem

ja: Odwieziesz mnie jutro do pracy?
on: O której?
ja: 7:10.
on: Ok, ale o 7 wyślij mi esa, przypomnij się.
ja: :)) (uśmiech spowodowany tym, że jednak nie muszę jechać dyliżansem 800 lub 814, rozpaskudziłam się)

Scena II
Czas akcji: dziś rano, 7:00

ja (sms): Niah niah...
on (sms) : Lepiej otwórz drzwi, bo przymarzam.
Zbiegłam na dół tak szybko jak mogłam. Zdążyłam, nie przymarzł. 

Podrzucam fotkę, która zastąpi nasz dotychczasowy avatar. Tamten wyglądał tak:
i był zrobiony na zamarzniętym na amen jeziorze kilka zim temu. Nowy avatar wygląda tak:

i zrobiliśmy go w poniedziałek wracając z gór, przebiegając przez uroczy rynek w Lądku.

A za chwilę jadę do Dąbrowy oddać te bilety, którymi się tak cieszyłam jakiś czas temu :(((.
Coś w tym moim życiu coraz mniej teatru, a coraz więcej... życia.

Z.

wtorek, 12 października 2010

tablice

Były znaki, niech teraz będą tablice. Wszystkie razem wiszą w sudeckiej Kopalni Złota i stanowią osobliwe Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli (klikać - powiększać - czytać - przestrzegać;) ).





Było tam jeszcze coś zupełnie genialnego. Oprowadzał nas świetny, zabawny, inteligentny i nieprzewidywalny przewodnik Tomek. Powiedział, że ma dla nas niespodziankę, że chce nam coś pokazać, że kiedyś już tam był, ale tak się bał, że więcej nie poszedł. To co, idziemy? - zapytał. Idziemy - odpowiedzieliśmy podpuszczeni. Ruszył więc w kierunku niespodzianki, a z ust nie schodziła mu pieśń "Prowadź mnie Jezu" czy coś w ten deseń... Na końcu ciemnego korytarza nagły zakręt i... przed nami wyrosła wielka, długaśna, błyszcząca metalowa zjeżdżalnia. Tyle metrów pod ziemią! Obłędne.

Z.

poniedziałek, 11 października 2010

znaki


Urlop = same nowe miejsca, miasta i miasteczka, kopalnie, historie, legendy, mnóstwo słońca, lustrzanka bez przerwy w użyciu. Wszystkie te miejsca, na które można się wdrapać i te, gdzie można dostać się pod ziemię. Węgiel na policzkach. Dużo złota. Rejs po podziemnym kanale, gdzie stężenie arszeniku sięga 15%. Wiedzieliśmy, że idąc pod ziemię najlepiej założyć biały kask. Laleczka voodoo na pamiątkę. 4 dni na niesamowitych obrotach, program maksimum, szeleszcząca mapa i przewodniki. Więcej bardziej obrazowych zdjęć tutaj w najbliższych dniach albo już teraz na facebooku.

Z.

