sobota, 30 stycznia 2010

Wodniki

Dzisiejszą imprezę sponsorują dwa Wodniki:). Nerwusy, pracoholicy, przesadnie zaangażowani outsiderzy o przerysowanych reakcjach i spotęgowanych emocjach. Na dzisiejszą imprezę zaprasza mój Tata i zapraszam ja. Bo tak wyszło, że byłam prezentem urodzinowym dla mojego Taty, o czym wciąż pamiętam i w czym widzę przyczynę wielu moich zachowań. Geny. Geny i znak zodiaku;).

Podobno z wiekiem się mądrzeje. Czy to już jest ten wiek?

Złośnica

piątek, 29 stycznia 2010

Obudź się i poczuj smak kawy

Monodram Bronisława Wrocławskiego "Obudź się i poczuj smak kawy" zupełnie mnie... co zrobił, rozwalił? Zmiótł? Zaskoczył? Ciężko znaleźć na to jakikolwiek pasujący czasownik. Fantastyczny spektakl, genialny, absolutnie genialny aktor, któremu wejście w każdą kolejną przekonującą postać zajmuje mniej niż sekundę. Przez 80 minut na scenie stał jeden człowiek, na scenie zupełnie pozbawionej scenografii, człowiek posługujący się kilkoma niewielkimi, nieskomplikowanymi rekwizytami. I robił z widzami co chciał. W tym momencie myślę, że tylko taki teatr chcę oglądać, tylko w takim teatrze chcę uczestniczyć i tylko z takim teatrem chcę mieć do czynienia. To taki typ teatru, który wydaje ci się, że już rozgryzłeś, ale po minucie jesteś pewien, że to on rozgryzł ciebie. Wydaje ci się, że już masz go w garści, że widzisz wszystko w jasnym świetle i od frontu, a nagle czujesz, że to coś czai się za tobą w ciemnościach i jeszcze bezczelnie klepie cię po ramieniu. Odwracasz się, ale tego znów tam nie ma. Taki teatr uwielbiam, taki, który wodzi za nos, zaskakuje, szokuje, zadaje pytania, operuje bez znieczulenia, bezczelnie gra na emocjach i nie bawi się w sentymenty. Wrocławski na scenie, a raczej jeden z wielu jego bohaterów w sztuce Bogosiana, zastanawia się nad sensem teatru i nad kondycją aktora jako zawodu z misją. Profesjonalny wciskacz kitu. Wykształcony hipokryta. Wystraszony facet, który tylko chce uciszyć ten potworny zgiełk w głowie... Spektakl w niesamowitym tempie, wymagający od Wrocławskiego absolutnej dyscypliny, a od widza odwagi do zmierzenia się z prawdą waloną między oczy. CUDOWNE. Pomiędzy "Obudź się..." a obejrzanym w poniedziałek niespecjalnie ciekawym spektaklem "Elling" jest przepaść. Rów mariański. Otchłań! Trzeba o tym napisać. W najbliższym tygodniu wracam do recenzji. Od czasu bielskiego "Popcornu" pochłaniały mnie zupełnie inne teksty, a ja z radością chodziłam na spektakle ze świadomością, że nie będę o nich pisać. Ale znów chcę.

Złośnica


PS Brzydalu, dzięki :-*.

czwartek, 28 stycznia 2010

środa, 27 stycznia 2010

koty na metry

- Dzień dobry, poproszę metr kota.
- Niestety, dziś mamy tylko 87 centymetrów...

Złośnica

wtorek, 26 stycznia 2010

Moja wersja spacerowa

Witam serdecznie,
tak jak Złośnica zdążyła już wspomnieć w niedzielkę postanowiliśmy przetestować Jej nowy sprzęcior. W planach była wizyta w Ogrodzieńcu czy innym Olsztynie ale jak zwykle odmieniło nam się w trakcie i w pierwszej kolejności trafiliśmy na Pogorię IV, gdzie oczom naszym ukazał się znak :-).


Zmartwił nas bardzo fakt, że nie będziemy mogli zamoczyć choćby samych stópek ;-/, no ale trudno zakaz jest zakaz ;-).

Aktualna wersja naszego blogowego avatara ;-)


Foto z pól i łąk wyściełanych białym puszkiem okruszkiem, dosłownie gdyż przy -15 stopniach śnieg zachowuje się jak mąka, pokruszony styropian, suchy piasek przesypywany przez palce. Ale efekt pokrytych lodem roślin jest niepowtarzalny.



BONUS FOTO pytam kto to ;-)



Pozdrawiam
Brzydal ;-)

kogut





Z.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Kraków. Elling

5 rano. Budzik. Wstać po 4 godzinach snu? Podnoszę się z wyraźnym ociąganiem. Ale obiecałam, muszę, chcę jechać, więc wstaję.
6.20. Wychodzę. -20 (słownie: minus-dojasnejcholery-dwadzieścia-stopni). Bardzo ciężki plecak pełen książek.
7 rano. Mysłowice. W ostatniej chwili wsiadam do pociągu. Świata nie widać: okna wagonu są od środka zarośnięte lodem. Szkrob, szkrob - słyszę i ze zdziwieniem stwierdzam, że ktoś w moim wagonie wydrapuje w lodzie okienko za pomocą karty bankomatowej. Wpadam w letarg. W pseudo-sen zimowy. Mrozowy.
8.30. Kraków. Pierwszy raz w życiu jestem sama na Floriańskiej.`Gołębie stłoczone pod murami kamienic, tulą się do siebie.
9 - 13. Spotkanie. Gadanie. Kawy. Herbaty owocowe. Plotkujemy. Wymieniamy się książkami. Na Stolarskiej układamy je w stosik.

