poniedziałek, 28 czerwca 2010

miało być o teatrze

Miałam napisać posta o końcu sezonu teatralnego, ale zajęłam się pospiesznym pisaniem pełnego emocji rymowanego wstępu do kalendarza na zamówienie (!!!!!!!!!!), więc z posta o teatrze nic nie będzie. Poza tym szukałam na kompie pewnej fotki, a przypadkiem trafiłam na tę poniżej i najzwyczajniej w świecie jak nastolatka umarłam z tęsknoty, więc tym bardziej z posta nic nie będzie. Niech mnie ktoś tam zabierze... Obiecuję pokazać, gdzie jest Franz Kafka Cafe i ciepła szarlotka! Przypinka z Małej Strany, do teraz na mojej foto-torbie.
Poza tym wszystko leci mi z rąk. Dopadł mnie zupełny brak koordynacji na linii głowa-ręce i robię wokół siebie jeszcze większy chaos. Dzieje się. Po pierwsze, w pracy padła taka propozycja, że umarłam, zdębiałam i zaczęłam się zastanawiać, czy zamiast PR-u nie powinnam zbliżyć się do tematyki HR-u. Ale idę w to. Jak spadać, to z wysoka, a nie jakieś tam pitu pitu... Później, po pracy, łamiąc wszystkie możliwe przepisy, udało mi się dojechać na czas do urzędu z jednym ważnym papierkiem. Następnie, będąc myślami gdzieś daleko, dałam sobie zamrozić kolano tworzącym białe chmury dwutlenkiem węgla. Później jadłam lody z chłopakiem z ogrodniczkach;), a teraz piszę ten wierszyk. Aaaa... I pomyśleć, że miał być post o końcu sezonu teatralnego. I weź tu sobie człowieku coś zaplanuj...
Z.

sobota, 26 czerwca 2010

grupy z facebooka

Dziś był ostatni zjazd mojej podyplomówki. Egzamin końcowy, potężny materiał, prezentacja, kampania... Myślę, że fajnie wyszło. Wraz z moją 4-osobową grupą kreatywną;), obroniliśmy się na 4,5. Mówiłam ponad 20 minut, a na koniec usłyszałam, że z koleżanką tak broniłyśmy swoich pomysłów, że dostojna komisja myślała, że im wydrapiemy oczy;). Hmm. 
Jestem potwornie zmęczona, a za chwilę wychodzę na jakieś 20 godzin, więc dla odmóżdżenia wrzucam tu trochę moich ulubionych grup z facebooka. Śmieszą mnie potwornie i w każdym niemal przypadku klikam w grupę, rechoczę nad pomysłem, trafnością, nazwą, innowacyjnością itd., klikam, że się dołączam i nigdy już do niej nie wracam, bo po co. A te kompletnie nieprawdopodobne nazwy zostają gdzieś w moim profilu jak tagi. Ostatnio nic tak dobrze mnie nie określa jak "przynależność" do tych grup. Wybrałam dla Was część z nich i przekopiowałam, razem z ilością członków, żeby nie było, że tylko ja zwariowałam;). Kiedy indziej wrzucę Wam te strony, które oznacza się przez "lubię to!", tam się dopiero dzieje... 
Przy tych grupach poniżej proponuję kilka moich komentarzy w nawiasach.

Odwlekam wyjście do ostatniej chwili, a potem zapierdalam jak popierdolony 26.770 członków (co rano, naprawdę co rano)

 

Jestem ZA wypowiedzeniem konkordatu 808 członków (białym sukniom i polskiemu zakłamanemu katolicyzmowi moich byłych znajomych - i nie tylko - mówimy zdecydowane NIE)

 

rzuć wszystko i chodź się całować ! 12.122 członków (taaaak!:)) )



Lepiej mieć burdel w pokoju niż pokój w burdelu  488 członków (mam zdecydowanie burdel w pokoju, o czym mówią też inne grupy)



Katowice przepraszają za to, że są tak zajebiste : (Warszawę , Wrocław ...) 3.643 członków (bo kocham Katowice)



przeciwko komarom i innym latajacym, pełzajacym , chodzącym kurestwom 38.305 członków (bzzzzzzzz.........)

