piątek, 30 kwietnia 2010

format karty

Przed chwilą formatowałam kartę w aparacie, żeby była tabula rasa;). Były na niej zdjęcia robione od stycznia. Kutz, konferencje, drobiazgi... Trafiłam na kilka perełek, które zachowałam, a reszta poszła w diabły. Jedna z perełek, zrobiona jakiś czas temu, poniżej. Łączy się z nią pewna historia.

- Zobacz, jaki piękny... Co za elegancja, majestat! - patrzy Zł. i stojąc na wzgórzu zamkowym w BB wzdycha nad tym pięknem.
- Mhm, tak. Piękny - łaskawie godzi się Brz., co powinno trochę dziwić.
- Ale naprawdę, ta bryła, ten kolor, te detale, niesamowite! - z obłędem w oczach rozpływa się dalej Zł.
- Tak... super...! - mówi Brz. z przekonaniem.
- Coś, co tak wygląda, nigdy się nie zestarzeje i nie znudzi... - Zł. nie może oderwać wzroku.
- Zgadzam się. Dobrze, że wybrałem jednak te felgi osiemnastki... - odpowiada bez wahania Brz. Zł. w tym czasie udaje, że popełnia samobójstwo;).
Taaa... Ja oczywiście mówiłam o tym wielkim teatrze w centralnym punkcie, a on o tym małym rudym (co rude to wredne :P) po prawej. I po co patrzeć w tym samym kierunku, hmm? Przereklamowane! Ale zdjęcie jest bajeranckie:).

Ten tydzień mnie wykończył. Dziś wieczorem już mi się chciało płakać ze zmęczenia i z braku możliwości wymyślenia czegokolwiek wartościowego. Za dużo na głowie, za dużo emocji gdzieś na pewno poza głową. Muszę odpocząć. Blog zapada w majówkowy sen. Znikamy.

pzdr
Z.

wtorek, 27 kwietnia 2010

27 kwietnia

Kilka cudownych dni i full fantastycznych zdarzeń o wielkim znaczeniu. O niedzielnym przedstawieniu już pisałam, że super. W ogóle w teatrze świetnie... A bałam się tak potwornie... Piękne Bielsko coraz bliżej... Jeszcze trochę i zacznę wierzyć w cuda. Albo w marzenia. Blisko, blisko...

Recenzja się pisze, z przerwami, dość powoli. Ale do przodu. Póki co 2,5 tysiąca znaków, ale work in progress.

Dziś naprawdę cud. Wielki krok dla ludzkości;). Moje życie zmienia kierunek i prędkość, zmienia się diametralnie, a ja nie wierzę, że się udało. Za przezabawne sms-y, kopanie w tyłek i wsparcie (w tym szantaż i hazard) serdecznie dziękuję.

Dziś już nie piszę recenzji, bo...
...bo ja po % z bąbelkami w ogóle nie powinnam nic pisać. Ani artykułów, ani broń Boże krótkich wiadomości tekstowych lub tych wykorzystujących wszystkie dobrodziejstwa poczty elektronicznej. Nie, nieee. Ani słowa już dzisiaj. Jeszcze tylko Wam powiem, że urządziłam w ogródku konkurs na to, kto dalej strzeli korkiem z szampana;)).

Złośnica

niedziela, 25 kwietnia 2010

drzewko nocą

Zmiotła mnie premiera w BB. Naprawdę chciałabym jak najszybciej napisać i opublikować tekst, ale po powrocie do domu okazało się, że mam w głowie bordello jak cyganka w tobołku, a pisanie w takim stanie nie jest wskazane. To byłoby straszne i kompletnie nie fair wobec wielotygodniowej pracy ludzi w teatrze, gdybym tak fantastyczną sztukę podsumowała beznadziejnym i nieprzemyślanym tekstem.
Przed oczami zmieniają mi się obrazki jak slajdy, ta kołysząca się scenografia, dźwięki akordeonu i ciepłe tony klawiszy, genialnie wymyślony główny bohater, fantastyczna adaptacja. Piękna, naszpikowana emocjami opowieść o tym, jaką rolę w życiu pełni czułość i o tym, jak można komuś dodać sił samą tylko obecnością.
Gdy dorosły Zeze powiedział kilka pierwszych zdań, do głowy wtargnął mi wiersz Grochowiaka "Zejście". To ten typ skojarzenia, którego kompletnie nie można się pozbyć.