Dwie knajpy, dwie księgarnie. Dwie osoby. Nadrabiamy, spieszymy się. Zobaczymy się dopiero za kilka miesięcy, diabli wiedzą gdzie i kiedy. Kupujemy dla siebie nawzajem po książce: Llosa i Cave. Nie ma ich na stosiku.
Po 13. Piętrowy pociąg, opóźniony, wracam. Ciepełko, aż żal wysiadać. W drodze czytam "Pantaleon i wizytantki". Denerwuję się, że nie zdążę.
Przed 16. Kilka chwil w domu. Akurat tyle, ile potrzeba na zmianę ciuchów z podbiegunowych na teatralne.
18.00 III KKK "Elling". Na scenie Tomasz Karolak, Tomasz Kot, Jarosław Boberek. I jak spektakl? Fajnie zobaczyć tych ludzi na żywo, ale nic więcej. Zupełnie nic więcej. Szkoda.
21.30. W domu. Obiecuję do jutra pozostać w bezruchu.

Zet.

niedziela, 24 stycznia 2010

zimowy plener

Potwornie zimno. Co nas dziś wygnało na te spacerki? Pewnie świecące słońce i tak błękitne niebo jak w środku wakacji. Byliśmy w kilku ładnych śnieżnych miejscach, gdzie lodowe kryształki nie dawały oderwać wzroku. Zdjęcia, zdjęcia! Zabawa na dwa Nikony. Świetny dzień, mnóstwo śmiechu, niewyobrażalny mróz, sztywniejące łapki i różne sposoby na rozgrzewanie. Wrzucam trzy fotki. 1. Gałązka opanowana przez mróz, 2. Kwiatuszki zahibernowane mrozem, 3. Ja, Złośnica, robię zdjęcia na mrozie.



Dzięki, Brzydalu. Miałam nie wybaczać Ci tego wietrznego spaceru nad wodą, ale powiedzmy, że nastąpiła pewna rekompensata;))).

Jutro wstaję o 5.30, katastrofa! A o 7 już będę w pociągu. Mam nadzieję. Aaa... Szaleństwo.
Pozdrawiam!

ps. Jeśli zjedziecie na sam dół strony głównej, zobaczycie nowe okienko wyszukiwarki. Dzięki niej możecie znaleźć na tym blogu posty z konkretnymi słowami kluczowymi - wyszuka te wiadomości, w których dane hasło się pojawiło. Może komuś się przyda:). Poza tym od niedawna mamy porządny program do statystyk. Umieram ze śmiechu jak widzę to, jakie słowa-klucze odsyłają dziesiątki osób do naszego bloga. Niedługo się podzielę;)...

sobota, 23 stycznia 2010

Cymes! Cymes!

Zawsze mam problem z perspektywą czasową posta... Zaczynać od teraz czy od wcześniej? Mnie niby łatwiej od teraz, ale dla czytelnika zawsze łatwiej od przyczyn do skutków. Ale skoro padam na nos i nie wiem czy nie zasnę przed skończeniem posta, mogę zacząć od tu i teraz.

Właśnie wróciłam z teatru. "Cymes! Cymes!", świeżutka sztuka na deskach Teatru Zagłębia, w reżyserii Jana Szurmieja. Bardzo potrzebowałam takiego spektaklu, głośnego, kolorowego, z niemal nieznanym mi zespołem, z muzyką, z tłumem na scenie, z nostalgią, z humorem. Nie wiedziałam, że zespół Teatru Zagłębia tak cudownie śpiewa. Od pierwszej do ostatniej piosenki wszystkie wokale brzmią świetnie, i chóralnie, i solo, cudownie. Dwie i pół godziny pochłaniania tego wszystkiego, co płynęło ze sceny... Wypatrywanie twarzy, chwilowych nastrojów, ulotnych min. Do tego bardzo fajne reakcje publiczności, pełna sala, lawina oklasków po każdej piosence. Andrzej Rozmus jako Kucek - poezja! Magiczne są takie spektakle. Siedzę w ciemności na widowni i zastanawiam się, jak ogromnej pracy wymaga dopięcie na ostatni guzik takiego widowiska. Wpadam w sztukę po uszy, czas mija zdecydowanie zbyt szybko, a później przez parę godzin myślę tylko szacun, szacun, szacun... szacun dla tych artystów, dla ich pracy i dla efektów, które całe sale ludzi przenoszą w inny wymiar. Bawiłam się super, co tym bardziej mnie cieszy, że było to wyjście kompletnie nie planowane. Świetnie, że ktoś o mnie pomyślał:).

Przed wyjściem do teatru nachodziły mnie pewne wątpliwości. A to dlatego, że jestem dziś na nogach od 6, w trzaskającym mrozie zajechałam na 8 na zajęcia, z których uwolniłam się o 15. Człapiąc do domu zastanawiałam się, czy to możliwe, żeby się zregenerować w godzinkę i wyjść do teatru, w dodatku nie wyglądając jak widmo. Ciężka sprawa. A sukienka przy 15 stopniach mrozu, dajcie spokój... ;) Ale teatr mnie zregenerował. Teraz jestem jak nowa, prosto z pudełka.

