wtorek, 30 marca 2010

bańki

Wstawiam te bańki żeby nie zapomnieć o kolorach. Że te kolory są i że czasem trzeba popatrzeć pod innym kątem albo wyciągnąć rękę. Tylko nie za blisko, bo wiadomo, co może się stać. Chociaż, cholera, czasami trudno powstrzymać dłoń w tym ostatnim momencie.

Dziś zupełny kryzys energetyczny. Zarwana noc, nerwy, nerwy, nerwy, do tego zmiana czasu nie nastroiła mnie zbyt pozytywnie. Wskazówki poszły w złą stronę. W pracy zawalona robotą, ale dziś usłyszałam "zobacz, jak szybko stała się jedną z nas". Dla takich słów warto się starać. Teksty, nad którymi dziś skończyłam pracować, rozprzestrzenią się jak wściekłe, wiem o tym i bardzo się cieszę.

Czytam "Mój znak" Illga. Jestem zachwycona.

Z.

niedziela, 28 marca 2010

touch of colour

...bo kto powiedział, że koloru nie można dotknąć? Dziewczynce ze zdjęcia dziękuję, że dała mi się złapać z takim uśmiechem na twarzy.
duże zdjęcie

Z.

czwartek, 25 marca 2010

4x śmierć ze śmiechu

Dziś umarłam ze śmiechu czteroktornie.

PIERWSZY RAZ: Wysyłałyśmy wiadomość o tym, że w ramach jakiegoś związanego z naszą instytucją świątecznego eventu, jeden z uczestników będzie stawał na jajkach. Na dokładnie czterech jajkach. Wszyscy, którzy to usłyszeli lub zobaczyli, poskładali się jak paragrafy. Od razu padło mnóstwo dodatkowych pytań, zarówno o ilość, jak i o strategię, o właściciela, ewentualną powtarzalność, czy nawet cykliczność.

DRUGI RAZ: Szefowa chciała zobaczyć zdjęcie mojego brata. Pokazałam jej takie, na którym jestem ja, brat i Ryszard Kalisz.
szefowa (patrząc na Kalisza): To twój ojciec?
ja: Nie, to Ryszard Kalisz.
szefowa: no właśnie!!!

TRZECI RAZ: Dostałam zadanie bojowe: napisać życzenia świąteczne od Szefa Wszystkich Szefów, skierowane do kilkudziesięciu tysięcy (!!!!!) ludzi. Tylu właśnie te życzenia znajdą odbiorców. Siedziałam i dumałam, przechodząc od stylu wiosenego po religijny, jednak nie osiągając zamierzonego celu. W końcu zrezygnowana parsknęłam w monitor i wyrecytowałam: "nie myśl sobie że to bajka, życzę ci smacznego jajka"... Wszyscy padli.

CZWARTY RAZ: Po pracy na włoskim lektorka powiedziała, że zna kilka dodatkowych przykazań. Na wzór "nie cudzołóż" zaproponowała utworzenie "nie cudzokrzacz" i "nie cudzostół". Myślałam, że się nie uspokoję. Szłam później ulicą i śmiałam się sama do siebie jak ciołek. Krzaczyć czy nie krzaczyć? Czym się różni cudzokrzaczenie od swojokrzaczenia? I jak to powiedzieć po włosku?

Jutro pierwszy od dawna piątek bez uczelni. Cały weekend bez uczelni. Pojutrze sobota, która nie zacznie się o 6 rano. Niesamowite;).

Słucham piosenki Iwony Loranc "Naszej przestrzeni" Ktoś gdzieś pisał kiedyś, że Loranc ma niesamowity, niski, matowy wokal. Nie znajduję lepszych słów.

Zet.