 

Tak, poprzewracało mi się w głowie i za dużo sobie wyobrażam. 1.606 członków (tak właśnie)

 

Podobasz mi się, nie spierdol tego. 20.237 członków (brzmi znajomo;) )



Lepiej być nie nauczonym i wyspanym niż nie nauczonym i nie wyspanym 6.582 członków



Gdy moja noga zwisa z łóżka, boję się że złapie ją potwór. 20.338 członków (ponad 20 000 członków! Bosz...;) )



Denerwujesz mnie jak Cię długo nie widzę! 2.619 członków (albo inaczej, im dłużej cię nie widzę, tym bardziej mnie denerwujesz)



wypowiedzmy wojnę Czechom i im się poddajmy 4.694 członków (z miłości do Pragi)



nie mogę spać, bo boję się, że jarosław kaczyński wygra wybory. 8.799 członków (brrrr)


Sprzątanie mojego pokoju powinno wejść na listę sportów olimpijskich ( ; 87 członków (złoto murowane)

Nigdy nie widziałem małego gołębia, czy one wykluwają się dorosłe? :] 8.030 członków (genialne i zaskakujące)

Jeeeedź kurwa!!! - przeklinamy w czasie jazdy 31.711 członków (genialne i prawdziwe)

róże na górze, fiołki na dole, tak mi się nie chce, że ja pierdolę 40.247 członków ( :-] )

wybierałem kierunek studiów mając na uwadze koniec świata w 2012. 785 członków (dlatego jeszcze poszłam na zajebistą podyplomówkę :)))) )

Gdzie są moje pieniądze z komunii?:o 14.442 członków (tajemnica dziejów...)

Im dłużej nie odpisuje, coraz bardziej myślę, że napisałem coś głupiego. 6.142 członków (zaczynam się zastanawiać od razu jak dostaję raport o dostarczeniu)

Wierzę w istnienie miejsca w którym znajdują się moje zaginione skarpetki 3.591 członków (w to miejsce wierzy też moja Babcia)

TAK dla pochowania Kaczyńskich w piramidzie Cheopsa 13.981 członków

co mnie kurwa podkusiło 18.637 członków (ze śmiechu spadam pod biurko)

Nie ufam ludziom, którzy nie przeklinają. 4.919 członków (a ja się ostatnio ograniczam)

Paulo Coelho postanawia umrzeć 4.776 członków (świetny oficjalny opis grupy: Grupa dla wszystkich, których mierzi toaletowa refleksyjność i pensjonarska filozofia brazylijskiego (ekhu) pisarza, przelewająca się przez blogi, pamiętniczki i ławki w co lepszych liceach. Mądrze postąpiła Weronika, postanawiając umrzeć, teraz za jej przykładem powinien pójść (ale tylko jako pisarz) Paulo Coelho. Jako człowiekowi życzymy mu zdrowia i dalszych metafizycznych zachwyceń.)

"na kawę" jako zaproszenie do wszystkiego..... 2.705 członków (taaaaaaaak:))))) trochę jak rzuć wszystko i chodź się całować)

Szału nie ma, dupy nie urywa. 1.269 członków (klasyk)

Piłeś/aś, nie pisz !!!! U R Drunk, don't text !!!  408 członków (zdarza mi się nie przestrzegać reguł tej zacnej grupy)

Podłoga to najniższa półka w pokoju | Floor is the lowest shelf in the room 10.005 członków (ciąg dalszy przyznawania się do nieładu który pozostawiam po sobie rano wybiegając do pracy)

DKNY Red Delicious - The Second Bite 298 członków (nic kontrowersyjnego, po prostu mój ulubiony zapach)

SILENCE! I KILL YOU! -Achmed the Dead Terrorist Lovers. 117.271 członków (najliczniejsza moja grupa, wiadomo dlaczego)