Przed wyjściem na uczelnię również nachodziły mnie wątpliwości... Wątpliwości nachodzą mnie co sobotę o 6 rano. Po całym tygodniu przypominam bardziej algi w słoiku niż skupioną, pilną studentkę i mam ochotę spać do 8, wypić w łóżku herbatę i czytać książkę. Tymczasem wstaję w te soboty o 6, jeszcze jest ciemno, zimno i upiornie, kulam się na zajęcia (płatne, makabra, coś co mnie nie dotyczyło przez 5 lat!), siedzę tam 7, 8 godzin i uczę się, uczę się pilnie... Wątpliwości mijają na samych zajęciach, które otwierają oczy i poszerzają horyzonty. Dziś padłam z wrażenia, jak prowadzący udowadniał, że punkt sam w sobie nie ma znaczenia, ale przedstawiony w odpowiedniej skali staje się obiektem, a obiekt zawsze ma znaczenie.

Przed wstaniem z łóżka naszły mnie wątpliwości, czy na pewno wiem, co jest dla mnie dobre / ważne / najważniejsze, a jeśli wiem, to czemu sama sobie nic z tego nie robię. Mój rozchwiany organizm coraz bardziej buntuje się przeciwko mojemu nieunormowanemu stylowi życia, coraz bardziej uprzykrza mi życie i najwyraźniej nie zamierza odpuścić. A ja przecież się staram. Nie zarywam nocy jak kiedyś, nie piję pięciu kaw dziennie, zapisałam się do strasznego lekarza, drugi też bardzo niedługo, sama sobie nakazuję bezwzględny spokój, kupiłam tran! Ten tydzień sprawił, że zmieniłam się w pulsujący, rozedrgany kłębek nerwów. Chyba mam dosyć. Tylko jak to teraz odwrócić? Da się pewne rzeczy zacząć od nowa albo bez bólu zamknąć? Debil ze mnie, że pytam, skoro wiem, że się nie da...

Mam nadzieję, że podoba się Wam Dolar:).
I idźcie na "Cymes!" Żałuję kilku sztuk, które przegapiłam w Teatrze Zagłębia... Byłam wtedy gdzieś indziej... Ślązaczka z wyboru, Zagłębianka z odzysku;). Dwa w jednym.

W poniedziałek znów teatr.

Złośnica

beagle

Dolar wieczorową porą. W moim nowym obiektywie.
Z.

czwartek, 21 stycznia 2010

"Notes"

"Notes"

Znalazłem w starym notesie
Numery telefonów
Umarłych przyjaciół,
Adresy spalonych domów.
Cyfry nakręcam. Czekam.
Telefon dzwoni.
Ktoś podnosi słuchawkę.
Cisza. Oddech słyszę.
A może szept ognia.


(Antoni Słonimski)


A tutaj Pustki KLIK KLIK


Złośnica

ps. Dostałam dziś piękny, cudowny, fantastyczny prezent. Aż się boję wziąć go do rąk;). Niedługo fotki...

wtorek, 19 stycznia 2010

Opowiadania. korek 8

Dawno, dawno temu... ;) Trzeci rok, zajęcia z teorii literatury i metodologii badań literackich. Egzamin za jakiś czas, zaczynamy być przerażeni ilością materiału i dość niejasnymi granicami między poststrukturalizmem, fenomenologią, dekonstrukcją i genderem... Ćwiczenia o fabule, chyba. Po kilku ciężkich tekstach teoretycznych, dostaliśmy jako bonus pewne małe ksero. Mam je na oku od tego czasu. Jak jestem przy kompie, mam tę kartkę zawsze w polu widzenia. Nie znam autora. Nie pamiętam, czy padło jakieś nazwisko. Mówiliśmy tylko, że to najkrótsze nam znane opowiadanie, które zawiera wszystkie niezbędne elementy składowe gatunku:). Cacuszko. Tekstowy diamencik. Powiększajcie, czytajcie. Boskie.


Coś pięknego. Niech Was ten tekst męczy tak jak mnie. "Wystarczy hasło: skrót, tytuł, bzdura. I od razu wszystko wraca"...

Od rana sama pisałam tekściki, w tempie "na wściekłego". Dotąd nie dotyczyło mnie dziennikarstwo interwencyjne. Zaczęło dotyczyć. Ma się to do moich recenzji jak pięść do nosa, ale chcę się nauczyć. Zachciało mi się spraw miasta, to teraz mam;). Po dwóch godzinach drugi tekst, już teatralny. Później jeszcze zagrzebałam się w cytatach i nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. Na szczęście teraz codziennie wychodzę popołudniami, więc na mrozie wietrzę móżdżek (lub, jak kto woli, sznurek).
Konwicki cudowny, choć idzie mi bardzo powoli. Chodzę do łóżka z Konwickim ekstremalnie zmęczona, więc tylko przerzucam kilka kartek i znikam. Kilka książek w kolejce. Mało czasu.
Z.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

korek 7

Słucham:
1. Marek Jałowiecki - koncert w klubie Panorama. 8 grudnia 2006. Pierwszy od lat solowy koncert Dż.
2. Delons - koncert w klubie Cogitatur. Festiwal Filmów Kultowych. 21 maja 2007. Ostatni koncert zespołu.

Znów to samo. Wszystko dlatego, że przekładałam płyty w inne miejsce. "Wystarczy hasło: skrót, tytuł, bzdura. I od razu wszystko wraca". Muszę Wam jutro wstawić anonimowy tekst, z którego pochodzi ten cytat. Nie mogę uwolnić się od niego od trzech lat, niech Was też trochę pomęczy;).