środa, 24 marca 2010

horoskop3

Zaczynam się bać, kiedy widzę moją przeuroczą, kruchą Babcię, kiedy co wieczór przychodzi do mnie i bez słowa podaje mi ten maleńki wycinek. Czytam i na zmianę, raz ze śmiechem, raz z ledwo zauważalną trwogą, dziękuję i mówię: tak, Babciu. sprawdziło się. Poniżej skrawki z soboty, poniedziałku i z dzisiaj. Oczywiście nie wierzę ;), ale hmm... co ja mogę, że się sprawdza, w sumie wszystko jak leci. Może to lepiej, że Babcia nie umie wróżyć z kart, fusów, skórki z jabłka czy innej szklanej kuli. Strach byłoby jej o cokolwiek zapytać;).


Dziś po 8 godzinach w Biurze byłam na bardzo głośnej, zabawnej i miłej imprezie z dziewczynami z mojego działu. "Z dziewczynami" to pewne nadużycie, w tym gronie jestem najmłodsza. Bardzo udane wyjście, ponad 10 eleganckich młodych kobiet, specjalistek na fantastycznych stanowiskach (i ja między nimi, jak ten ciołek, gdzieś na początku drogi). I luz, na który w Biurze nie zawsze możemy sobie pozwolić, a na pewno nie w takich ilościach. Co nie zmienia faktu, że i tak nie ma dnia, żebyśmy tam nie płakały ze śmiechu. Najgorzej podczas takiego rechotu odebrać telefon i profesjonalnie załatwić sprawę tego, kto dzwoni. Wyższy stopień wtajemniczenia, dla mnie póki co niedostępny (choć podobno uśmiechnięta osoba lepiej brzmi przez telefon;))... Integracja w pełni. I trochę (...) wina, żeby odrobinę odreagować. Żeby przytępić myśli. Żeby coś na chwilę wyostrzyć. Żeby za chwilę pokryło się mgłą i dało spokój. Żeby...
Jestem tak ekstremalnie zmęczona, że nie wiem, co dziś będzie ze Schmittem. Wczoraj wpadło mi w ręce "Kiedy byłem dziełem sztuki" i pochłonęłam ze 150 stron. Intrygujące i drażniące. Antyestetyczne, aż boli. Świetnie się czyta. Może doktorat ze Schmitta;)?
Z.

niedziela, 21 marca 2010

how it ends

Do słuchania DeVotchKa "How it ends", a w tle do oglądania urywki z "Everything is illuminated". Nastrój dokładnie taki jak ta piosenka. Jak ten film. Wracam wciąż do tych samych fragmentów. Ciągle mi się z czymś kojarzą. Przywołują jakieś zdania, czasem tylko sensy, wspomnienia pojedynczych słów albo najbardziej na świecie niejednoznacznych wielokropków. Najgorzej sobie samej uświadamiać, że przecież nic. Słowa, znaki, pieprzenie głupot... W głowie rośnie mi wielki znak zapytania, który zapełnia całą przestrzeń jak dmuchany potwór.  
and you already know how this will end

Z.

