poniedziałek, 31 maja 2010

żegnaj...!

Żegnajcie, czerwone dyliżanse i niebieskie rydwany, pospieszne, przyspieszone i zdecydowanie niepospieszne. Żegnajcie przegubowce, zamykające z trzaskiem drzwi, o szybach powydrapywanych kluczami, ozdobione wlepkami. Żegnajcie okna, których nie da się otworzyć w upał i nie da się zamknąć w największe, wzbogacone obfitymi opadami śniegu mroźne dni. Żegnajcie fantazyjne kwiaty, które ujemna temperatura malowała w mleczne wzory na oknach od środka. Żegnajcie kierowcy zmieniający biegi nogami od stołu albo od fotela. Żegnajcie autobusowe babcie: sprinterki i borostwory. Żegnajcie kanarowie, i ci, którzy mnie łapali, i ci, którym się to nie udawało. Właśnie wyciągnęłam z portfela bilet miesięczny. Oby ostatni w życiu;)... 

Chociaż w sumie nie mogłam jakoś bardzo narzekać na komunikację miejską. Moje 800 i 814 jeździły zawsze punktualnie, miałam blisko na przystań, a i wyjechać z Katowic nie było problemu: w sumie w co nie wsiadłam, i tak wiozło mnie w kierunku domu. Nie zapomnę tego uczucia, gdy chodziłam wczesnym rankiem na wielogodzinne zajęcia na Plac Sejmu Śląskiego. I nagle widziałam, jak podjeżdża 154. Za każdym razem walczyłam ze sobą, żeby zamiast na wydział nie wskoczyć do tego autobusu, żeby jechać się wyspać!
Nie zapomnę setek godzin, podczas których właśnie w środkach komunikacji miejskiej mogłam słuchać muzyki: nadrabiać zaległości, nabierać sił, odcinać się.
Wciąż nie wierzę:). Obecność tego cudeńka pod domem ciągle mnie zaskakuje. <3 <3 <3
Z.

niedziela, 30 maja 2010

różem w deszcz

* Skończyłam "Ulissesa z Bagdadu" (korzystając z upału, opalając się na tarasie). Ok, przyznam, że trochę się rozkręcił i mimo kilku kiczowatych słabizn, gdzieś od 150 strony czytało się go już gładko, z zaciekawieniem i z pewnym współczuciem. Oklaski za brak jasnego happy endu: zanosiło się na niego, a cukierkowe zakończenie na pewno by tę książkę zamordowało. Jest ok, choć to nie ten Schmitt, który wzrusza w "Oskarze i Pani Róży", ani na pewno nie ten Schmitt, który w "Kiedy byłem dziełem sztuki" brutalnie i turpistycznie zaskakuje na każdej niemal stronie.

* Mam tyle zaległych książek, że zupełnie nie wiem, za co się teraz wziąć, co nie może czekać dłużej? Jeśli możecie, poradźcie mi, co teraz czytać. Z półki z wyrzutem i oczekiwaniem patrzą na mnie "Dzienniki" Anny Kowalskiej, dwa tomy "Dzienników" Iwaszkiewicza i tegoż "Listy do córek", Anda Rottenberg, Kira Gałczyńska, Ewa Kuryluk, Jerzy Gruza, dwa razy Eduardo Mendoza i i również dwa - Vargas Llosa. Ktoś niedawno powiedział mi, czytając z wypiekami na twarzy kolejny dziennik czy spisane wspomnienia, że nie widzi większego sensu w pisaniu innej literatury niż ta, którą pisze życie. Że beletrystyka nigdy w życiu nie da czytelnikowi tego, co daje literatura złożona ze wspomnień i autentycznych reakcji na wydarzenia, które naprawdę miały miejsce. Sama wpadłam po uszy w taką literaturę dużo wcześniej, skoro jako 13-latka pochłaniałam wszystkie znalezione w domu tomiszcza z dziennikami Nałkowskiej czy Żeromskiej... Przyznam szczerze, że teraz już nie jestem taka pewna, w co idę chętniej, w który w tych typów idę bardziej.... To może ten Iwaszkiewicz?