Tymczasem... z powodu braku miejsca na korkowej tablicy, kupiłam kolejną korkową tablicę. Większą. Powiesiłam jeden bilet na pociąg (na trasę 700 km), 3 bilety do teatru i dwa inne, wywiad z Hamletem i artykuł, w którym przebiegam na czerwonym świetle, wywołując skandal na dzielnicy. I jeszcze parę drobiazgów. Wszystko trzymają takie biedronki, te na razie bezrobotne.


Teraz wychodzę. Wybiegam. Jak zawsze.
Zet.

niedziela, 17 stycznia 2010

Najgłupsza stacja radiowa

Wiem że powróci
Najgłupsza
Stacja radiowa
Za chwilę
Najgłupszy ze światów...

KLIK KLIK na youtube

sznurek i korek 6

Nie było mi dane wczoraj zawinąć się w koc z Konwickim, za to spędziłam kilka godzin na mniej lub bardziej poważnych rozmowach, podczas których wiele dowiedziałam się o sobie. Przykład:

On (po mojej sugestii, że zamiast mózgu ma w głowie mały orzeszek): A ty nic nie masz w głowie!
Po chwili:
On: Albo nie. Ty masz w głowie sznurek.
Ja (zaintrygowana): Jaki sznurek?
On: Taki, że jakby go przeciąć, to by ci uszy odpadły...
(brzdęk, bęc, bęc, chlast chlast, grrrr, wrrrr, hrrrr - odgłosy walki)

Po chwili ciszy, historia ze sznurkiem przeszła pewną ewolucję. Co za fatnazja...

On: W pustej przestrzeni twojej głowy mieszkała też mucha. Jej jedynym zajęciem było przegryzanie sznurka. Ale jak już go przegryzła i jak odpadły ci uszy, to nic jej już nie zostało do roboty, straciła sens życia, umarła z nudów! Albo nie, popełniła harakiri!!!

Dodaję korek szósty. Mój drewniany anioł stróż. Jestem identyczna. Może z aniołami jest jak z psami, upodabniają się do swoich właścicieli?


Złośnica

sobota, 16 stycznia 2010

trup jak żywy

Wczorajszy koncert był świetny. Atmosfera, miejsce, scenografia, nagłośnienie, tłumy, muzyka, konkretny cel, wzruszenia, piosenki, piosenki, piosenki... Przed wejściem do budynku wpadłam na faceta, z którym nie gadałam jakieś 1,5 roku, co smuciło mnie niemal codzień. Gdy na górze zbierali się ludzie, my gdzieś na dole w improwizowanej szatni próbowaliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie "co słychać" (to najgłupsze pytanie, jakie można sobie zadać po takim czasie, nie uważacie? A jednak nigdy żadne inne nie przychodzi na myśl...). Ucieszyłam się potwornie. Wystarczyło kilka minut, żeby rozmawiać tak, jakby tej przerwy nie było. A przecież tyle się zmieniło, cholera...
Kilka piosenek, ładnie to wszystko brzmiało... "Pokaż palcem", "Mokre wycieraczki", pięknie. Musiałam się urwac chwilę przed końcem, żeby złapać tramwaj i przejechać linię od końca do końca, żeby dostać się do domu. Upiorne, wsiadać do pustego wagonu, po drodze byli jacyś ludzie, ale wysiadałam u siebie znów z pustego. Jak z horroru, mgła pod latarniami i chrzęst śniegu. Upiorna była jeszcze jedna sytuacja: szliśmy na koncert i nagle przed nami wyrosło dwóch facetów, niosących czarny wór z trupem w środku. Jakby nie mogli poczekać tych 5 sekund i nas przepuścić. Skądże. Zatrzymaliśmy się na chodniku, z niedowierzaniem patrząc na niebudzący wątpliwości czarny wór w kształcie człowieka, a oni przeszli w odległości pół metra od nas i zniknęli. Trup jak żywy.
Napotkany trup, niespodziewane spotkanie i rozmowa w szatni oraz koncert spowodowały, że nie mogłam spać. Do tego kot, który uważa, że noc nie jest od spania, tylko od głaskania kota, wyjątkowo głośno dopominał się o urzędowo przyznaną ilość pieszczot, a godzina 2 w nocy wydawała mu się jak najbardziej odpowiednia. Dziś pół dnia na uczelni. Teraz marzę o tym, żeby zawinąć się w koc i poczytać Konwickiego, ale plany trochę inne...
Z.

czwartek, 14 stycznia 2010

Ladislav - koncert

KONCERT!!!!