sobota, 20 marca 2010

symulator

Jak dobrze, że ten tydzień już idzie w diabły! Tzn. kończy się fajnie, choć pewnie nic nie zatrze złego wrażenia jego początku. Wczoraj w pracy poszalałam, muszę się pochwalić;), służbowo byłam pół dnia w jednym z naszych GOPowych miast, żeby towarzyszyć jednemu z Szefów Wszystkich Szefów w podpisywaniu pewnej ważnej umowy, piłam herbatkę owocową z Panią Prezydent, a na koniec latałam najprawdziwszym na świecie symulatorem lotów. Wybrałam sobie fajny samolot, nawet sama wystartowałam i trochę pokręciłam się po okolicy. A na koniec nie mogłam odmówić sobie dzikiej przyjemności doprowadzenia do katastrofy lotniczej. Oczywiście wiedziałam, że nie uda mi się wylądować poprawnie na pasie, więc co za różnica;). Spektakularnie rozbiłam mój samolot, ku wielkiej radości zgromadzonych. Jeden z Szefów (który tego dnia widział mnie pierwszy raz w życiu i całował mnie po rękach...;) ) również się rozbił przy podchodzeniu do lądowania, ale zrobił to łagodnie, dostojnie, do czego zapewne zobowiązało go piastowane stanowisko. A mnie nie trzymało żadne dostojeństwo, było świetnie:). Po kilku godzinach wpadłam do biura, udało mi się jeszcze coś popisać, a później pognałam na studia, do wieczora. Dziś znów czasowa masakra, 6 rano z wyrka (brrr), teraz dochodzi 23, właśnie wróciłam do domu w całkiem dobrym humorze (sprawdzone sposoby nie zawodzą, w sumie jestem prosta w obsłudze i niskonakładowa). A w czwartek byliśmy na Czesławie. Też był niezły maraton tego dnia, przed 8 byłam w pracy, popołudniu na moment w domu, a chwilę później znów w Kato, na włoskim. Z zajęć od razu na koncert Czesława. Ładnie było, kameralnie, uśmialiśmy się, fajnie znów zobaczyć go na żywo. Ale jakoś tak bez emocji. A może to ja nie miałam siły na emocje. Teraz już mogę odliczać dni do koncertu Nohavicy:). Planuję dożyć tego dnia;).
Jutro weekend:))). Śpię do 9! No nie wierzę;).
Złośnica

środa, 17 marca 2010

consequence

Ostatnie dni to pasmo niepowodzeń. Nawet jeśli działo się coś dobrego, to i tak wszystko było zagłuszane przez złe wydarzenia, złe decyzje, złe konsekwencje. Zastanawiam się, co jest gorsze: być tak potwornie zawiedzionym, że ktoś coś spieprzył, czy samemu sobie sprawić zawód. Czy lepiej mieć do czynienia z idiotami, czy samemu mieć świadomość, że popełniło się głupi błąd. Tak czy siak, w ciągu ostatnich kilku dni ponosiłam konsekwencje cudzych niedopatrzeń, obcych idiotycznych decyzji, rozgrywających się poza moimi wpływami wydarzeń. I byłam tak załamana cudzą skrajną nieodpowiedzialnością, że w bardzo złym momencie dałam się rozkojarzyć i sama popełniłam potworny błąd. Wiecie, nawet nie umiem się porządnie rozpłakać, żeby jakoś to wszystko odreagować. Uciekłam w pracę, nie miałam innego pomysłu, w sumie nie miałam też innej opcji. Dziś w biurze wyrobiłam z 200% normy. Jak nawiedzona. I kilka razy rozbrajałam współpracowników, nagle i bez zapowiedzi chichocząc nad jakąś bzdurą. Ale to i tak taki śmiech przez łzy, od których się odzwyczaiłam. W ciągu dnia jestem tak zawalona pracą, że nie mam już w głowie miejsca na myślenie o dalszych konsekwencjach. Jeszcze dopadł mnie deadline z redakcji, ale chyba go już opanowałam. Skończyłam recenzję, skończyłam mój Wielce Poważny Tekst Pseudo-Interwencyjny. Zaczęłam opracowywać piątkowy materiał. Skończyłam jeszcze jeden mały projekt. Wszystko, żeby jakoś zająć głowę. Jutro po pracy zajęcia z włoskiego. A później od razu na koncert Czesława. W piątek po pracy powinnam jakoś zdążyć na studia. W sobotę znów do 15 na uczelni. Jak się zajadę na amen, to przynajmniej nie będę myśleć o tym, co jeszcze może się spierdzielić. Ale może już wystarczy? Potrzebuję ogromnej dawki przytulania i głaskania po głowie. Tylko kiedy...?
Do słuchania The Notwist "Consequence". Słucham tego kawałka od lat, ale uzależniłam się dopiero kilka tygodni temu. Hipnotyzuje. Zawiesza w czasie. Daje 5 minut iluzorycznego oderwania.
Idę stąd, w sumie padam na nos. Od kiedy spędzam przy kompie po 10 godzin w sprawach służbowych, wracanie do monitora w celach prywatnych staje się abstrakcją.