Byle do wiosny
A wiosna?
Gdzie ona?
Więc schodzę w siebie po kamiennych stopniach
Ze soplem w dłoni jak z mieczem lub lampą
Której nie zgaszą
Podmuchy tych pustek

Kto z nas nie schodzi w kopalnie dzieciństwa?
Kto z nas nie błądzi światłem po tych ścianach
Gdzie w czarnych rzeźbach węgla kamiennego
Pełno odcisków
Paproci
I zwierząt

Tu ptak wiosenny - z której wiosny? - zastygł
Tu pocałunek - nieśmiały czy grzeszny?
Tu własna postać
Rozpięta w podskoku
Do czarnej wiśni na węgielnym drzewie

Byle do wiosny
Więc dalej w pokłady
Na dno dzieciństwa gdzie nagle - za rogiem
Jest tylko echo
I szum nietoperzy
Jakby ktoś miotał kule czarnej wełny
  
Napiszę tę recenzję, ale nie tej nocy. Z takim chaosem w głowie można napisać maila, i to prywatnie, a nie służbowo. Co też zaraz uczynię:).

Z poważaniem, Złośnica

wtorek, 20 kwietnia 2010

wywiaaaaad

Kilka dni temu pytanie o wywiad. I dość szybka zgoda.
Wczoraj wieczorem ustalenie terminu.
Na dziś popołudniu. Aaa! Do nocy szukanie, dumanie, pisanie.
Pytanie, pytanie za pytaniem...
Dziś rozmowa. Miało być 30, 40 minut. Było 70.
Pierwszy raz miałam w rękach najprawdziwszą Złotą Maskę! O rany...! Tegoroczną.
Takie maleństwo, a takie ciężkie... Co za uczucie!
Mój rozmówca mówił bardzo dużo. Powiedział m.in.: " jak reżyser cię zaczaruje, to zrobisz dla niego wszystko".

Jutro do północy muszę wysłać dwa wywiady do autoryzacji. Jestem wykończona, a tego materiału nie ubywa. Obecnie marzę o tym, żeby zmyć makijaż i iść spać. Może swój ciąg dalszy znajdzie ten sen, który wczoraj mi się urwał: sen bardzo interesujący, ze świetnie obsadzonymi rolami głównymi. Może to był dopiero pierwszy akt tego snu? Oby!

Z.

niedziela, 18 kwietnia 2010

od nowa

Skończył się ten najdziwniejszy tydzień w powojennej historii kraju. Życzę Wam, a także sobie samej, by jutrzejszy poniedziałek przyniósł powiew zwykłego, najnormalniejszego na świecie życia. Za nami coś potwornie trudnego. Po czymś takim możliwość rozpoczęcia tygodnia od nowa będzie jak relaks.

Ja już dziś wracałam do normalności. Rano zaczęłam czytać "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Foera, powieść napisaną na fali ogromnego sukcesu genialnego "Wszystko jest iluminacją". Po prawie 200 stronach z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że w "Strasznie głośno..." Foer nadal jest w wysokiej formie. Co trzeba mieć w głowie, żeby w tak zagmatwany sposób prowadzić tyle wątków, które w ostatecznym rozrachunku rozbrajają swoją spójnością i sensem? Zobaczymy, jak się rozwinie. I książka, i autor.