15 STYCZNIA, PIĄTEK
MYSŁOWICE
UL. ARMII KRAJOWEJ 28

LADISLAV
GRAFTMANN
IOWA SUPER SOCCER
THE MARIANS

START: 18.00

Maila na temat koncertu dostałam kilka dni temu. Wysłałam newsletter do mojej 70-osobowej gromadki i zasępiłam się, bo w piątki jestem na uczelni do wieczora. Ale po paru chwilach kolejny raz dotarło do mnie, co jest i co zawsze było ważniejsze i zaczęłam się zastanawiać, z kim tam pójdę oraz kogo tam spotkam;) (Wojtek! Mirelka! Jesteście niezastąpieni:-*). Uczelnia nie zając, nie ucieknie, a z Ladislavem nigdy nie wiadomo, ile znów zespół będzie kazał na siebie czekać, a ja będę usychać z tęsknoty (nie znam gorszej tęsknoty niż ta za mężczyznami na scenie...). Ostatni koncert w Trójkącie, w listopadzie, był fantastyczny, często wracam do tych nagrań, np. do świetnie zapowiadającego się kawałka "Las i beton". Coś pięknego. Co ten facet mi zrobił w głowie, w życiu tego nie zrozumiem. Jak ja w ogóle mogłam mieć wątpliwości, czy koncert, czy uczelnia? Teraz mi głupio;).
Zimową porą niektórzy moi znajomi mają straszne smaki na coś pysznego, co im trochę ogrzeje i oświetli te krótkie styczniowe dni. Kumpela wykupiła pół sklepu marcepanu. Inna zaczęła słodzić kawę, choć nigdy tego nie robiła. Ja mam smaka na "Tajfun18", na "Pokaż palcem" i na "Fala Elvisa" (obiecuję się już nie wzruszać;) ). Koncert już jutro. CUDOWNIE!

Złośnica

środa, 13 stycznia 2010

jestem w szoku, zaraz wracam (korek 5)

Rany, nie wiem nawet od czego zacząć. Może od tego, że wczoraj w mailu napisała do mnie pewna Ważna Pani, gratulując mi publikacji. Zadumałam się, o co chodzi, bo nic dla nich nie pisałam. Hmm. Ale dziś miałam być w Kato załatwiać różne papiery (ostateczne rozwiązanie kwestii papierów), więc pomyślałam, że wpadnę zobaczyć, co się kroi.
Rano skoczyłam po papiery, które może otworzą mi pewną arcyważną ścieżkę, albo też nie będą w stanie przebić się przez biurokratyczne siedem kręgów piekieł (trzymajcie kciuki!!!). Z papierami pognałam do Ważnej Pani. A Ważna Pani mi na stolik bach!, Ważną Gazetę, a tam... a tam... aaaaa!!!! Okładka. A na okładce śliczne foto i info o jednym tylko artykule w środku. O moim artykule. Zdębiałam. Pierwszy raz w życiu, tylko moja okładka, tylko moja! Temat z okładki! Mój własny tekst, moje godziny spędzone nad tym artykułem, pisanym zupełnie gdzie indziej, szok:)! Kilka miłych słów od Szefowej, że super, że naprawdę, że może znów, że może gdybym miała czas, to może napisałabym...
A po chwili jeszcze coś, jakby przypadkiem. Ważna Pani mówi do mnie tak: "O, a wie Pani, że od rana cytuje Pani inny tekst Polska Agencja Prasowa, a za nią wszystkie wiodące serwisy i dzienniki w necie?" Zdębiałam. Pokazała mi na szybko wyborczą, pokazała onet, jeszcze ze dwie strony... Powiedziałam, że wystarczy i złapałam się biurka, żeby nie fiknąć. Tak oto pierwszy raz w życiu zaistniałam w PAP. Zostawiłam dane do umowy, zgarnęłam trzy egzemplarze gazety do torby i odleciałam (na skrzydłach) na zajęcia z włoskiego.
Później, po zajęciach i po teleportacji na drugi koniec drugiego miasta, w Urzędzie zostawiłam stos papierów (jeden z nich miał datę 1968, hehe) i w całkiem dobrym humorze pognałam na czwarte piętro, zapytać urzędniczki o, wydawać by się mogło, banalną kwestię. I poczułam się tak, jakby mi kowadło spadło na łeb, bo otrzymałam zupełnie odwrotną odpowiedź, niż ta, której oczekiwałam. I dupa. Ale ok, teraz najważniejsza jest Decyzja. Muszę czekać na Decyzję. Zwariuję chyba... Ile? Może dwa tygodnie, może trzy, nie wiem... 
Patrzę na tę dzisiejszą okładkę i nie wierzę, że działo się to wszystko gdzieś poza moją świadomością. W życiu nie widziałabym siebie wśród tych poważnych autorów, piszących dla poważnych czytelników z milionem tytułów naukowych. Jak cudownie jest mieć czytelników!! Wreszcie widzieć jakiś sens, jakąś wartość... I wbrew pozorom nie mam tu na myśli tego szumu, jakiego narobiłam recenzją "Avatara", to było jak granat wrzucony do beczki z pierzem, a przecież nie o to chodzi.
Z serii korkowej, pies. Że dziwny? Hmm...



Wracam do pisania o WOŚP. Deadline, potocznie zwany kostuchą, siedzi mi na karku i zaczyna rechotać. Jestem w szoku, będę później.

Zet.

wtorek, 12 stycznia 2010

korek 4


bez słowa. kropka.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

szukam chirurga!!!!

Kochani czytelnicy, przyjaciele i obcy, pilnie szukam sprawdzonego, dobrego, zaufanego chirurga stomatologicznego z Katowic lub z okolicznych miast. Macie, znacie? Pomóżcie i nie pozwólcie mi kłaść się pod nóż jakiemuś rzeźnikowi!! RATUNKU!!!!!