I'm not in this movie
I'm not in this song...

Z.

niedziela, 14 marca 2010

Przyzwolitość

Genialny kawałek, Muchy "Przyzwolitość" z nowiutkiej płyty "Notoryczni debiutanci". Znów dopadł mnie syndrom zapętlonej piosenki. PrzyzwoLitość

może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię........................................................?

Z.

sobota, 13 marca 2010

złote maski 2009 - nominacje

podrzucam link z nominacjami do złotych masek 2009
NOMINACJE

Dwa, dwa, dwa!!!!! "Dwa" nominowane dwa razy :)))

z.

piątek, 12 marca 2010

piątek

Po całym tygodniu wstawania o 6, stukania obcasami po nieskazitelnych korytarzach, odpowiadania na pytania dziennikarzy, robienia przeglądu prasy codziennej i przygotowywaniu serwisów, po całym tygodniu umierania ze strachu na widok i głos Szefa Wszystkich Szefów, po całym tygodniu wieczornego nadganiania wszystkich innych spraw i zasypianiu w środku nocy, jutro, dla odmiany... znów wstanę o 6 i pognam na uczelnię;). A już dziś naginałam czasoprzestrzeń;), od rana w biurze w Katowicach, później na wywiadzie w Sosnowcu, później znów na uczelni w Kato. Wywiad bardzo udany. Dostałam od mojego poważnego rozmówcy fajną książkę, a po rozmowie napisał mi w niej "z wyrazami szacunku..." ;). Taka ze mnie szycha;)))...
Cholernie dobry był ten tydzień. Kryzys energetyczny dopadł mnie dopiero teraz. Klęknęłam, żeby poczochrać psy. I nie miałam siły żeby wstać i iść do siebie. Ale co z tego:P.
Złośnica

środa, 10 marca 2010

horoskop2

Raniutko robiłam Szefowi Wszystkich Szefów (SWS) przegląd prasy, kilka poważnych dzienników, nawet jakaś gadzinówka się zaplątała. A jak już przeszłam tę drukowaną burzę mózgu i w terminie oddałam na biurko SWS wszystkie potrzebne materiały, przejrzałam jeszcze raz każdą gazetę. Przeczytałam to, co mnie zainteresowało, trochę lokalnych wiadomości, ogólnopolskie recenzje, trochę gazety prawnej;). Gdzieś po drodze zaplątał mi się horoskop i pewnie bym się nawet nie uśmiechnęła na jego widok, gdyby nie to, że Wam tu wczoraj biadoliłam, że mi głupio;). Zmęczona byłam, dawno i nieprawda... ;)
Treść horoskopu przepisałam na jakiś świstek i przyniosłam do domu. Nie mówię więc, że nie trzeba było czegoś robić:). Może trzeba było zrobić bardziej! Swoją drogą, czy te cholerne horoskopy muszą być aż tak kiczowate??? No przecież tragedia... Gdybym ja pisała horoskopy, byłabym mniej sentymentalna;). Tego w dziennikarstwie jeszcze nie próbowałam. Gdyby ktoś chciał ode mnie horoskop, dajcie znać.

Wczoraj wreszcie "Cholonek". Parę tygodni temu kupiłam rodzicom w prezencie bilety. I sobie też, bo stęskniłam się za spektaklem. Lubię go zobaczyć co kilka miesięcy, żeby... żeby więcej i wyraźniej pamiętać. W filmie "Wszystko jest iluminacją" jest taka genialna scena, gdy Safran ładuje konika polnego do etui na okulary. Aleksandr pyta, dlaczego to robi, a on na to: Maybe sometimes I'm afraid I'll forget... Dlatego znów byłam na "Cholonku".