* Żeby nie było tak poważnie, kolorowa fotka na przekór deszczyskom. Przy tym różowym lakierze, nawet różowy odtwarzacz wypada blado;). Kolor lakieru zawstydza kolor dyktafonu:P.

* Niestety, nie mogę iść jutro na spotkanie z Kutzem, które zaplanowałam z miesiąc temu:((. Znów nie załatwię dedykacji na "Piątej stronie świata" (wpadłam na Kutza na spotkaniu z Komorowskim, ale oczywiście "Piąta..." była wtedy w domu). Od razu po pracy jadę do Ligoty. Zjazd rodzinny. Ważniejszy od Kutza, nie mam wątpliwości. Strzeżcie się więc w okolicach ulicy Kościuszki i później na Zielonogórskiej! Nadciągam! Mój samochód mnie rozczula. Wczoraj wyświetlał moje imię;), czego się w ogóle nie spodziewałam i co cieszyło mnie w dziecinny wręcz sposób:).

* Czeka mnie trzydniowy tydzień pracy. Tak! :)))

Z.

sobota, 29 maja 2010

Lesio 2

Zawsze twierdziłam, że po mnie wszystko widać. Każdą niepewność, każdą urwaną ze snu minutę, każde knucie ;) i każdy smuteczek. Im więcej przebywam z ludźmi, tym bardziej przekonuję się, że miałam rację: widać wszystko, bo kompletnie nie potrafię się kamuflować. Poniżej kilka uwag znajomych, które słyszałam wczoraj, chronologicznie;).

7.45 Ładnie wyglądasz.

10.00 Ale dzisiaj się chyba wyspałaś, co?

13.00 Widać, że jesteś śpiąca.

16.00 Rany, przyjechałaś prosto z roboty!

18.00 Jezu, wykończysz się, jak tak dalej...

19.50 Wyglądasz strasznie, może odwiozę cię do domu?

Hmm... Oczywiście nie dałam odwieźć się do domu. I po tym wszystkim spałam 12 godzin, co za rozpusta...


Na dobry weekend, drugi fragment "Lesia".

"Podglądający i podsłuchujący pod oknem miejscowej restauracji Karolek, którego zadaniem było zawieźć do pensjonatu Janusza wraz z matrycą, na skuterze, ze zgrozą usłyszał, jak przewodniczący Rady Narodowej, ogarnięty szlachetnymi uczuciami, ofiarowuje Januszowi wszystko, cokolwiek posiada, nakłaniając go do przyjęcia dóbr materialnych w postaci gotówki, nieruchomości, nierogacizny i ptactwa, jak usiłuje odstąpić mu swoje stanowisko służbowe wraz z matrycą oraz żonę wraz z dziećmi i jak Janusz ze łzami w oczach wszelkimi siłami broni się przed tym nadmiarem bogactwa. Ze zgrozą ujrzał, jak przewodniczący ciągnie go siłą do siedziby Rady Narodowej w celu wręczenia mu bezcennego dokumentu i jak Janusz, protestując gwałtownie, zapiera się nogami w rozkopanym gruncie, rękami z całej mocy trzymając się balii dla słoni. Ujrzał, nie wierząc własnym oczom, jak przewodniczący posuwa się do ostateczności, jak pada przed Januszem na kolana, jak z okrzykiem: - Serce z piersi wam oddam! Bierzcie serce!... - wyszarpuje z wewnętrznej kieszeni marynarki jakieś przedmioty i wpycha je przemocą za koszulę szlochającego ze wzruszenia Janusza. Ujrzawszy wreszcie także i Janusza, padającego na kolana przed balią i składającego przewodniczącemu jakieś tajemnicze przysięgi i obietnice, Karolek usiłował interweniować. Nie dało to jednakże żadnego rezultatu, został bowiem nader zgodnie odpędzony wśród objawów żywej niechęci. Relacja, jaką zdał Barbarze i Lesiowi, została wkrótce potwierdzona rozlegającą się gromko pieśnią "Czerwony pas", wykonywaną na dwa głosy przez odprowadzających się wzajemnie tam i z powrotem dżentelmenów. Przewodniczący i Janusz, skuci tkliwym uczuciem, nie mogli się rozstać, a "Czerwony pas" rozgłośnym echem biegł po pagórkach, łąkach i lasach."