czwartek, 7 października 2010

skrót

Zapraszamy na wiadomości w skrócie.
1. Rano myślałam, że nie dojdę z samochodu na moje trzecie piętro. Poza standardowo ciężką torebką, taszczyłam ze sobą sześć wielkich niebieskich wuwuzeli. Mimo wielu prób połowy pracowników działu, nie udało się nam ani razu zatrąbić.
2. Dzisiejsza konferencja prasowa była świetna, megagłośna, kolorowa i zaskakująca. Roznegliżowane cheerleaderki, które dostarczyłam na miejsce, skandowały hasła, które sama ułożyłam. Facetom udało się jednak wydobyć dźwięk z wuwuzeli (ok. 100 decybeli jedna), było mnóstwo dziennikarzy i padły fantastyczne wypowiedzi. Nasz Szef Wszystkich Szefów, trochę polityków, kilka znanych albo znajomych twarzy... Lubię to bardzo.
3. Mimo wszystko siedziały mi w głowie straszne nerwy. Dowody:
- widziała mnie dziś Pani Dyrektor, która w marcu przeprowadzała ze mną rozmowę kwalifikacyjną. Trochę później jeszcze oglądała mnie w pracy kilka tygodni, jednak później zniknęła na macierzyńskim. Dziś znów mnie trochę pooglądała i powiedziała: "Bardzo spoważniałaś. Prawie w ogóle się nie uśmiechasz". Hmm.
- po konferencji dostałam ataku szału, że nie zdążę, a miałam milion ważnych spraw i ekstremalnie krótkie terminy. Gdy ponad 3 godziny później na korytarzu wpadłam na moją szefową, ta powiedziała tylko "Jakaś ty blada!" A jak wychodziłam, to mnie... przytuliła.
4. Ogłaszam jednak, że zdążyłam z tym, co chciałam i co musiałam. Błagam, niech tylko nikt mi tam nie znajdzie żadnego błędu...
5. Wczoraj na ulicy unieruchomił mnie policyjny konwój. Podjechało kilka samochodów, świecących na niebiesko i wydając rozmaite dźwięki (choć nie aż tak spektakularne jak moje wuwuzele). Wysypało się z nich bardzo wielu męskich panów w kuloodpornych kamizelkach, hełmach, z karabinami i z minami spiżowych posągów. Centralnie przed maską mojego auta zatrzymał się wielki radiowóz, tylko po to, żebym nie mogła się ruszyć ani metr dalej. Policjant-kierowca patrzył na mnie z wyższością, wyraźnie z siebie zadowolony i niewzruszony. Jednym ruchem wydobyłam ze schowka mojego jeża w którym trzymam płyty (o ile moje auto wzbudza zainteresowanie, o tyle Pan Jeż sprawia, że pasażerowie wpadają w euforię) i niewiele myśląc, poszczułam go tym jeżem, dodając moje własne groźne miny (które w moim wykonaniu można nazwać na sto sposobów, ale na pewno nie że są groźne, dodatkowo moja obecnie bardzo krótka grzywka sprawia, że resztki mojej powagi są w stanie zaniku). Pan policjant parsknął śmiechem i wystawił rękę przed okno, żeby kciukiem wystawionym w górę wyrazić swoje uznanie. Punkt dla mnie!
6. Wiadomością dnia był dla mnie Nobel dla Vargasa Llosy. Cieszyłam się co pół godziny, słysząc to info w kolejnych radiowych wiadomościach. Za "Pantaleona i wizytantki" i "Ciotkę Julię i skrybę" dałabym się pociąć (chociaż sama ciotka Julia jako bohaterka niespecjalnie mnie przekonuje, ale ten szalony radiowiec skryba!!!). "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" też są urocze... Ten autor kompletnie zaczarował mnie umiejętnością wielopoziomowego przekazu, takiego dziwnego spiętrzania akcji, którego nie znalazłam u żadnego innego pisarza. Wydaje się, że w pewnym momencie ta konstrukcja fabuły jest tak skomplikowania, że za parę stron to wszystko rąbnie, a jednak ostateczny efekt jest wręcz przeciwny: wszystko się trzyma, jest nie do podważenia. I ten typ narracji, który robi sobie z czytelnikiem, co chce i z każdym akapitem coraz bardziej wodzi za nos. Cieszę się, że przede mną jeszcze tyle książek Llosy!
7. Wie ktoś, co to znaczy, jak coś wraca codziennie od razu po zamknięciu oczu i od razu po ich otwarciu? Co da się z tym zrobić? Przeczekać? Ignorować? Przyzwyczaić się? Ktoś z moich znajomych kiedyś powiedział, że twardo stąpa po ziemi, że mu się mało śni, ale za to mu się dużo myśli. Mnie się śni za mało, ale za to myśli mi się aż za bardzo. Szczególnie w tych momentach, kiedy jestem maksymalnie bezbronna, czyli zasypiając i próbując się dobudzić. Do przemyślenia na później.
8. Złożyłam pierwszy w życiu wniosek urlopowy.

Ściskam.
Złośnica

wtorek, 5 października 2010

wszyscy święci

Jak wracałam do domu, musiałam podskoczyć do kwiaciarni po słonecznika. Kiedy kwiaciarka zawijała mi go w jakieś sianko, w oczy rzuciło mi się ogłoszenie o treści:

PRZYJMUJEMY ZAMÓWIENIA

NA WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Padłam ze śmiechu. Gdy kwiaciarka wróciła z moim słonecznikiem całym w sianku, powiedziałam jej, że chciałabym zamówić sobie jakiegoś świętego, najlepiej Jana Nepomucena (ze względu na moją słabą znajomość żywotopisarstwa, wybrałam tego świętego ad hoc, kierując się li tylko moją miłością do Pragi i dodatkowo interesującym imieniem). Zgodnie z przewidywaniami, pani spojrzała na mnie jak na debila i z grobową miną oznajmiła, że ogłoszenie dotyczy kwiatów. Gdybym była na jej miejscu, przyjęłabym to zamówienie i wypisała nawet jakiś kwit z gwarancją dostawy w terminie. Ludzie to jednak nie mają wyobraźni... A mnie teraz będzie głupio tam chodzić - i gdzie będę się zaopatrywać w słoneczniki? Chyba że zacznę kupować łuskany...