Z.

niedziela, 10 stycznia 2010

wośp Kucz Kulka

Muszę zacząć od wczoraj, albo i jeszcze wcześniej. Kilka osób od iluś tam dni polecało mi ten straszliwy "Avatar" (wystąpię do nich o zwrot kosztów!). Rozbiegane oczy i trzęsące się dłonie, obłęd i zachwyt, idź Złośnico, idźcie z Brzydalem koniecznie. Do tego cała medialna nagonka (że też dałam się nabrać, ja, stary cynik) i opinie nieco dalszych znajomych... A że tydzień był męczący i wymagający, wizja spędzenia 3 godzin w kinie po 8 godzinach na uczelni/w pracy wydała się nam całkiem miła. Nie chcę dublować tego, co napisał Brz., ja się z nim zgadzam. Ale chcę coś dodać. Mimo filmu, to było fantastyczne wyjście, naprawdę. Śmialiśmy się przez te 3 godziny w kinie, dopowiadając kwestie, miotając tylko nas śmieszące cytaty, trzęsąc się ze śmiechu i powstrzymując głośny rechot tak, że ruszały się okoliczne rzędy. Kilka dni temu podczas rozmowy z pewną artystyczną duszą padło pytanie o to, jaki interes ma krytyk filmowy czy teatralny totalnie mordując w tekście film czy sztukę. Nie wiedziałam, mnie to nie dotyczyło. Dotąd mnie to nie spotkało. Ale już wiem, znam odpowiedź. Pismak nie ma w tym żadnego interesu, tylko chce przestrzec innych przed popełnieniem jakiegoś błędu. W naszym przypadku błędem było pójście na ten film. Po powrocie do domu napisałam pierwszą w życiu ociekającą jadem, straszliwą, cyniczną i na wskroś złośliwą pseudo-recenzję (pseudo, bo ze mnie żaden filmoznawca, a pisanie z perspektywy widza, a nie znawcy, otwiera pewne nowe drzwiczki). Odezwał się we mnie podły Zoil. Napisałam tekst w nocy, płacząc ze śmiechu, aż zachrypłam i brakło mi głosu. W południe został opublikowany. Najpierw chciałam podpisać się inicjałami. Później pseudonimem. A poszło pod imieniem i nazwiskiem. I dobrze. Dopiero po własnej publikacji przejrzałam inne recenzje. Raz na dziesięć zdarza się negatywna bądź mocno negatywna, więc nie jestem sama. Jakie to szczęście, że nie istnieje obiektywne dziennikarstwo... Ale uwierzcie mi, śmialiśmy się kilka godzin. Na filmie, po filmie, w aucie, w knajpie, na necie, w łóżku. Lepiej, niż na niejednej komedii;).

Ale dziś, dziś. WOŚP. Popołudniu lecimy przez śnieżne centrum bez konkretnego pomysłu na materiał. Na szczęście jest sporo ludzi, wchodzę do autobusu sztabowego pełnego roześmianych wolontariuszy, piątkę wyciągam na zewnątrz, rozmowa, nagrywamy, zdjęcia, dzięki.



Zaczepiam ludzi, pytam. Zdjęcia szczudlarzy. Ustawiam w rządku sporą grupę policjantów, a między nimi zjawia się wielka policyjna maskotka, Sznupek. Zdjęcia, rozmowa i brzdęk monet.
(To ja dorzucę fotki ;-) )

Akurat TVP ma wejście na żywo, patrzę z zazdrością, ale tylko chwilę, bo jeszcze czeka główny sztab w Dąbrowie. Sesja z bobrem, znów kręcą się antyterroryści, ale raczej spokój.

(Bóbr tez kwestował ;-) )


A później koncert Gaby Kulki i Konrada Kucza w Kiepurze. Dyrektor mówi, że zdjęcia można robić przez pierwsze trzy kawałki. Siedzimy w pierwszym rzędzie, muzycy na wyciągnięcie ręki. Niezwykłe, oniryczne, pastelowe dźwięki z płyty Sleepwalk na żywo brzmią fantastycznie, w tle zapętlona na różnych nutkach nastrojowa elektronika. Gaba zmienia wokal jak kameleon a Konrad Kucz ma intrygujące, absolutnie wesołe spojrzenie. Gra, uśmiecha się sam do siebie i widać, jak te melodie przez niego przepływają. Niezwykły koncert, nie spodziewałam się aż takiego cudeńka. Jesteśmy barrrrdzo zadowoleni:).


 

Zmykam, chciałabym jeszcze coś dzisiaj napisać. Tydzień zapowiada się upiornie, jestem podłamana, miało być inaczej... Ale to był naprawdę fantastyczny weekend i do północy postaram się myśleć tylko o tym. Dzięki, Brzydaliński :-*.

Złośnica i foty Brzydalińskiego Brzydala ;-)

sobota, 9 stycznia 2010

Wieczorek filmowy, a raczej horror show

 Mili Moi z Illinois ;-)
kilka dni temu Złośnica moja ukochana jedyna orzekła, że bardzo wielu znajomych poleca jej film, który bije ostatnio wszelkie rekordy popularności, a tytuł jego brzmi Avatar. Osobiście byłem sceptyczny ale ugiąłem się pod niewielkim w sumie naciskiem ;-). Wpadliśmy dziś, tj. w sobotę o godzinie 17.24 do kina, a oczom naszym ukazał się las, las stojących wszędzie postaci, zarówno przy kasach, w dalszej kolejności na ruchomych schodach. Największy zaś las, busz, tajga, wręcz gęstwina ludzi nie z tej ziemi bym rzekł przed drzwiami do sali;-). Ok, patrzę na wyświetlacz nad wejściem, oczywiście Avatar, 17.30. Stoimy, obsługa kasuje bilety, wchodzimy w korytarz, nieco dalej rozdawane są okulary, wszak obraz wyświetlany będzie w 3D. Przyodziałem przydzielony mi sprzęt i udałem się na miejsce, w sali las, a jakżeby inaczej ;-). Siadamy, standardowo pół godziny reklam, sala się dopełnia. Wszystkie miejsca zajęte, gorąco jak w piecu, na szczęście miejsca na nogi dużo i to by było na tyle dobrych wieści. Przez cały seans siedziałem nieruchomo, aż mi się trochę zdrętwiało i to nie z powodu napięcia, adrenaliny itp. Po prostu poziom filmu skutecznie mnie rozluźnił i rozleniwił do tego stopnia, że nie chciało mi się ruszyć. Ale przejdźmy do samej oceny.