Popołudnie w Ligocie:).
Z.

czwartek, 27 maja 2010

pod gruzami na pewno czekasz na mnie

Kot był zachwycony dzisiejszymi zajęciami z włoskiego. Nie dość, że mógł posiedzieć pod mokrym parasolem (bardzo zadowolony, foto poniżej), to jeszcze później rozłożył się na stole na wszystkich książkach i papierach. Kot ma wbudowany wykrywacz papieru. Jeśli na stuhektarowym polu położymy jedną małą żółtą karteczkę samoprzylepną, mój kot, używając tylko sobie znanych sposobów (możliwe, że korzysta z sygnałów postradzieckich satelitów), w kilka chwil ją zlokalizuje i na niej usiądzie. Zdjęć z leżenia na stole nie ma, bo to wstyd i granda;).


Poza tym, dziś był dzień z "Tajfunem18" KLIK Absolutnie genialny kawałek, który się zapętla i godzinami dzwoni w uszach, nie pozwalając się uwolnić. Otwierające płytę "Wersja z napisami" słowa "kolej na mnie..." znaczą w moim życiu aż za dużo. 3 lata temu był ostatni koncert. Cogitatur, festiwal filmów kultowych i jakieś czarno-białe dzieło w tle. Gdybym mogła się kiedyś cofnąć, żeby coś przeżyć jeszcze raz, ale trochę bardziej świadomie, to całkiem możliwe, że wróciłabym tam, do ciemnego klubu. Żeby sobie przypomnieć, jak to jest wierzyć w kogoś tak potwornie mocno. Jak to jest mieć pewność czyjejś ogromnej wartości i niepowtarzalności. Jeszcze raz doświadczyć, jak to jest czuć się częścią czegoś tak nierealnie poruszającego.
"Bałem się że zapomnisz..." Nie zapomnę, choćbym chciała. "Pod gruzami na pewno czekasz na mnie..."
Z.