Mam full rzeczy do zrobienia jeszcze dzisiaj. Dopiero wróciłam z pracy, zrobię kawę i do roboty.
Złośnica

wtorek, 9 marca 2010

portishead

do posłuchania bardzo stara i kompletnie odealniona piosenka Portishead "Roads"
idealna na wieczór zamykający maksymalnie odrealniony dzień.
nowa praca + teatr wieczórem = podwójne dawki leków na noc.
milion nowych osób, imion, nazwisk. jutro do gabinetu wprowadzam mój kubek.
i już będę u siebie.
ale w pracy poukładało się wszystko. bez nerwów. nerwy przychodzą później.
idę spać, bo inaczej zasnę tutaj i obudzę się z literami odbitymi na policzku. na policzku... jakie śliczne słowo.
w teatrze tak fajnie... ale tak mi głupio, dajcie spokój.
spać.
Z.

poniedziałek, 8 marca 2010

Dzień Kobiet

Witam serdecznie naszych czytelników oraz tym bardziej serdecznie witam nasze czytelniczki ;-)

z tego oto miejsca, w którym aktualnie się znajduję, pragnę wszystkim Paniom, Kobietom i Dziewczynom zaglądającym tutaj regularnie jak i przypadkowo złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji Waszego Święta.

Życzę Wam wszystkiego co najlepsze, a jako że same najlepiej wiecie czego chcecie i czego Wam trzeba, życzę spełnienia marzeń i wszelkich zachcianek ;-).

Pozdrawiam
BrZ.

======

A ja chcę dodać, że Brzydal składa życzenia wszystkim moim realnym i wirtualnym koleżankom, przyjaciółkom oraz powierniczkom i powracającym pozytywnie nastawionym czytelniczkom, w sumie wszystkim, oprócz pewnej burej małpy... Mam nadzieję, że jej kwiatki zwiędną do jutra:P.

I ja też chcę życzyć Wam samych cudowności, Moje Drogie Dziewczyny! Kłębią mi się Wasze imiona, Mrówka, warszawska Aśka, Megi, odzyskana Alina, Monika (Zołzo! Mejla chcę!), Kasija, muzyczne Ev i Agnieszka, moja włoska Karolajna... życzę Wam każdej z osobna księcia z bajki i tak jak napisał Brzydal, spełnienia zachcianek;)... I miliona kaw w cudownym towarzystwie, przegadanych nocy i wybuchów śmiechu.
Buziaki!
Z-ca

niedziela, 7 marca 2010

weekend. co?

nie wierzę w odżywczą lub ożywczą moc weekendów. jest niedzielny wieczór. jestem dużo bardziej zmęczona niż w piątek. o piątku napiszę tyle, że była premiera w Zagłębiu. Gombrowicz oczywiście cholernie ciężki. Całe szczęście, że miałam tekst na świeżo. Potwornie trudna w odbiorze sztuka, ale kilka fajnych ról, świetna scenografia, niepokojąca muzyka... Recenzja musi powstać w tym tygodniu, choćbym już w ogóle miała nie spać i jeszcze bardziej upodobnić się do chochoła. I w tym teatrze ta dziwna wisząca w powietrzu zasada, "z kim cię widzą, tak cię opiszą";). polityków widziałam, widziałam też największe dziennikarskie harpie i autorytety, naczelnych, wykładowców, radnych, jednego gościa, którego niemal codziennie widać w wiadomościach, kilka takich twarzy, które widzę w teatrze prawie zawsze... no i ja, rany, rany... przyzwyczajam się do klimatu poważnych premier dla poważnych ludzi. przyzwyczajam się powoli, ale skutecznie.
Wczoraj w domu kilka bardzo głośnych godzin. Odreagowałam i padłam o śmiesznej porze. Dziś od rana workin', workin', workin'! Ale trochę do przodu. Trochę. Teraz walczyłam z włoskim. Nie mam już siły, w ogóle, kompletnie, nic, zero. Nie rozumiem. I chyba dorastam jednak do tych okularów... dla własnego dobra.
Dowiedziałam się, że na tegorocznym OFFie zagra Lali Puna. Wymiękłam. Moje kochane "40 days", kawałek którego słucham najczęściej ze wszystkich od kilku lat. Coś pięknego, kołyszącego i melodyjnego, piosenka w którą da się uciec, ba, która jest stworzona po to, by się nią otulić. Cudowna. I tyle wspomnień związanych z tą kapelą, ze znajomym, który mi ją polecił... Ranyyy... Czyżbym jednak szła na OFFa? Lali Puna 40 days
We wtorek "Cholonek".
Idę, bo jak tu padnę na zawał, to na pewno nie pójdę we wtorek do teatru. I nie napiszę reportażu, recenzji i nie zrobię zajebistej kampanii. I nie kupię tej pięknej zielonej fury;).
Zet.