Powiem szczerze, że dawno albo posunę się w tej ocenie jeszcze dalej: NIGDY W ŻYCIU nie widziałem nic gorszego. Toż to jakaś nieudana parodia powrotu do przyszłości, przeszłości czy czegokolwiek. Najgorszy według mnie film i do tego wszystkiego najdłuższy, 2h 40 min. wyjęte z życiorysu.W momencie, kiedy film się skończył musiałem się wręcz wyplewić z fotela i podłogi, bo zapuściłem korzenie i do tego zdążyłem jeszcze zakwitnąć. Ale wracając do meritum, o czym ja to miałem, aaaaa, najgorszy film, otóż na tę okazję w drodze powrotnej przygotowałem specjalną klasyfikację najgorszych filmów, na których byłem w kinie:

1. bezapelacyjnie nowym liderem staje się Avatar, film tak zły i tak kiepski, że już wiem dlaczego nikt z polecających nie wspomniał ani słowa o jakimś scenariuszu, fabule czy akcji. Wychodzi na to, że jest to banał, na który nikt nie zwraca uwagi i nie dziwię się, bo ja sam odgadywałem kolejne sceny bez specjalnego wysilania się (jak już wspomniałem wyżej film oglądałem w pozycji Stand by - czyli z nudów, jednym okiem). W przypadku cienkiej jak sik komara fabuły nawet efekty specjalne, które w okularach 3D faktycznie robiły wrażenie nie były w stanie podciągnąć filmu z dna nawet o centymetr. Porażka na całej linii, przeokrutnie banalna historia opowiedziana w schematyczny, typowo amerykański sposób czyli walka dobra ze złem: dobro jest grzeczne i ułożone, a zło też daje się rozpoznać od pierwszej minuty. Dialogi na poziomie przedszkola albo i gorzej, tandetą wiało z każdej sceny.

Oto pełny ranking najgorszych z najgorszych filmów jakie widziałem w kinie, od dziś mamy nowego i niekwestionowanego lidera, który przejął koszulkę i pognał przed siebie zostawiając peleton daleko w tyle.

1. Avatar







2. Ryś - tutaj chociaż dowcip jako taki raz na pół godziny się pojawiał, a jako, że film też był długi to kilka gagów się nazbierało




3. Świadek koronny




4. Cała plejada polskich komedii romantycznych w stylu: Ja Wam jeszcze pokażę, No to nam pokaż, Co ja mam Wam jeszcze pokazać, Pokaż nam teraz albo nigdy, Pokazałam Wam już w domu nad rozlewiskiem, Ale mówiłaś, że pokażesz teraz albo nigdy.

Kończąc przydługi wywód, Avatar utwierdził mnie w przekonaniu, że amerykanie mają ze sobą problem. Zapewne jest to coś na pograniczu kompleksu, manii mniejszości, wielkości lub czegoś w tym stylu. Ja się w każdym razie z tego śmieje, bo płakać ani denerwować się nie mam zamiaru. A jeśli ktoś najpierw robi film, a potem próbuje przenieść go w realia życia codziennego, albo rzeczywistość przelewa na taśmę filmową w wygodny dla niego sposób jest dla mnie zjawiskiem dość dziwnym i niezrozumiałym. Moim zdaniem amerykanie to dość zadziorny naród na siłę szukający zaczepki. Takimi produkcjami próbuje usprawiedliwiać się w jakiś sposób.

W każdym razie, osobiście uważam, że kasa na bilet poszła w błoto, ale nie narzekam, bo to kolejne doświadczenie, tym bardziej nie mam prawa narzekać, bo do momentu kiedy nie zobaczyłem pierwszych scen nie miałem pojęcia w jakiej konwencji będzie utrzymany film. Przecież znajomi mówili tylko o efektach, nikt nie powiedział czy to komedia, dramat, thriller, horror, kreskówka czy może jakieś tanie S-F ;-).

Piszę ten tekst, bo chciałbym Was przestrzec przed tym filmem, bo na prawdę można znacznie lepiej spożytkować 2 h 40 minut żeby nie puścić korzeni i nie zakwitnąć z nudów ;-).