Z.

niedziela, 3 października 2010

gdzieś

Byłam gdzieś.
Miałam być gdzieś indziej.
A tak naprawdę chciałam być w jeszcze innym miejscu.

Oczywiście potwornie żałuję, że od początku nie było dla mnie jasne, że powinnam być tam, gdzie chciałam.
I przepadło:(.

"Gdzieś" Myslo aż samo się tu pcha.

Z.

piątek, 1 października 2010

milion sposobów

Kilka dni w narastających nerwach. I milion sposobów, żeby jakoś wyjść z tego z twarzą. To było mniej więcej tak:

- ŚRODA - Od rana ostateczne ustalanie listy gości, w tym VIP-ów i VIP-ów nad VIP-ami. Po kilkunastu telefonach zaczęłam głupieć, więc zaczęłam się bawić tym zajęciem (na ile oczywiście pozwala powaga mojej statecznej instytucji). Najczęściej przez telefon udawałam najprawdziwszego anioła (sposób pierwszy), stosując najgrzeczniejsze formuły i wygłaszając je najbardziej miękkim głosem jaki umiałam tylko z siebie wydobyć. Praktykantka wyła ze śmiechu. Uporałam się z listami w trzy dni, dziś słuchałam efektów płynących ze sceny i z głośników.

- ŚRODA - ciąg dalszy. Ważne spotkanie miało zacząć się o 15.15. Oficjalna część skończyła się po ok. godzinie. Kolejną godzinę siedzieliśmy w mniejszym, strategicznym składzie. Wróciliśmy do naszego biura, z którego ostatecznie wyszłam zmęczona, załamana i blada po godzinie 20. Walcząc ze stertą bardzo ważnych scenariuszy, stosowałam wobec siebie kolejne sposoby na niezdurnienie: radio zdecydowanie za głośno, tańce przy kserokopiarce i wmawianie sobie, że jutro będzie ok, że byle do jutra. Czyli do czwartku. Ekstremalnie zmęczona, nie pamiętam nawet momentu gaszenia światła i wtulania się w poduszkę.

- CZWARTEK - normalna dniówka od 7.30. Ostatnie kilka nazwisk, jakiś konsul, jakiś zastępca zamiast szefa, jakiś naczelnik zamiast diabli-wiedzą-kogo. Dziękuję bardzo za te informacje i życzę miłego dnia. A rano wyszłam z domu obładowana jak Rumun, z wypchaną torbą i różnymi betami na dwa dni: jeden dzień ciorania na roboczo, jeden dzień ciorania na galowo. Plus normalny dzień w biurze. Sposób, żeby nie zgłupieć: uspokajanie otoczenia, że wszystko będzie dobrze. Efekt miał być taki, że spokojne otoczenie uspokoiłoby mnie. Był jednak taki, że nie wierzyłam, że otoczenie jest aż takie spokojnie. Hmm.

- CZWARTEK - ciąg dalszy. Późnym popołudniem w szarej mżawie docieramy do Cieszyna. Obładowane naprawdę jak jakiś lud wędrowny, z narzędziami, laptopem, sznurkami, taśmami, wafelkami, folderami, kalendarzami i innymi betami, które wysypywały się z auta, robimy szybkie zakupy: rajstopy, czekolady, lekko owocowe piwo. Sposób: zachowywać się jak na wycieczce szkolnej i nie traktować tego aż tak serio. Po 15 minutach mam wyrzuty sumienia i wiem, że to jest bardzo bardzo serio i że to może być dla mnie najtrudniejsza doba w tej pracy. Powaga sytuacji wzrasta, gdy rozkładamy się w wielkiej sali, pojawiają się coraz większe znaki zapytania. Sposób: słowa, czyli Mów-Do-Mnie-Proszę. Po kilku minutach stosowania na odległość tej metody wiem, że nic nie działa lepiej: efekt jest taki, jakby mnie ktoś okrył miękkim kocem.