środa, 26 maja 2010

Lesio

-->
Dziś w pracy przywołałam ten cytat z "Lesia" Chmielewskiej: "Do wieczora ciągle wydawało się daleko. Z nudów Lesio podszedł do swojego stołu i obejrzał rozpoczęty rysunek. Z nudów wziął do ręki ołówek i postawił kreskę. Przyjrzał się jej i postawił drugą. Obie kreski znajdowały się na właściwych miejscach i zachęcony tym Lesio jął kontynuować prac." Oczywiście od razu zatęskniłam za Lesiem. Miałam kiedyś słuchowisko na motywach książki, ale najwyraźniej zostało pożarte przez to stworzenie, które mieszka w moim pokoju i pod moją nieobecność zajmuje się bałaganieniem i wywlekaniem wszystkich rzeczy z ich pierwotnych miejsc. Znajdzie się (pewnie wtedy gdy płyty cd wyjdą z użycia). Póki co znalazłam pdf z tekstem i wklejam Wam trochę losowo wybrany fragment...
--------------------
"Narastający entuzjazm przywiądł nagle jak podcięty kwiat. Karolek wepchnął do ust całego pomidora i z urazą zagulgotał coś niezrozumiałego. Janusz niechętnie wzruszył ramionami. Na przeciwległym skraju łąki ukazał się Lesio. Pozbył się dętki i szedł teraz z wolna w kierunku przyjaciół, całkowicie zaabsorbowany sceną ucieczki na karym rumaku z kasztelanką w objęciach. Pogoń prowadził nader niesympatyczny mąż kasztelanki. - Tak się spokojnie pasie, a jak przyjdzie co do czego, to nie wiadomo, co mu do łba strzeli - powiedział nagle z niesmakiem Janusz. Obserwujący Lesia Barbara i Karolek poczuli się zaskoczeni tą uwagą. Lesio szedł wprawdzie powoli i z pochyloną głową,jednakże odległość jego twarzy od bujnej trawy była dość duża. Nic nie wskazywało na to, żeby miał się w tej chwili pożywiać. - Dlaczego uważasz, że on się pasie? - spytała Barbara z nieskrywanym zainteresowaniem. - No a co robi? Widzisz przecież, że źre trawę! - Ja nie widzę - zaprotestował Karolek. - Idzie i niczego nie zrywa. Teraz Janusz poczuł się zaskoczony. - Zgłupiałeś czy co? Co ma zrywać? Mordą źre, bezpośrednio! Barbara i Karolek wytrzeszczyli oczy na Lesia w przekonaniu, że jakieś jego ruchy umykają ich uwadze. – Ty widzisz, żeby on coś żarł? - spytała Barbara nieufnie. - Nie widzę - odparł stanowczo Karolek. - Idzie i nawet się nie schyla. Jemu chyba te pomidory zaszkodziły i ma halucynacje. Janusz oderwał wzrok od buhaja i spojrzał ze zdumieniem na Karolka. – O czym wy mówicie? - spytał podejrzliwie. - O Lesiu. Idzie i nic nie żre... - A, o Lesiu! Co wy, ja mówię o tym buhaju!... Buhaj pasł się spokojnie jak baranek. Idący przez sam środek łąki zamyślony Lesio zbliżał się do niego coraz bardziej. W sercach zespołu zaczęło budzić się zainteresowanie. - Nie wiedziałem, że on jest taki odważny - zdziwiwł się Karolek. - Coś ty? On go chyba nie widzi... - Siedźmy cicho - mruknęła Barbara. - Możliwe, że nie widzą się nawzajem. - Podobno buhaja trzeba złapać za nasadę ogona i przekręcić - powiedział z ożywieniem Janusz. - Położy się i ani drgnie. - I tak leży dalej, nawet jak się puści? - zaciekawił się Karolek. - Niezupełnie. W tym właśnie trudność, bez pomocy z zewnątrz trzeba już tak potem siedzieć do końca życia. - Tego trzymającego czy buhaja? - To już mniej więcej wszystko jedno. - W razie czego skoczysz i złapiesz?... Janusz z politowaniem popukał się palcem w czoło. Lesio szedł nadal w zadumie i już był na środku łąki. Buhaj podniósł głowę i popatrzył na niego. Nawet z odległości kilkudziesięciu metrów widać było, iż wyraz jego spojrzenia jest mało życzliwy".
 --------------------
 Poza tym, w pracy dostałam dziś maila, który rozpoczynał się słowami "Szanowna Pani, brawo za tempo i kompetencje". Niah niah niah :).

Z.

poniedziałek, 24 maja 2010

nd

* Wczoraj w Beskidach wyjeździłam to, co miałam w baku. Autko jest niesamowite, cudowne i rozczulające. Wróciłam do domu padnięta i uboższa o równowartość 35 litrów bezołowiowej, ale wielce zadowolona.

* Do Bielska jechałam 50 minut, spokojnie jak emeryt-kapelusznik. Miła trasa.

* Dziś do pracy również jechałam 50 minut. Te kilka kilometrów, które mam do przejechania aleją Roździeńskiego, skutecznie zatrzymało mnie na niemal godzinę. Najpierw byłam spokojna, później dostałam szału, następnie słuchałam muzyki, a na koniec popadłam w otępienie. Tej spóźnionej godziny brakowało mi cały dzień.

* On-line hula mój tekst o ostatniej bielskiej premierze. Czyżby ostatnia recenzja w tym sezonie? Miałam też napisać o Nohavicy, ale nie widzę tego. Może już z tego wyrosłam. Albo jeszcze nie dorosłam. Nie wiem, czy komuś tymi tekstami nie robię krzywdy.

* Czytam "Ulissesa z Bagdadu" Schmitta. Poprawne. Ale mnie poprawność nie zachwyca.

Z.

niedziela, 23 maja 2010

...w kwestii śpiewania

1. ok, możemy uznać, że moje auto jest najładniejsze wśród rdzawo-rudych lodówkowatych pudeł na dużych kółkach ;-). Natomiast Twój Groszek jest najpiękniejszy w odniesieniu do wszelkiej maści szaro-burych aut jeżdżących po naszych drogach.