Dodatkowo dziś cudowny, długi spacer po chorzowskim parku, pod tak błękitnym niebem, że nie chce się wierzyć w to kłębiące się parę kilometrów nad nami czarne wulkaniczne dziadostwo. To wulkaniczne dziadostwo mocno mi podpadło: od kilku dni czekam na autoryzację ważnego artykułu. Czekam, czekam, cisza... Nie spodziewałam się tego. Jestem już po terminie. Zeszłej nocy dostałam maila z przeprosinami i wyjaśnieniami, że mój rozmówca został uziemiony w Portugalii, więc autoryzacja była niemożliwa. Szkoda, że nie załapię się na najbliższy numer gazety. Grrrr. Ale wracając do spaceru, jaka piękna wiosna! Tak jak słonecznik zawsze wie, z której strony świeci, ja również dziś na jakiejś ławce, oparta o przyjemne ramię, obróciłam się do słońca. Efekt 20-minutowej cieplnej ekspozycji jest powalający: nabrałam koloru dojrzałych malin i zastanawiam się, jak to zneutralizować przed jutrzejszą pracą. Hmmm. Wiosna.

Poza tym ostatnio jedną z bardziej stresujących mnie czynności jest ściąganie poczty e-mailowej. Znajomy dźwięk nowej wiadomości (plum! plum...) wywołuje u mnie galopującą tachykardię. Ktoś kiedyś powie o mnie: "taka była dzielna, a wykończyło ją sprawdzanie poczty";). Ale dziś dostałam to co chciałam. Dostałam zajebisty list referencyjny. Tak!

Przede mną absolutnie masakryczne, kosmiczne dwa tygodnie. Do 30 kwietnia będzie się ze mną działo dużo za dużo. Ale skoro nie oszalałam między 10 a 18 kwietnia, to może teraz też jakoś to będzie.

Zet.

sobota, 17 kwietnia 2010

tydzień temu

10 kwietnia o 8 rano przeciągnęłam się leniwie, otwierając oczy. To był pierwszy od wielu dni poranek, kiedy mogłam pospać dłużej niż do 6. Poszłam do mamy, sprawdzić, co robi. Powiedziałam jej, że nie pamiętam, kiedy ostatnio piłam w domu poranną kawę. Zeszłam na dół, tata czytał gazetę. Odruchowo wzięłam katowicką gw i szybko przeleciałam wzrokiem po każdej stronie. Taki nawyk. Tata powiedział: "Samolot prezydencki miał jakąś awarię. Pewnie drzwi się zatrzasnęły, jemu to zawsze coś..." Uśmiechnęłam się i palnęłam "daj spokój, norma!" Za godzinę miałam wyjść na wiele godzin do telewizji na Bytkowskiej. Na ekranie telewizora w sumie żadnych nerwów. Wypiłam pół kawy z korezowego kubka i poszłam pod prysznic. Po pięciu minutach - mama przez drzwi krzyczy: "Nikt nie przeżył! Mówią, że nikt nie przeżył! 80 osób!" Nie wiem, o co chodzi, o czym mowa? Przecież to tylko awaria. Z laptopem zbiegam na dół. W ciągu kilkunastu minut na ekranie wszystko się zmieniło. Panika w oczach dziennikarzy. Dzwonię do Brzydala. Mówię, że nikt nie przeżył. Ale o co chodzi? - pyta Brzydal. Mówi, że w radiu wciąż mówią, że to jakaś awaria. I że blokada informacji. Wiem, że nie ma sensu jechać do telewizji. Zostaję, muszę zostać. Patrzę na to jak na wytwór chorej wyobraźni, coś niemożliwego, coś nieprawdopodobnie tragicznego, coś, co napawa trwogą, jakiej wcześniej nie znałam. Gdy na żywo mówi rzecznik MSZ, prawie nie słucham, co ma do powiedzenia, tylko myślę "Boże, profesjonalista! Nawet się nie zająknął!"... Chaotycznie podają nazwiska, stanowiska, potwierdzają, dementują. Lista coraz dłuższa, nieskończenie długa. Od razu zastanawiam się, czy dziennikarze byli na pokładzie. Przecież kilku zawsze latało z prezydentem. Nazwiska, nazwiska... Mówią, że Bochenek. Jakby mi ktoś dał w twarz. Przecież to niemożliwe, na pewno niemożliwe. Mówią, że Dolniak. Te dwa nazwiska są najważniejsze. Sms-y, telefony, z pracy, do znajomych, z zagranicy. Mama zamiata schody. Tata mówi, że przecież później odkurzy. Mama na to: "Ale ja muszę coś robić".