czwartek, 4 marca 2010

horoskop

Rano zajęcia, masakra, absolutnie nic nie wiem i robię podstawowe błędy. Nie mam czasu się tego uczyć, powtarzać, kuć... Myślami jestem w innych miejscach. Z przyzwyczajenia trzymam otwarte oczy. Nie wiem, jak połapać ten nowy semestr z nauką. Do zajęć na uczelni jeszcze mam motywację, ale do dodatkowych... szkoda gadać. Po zajęciach Sosnowiec, tylko chwilę. Później urząd. Później znów Sosnowiec. I po chwili Dąbrowa. Po 3 godzinach załatwiania różnych spraw, na chwilę wpadam do domu. Zabieram na łóżko kota i kompa i mam moment, żeby przypomnieć sobie podstawowe informacje dotyczące reportażu, który mam do zrobienia. Marzę o tym, żeby na chwilę wyluzować, ale coś kiepsko...
Nagle weszła Babcia. Jest u nas od dwóch miesięcy. Mówi do mnie "Kociu";). "Kociu, zobacz, przyniosłam Ci horoskop" - mówi i podaje mi maleńki skrawek papieru. Przeczytałam, uśmiechnęłam się i zrobiło mi się jaśniej.
Oświadczenie: Drodzy szefowie, obecni, byli, przyszli i niedoszli, nie rezygnuję!!! Przecież wiecie, że można na mnie liczyć, nawet jak czasem pomarudzę w zupełnie nieprofesjonalny sposób... :P
A reportaż będzie w terminie, musi. Choć nie wiem, czy jedna ze stron konfliktu będzie chciała ze mną rozmawiać (prawo zobowiązuje go do udzielania informacji, ale co z tego?). I czy rzecznik magistratu zechce powiedzieć mi, dlaczego prokuratura umorzyła sprawę. I co na to Inspektorat...
Jutro premiera w Teatrze Zagłębia! Śmiałam się już, że chcieli dziennikarza na premierze, to proszę bardzo, będą go mieli;))). Idę, oglądam, robię poważne miny, piszę i wszystko będzie dobrze.
Jeszcze dziś mam do przeczytania 140 stron na kompie. Dam sobie chwilę spokoju i... do roboty.
Z-ca

środa, 3 marca 2010

kiedy cię spotkam co ci powiem?

Słucham tej piosenki od dwóch tygodni i nie mogę się od niej uwolnić Czyżykiewicz "Ave (inspira)" . Chociaż w sumie po co uwalniać się od czegoś, co jest świetne, co skutecznie działa? Dla samej zasady na pewno nie warto. Jak desperat trzymam się więc tych rzeczy, tych ludzi i tych piosenek, dzięki którym chce mi się co rano otwierać oczy.
Mam problem z piosenkami o miłości :P. Ktoś mi kiedyś powiedział, że miłość nie jest od tego, żeby o niej śpiewać. A mój cudowny Foer na to: "Co komu po tej całej miłości na papierze? Daj jej, niech miłość trochę popisze na tobie". Ale Czyżykiewicz najwyraźniej czuje się świetnie w tym emocjonalnym dyskursie. Fragment o pacjencie, uczniu i profesorze jest absolutnie genialny. Próbuję odpędzić myśli, że właściwie wszystkie najbardziej fascynujące znajomości oparte są na takich właśnie relacjach. Do przemyślenia, na później.
Cudowny, cudowny dzień. Pięknie jest, wszystko wydaje mi się poukładane i miłe w dotyku...