I to tyle póki co. Jeszcze kiedyś zagrzebię się w ten drugi typ facebookowych stron, bo są tam takie cuda, że wciąż się dziwię... W ogóle facebooka założyłam późną jesienią zeszłego roku, żeby kontaktować się z ludźmi, z którymi uczyłam się we Włoszech. Później dokoptowałam tam też trochę Polaków, z którymi chcę mieć kontakt. Bardzo cenię sobie facebookową możliwość selekcji informacji i obserwatorów i całkiem dobrze się tam czuję.
O podyplomówce napiszę jeszcze coś jutro, jak wrócę do domu i do własnego łóżka.
Zet.

czwartek, 24 czerwca 2010

w gumę

W WPKiW robiłam dziś fotorelację z pierwszych mistrzostw śląska w skakaniu w gumę. Bardzo fajna impreza, pełna dziecięcej radości atmosfera i mnóstwo śmiechu. Co ciekawe, dzieci było malutko, zaledwie po dwie czy trzy drużyny osób niepełnoletnich. A reszta? Drużyny osób dorosłych, przedstawicieli poważnych urzędów czy redakcji. Dziewczyny i kobiety (choć panowie również się zdarzali) w różnym wieku ochoczo skakały te pokomplikowane układy, wzbudzając zainteresowanie mediów i aplauz zgromadzonych. Poniżej kilka zdjęć. Nie wiem, jak to możliwe, ale harcerki potrafiły skakać w tych buciszczach...

Inni obuwie dobierali racjonalniej

Pamiętaliście, że dziś Dzień Przytulania? Chociaż ten psiak wyglądał na takiego, co obchodzi taki dzień bez przerwy:)
najbardziej kolorowe zdjęcie jakie dziś zrobiłam
w chmurach
A ja byłam tam 1. służbowo 2. jako widz 3. jako wsparcie psychologiczne;) i 4. jako fotograf. Zważywszy na to, co wczoraj w eleganckiej klinice powiedział mi ortopeda-patolog (cokolwiek znaczy ten drugi człon), nie mogłam uczestniczyć w imprezie jako 5. uczestnik. 
Wczorajsze siedzenie w poczekalni było najprawdziwszym koszmarem, zdecydowanie za długo odchodziłam od zmysłów ze strachu. Miałam ochotę wziąć telefon i wykręcić numer, pod którym zgłosiłby się ktoś kto umiałby mnie uspokoić. Uznałam jednak, że to niepoważne, więc męczyłam się sama i było strasznie, najgorzej. Ale lekarz okazał się cudowny. Nie wiedziałam, że tacy istnieją. Z ciekawostek, za parę dni będą mi kilka razy zamrażać to kolano, a później się zobaczy. Przedwczoraj nie mogłam już wytrzymać, chciało mi się płakać z tej bezsilności i żeby zupełnie nie zwariować, zaczęłam tłumaczyć na język włoski najbardziej barwne polskie przekleństwa i porównania oparte na słowach powszechnie uważanych za wulgaryzmy. Przyznam, że wychodziły mi z tego tak urocze konstrukcje językowe (po włosku wszystko brzmi jak poezja), że się popłakałam, ale ze śmiechu. I to tyle. Zet.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

może mnie pokarało?

Doszłam do wniosku, że może mnie z tym kolanem po prostu pokarało. Próbuję sobie przypomnieć, czy ostatnio rozrabiałam, ale nic takiego nie miało miejsca. Grzeczna byłam, uczynna, pracowita, zaangażowana i przyjaźnie nastawiona. Chyba że mogło mnie pokarać od samego myślenia o głupotach, ale znowu nie było tego aż tyle, żeby bolało mnie to aż tak bardzo!!