- CZWARTEK / PIĄTEK - po 23 w kilka osób wchodzimy do cieszyńskiego teatru i wiemy, że przed nami ekstremalnie dużo pracy. Jak posadzić na scenie 70 osób? Co zrobić, żeby było widać dłonie pianisty? Gdzie powiesić herb, a gdzie godło? Jak wyprasować 8 metrów sukna? Co zrobić, gdy na scenie przy dyrektorze teatru wypada komuś z torby czteropak reedsa? Co zrobić, jak przyjdzie ktoś, kto nie potwierdził? Co zrobić, jak nie przyjdą ci, co potwierdzili? Czy oni mogą siedzieć obok siebie? Czy ktoś dopisał jeszcze tych dwóch posłów? Czy ktoś widział wafelki? Czy na pewno na terenie teatru nie ma już ani jednego takiego krzesła? Aaa... Sposoby na przetrzymanie można mnożyć: normalnie (planujemy - robimy - idziemy dalej), na panikę (panikujemy - planujemy - robimy - zmieniamy plany - robimy - idziemy dalej), na wściekłego (kurwa - ktoś mówi, robi sam i idzie dalej, z nikim nie gadając), na sen (ktoś coś robi i nagle zasypia z głową na wieku fortepianu), na sępa (ktoś coś robi, ktoś inny mu to wyrywa, sam kończy i idzie dalej), na deprechę (ktoś coś robi, po chwili uznaje, że to pierdoli, siada w kącie sceny i patrzy w ścianę), na przeczekanie (ktoś myśli, że jeszcze tylko to i milion innych spraw i będzie spokojniej)... Kryzys przyszedł do mnie najpierw koło 2 w nocy, jak siadam przy laptopie nad listą, według której miał formować się kilkudziesięcioosobowy orszak. Na scenie jakoś tak ciemniej, burdel jak u cyganki w tobołku, wszędzie papiery, taśmy, scenariusze, a ja w tym kącie przy schodach czuję, że zaraz wkręcę się w tą miękką czerwoną kotarę i zniknę. Drugi kryzys przyszedł kilka minut przed czwartą nad ranem. Oparłam głowę o stół prezydialny i nie miałam siły jej podnieść. Każda mijająca minuta tam, w teatrze, oznaczała tę minutę mniej ze snu, na który miałam szansę przed Wielkim Dniem - piątkiem. Ostatecznie wychodzimy z teatru trochę po 4 nad ranem. Przed piątą jesteśmy w hotelu. Padam bez życia na jakieś 90 minut, które okazały się zadziwiająco długie i orzeźwiające.

- PIĄTEK - gdyby nie te 1,5 godziny snu, nie dałabym sobie dzisiaj rady. Prysznic, włosy, makijaż, kolczyki, kanty, błyszczyk i do boju. W ratuszu stoję sama na parterze i czekam na tę prawie setkę osób, żeby od wejścia wprawiać ich w dobry nastrój i udowodnić, że mimo rozmiaru tej uroczystości, mamy wszystko pod kontrolą. Wydaje mi się, że nie widać po mnie tego ciężkiego tygodnia, po czym wchodzi rzecznik i mówi "cześć, Boże, jakaś ty zmęczona..." Hmm. Ok. Mimo to z uśmiechem witam tych wszystkich gości, których znam, poznaję lub udaję, że poznaję. A później ulicami Cieszyna przeszedł tak piękny orszak, że nagle przestało mieć znaczenie, ile spałam. Kilka uśmiechów do mnie z tego orszaku i wiedziałam, że warto, warto, warto. Przed teatrem nagle wpadam w panikę, bo zbliżał się bardzo trudny moment: miało się okazać, na ile udało się nam przewidzieć skład na scenie. Nie byłam w stanie wysiedzieć za kulisami, więc wbiegłam na pierwszy balkon. Wpadłam tam na dyrektora teatru, który - bardzo pomocny - dzień wcześniej był z nami do późnej nocy. A moja panika narastała: z zupełnie ściśniętym gardłem mówiłam do niego "żeby tylko się udało żeby tylko się udało żeby tylko się udało..." Ze spokojem powiedział, że się uda. Gdy wszyscy śpiewali hymn, on wypytał mnie o skład i układ orszaku. Uwielbiam ludzi, którzy zadają pytania! Uwielbiam pytania, na które potrafię odpowiedzieć. Po uroczystości (część oglądałam, część słuchałam, część drzemałam w miękkiej loży, część biegałam po garderobach), gdy dotarło do nas, że najwyraźniej się udało, nagle poczułam te ostatnie dni, nagle zaczęła uwierać mnie ta marynarka, w jednej chwili od tuszu i z niewyspania nie widziałam na oczy. Zrobiłam się rozdrażniona i nieprzyjemna, więc uznałam, że czas się zmywać, że moja rola się skończyła. Poza tym zaczynałam poważnie bać się, żebym znów nie usłyszała po jakichś badaniach, że "nie, to niemożliwe". Po różnych transportowych roszadach, wróciłam dziś późnym popołudniem. Sposób w autobusie, żeby nie zwariować ze zmęczenia: letarg z retrospekcjami kilku słów, kilku uśmiechów, kilku uścisków dłoni.