2. Z tego miejsca chciałem zaznaczyć iż moje auto dzierżyło tytuł od 1 kwietnia, ach cóż to był za odbiór, na wariata, do końca nie wiadomo było czy auto już jest w PL czy go nie ma, czy dotarło do portu w CRO czy nie. Dodatkowo mogę podkreślić, że czekałem na francę pół roku ;-)

3. Podobno tym jednym, jedynym jestem JA, ale miło mi przeczytać, że nie jestem gatunkiem wymarłym, widocznie jesteśmy w mniejszości. Nie powiem, lubię posłuchać w samochodzie muzyki, bo praktycznie tylko w aucie jej słucham. Z tego miejsca muszę przyznać, że to właśnie Złośnica nakierowała mnie dość sprawnie na słuszne muzyczne tory ;-). Był haniebny okres w moim życiu, gdzie też słuchałem Eski ale tylko Eski natomiast wszystko rozchodziło się o ten drugi człon nazwy stacji. Otóż słuchałem nie tej Eski, którą trzeba było słuchać ;-). Na szczęście Moja Złośnica wiedziała jak mnie podejść, co zrobić, żeby mnie odpowiednio nastawić. Nagrywała płyty, potem podrzucała je ukradkiem do auta. Natomiast w kwestii samego radia jakoś tak razem z Eski przełączyliśmy mnie na Anty najpierw (ze względu na Antylistę i Szanownych Panów KW i MF), a następnie razem z chłopakami przeszliśmy do ER i tak trwamy do dziś, można powiedzieć, że po trupach do celu ;-). Wracając do kwestii muzyki w aucie. Słucham tylko w aucie, Eski Rock lub płyt, a nawet mp3 z USB, wypas. Jestem do tego stopnia zboczony, że potrafię jechać dłuższą drogą do pracy rano, do domu wieczorem, gdzieś skądś, gdzieś dokądś żeby tylko móc upajać się jazdą samochodem i słuchaniem muzyki. Nie śpiewam, ale rytmicznie przyklepuję palcami o gałkę lewarka skrzyni biegów lub kierownicę, czasem nawet się pobujam nieznacznie ;-).

4. Aktualnie Złośnica zdominowała mnie nawet w kwestii jazdy autem, wszędzie mnie dowozi, podwozi, zawodzi i odwozi, porywa i zamiast do Dąbrowy wiezie do Olkusza...

Brzydal

środa, 19 maja 2010

same ważne

1. Od 1 kwietnia do 17 maja najładniejszym i najbardziej rzucającym się w oczy samochodem w województwie śląskim był samochód Brzydala. Gratuluję, ale te czasy już minęły.

2. Od 18 maja absolutnie najpiękniejszym, najsłodszym i najbardziej zadziornym samochodem w województwie śląskim jest mój samochód:). Jestem przeszczęśliwa, a wśród rodziny i najbliższych znajomych zapanował uroczy stan euforyczny. Testujemy, bawimy się, badamy każdą funkcję. Jestem wszędzie. Teraz dopiero będzie genialnie!

3. Wszyscy wiedzą, że każdy normalny człowiek śpiewa w samochodzie. Dotąd znalazłam tylko jednego, który tego nie robi. Jak tak można;)? Czy wie, ile traci;)?? Rano, w drodze do pracy, słuchałam Talarczyka (taka ściema, że niby spokój i wcale się nie spieszę), ale w drodze do domu już The Killers (padnięta, uprawiając slalom po Katowicach w godzinach popołudniowego szczytu, potrzebowałam gitarowego kopa). Za wymyślenie możliwości sterowania odtwarzaczem bezpośrednio z kierownicy powinni przyznać Nobla.

4. Dziś rano miałam pierwsze w życiu wejście na żywo na antenę mojego ulubionego radia Eska Rock. Myślę, że było nieźle:). Za kilka dni będę z niecierpliwością wypatrywać listonosza, który przyniesie mi płyty, bardzo rockowe, przeznaczone do słuchania w aucie. Cudownie było pogadać z prezenterem, Kamilem, na tak zwanym pozaanteniu. Mrrrr:). A jak już jesteśmy przy radiu, kilka dni temu służbowo rozmawiałam z RMF Maxxx, ale temat trochę mnie przerósł, choć z pozoru brzmiał niewinnie (mężczyźni!). W zeszłym tygodniu, też w pracy, wypytywała mnie normalna Eska (nie ma to jak udawać eksperta, jednocześnie prawie nie mając pojęcia, o czym się mówi). Oswajam się:))).