Rozpoczęłam proces szukania lekarza (to jasny dowód na to, że jestem w najprawdziwszej desperacji). Po wstępnej rozmowie rozpoznawczej z zawodową tancerką (znawczynią urazów stawów) uznałam, że bardziej przyda mi się ortopeda niż chirurg i lekarza takiej specjalności szukam. Ten, na którego liczyłam, wyznaczył mi termin za 17 dni. Zgodnie z prawdą przez telefon powiedziałam, że do tego czasu zgłupieję i podziękowałam. Jutro szukam dalej.

Tak się składa, że moja chrzestna matka obecnie przebywa w najlepszym ortopedycznym szpitalu w tej części kraju. Kilka dni temu przeszła szalenie skomplikowaną operację kolana, którą przeprowadzał zagraniczny chirurg i która była tak innowacyjna, że w całej Polsce inni specjaliści oglądali ją na żywo przez internet. Przed chwilą popłakałam się ze śmiechu, bo okazało się, że ciotka będąc w narkozie na głos i pełnymi zdaniami opowiadała, w jakiej zażyłości jest z panem ordynatorem, jaki fajny z niego kolega i gryfny karlus... I to poszło na całą Polskę, bo oczywiście operacja była transmitowana nie tylko z obrazem (widziałam kawałek i żałuję), ale i z dźwiękiem (piły, młotki, brzeszczoty - nie żartuję). Dziś ów ordynator nie robił obchodu. Pewnie po tym, co ciotka mówiła na forum publicznym, wziął urlop na żądanie i uciekł za granicę;). Strach pomyśleć, co ja bym tam mówiła. Chyba nawet wiem, ale nie powiem;).

Poza tym sporo się dzieje. Na dniach będzie u nas minister finansów i mam zamiar zobaczyć go z bliska. Dzisiaj po pracy miałam świetne spotkanie z dziewczyną, z którą będę dość blisko współpracować przy okazji tego festiwalu, któremu mam rzecznikować (jezusmaria ranyboskie umieram ze strachu). Ta dziewczyna jest najprawdziwszą Kaszubką, zna język kaszubski i jest specjalistką od tamtejszego folkloru. Teraz mieszka w Katowicach i rozwala ją śląska gwara, więc obiecałam jej "Cholonka" w nowym sezonie. Uwielbiam spotykać się z fanatykami i pasjonatami. Na takich ludzi można liczyć, bo przecież nie pozwolą spartolić czegoś, na czym im naprawdę zależy.

Nie wiem, jak poukładać ten tydzień. Nagle wszystko jest ważne.
Z.

czwartek, 17 czerwca 2010

Pomalu!

Szanowny Pan Aponaproxen pozostał niewzruszony na me pokorne prośby, podobnie zachował się Pan Ketoprom. Dzisiejsze zawrotne odległości (dwa urzędy - milion pokoików - parking - praca - inne biuro - parking - myjnia - szoping - dom - Chorzów - dom) pokonywałam autem i na nogach w zwolnionym tempie, z miną Matki Boskiej Boleściwej, coraz bardziej psiocząc pod nosem i skupiając całą swoją uwagę na niepłakaniu (aby zminimalizować ewentualne efekty wizualne, możliwe pod postacią oczu rozmazanych jak u misia pandy). Ale za to był cudowny wieczorny teatralny spontan (wielki uśmiech i radocha w tym typie, jaki lubię najbardziej). Chorzowskie "Pomalu, a jeszcze raz!", którego nie widziałam dwa lata, skutecznie mnie rozbawiło, obśmiałam się jak fretka i nawet pokonywanie schodów na parter teatru (któremu to pokonywaniu towarzyszyło koszmarne uczucie, jakby mnie ktoś torturował szpikulcem do lodu) nie było w stanie odebrać mi mojej ukochanej teatralnej euforii. Świetnie było znów tam być, znów to zobaczyć. Stęskniłam się trochę i tyle.
Obawiam się, że jutro nie mam co liczyć na cudowne ozdrowienie. W piątek po pracy jeszcze dodatkowo atrakcje podyplomowe, więc do torebki poza błyszczykiem wezmę jeszcze bandaż (dziwnie kojarzy mi się to z "The Rocky Horror Show"). Ale dam radę, po prostu będę się przemieszczać powoli. To znaczy - oczywiście - pomalu.
Z.