Nie jestem z siebie do końca zadowolona - niepotrzebnie dałam się rozdrażnić na koniec. Na moją obronę działa tylko te 36 godzin w pracy i 90 minut snu. I to, że pierwszy raz uczestniczyłam w czymś tak ekstremalnie wielkim jako organizator. Ale teraz już spokojnie: kolejny raz słucham "I'd like". Napiszę jeszcze maila na szybko i zamówię sobie jakiś sen na dziś...

Zzzzzzzzzz

wtorek, 28 września 2010

I'd like...

Czasem kradnę znajomym muzykę. Tę bajeczną piosenkę ukradłam koleżance ze studiów z soupa. To ten typ piosenki, do której już po jednym przesłuchaniu na wiele miesięcy przykleja się etykietka z napisem "ulubione".

Zespół Freshlyground z Republiki Południowej Afryki. Czemu wpadam na nich dopiero teraz...?

Posłuchaj.

poniedziałek, 27 września 2010

debil

Tak kiepski dzień może uratować tylko dobra piosenka. Chociaż w sumie nic nie zapowiadało tej masakry i tego, jak potwornie się sama na sobie zawiodłam. Cały dzień do dupy. Debilem jestem. Nastrój bardzo zły i same minusy.
Do słuchania na ten zły wieczór Вакарчук "Дзвони"




















Jedyny mały plus jest taki, że puściłam nową recenzję na net. I to plus tylko dlatego, że już jutro będę mogła myśleć o czymś innym. Choć obecnie nie bardzo mam o czym.
Cholera, miało być inaczej. Dobry nastrój zniknął.
Z.

sobota, 25 września 2010

piątek, 24 września 2010

znów

tak, znów. gdyby nie ta dzisiejsza sztuka, z nerwów zgłupiałabym w pracy już w środę. a tak to dałam radę do piątku. dziś w południe materiały do mojego folderu (126 stron, choć planowałam 60) zostaly wysłane do drukarni. wczoraj kwitłam nad korektą przez 10 godzin. zostało mnóstwo drobiazgów, takich błędów, których poprawianie uniemożłiwiłoby (jest w ogóle takie słowo?) nam druk w terminie. poszło do druku i odpowiadam za każdy z tych błędów i mogę mieć teraz bardzo poważne kłopoty (tak bywa, gdy się zdjęcia pięciu najważniejszych osób puszcza bez pytania ich o zgodę). z nerwów mój organizm głupieje, reaguje w obcy dla mnie sposób i w ogóle mnie nie słucha. powtarzam, gdyby nie dzisiejsze wyjście, zwariowałabym. niezliczoną ilość razy w tym tygodniu myślałam byle do piątku, do teatru, spuście mi na łeb trochę ciemności i dajcie mi święty spokój. tak jakby to faktycznie miało coś dać. a ja jestem mistrzem świata w oszukiwaniu samej siebie. przecież to nie zmienia nic. tylko ja jak debil muszę sobie wmawiać, że coś zadziała. żeby coś strasznego przetrzymać, muszę na coś czekać, mieć coś w bliskiej perspektywie. miałam, dałam radę. drukuje się. musi być w terminie. musi.
mój nowy wywiad jest już od rana na necie. do przodu. dalej.
po powrocie do domu zatopiłam się w rumuńskim winie z Tatą. każde z tylko sobie znanych powodów. mnie na przykład zaczyna brakować dystansu. no i jestem ekstremalnie zmęczona. i serce mnie boli. to jakaś ściema, że ma się serce z lewej. ja mam pośrodku, przynajmniej pośrodku boli. spać, spać... zaraz.
a Kometę uwielbiam ponad wszystkie inne spektakle. tak jak byłam 25 razy na myslovitz (gówniara byłam, ale sie nie wypieram, bo było naprawdę fajnie), tak jak kilkanaście razy bylam na Delons (i nigdy więcej, niestety), tak jak wraca się w miejsca, w których czuje się dobrze, tak jak wraca się do książek, które wszystko zmieniają, tak ja czasem potrzebuję Komety, bo jest niezmiennie fajna, bo jest gwarantem zniknięcia w zupełnie innej rzeczywistości, bo znam ją na wylot, bo wciąż wyzwala emocje, bo to, bo tamto, bo milion innych powodów, bo każda piosenka i bo to już było ostatni raz... znów, znów, znów.
pracafolderkometawypłatanativekorezcareeropportunitiesurlopbiletywywiadkoordynatorcieszyńskatachykardiasensensensensen...
zzzzzz...........