5. Na koniec... Świat grup na facebooku zupełnie mnie zaskakuje, szczególnie jak czytam, w co klikają moi drodzy znajomi. Bawią mnie szalenie te grupy i grupki, które istnieją tylko po to, żeby się właściwie określić, a nie po to, żeby się w nich udzielać. Czyli coś dla mnie. Wypiszę Wam kiedyś kilka moich ulubionych grup. Dziś doczepiłam się do takiej: "I don't care if it's 5 minutes or a whole night, I just want to see you". Aż za bardzo prawdziwe.

Zet.

poniedziałek, 17 maja 2010

"Hotel..." i Nohavica

Wczorajszy "Hotel..." w Bielsku absolutnie świetny. Zupełnie inny, zaskakujący. Śmiałam się dziś, że to dobry spektakl, bo nie jest przegadany. Nie pada w nim ani jedno słowo, a mimo to jest po brzegi wypełniony treścią. Napiszę o tym jak wygrzebię się z jednego wywiadu i z jednej relacji. Poza tym sam ten teatr robi swoje... Tak przytulny, tak piękny, obłędny. Cudownie jest się schować na godzinę, dwie, właśnie w takim miejscu. Nie chce się wychodzić z takiego ukrycia.

Dzisiejszy koncert Nohavicy był równie udany. Czekałam na ten wieczór od zimy i nie zawiodłam się, było rewelacyjnie. Kilka piosenek mnie zmiotło, co było do przewidzenia. Publiczność bardzo szybko dała się wkręcić w ten swoisty dialog z artystą i widać było, że nie ma tam ludzi przypadkowych. Podziwiam swobodę, z jaką Nohavica istnieje na scenie. Wirtuoz gitary i czarodziej słowa.

Jestem nieprzytomna ze zmęczenia, a jutro muszę wstać jeszcze wcześniej niż normalnie (da się wstać j e s z c z e wcześniej?), więc idę, zanim znów napiszę za dużo.

Z.

sobota, 15 maja 2010

Lato Muminków na blogu part 1

-->
Wczoraj na facebooku wydałam specjalne oświadczenie, że wiosny w tym roku  nie będzie. Tymczasem lato w Dolinie Muminków również nie było zbyt słoneczne... Poniżej fragment z Tove Jansson, kilka słów o teatrze:

Homek szukał dżemu.
     -  Może tu są konfitury - powiedział usiłując zdjąć pokrywkę z jakiegoś słoika.
     - Malowany gips - odrzekła Mimbla. Sięgnęła  właśnie  po  jabłko  i   ugryzła.   -   Drewno  - stwierdziła.
     Mała Mi pokładała się ze śmiechu.
     Ale  Homek  był  strapiony. Wszystko wokół niego udawało coś innego, niż było w rzeczywistości, oszukiwało  pięknymi  barwami. Gdy  wyciągał  łapkę i dotykał, okazywało się, że jest zrobione z papieru, drewna lub gipsu. Złote korony były lekkie, kwiaty  były kwiatami  papierowymi, skrzypce nie miały strun, pudełka - dna, a książki nie dawały się otworzyć.
     Dotknięty tym do głębi,  Homek  rozmyślał  nad  sensem  tego wszystkiego, lecz nie mógł go dociec. "Gdybym był trochę  mądrzej­szy - myślał sobie - albo choć o parę tygodni starszy!"
     - Podoba mi się to - powiedziała Mimbla.  -  Jest  tak,  jak gdyby wszystko było niczym.
     - A czy jest czymś? - spytała mała Mi.
     -  Nie  -  odpowiedziała  jej  siostra wesoło. - Nie zadawaj głupich pytań.


Poza tym, dałam się dziś kręcić kamerą. Bajeeeeer! :))) Przynajmniej widzę postępy w eliminowaniu niepożądanych wstawek w formie "yyy"...;)
Jutro przed 12 urwę się z zajęć. A wieczorem teatr. 
Bosko. Blisko? Bielsko!
We wtorek urlop, załatwiamy Wiele Ważnych Spraw. Trzymajcie kciuki:)!