środa, 16 czerwca 2010

podanie

Szanowny Pan
Aponaproxen
250mg

Szanowny Panie,
uprzejmie zwracam się z prośbą, aby wreszcie zaczął Pan łaskawie działać tak, jak ma Pan napisane w ulotce. Prośbę swą motywuję tym, że głupieję od 12 godzin z powodu narastającego w zatrważającym tempie bólu kolana. Nagła i niespodziewana słabość utrudnia mi poruszanie się, szczególnie na wyższych lub niższych obcasach, które noszę z racji wykonywanego zawodu. Ponadto, moje nowe biuro, usytuowane na trzecim piętrze, na które wbiegam po schodach, nie jest przystosowane do potrzeb ludzi zaatakowanych stanem zapalnym nieznanego pochodzenia. Gdyby Pan, Panie Naproxen, mógłby mi trochę ulżyć i sprawić, że nie musiałabym jutro iść do pracy w zakrywających bandaż spodniach, byłabym wdzięczna i ponownie pełna wiary we współczesną myśl farmakologiczną.
Z góry dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojego podania.
Oczekując na efekty,
Złośnica
-----------------------------------------------------
Ale tak serio mówiąc, ta sytuacja bawiła mnie bardzo krótko. Początkowo się śmiałam, ale jak zaczęły mi latać przed oczami czarne mroczki (mroczki, haaaaaaahahahaha) i z każdym kolejnym krokiem groziły mi coraz większe łzy, zaczęłam się zastanawiać, co się do jasnej cholery dzieje. Nie znam przyczyn i nie wiem, jak zrobi to Pan Naproxen, ale jutro muszę być jak nowa, bo mam intensywny dzień i trochę planów. Aż strach iść spać, jak się nie wie, w jakim stanie się wstanie;).

Poza tym dziś wieczorem z centrum (gdzie z koleżanką szykowałam megawielką kampanię promocyjną czegoś, o czym nie mam pojęcia) wracałam okrężną drogą, żeby jeszcze trochę posłuchać dwóch cudownych płyt "Good Morning Rock", które wysłała do mnie moja ukochana Eska Rock. Jak miło z ich strony:). Od takiej muzyki od razu kolano mniej boli. Jeszcze tylko mógłby się znaleźć okład z teatru i byłabym jak nówka, prosto z pudełka.

Zet.

wtorek, 15 czerwca 2010

Złośnica na etacie

Rok temu, jak broniłam mgr i zupełnie nie miałam pojęcia, co chcę robić, co mogę robić, a co mam szanse robić, wmawiałam sobie (i wszystkim dookoła), że daję sobie jeszcze rok na dumanie, sprawdzanie, dalszą naukę i poszukiwanie własnej ścieżki. Poszłam na studia podyplomowe, walczyłam z włoskim, z gazetą, robiłam sto innych rzeczy, ale przede wszystkim walczyłam ze sobą i ze swoimi pomysłami, które bywały cholernie niespójne, mało konkretne i albo tak nieprzekonujące, że znikały w ciągu kilka dni, albo tak intensywne, że do teraz nie potrafię z nich zrezygnować. Ten rok bardzo dużo we mnie zmienił: miewałam potworne załamki, ataki kompletnej niewiary w siebie, napady euforii i przekonania o własnej zajebistości, które dość szybko zmieniały się w tępe gapienie się w ścianę (przede wszystkim przez papiery i urzędy). Zimą wszystko się wyklarowało, zmieniłam tryb życia, godziny snu, garderobę i priorytety.