wtorek, 21 września 2010

weekend we wtorek

Wyszłam z pracy o czasie! Od trzech tygodni jak dzika walczyłam z materiałami do megawielkiego i megaważnego angielskiego folderu. Tylko siedzenie po godzinach mogło uratować te plany, które próbowałam jakoś poukładać. Ostatni weekend spędziłam nad tymi wszystkimi papierami i dwoma kompami, jak rasowy pracoholik od 7 rano poprawiając, dumając i przekładając. W pewnym momencie straciłam poczucie tego, co już mam, na co czekam od tłumacza, a na co od native speakerów. Żeby zupełnie nie zgłupieć, poszłam z Tatą do Spodka zobaczyć jak nasze siatkarki spuszczają łomot Chorwatkom:). W niedzielę popołudniu szybki wywiad przed premierą w BB. Bałam się jak głupek, no i dalej tak do końca nie wiem, jak to się stało, że do tego wywiadu w ogóle doszło. Hmm. A sztuka jak najbardziej przekonuje - było o czym gadać w korku na wylocie z miasta. W drodze do domu zabraliśmy ludzi, których auto odmówiło dalszej posługi gdzieś pod lasem. Podobno już tracili nadzieję, że ktokolwiek zareaguje na ich machanie: późno, ciemno, krzaki jakieś dookoła, dajcie spokój. A my przejechaliśmy obok nich, po chwili zaczęło nas kąsać sumienie i się wróciliśmy;). Wbrew nerwom i służbowym stresom, weekend był megazajebisty, a ja przeszczęśliwa i pewnie jeszcze długo będę korzystać z tej energii. Wczoraj jeszcze pracowałam ponad normę, dziś od rana przekraczałam własne możliwości i... wysłałam materiały i wytyczne do grafika! To oczywiście nie koniec, ale na pewno ten hardkorowy etap już za mną. Odpocznę chwilę i wezmę się za  wywiad, bo to nie powinno czekać.  Wyszłam z pracy o czasie i mam luz do jutra. Normalnie weekend we wtorek!
z.

ps Moja kilkudniowa korespondencja z doktorem Erikiem, nativem który robił dla nas ostateczną korektę, była przeurocza. Początek mieliśmy ostry, przez telefon. Szefowa do niego po polsku, on po angielsku. Przejęłam słuchawkę i do niego po angielsku, na co on do mnie normalnie po polsku. Później w mailach oboje po polsku, ale po dwóch wiadomościach już tylko po angielsku. A nad tym sms-em padłam ze śmiechu. On pewnie padał nad moimi mailami. Jakaś sprawiedliwość musi być.


poniedziałek, 20 września 2010

notoryczni debiutanci

Podrzucam Wam piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko raz, przynajmniej ja nie potrafię. Zazwyczaj przy niej dopada mnie syndrom zapętlonej piosenki, w kółko i w kółko... Ten kawałek pulsuje energią, ma bardzo zgrabny tekst i świetnie się go śpiewa w aucie;). Zwrotnik kota, zwrotnik psa, zwrotnik czasu...




















Nie pisałam jeszcze, że podpisałam nową umowę o pracę:). To będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez wspomnień i rozczarowań?

panna Z

niedziela, 19 września 2010

19 września

Tak się dzisiaj czuję:

Cudowny dzień :) Tyle radości, tyle dobrych myśli! Uprzejmie zwracam się z prośbą o przedłużenie dnia 19 września o kilka godzin, żebym się jeszcze przez chwilę mogła pławić się w  tych bardzo pozytywnych emocjach... Kawa! Wywiad! "Norymberga"!