Minął tydzień. Czemu o tym piszę? Maybe sometimes I'm afraid I'll forget.
Z.

czwartek, 15 kwietnia 2010

za dużo

Czwarty dzień traumy w pracy. Teksty. Listy kondolencyjne. Nekrologi. Wspomnienia. Zapowiedzi. Na stronę. Do Warszawy. Do Kancelarii Prezydenta, Premiera, do MON-u, do MSZ, do rodzin. Powtarzające się formułki, które na początku bolały jak diabli, a później, przy którymś z kolei liście, doszło do mnie jak bardzo to wszystko nie ma znaczenia. Ale tak się robi, takie są procedury, takie są standardy. Takie są sposoby radzenia sobie z tym co się stało, oswajania się z tą pozbawioną znamion realności sytuacją. Co kawałek te same słowa.

Najszczersze wyrazy współczucia... Na ręce Szanownej Małżonki... Najbliżsi Szanownej Pani... Z powodu śmierci Ojca. Męża. Żony... Z ogromnym żalem... Z nieopisanym smutkiem... Województwo śląskie opłakuje mieszkańców swojej ziemi... Na ręce Córki... Łączymy się w cierpieniu... W imieniu swoim oraz całej społeczności... Z niedowierzaniem przyjęliśmy... Jedna z najznakomitszych... Katastrofa ta wstrząsnęła nie tylko światem polityki... W tej bolesnej dla Państwa chwili... Niech wolno mi będzie... Z ogromnym smutkiem oddając największy szacunek... Jesteśmy bardzo dumni i nigdy tego nie zapomnimy...

I mnóstwo spraw organizacyjnych. Mało czasu, zbyt wiele emocji. Za dużo do zrobienia. Wszystkiego za dużo. A we wtorek 3 tysiące osób na marszu. W środę 9 tysięcy osób w katedrze. Przyszliście. I dziś taka piękna uroczystość. Udało się. Wczoraj wróciłam do pustego biura przed 15 i padłam na biurko bez sił. Później w największej ulewie wracałam do domu. Oczyszczający ten deszcz. Dziś już wymiękam i fizycznie, i umysłowo. Po stresującym i nadwyrężającym emocje dniu w pracy, na włoskim brakowało mi najprostszych słówek. Jak tu o tym wszystkim mówić po włosku, jak nie potrafi się po polsku?

Wiecie, najważniejsze jest dla mnie to, że jestem tam w tak trudnych momentach, w sytuacji absolutnie kryzysowej. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być teraz w innym miejscu. Że mogłoby mnie to nie dotyczyć. Wrzucona w wir pracy nad próbami oswajania narodowej tragedii, w te 4 dni nauczyłam się więcej niż w ostatnie 4 miesiące. To dla mnie zaszczyt i wielki honor, być tam, właśnie teraz, z tymi ludźmi. Uczestniczyć, być częścią i widzieć, że moje zaangażowanie ma sens.

Do czytania na noc ks. J. Pasierb. Jeszcze słyszę te wersy, jak gdzieś łopoczą pod kopułą...