Myślę, że sporo się nauczyłam, bo miałam cudownych i wymagających nauczycieli, którzy mi zaufali i pozwolili mi się pod swoim czujnym okiem rozwijać. Zresztą, takie słowa jak praca, zaufanie, zaangażowanie, społeczność, wspólnota nabrały dla mnie zupełnie nowego znaczenia i wypozycjonowały się bardzo wysoko. To, co robiłam przez ostatnie 3 miesiące (a tak naprawdę przez 8 miesięcy, bo w listopadzie zawitałam tam pierwszy raz, szukając praktyk, które udało mi się zamienić na działania zarobkowe;)), zaowocowało dziś tym, że podpisałam umowę o pracę i jestem etatowym pracownikiem. Wiąże się to z tym, że zmieniłam miejsce pracy, zmieniłam biurko, pokój, dział i oczywiście współpracowników. Wczoraj wkupywałam się u nowych, dziś żegnałam się ze starymi. 3 miesiące z wpadającym co jakiś czas Szefem Wszystkich Szefów minęły niezwykle szybko, za szybko! Jeszcze dziś dostałam polecenie na już, na natychmiast i do mojego nowego biura wpadłam dwie godziny po czasie... W każdym razie, dziś rano w Gabinecie Szefa Wszystkich Szefów zostałam pięknie pożegnana z honorami;), dostałam mnóstwo pięknych rzeczy, i poważnych (od Szefa), i absolutnie niepoważnych od cudownych dziewczyn, z którymi miałam przyjemność pracować te 12 tygodni. Sama Szefowi Wszystkich Szefów zaniosłam słonecznika (słabość). Jak już dziś mówiłam, ilekroć dawałam słoneczniki mężczyznom, dobrze na tym wychodziłam, więc nie miałam wątpliwości, co kupić.

A później dostałam służbowy adres mailowy, identyfikator do noszenia i dostęp do systemu zarządzania informacjami i stroną internetową (ogromną, skomplikowaną, zawsze aktualną, pełną treści i zakamarków). Przede mną potwornie dużo nauki, ale nowy dział podchodzi do mnie z naprawdę miłą życzliwością. Do nowej kuchni wprowadziłam już swój kubek. Zadomowię się. Z okien widać Spodek! Euforia. A ja już wplątuję się w kolejne projekty pozaetatowe. Mam pomysły, które nie wiem, gdzie wcisnąć, a z drugiej strony powinnam już działać bardzo konkretnie, szczególnie tam, gdzie są wobec mnie konkretne oczekiwania. W przyszłym tygodniu - mam nadzieję - wszystko to wyda mi się choć trochę bardziej uporządkowane. A tu jeszcze podyplomówkę trzeba zaliczyć. Projekt ogromnej kampanii to nie jest coś, na co teraz mam czas.

Na koniec dodam, że jestem przeszczęśliwa, że nie musiałam szukać pracy, że ta praca w takim miejscu sama mnie znalazła. Nie mierzyłabym tak wysoko, brakłoby mi wiary. Ale Szef Wszystkich Szefów napisał mi w dedykacji do książki: "Mądrość zbudowała sobie tutaj dom, Ty go wybrałaś, a on wybrał Ciebie". Nie minął jeszcze rok od obrony. I co? Udało się, rozumiecie? Wszystko się udało!

Złośnica

niedziela, 13 czerwca 2010

minister, DHC i koncert

Ostatnie dni przyniosły mnóstwo fantastycznych wydarzeń i konkretnych, mocnych emocji. Na przykład to, że w czwartek myślałam, że to żart, gdy usłyszałam "pojedziesz odebrać z dworca pana ministra". Na szczęście wszystko potoczyło się tak szybko, że ani nie miałam czasu się zestresować (w torebce miałam na szybko wydrukowane zdjęcie pana ministra, bo niestety nie wiedziałam, jak wygląda). Nie minęła godzina, jak (wielce zadowolona) siedziałam z panem ministrem w najbardziej eleganckim ze służbowych samochodów. Udało się, bez spektakularnych omdleń, korków na mieście i zgrzytów natury dyplomatyczno-etykietowej:)).