"Kiedy cię spotkam co ci powiem...?" To zależy. Ale co za różnica, po mnie i tak wszystko widać.

pzdr, ja

wtorek, 2 marca 2010

nietoperz - Bat by Remi Gaillard

Chroniczne zmęczenie, sen bez snów każdej nocy i natłok myśli powodują, że popadam w dziwny stan: śmieję się dość łatwo i bez zapowiedzi. Przed chwilą zobaczyłam ten filmik KLIK KLIK KLIK i UMARŁAM ze śmiechu, padłam, popłakałam się i głośnym rechotem sprowadziłam do swojego pokoju domowników. Niepoważne, zakręcone, kompletnie dziwaczne. Tak bardzo w moim typie, że musiałam tu wrzucić link. Remi Gaillard ma na koncie bardzo wiele różnych akcji, był m.in. ślimakiem na drodze, Pacmanem w sklepie, rekinem na plaży, piłkarzem na stadionie (prezydent Francji gratulował mu wygranej, mimo że na murawę wbiegł dopiero po meczu), ćwiczył gimnastykę w tramwaju, jako goryl kupował banany i pokazywał, jak bez pieniędzy korzystać z dobrodziejstw McDrive'a... Uśmiałam się i życie nadal jest urocze;).
Nie muszę już dzisiaj nigdzie wychodzić, jak miło. Zniknęły mi sprzed domu zwały śniegu. W głowie wciąż słyszę Dżałówę: "Wiosna nie ma nic wspólnego z miłością..." Chyba mu pierwszy raz w życiu nie wierzę :P. "Wiosna w Europie jest jakaś inna..."
Złośnica

poniedziałek, 1 marca 2010

korek 9

Czasoprzestrzenne szaleństwo. Próbuję zdążyć w miejsca, które miałam zaplanowane, a nawet bywam w takich, o których nie myślałam. Obiecuję sobie różne bzdury, np. że spróbuję się wyspać, że nie będę siedzieć do późnej nocy, że nie będę wstawać godzinę przed budzikiem, że jak się trochę odpocznie, to pewne rzeczy idą łatwiej. Jestem więc mistrzem w oszukiwaniu samej siebie:P. Zeszły tydzień był męczący, ale z sympatycznymi przebłyskami, to najważniejsze. Dopadało mnie szczęście w najczystszej postaci i fruwałam nad ziemią jakbym miała zaawansowane adhd. Dobrze mieć świadomość, że czasem wystarczy kilka słów i nagle jest pięknie, po prostu.
W sobotę wieczorem premierowo wrzucili na ekrany "W chmurach". Bardzo udany film, wciągający temat, świetne zdjęcia, a do tego Clooney, zupełnie jak wino: im starszy, tym lepszy, tym bardziej smakuje i tym bardziej szumi w głowie;). Choć momentami zastanawiałam się, po co w tak zgrabnym pomyśle na film aż tyle wątków, ale jest ok. Film o pracy, o specjalistach, o młodości, której wydaje się, że wie już wszystko, o lotniskowych hotelach i o drugim życiu, równoległym do tego pierwszego, o tym, że łatwiej nieść pusty plecak... Spędziłam mnóstwo czasu na uczelni, więc weekend zaczął mi się w sobotę o 19.30, razem z filmem. Sobota - "W chmurach". Niedziela - w górach. Halny morderca;). Poza tym skończyłam czytać Kutza. Nie spieszyłam się, zresztą to nie jest książka, po której można po prostu śmignąć i iść dalej. Kutz zawisł na korku.

A ten tydzień będzie dobry:), zobaczycie:). Dużo włoskiego, w piątek szykuje się premiera w teatrze, a w niedzielę koncert. Jestem pozytywnie nastawiona, oczy mi się cieszą, słucham Czyżykiewicza i Karen, odliczam dni. Cudownie jest mieć na co czekać!
Zzzzz.