Podrzucam muzykę, bo dawno nie było. Lior jest songwriterem z Izraela. Śpiewa eleganckie, liryczne, melodyjne kawałki, w których siedzą orientalne nutki, ciepłe, akustyczne gitary i miłe dla ucha mruczankowe wstawki. Proponuję taką piosenkę: I'll forget you

Zet.

piątek, 14 maja 2010

promotor

Popołudniu na korytarzu wpadłam na mojego promotora. Nie widziałam go od miesięcy. W jednej sekundzie obudziło się we mnie mnóstwo pozytywnych uczuć. Mocno uściskaliśmy się na dzień dobry. I to był najpiękniejszy moment dzisiejszego dnia.

Wróciłam do domu po prawie 14 godzinach w Katowicach. Praca + uczelnia to nie jest zestaw, który lubię najbardziej. Nie przychodzi mi na myśl nic innego niż "no żesz kurwa..." Wybaczcie. Jutro na uczelni do 15. W niedzielę tak samo, choć sama nie wierzę, że dam radę. Pewnie w południe wybiorę wagary.
Z.

środa, 12 maja 2010

borowiki z bliska

Poniedziałkowy kryzys energetyczny chwilowo uśpiony. Wczorajsza konferencja prasowa cudowna, świetna! A po dzisiejszym dniu mogę przyznać, że w moim rankingu najbardziej męskich zawodów ku górze pnie się pracownik (oficer? hmm) Biura Ochrony Rządu. Obserwowałam dziś dłuższy czas kilku przedstawicieli tej grupy zawodowej i muszę przyznać, że jest w nich coś specyficznego. Jest wokół nich ruch, robią szum. Jestem potwornie ciekawa, jak to będzie jutro... I czy będzie ich więcej;). Po spotkaniu z BORowcami (po próbach nadążenia za nimi, kiedy rozpierzchli się po budynku), kiedy późnym popołudniem chciałam wracać do domu, przez Katowice przeszła potworna nawałnica, z gradobiciem, błyskami, gromami, grzmotami i wszystkimi innymi fajerwerkami. A wieczorem były... "Mokre wycieraczki".


W poniedziałek wreszcie Nohavica! Jakiś spektakl by się przydał, zanim skończy się sezon, ale mam dość dziwny teatralny kryzys...

Z.

niedziela, 9 maja 2010

prezent

Żeby odreagować wczorajsze stresy (w których Brz. też uczestniczył, bo popołudniu dołączył do mnie w pracy), znów wybyliśmy z domu na wiele godzin. Moi rodzice twierdzą, że niedługo będą musieli pokazywać naszym psom moje zdjęcie, żeby pamiętały, jak wyglądam.
Dzień bardzo udany, pogodny w głowach, znów prześmiany i przegadany do granic możliwości. Dostałam od Brz. uroczy prezent:). Rozwaliło mnie już samo opakowanie:
Zawartość torby jest tylko moja i ma znaczenie tylko między nami. A ta torba i tak już mówi wszystko:).

Na koniec dialog z trasy...

w aucie. kurtyna w górę

zł: A ile kosztują dywaniki?
b: Zależy jakie, ale koło stówy.
zł: Za jeden?
b: Nie, za komplet.
zł: A do tyłu?
b: (umiera ze śmiechu) Do tyłu wsiada się w kapciach. W takich laciach jak w muzeum w Będzinie, rozmiar 46.
zł: pffffffff...........

odgłosy walki. lecą soczyste wyzwiska typu "ty gupku..."
kurtyna by opadła, ale się zacięła...

panna Zet.