Byłam na uroczystości nadania doktoratu honoris causa Jerzemu Buzkowi (od kilku tygodni całość istniała w naszych głowach pod kryptonimem DHC;)). Jestem na takim etapie rozwoju zawodowego, że zachwyca mnie cały ten ceremoniał, porządek, powtarzalne formuły, podniosły ton i niezwykła atmosfera. I ta świadomość, że dzieje się coś ważnego. A z drugiej strony - ludzka twarz ludzi, którzy pełnią tak wysokie funkcje. Kiedy Buzek odpowiadał na pytania dziennikarzy, stałam obok i z uśmiechem i pewnym niedowierzaniem przewracałam oczami. Szef Wszystkich Szefów (udzielając wywiadu razem z Buzkiem) stał 2 metry ode mnie, wyłapał tę moją minę, również gdzieś tam zbłądził oczami dokładnie jak ja i zaśmiał się do mnie gdzieś między ludźmi. Wymiękłam.

Wczorajszy koncert był przepiękny, bardzo elegancki, uroczysty i dostojny. Fantastyczna orkiestra filharmoniczna i troje genialnych solistów, w tym tenor i baryton (mrrr). Muzyka filmowa w niezwykłych aranżacjach. Koncert, w którym melodie z "Czterech pancernych" zgrabnie połączono ze "Śniadaniem u Tiffany'ego", "Siedmiu wspaniałych" z "Różową panterą", "Nella fantasia" z "Deszczową piosenką"... Eleganckie wnętrza, przepiękna, nowa sala koncertowa na Akademii Muzycznej, stukające obcasy, szeleszczące sukienki i spodnie o kantach tak ostrych, że można się skaleczyć. Mnóstwo znajomych twarzy. Świetne towarzystwo. Coraz bardziej mój świat.

Dziś niemal cały dzień poza domem. Wielkie zakupy. Kiedyś najwięcej wydawałam w księgarniach. Teraz najwięcej wydaję w księgarniach i na stacji benzynowej. Przyniosłam siatę fajnych - mam nadzieję - rzeczy. Ale dla mnie nic z tego nie zostanie;). Wszystko dla tych, którzy zrobili dla mnie coś naprawdę ważnego.

Jutro Bardzo Trudny Dzień. Psychicznie ciężki. Trzymajcie kciuki. Odezwę się jutro wieczorem, jak tylko po tym szalonym poniedziałku będę w stanie. Słucham tylko "Fast car" Tracy Chapman. Na okrągło, godzinami. Uspokaja mnie. Tutaj piękna wersja live z napisami po włosku, dla tych, którzy nie kumają po angielsku Fast Car Trzymajcie się. A najlepiej trzymajcie mnie!

Z.

ps. Z powodu nadciągających w moim życiu diametralnych zmian, również blog zmienił swój image i wygląda teraz tak jak wygląda. Kolor górą!

ps2. Chcę pozdrowić tego człowieka, który z godną podziwu konsekwencją przychodzi czytać bloga między północą a pierwszą w nocy. Ilekroć mam czas, żeby na parę chwil zagrzebać się w galopujących statystykach, wpadam na dane tego internauty, który czyta bloga, zamiast kimać, marzyć z głową na poduszce czy planować kolejny dzień. Miło Cię widzieć, Stały Nocny Czytelniku...

czwartek, 10 czerwca 2010

Brodski i Notwist

Do czytania kawałek Brodskiego na dziś. Tłum. S. Barańczak.

Dotknij mnie, a pod czubkami palców znajdziesz
wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w bilans zawsze po stronie ujemnej.


Do słuchania kawałek The Notwist One step inside...
I do czytania zresztą też.