Pozdrawiam
BrZ

Aha, bym zapomniał, następstwem owego znudzenia i znużenia, puszczonych korzeni i pączków była wizyta w jednym z Fast Foodów gdzie zalewaliśmy smutki filmowe w Pepsi i zajadaliśmy owe smutki kurczakiem w różnej postaci. Jako, że dość długo nie mogłem otrząsnąć się z szoku kinowego popełniłem pewną wariację. Zdjęcie oceńcie sami:




 Jako, że nie potrafię zbyt długo tłamsić spraw z tzw. wewnętrznym fuj i bleeee w sobie, tak też musiałem wyrzucić to z siebie czego efektem był zamach na paragonie kinowym





skończył marnie, bo w niedojedzonym sosie barbeque ;-).

teraz już na seria się żegnam

Hej hej

piątek, 8 stycznia 2010

Rektor, Hamlet i Barbara

Szalenie intensywnie. W środę konferencja prasowa kkk. Tekst czeka na chwilę czasu. Wczoraj od wczesnego rana biurokratyczny maraton. Pisma, podania, prośby, wnioski, plany, druki, poprawki. Dwie godziny w kilku eleganckich pokojach, cudze komputery, drukarki. Zagubiona. Kolana mi zmiękły, kiedy przedstawiali mnie kilkunastu ważnym osobom. Mało  nie zeszłam na zawał, gdy przedstawili mnie Rektorowi. Ręce mi się trzęsą, złe wyniki czy nerwy? Cholernie mi zależy, boję się ogromnie.

Popołudniu bardzo fajne spotkanie z Hamletem. Jakim Hamletem? Arcyprzystojnym, energetycznym, spontanicznym, żywiołowym, o bardzo konkretnych poglądach, pytaniach i odpowiedziach. Ja na niektóre jego pytania nie znałam odpowiedzi. Bosz, jak cudnie...:)

Później "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" w Śląskim. Fantastyczna wielowymiarowa przestrzeń Sceny Kameralnej, świetna scenografia. Andrzej Warcaba jako Barbara nie daje widzom nawet chwili na oddech. Można by go wyciąć i zrobić monodram (Złota Maska!). Z teatru wyszłam wstrząśnięta spektaklem, wprost w mroźne Katowice. W domu padłam z nadmiaru emocji, atrakcji i biegania.

Dziś przed 7 mój subtelny budzik ("wstawaj kurwa!") przypomniał mi o Urzędzie. To, czego się tam nasłuchałam, zasługuje bardziej na skecz kabaretowy niż na notkę na blogu. Muszę podpuścić Mrówkę, żeby o tym napisała. Warto:).

Słucham tylko tej piosenki: KLIKAMY-SŁUCHAMY i jakoś mi tak dziwnie smutno...

Miłego piątku.
Złośnica

wtorek, 5 stycznia 2010

korek 3

Podrzucam pierwszy w tym roku korek i karteczkę tak starą, że zbladła. Z pół roku temu ponownie przejechałam długopisem po znikającym tekście, tylko autor słów, Tom Clancy, pozostał nieruszony.

Do słuchania zostawiam Death Cab For Cutie "A lack of color" z uroczą animacją (3 tysiące obrazków, ktoś miał cierpliwość...) Przepiękne gitarowe plumkanie, pyszne... KLIK KLIK!


Ten dzień świetnie się zaczął. Odezwał się do mnie Pan Hamlet. Aaaaaa spotkanie się kroi...:))) A to już w czwartek, spektakl!

Pozdrawiam,
Złośnica

poniedziałek, 4 stycznia 2010

na stacji Jerzego z Podebrad

Praga, dzień pierwszy. Późne popołudnie. W hotelu wytrzymaliśmy może z 10 minut. Po paru chwilach siedzieliśmy już w autobusie, a po kolejnych kilku, w metrze czerwonej linii. Szczęśliwi jak fretki, zbliżaliśmy się do centrum, słuchając komunikatów o tym, że vystup a nastup ;). Na schemacie metra znalazłam stację Jerzego z Podebrad.

Bez wychodzenia na powierzchnię przesiedliśmy się na zieloną linię i odjechaliśmy tylko dwie stacje od Placu Wacława. Na stacji Jerzego dzieje się akcja piosenki Nohavicy "Na stanice Jiriho z Podebrad" z płytki "Prazska palena" z 2006 roku. Przez ostatnie dwa lata zastanawiałam się, co takiego tam jest. A teraz wiem:).

Są tam absolutnie najdłuższe ruchome schody, jakie kiedykolwiek widzieliśmy;). Ma to znaczenie, bo w tej uroczej melodyjnej opowieści dwójka ludzi spotyka się codziennie właśnie na tych schodach, z tym problemem, że ona jedzie w dół, a on w górę. Cała historia jest dość urocza ("...bo całowania w biegu surowo się zabrania!")... I my tam byliśmy, ha! Na szybko kilka zdjęć, rzut okiem na zewnątrz (ściana wody i wieża telewizyjna), jeden telefon i pędem do wagonu, który właśnie nadjechał. I 3 godziny w Pradze, i Most Karola tylko dla nas:). Później, w pokoju, gdy suszyły się ciuchy;), słuchaliśmy wersji oryginalnej, czeskiej, i wersji polskiej, którą śpiewa swoim zamszowym wokalem Zamachowski.
No to żebyście mieli komplet materiałów:

1) Jaromir Nohavica "Na stanicy Jiriho z Podebrad" z DVD "Doma", koncert w Ostrawie http://www.youtube.com/watch?v=lwhW7MLhBkY


2) Zbigniew Zamachowski "Na stacji Jerzego z Podebrad" z płyty "Świat według Nohavicy" http://w852.wrzuta.pl/audio/3GIy9wcSxWI/zbigniew_zamachowski_-_na_stacji_jerzego_z_podebrad

Posłuchajcie, Nohavica to wiadomo, że warto, ale Zamachowski jest obłędny!

Zapowiada się tydzień na ostro. Aaaaa...

Złośnica

niedziela, 3 stycznia 2010

Praga (2)

złośnicowe migawki z Pragi...