sobotni kryzys

Cieszyłam się na sobotnie zajęcia. Po pierwszych 3 godzinach zadowolona leżałam na ławce na korytarzu i z zamkniętymi oczami rozmawiałam z koleżanką. Gdy wróciłam do sali, zadzwonił Brzydal i zapytał, czy już wiem o wypadku. Że rmf właśnie podał. Nie wiedziałam nic. Coś strasznie mocno złapało mnie za gardło i nie chciało puścić. Potworny stres, strach o te 70 osób. Dzwonię do Brz. i pytam, czy mówili o ofiarach. Nie mówili nic poza tym, że wypadek i że to nasi. Nasi! Jeden sms, jeden telefon i bez słowa wybiegłam z sali. Na zajęcia już nie wróciłam. Z pracy wróciłam po 19. Setki telefonów. Ambasada nie odbiera. W Warszawie cisza. Konsul nieuchwytny. Tu na miejscu w urzędzie zwołał się sztab kryzysowy. Wreszcie ustalają się zagraniczne numery telefonów, pod którymi można uzyskać jakieś dane. Im więcej napływa potwierdzonych informacji, tym z większą uwagą i szacunkiem obserwuję to, jak te informacje się rodzą, jak się przenoszą. Mam listę ze szpitalami. Na szczęście nikt nie zginął. Przez telefon staram się odpowiadać najspokojniejszym tonem jaki znam. Dziennikarze w tym wszystkim zadają zadziwiająco rzeczowe pytania. Mówią wszędzie, piszą wszędzie, portale, telewizje, radiostacje z drugiego końca kraju... Nagle spływa na mnie świadomość, że sytuacja trochę się uspokaja. Dopiero wtedy patrzę na zegarek, jest późne popołudnie. Szczypią mnie oczy, w głowie nagle pusto. Za oknem w jednej chwili pojawia się ściana wody. Czuję, że niedługo będę w domu.
Wieczorem miałam ochotę tylko na głaskanie po głowie, co zostało mi zagwarantowane i za co serdecznie dziękuję.
Co dzisiaj ze sobą zrobić...?
Jutro znów do pracy.
Z.

czwartek, 6 maja 2010

Tokaj. majówka

Majówka była cudowna! Znowu przyciągnęły nas te Węgry, a niewielki Tokaj, zgodnie z naszymi przeczuciami, okazał się idealny na czterodniowy wypad, na niekończące się spacery, na gadanie, na snucie się po ślicznych uliczkach, na wpatrywanie się w dwie wielkie łączące się rzeki, na langosze, na chłodne piwniczki, na rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Wreszcie wspólny czas do oporu, spokój (haha, jasne jasne...), radocha, dużo śmiechu, integracja ze społecznością lokalną (mimo licznych barier językowych), wchłanianie słońca... Dużo, dużo muzyki. "Pożegnanie małego wojownika" Czesława, "Osiem minut" Reni Jusis, "Better" GnR, "Start wearing purple" Gogol Bordello i setki innych kawałków. Niecałe 500 km stąd odpoczęliśmy psychicznie od pracy, uczelni, nerwów, stresów, telefonów, kompów. Piękny, spontaniczny, słoneczny wyjazd, naprawdę:).

Garść fotek. Moja lustrzanka pierwszy raz była na takim wyjeździe, testowałam więc, bawiłam się, próbowałam ustawienia, filtry, nakładki.





W Polsce przywitało nas 10 stopni z ulewnym deszczem. Ale w głowie mam dość słonecznie. To dobrze, bo powrót do normalnego życia (które nota bene uwielbiam, doceniam i czuję się w nim świetnie) musiał nastąpić już po kilku godzinach (nie poszło gładko, bo okazało się, że machnęłam się w bardzo ważnym... nekrologu... niedobrze). Poza tym wczoraj po pracy, przy współpracy z najbliższymi, podjęłam Decyzję Życia:). Okazało się, że podejmowanie Decyzji Życia jest bardzo męczące i obciążające psychicznie;)). Dziś do wieczora zajęcia z włoskiego. Jutro i w sobotę 12 godzin na uczelni. Hmmm. Ale trzymam się. Trzyma mnie ta wczorajsza euforia. Trochę mnie nosi. Ale ze mną jak z dzieckiem. Ponosi mnie jeszcze trochę i padnę.

Złośnica

ps. Jeśli chodzi o zdjęcie butelek z winem, uprzejmie wyjaśniam, że jakieś 70% zostało kupionych na wyraźne zamówienie znajomych:). Dla nas w sumie mało co zostanie, więc nie róbcie z nas meneli;) i uwierzcie, że pierwszego dnia po jednym kieliszku po prostu poszłam lulu... :-*