Prepare your shoes not to come back soon
Prepare your heart not to stop too soon
You cannot walk with us

One step inside doesn't mean you'll understand
One step inside doesn't mean I'm yours

In your world my feet are out of step
And my arms won't move, my hands won't grab
I will never read your stupid map
So don't call me incomplete
You're the freak


Nie wiem co robić.
Z.

wtorek, 8 czerwca 2010

anioły

Wczoraj głaskałam najprawdziwszego Anioła Publiczności. Widziałam też Perłę Sąsiadów i kilka innych cudów, na których powinnam była zatrzymać wzrok na dłużej. Może kiedyś, jak będę mniej rozkojarzona (to w ogóle możliwe?). Cudowne, przemiłe godziny w Bielsku. Fantastyczne uczucie, że nie trzeba się spieszyć. Zdjęłam zegarek z ręki i schowałam do torebki. Wyłączyłam telefon. Liczyło się tylko tam i wtedy. A na scenie "Dzień Walentego" z Anną Seniuk. Od spektaklu (zieeeew...) zdecydowanie bardziej cieszyła mnie sama świadomość, gdzie jestem. A gdzieś od połowy sztuki zastanawiałam się, czy mogłabym gdzieś oprzeć głowę. Ale nie mogłam.

Przypomniałam sobie fragment o aniołach z "Wszystko jest iluminacją" z rozdziału "Księga powracających snów": "Sen o aniołach, którym śnią się ludzie. W czasie popołudniowej drzemki przyśniła mi się drabina. Po jej szczeblach wchodzili i schodzili z zamkniętymi oczami aniołowie lunatycy, dysząc ciężko, tępo, z obwisłymi wzdłuż boków skrzydłami. Akurat mijałem pewnego starego anioła, gdy wtem zderzyłem się z nim, a on wzdrygnął się i zbudził. Wyglądał całkiem jak mój dziadek, zanim umarł w zeszłym roku, kiedy to co wieczór modlił się, żeby śmierć zabrała go podczas snu. O, powiedział do mnie anioł, właśnie mi się śniłeś."

Tylko po co mi te anioły? Od ledwie słyszalnego szelestu skrzydeł, wolę uważnie słuchać, gadać, drażnić i dawać się prowokować, zastanawiać się, planować, śmiać się... Genialny dzień.

Z.

niedziela, 6 czerwca 2010

4 dni

Ostatnie cztery dni zlały mi się w jedną słoneczną i towarzyską masę. Smutno byłoby mi zupełnie samej w tym wielkim domu, więc znaleźli się tacy ludzie, którzy dotrzymywali mi towarzystwa:). Był np. babski wieczór, były spacery, dużo muzyki, filmy i ploty do nocy. Był niezastąpiony komp i nocne pisanie bzdur, efektywne, efektowne i bardzo rymowane (napady śmiechu: kilka). Były bardzo fajne telefony, i z bliska, i z Azji:). Spędziłam kilka godzin z literackim fryzjerem damskim, w pełnym słońcu wygrzewając się na tarasie i hodując kolonie piegów (książka jest świetna!). Z nieukrywaną radością patrzyłam na to, kto się rankiem krzątał w moim pokoju (dzięki za wszystko:-*!). To był dobry długi weekend:).
Boję się jutrzejszego długiego poniedziałku. Dużo, dużo... Dużo pracy, dużo emocji, mało czasu. Stresuję się. Co tu ściemniać, że nie, jak tak. Ale podobno tylko idioci się nie stresują;). Na zajęciach powiedział nam tak jeden z najfajniejszych polskich socjologów.
Tłumaczę sobie że to nie jest strach, bo nieodwaga lepiej brzmi (Pustki)
Z.

piątek, 4 czerwca 2010

tost

Ujawnił się we mnie śniadaniowy artysta;)
Z.

czwartek, 3 czerwca 2010

dostawy

Wieczór z winem z dostawą do domu. Gadanie do nocy. Poranek ze słońcem z dostawą do okien. Kubek kawy z mlekiem z dostawą do łóżka. Kot z samodostawą na kołdrę.
Kot jest zachwycony, że Brzydal obsługuje laptopa lewa ręką, bo prawą może go łaskawie głaskać bez końca. Wstajemy? Noo, zaraz... A później głaskaliśmy osły. Nakarmione jabłkami, same podstawiały łby. Normalnie jak na wakacjach;).
Z.