Z.

piątek, 17 września 2010

jedno foto z planu

Wczoraj w pracy dostałam do ręki dwa karnety na 3 dni meczów (meczy?) siatkówki do Spodka. Jak na skrzydłach wróciłam do swojego biura, po drodze planując, że miło spędzę weekend z ojcem, bo z nikim tak dobrze nie chodzi się na mecze do Spodka, jak z Nim. Po chwili jednak przypomniałam sobie, gdzie teraz pracuję i dotarło do mnie, że 1. pewnie dziś nie wyjdę o czasie, 2. pewnie będę pracować w sobotę, 3. w niedzielę przecież nowy spektakl w BB. Zadzwoniłam do rodziców z wiadomością, że mam dla nich plany na weekend:)... Uwielbiają siatkówkę.
Moje przepowiednie się sprawdziły. Z pracy wyszłam późnym popołudniem, nawet portier się dziwił. Jutro mam do ogarnięcia ponad 60 stron po angielsku, pokryklanych znakami korektorskimi, które wyglądają jakoś inaczej niż te na których dotąd pracowałam. W niedzielę już w ogóle zero czasu (wywiad! sztuka!) Efekt tego wszystkiego taki, że właśnie oglądam mecz w telewizji, a rodzice z biało-czerwonym szalikiem bawią się w Spodku, a ja czekam, aż pokaże ich polsat. Ojciec ma koszulkę z napisem Najlepszy Tata na świecie, więc wypatruję;).
Humor mam nadzwyczaj dobry. Środowe kręcenie filmu dobrze mnie nastroiło. Wczorajsza dniówka zaczęła się cudownie, przezabawnym telefonem, więc odbijałam się w laptopie i nie wierzyłam, że można się aż tak szczerzyć i mieć tak jasne myśli i usta tak pełne śmiechu. W tych wszystkich nerwach i w tym nawale pracy i odpowiedzialności, ja ostatnio zachowuję się łagodnie jak maskotka. Wystarczy mnie ugłaskać w odpowiednim momencie żeby było pięknie.
Chciałam wrzucić jakieś fotki z ekipą ze środy, ale wrzucam tylko to jedno. Dodam tylko, że kręciliśmy m.in. w Sky Barze (który dla nas otworzyli), pod Pomnikiem Powstańców (wzbudzając pewne zainteresowanie przechodniów), w Wesołym Miasteczku (kręcąc się na karuzeli  i strzelając, żeby dostać pluszaka), w laboratorium biotechnologicznym (w białym kitlu nad mikroskopem), na spotkaniu, na którym 60 obcokrajowców tańczyło poloneza (trochę %), pod archikatedrą, w ciemnościach pod Teatrem Wyspiańskiego (nie wierzyłam, że dotrwam do wieczora)... i w kilku innych miejscach. Poniżej akurat jedziemy do Chorzowa. Kolejne zdjęcia ustawione na 27 września.

 Z.

środa, 15 września 2010

dzień na planie

Było tak:

- od 8 do 20.30 z ekipą filmową
- 7 osób, choć w porywach nawet 70
- jeden bus
- jedna kamera i mnóstwo dodatkowego sprzętu
- kilkanaście najważniejszych miejsc
- dwa miasta
- kilka godzin nagranych ujęć
- cały dzień po angielsku
- kilka drobnych modyfikacji scenariusza
- kilkaset fotek
- mnóstwo śmiechu
- zderzenie kultur i doświadczeń

Pierwszy dzień zdjęciowy (pierwszy w moim życiu i pierwszy tego filmu) uważam za zamknięty. Nie chce mi się wierzyć w to wszystko, co się działo. Zanim pójdę spać chcę napisać, że mam wielką słabość do profesjonalistów. Nasz reżyser i jednocześnie operator był absolutnie fantastyczny. Rano powiedział, że same przekonamy się, że na planie czas płynie inaczej. Gdy żegnaliśmy się godzinę temu (a byliśmy już tylko we dwójkę), przyznałam mu rację. Nie wiem, jak moje serce wytrzymało ten dzień bez buntu. A teraz grzecznie odpocznę i jutro wrzucę jakieś fotki. Niesamowite to było!
Z.