PRYWATNIE
nie ma gdzie się schować
po otrzymaniu takiej wiadomości
w naszych mieszkaniach nie ma prywatnych kaplic
można tylko na chwilę zamknąć się w łazience
usiąść na brzegu wanny i powtarzać
Jezusie Nazareński Jezusie
to przecież nie może być prawda

 

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

sobota, 10 kwietnia 2010

korek 11

Na dziś wybrałam aż trzy myśli nieuczesane. Nie mogłam się zdecydować.
Kilka razy w moim życiu czułam niezwykły ciężar jakiegoś dnia, jego znaczenie w kontekście historycznym. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak coś będzie opisane w podręcznikach do historii za kilkadziesiąt lat. Jak czas obejdzie się z wydarzeniami, które nam spędzały sen z powiek, wyciskały z oczu łzy, powodowały drżenie rąk. Nawet najbardziej chora wyobraźnia nie potrafiłaby napisać takiego scenariusza jak ten, który dziś wypełnił się pod Smoleńskiem. Otępiali patrzyliśmy w ekran. Boję się trochę. Boję się absolutnej niewiadomej, boję się drastyczności zmian, które przed nami. Boję się, jak bardzo teraz wszyscy jesteśmy słabi, bezbronni, bezradni. Jak bardzo nic z tego nie rozumiemy.

Od rana byłam gotowa jechać do pracy, ale szefowa powiedziała, że nie ma takiej potrzeby. Że będzie lepiej, jeśli popracuję w domu. Mamy do napisania kilka listów kondolencyjnych... Nie potrafię nawet zacząć. Szef Wszystkich Szefów stracił Przyjaciół. Straszne, że muszę się zastanawiać, co czuje, żeby dobrze napisać te listy. Listy, które tak naprawdę są bez znaczenia. Napiszę jutro. W poniedziałek pójdą w świat. W świat ludzi, którym świat się zawalił.

Bardzo Was proszę, bądźcie maksymalnie oszczędni i powściągliwi w opiniach i ocenach tego, co się stało i ludzi, którzy zginęli. W obecnej sytuacji bardzo łatwo jest powiedzieć coś nie na miejscu, coś beznadziejnie durnego, coś, czego później trzeba się będzie wstydzić.


Złośnica

piątek, 9 kwietnia 2010

korek 10

Świeży korek dla Was.
Możliwe, że Leca będzie więcej. Dzięki Brz. mam 4711 myśli nieuczesanych w jednym tomie. Coś cudownego.

Na blogu zastój. Skoro codziennie mam od wczesnego rana wielogodzinny kontakt z kompem i ze słowem, popołudniami ciężko jest mi w głowie jeszcze wygrzebać coś dodatkowo dla siebie. Już mi się myli, co i dla kogo pisałam którego dnia. Wszystko jest potrzebne na już, na teraz, za chwilę musi być odesłane, autoryzowane, dopieszczone. Ten system pracy to prawdziwe szaleństwo, które czasem obnaża wszystko to, czego muszę się jeszcze nauczyć w temacie informacji przychodzącej i wychodzącej. Cholera, aż za bardzo mi się to wszystko podoba! A im bardziej mi się podoba, tym bardziej w głowie komplikują mi się myśli, które wydawały mi się już gotowe i w miarę poukładane. Co robić co robić co robić? I pomyśleć, że jeszcze niedawno nabijałam się z nieszczęśników, którzy przeżywali dramaty, próbując wybrać albo drogę racjonalną, albo taką, jakiej faktycznie pragną.

Krucho z czasem, ale nadrobimy. Wygląda na to, że za 22 dni wyjeżdżamy na majówkę. Spontaniczny wybór miejsca i szybka rezerwacja online. A w przyszłą sobotę premiera w B-B, właściwie polska prapremiera. Będziemy tam, co bardzo mnie cieszy.
Jutro 8 godzin warsztatów w telewizji. Hmm.
Z.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

sobota, 3 kwietnia 2010

życzenia

Wszystkim pozytywnie nastawionym Czytelnikom życzymy cudownych Świąt. Odpocznijcie i poczujcie wreszcie tę wiosnę:)!