piątek, 30 lipca 2010

piątek!

Nareszcie! Kończy się ten podły lipiec i kończy się również ten męczący tydzień. Dochodzi 18, właśnie wpadłam do domu, za 10 minut znów wybywam i wrócę późno. Dawno nie było takiego weekendu: impreza w piątek, impreza w sobotę:) (podyplomówka to uniemożliwiała). Z tym, że ta dzisiejsza będzie lajtowa, idę na sępa, bo poza prezentem (za którym latałam wczoraj) może mnie nic więcej nie obchodzić;). Za to jutro... ranyboskie, całe szczęście, że coś mi tam spłynęło na konto i jutro będę mogła wpuścić do domu niezłą gromadkę znajomych:). Trochę strach łączyć znajomych z różnych kręgów, ale co tam. Wszyscy są naprawdę ok, więc muszą się dogadać. Odpowiedź na pytanie, ile osób zostaje na noc, wciąż jest nieznana.
Wybiegam. Weekend! Weekend w pustym domu! Oj, już ja ten dom zapełnię... ;)

Z!

wtorek, 27 lipca 2010

stary bilet

Kiepską ostatnio kondycję psychiczną znacznie poprawia mi cowieczorna korespondencja ze znajomymi sprzed lat. Wspomnienia aż domagają się ilustracji, więc wysyłamy sobie unikatowe pliki, uzyskane dzięki grzebaniu w starych papierach i skanowaniu ich. Najwięcej śmiechu póki co wzbudziło zdjęcie, którego szukałam z godzinę w swoim domu. 
Na zdjęciu z 2002 roku jesteśmy we trzy: M., B. i ja, w wielkim zielonym ogrodzie w okolicach Zakopianki. Mamy po 17 lat. Wpieprzamy nutellę prosto ze słoika i widać, że jesteśmy przeszczęśliwe, że spędzamy razem kolejny genialny dzień. Obok nas stoi zadowolony ogromny owczarek niemiecki, obecnie już nieboszczyk Baron (co brzmi jak nieboszczyk Berlioz). Na zdjęciu nie może być widać, że jak tylko błyśnie flesz, zaczniemy się tą nutellą wzajemnie atakować. Nie widać też, że Barona tak to zaskoczyło, że jednym kłapnięciem wygryzł B. dziurę pod kolanem w dżinsach, które miała na sobie. Nie widać, jak tarzałyśmy się ze śmiechu. I nie widać, jak śmiałyśmy się dwa dni temu, (B. w Kraku, M. w Sydney, ja tutaj) a śmiałyśmy się tak, jakby to wszystko było wczoraj. B. twierdzi, że wciąż ma gdzieś te dżinsy. Szkoda trochę tych czasów, kiedy w Krakowie miałam drugi dom i takich przyjaciół i znajomych, jak nigdy nigdzie później.

Szukając kolejnych dowodów na naszą młodość bardziej durną niż chmurną, zagrzebuję się we wszystkie pudełka, teczki i zakamarki. Znalazłam to, co chciałam, a przy okazji w ręce wpadło mi to:
Myślę, że nie mam starszego biletu do Korezu. Nie mam pewności, czy zaczynałam "Niedźwiedziem..." czy właśnie "Homletem", ale później już poszło jak leci i zostało do teraz. Zima 2001. Bilet za 10 pln, hahaha;). W dotyku ten bilet jest szorstki i matowy. I te fotki! Co za czasy! Rok przed "Balladami kochanków i morderców", 3 lata przed "Cholonkiem" (to w ogóle coś było przed "Cholonkiem";)))?). Jeden bilet, jeden mroźny wieczór. Gdyby nie ten jeden bilet, jestem pewna, że   w s z y s t k o potoczyłoby się inaczej.
Chyba sobie oprawię ten bilet.
Zł.

ps. Starość nie radość. Zapomniałam odebrać wyniki:(.

niedziela, 25 lipca 2010

d. rice

Smutny songwriter na niedzielne popołudnie. Przypadkiem (cudem?) odnaleziona na dysku piosenka, od której nie uwolnię się do wieczora. Wiem, wiem. Stare, przelatane i kiczowate :P. Aż miło;).


















Wczorajszy ślub był świetny! Panna młoda nie płakała, nie płakali rodzice, dziadkowie, teściowie ani świadkowie. Za to ja ryczałam jak bóbr, o co bym się nawet nie podejrzewała. Ale przecież nie co weekend za mąż wychodzi ktoś, kogo zna się 20 lat! Wielkie brawa dla Was, Kochani. Wielka klasa za ten urząd i za zmianę całego życia w 15 minut. Było naprawdę super i w wielkim stylu:).

Dziś wzięłam mój zielony bolid / zielone bydlę / małego głoda (ze względu na spalanie w te upały) i lubianą przeze mnie trasą do Bielska jechałam trochę zbyt szybko, trochę zbyt głośno słuchając płyt. Cudownie było znów się spotkać!!!!!! I oczywiście cudownie było zobaczyć Fasolę. :-* Jeszcze się pojawię.

Zostawiam Was z tą piosenką.
...so close that I can´t see what´s going on? Bywa i tak.

Zołza

sobota, 24 lipca 2010

zazdrościć czy nie zazdrościć

"Nieszczęśliwa zaszywam się w domu i leję na wszystko" - zgodnie z prawdą obwieściłam światu na fcb. Zanim wprowadziłam w życie zaszywanie się i lanie na wszystko, z południa Polski odezwała się malarka B.:
B.: o rany, co się stało?
.: nic wielkiego, tylko - jak to się metaforycznie mówi - ch*j mnie strzelił.
B.: aha... strzelił, mówisz... to nie wiem: zazdrościć czy nie zazdrościć.
.: jeśli się wahasz, mogę to rozbudować do równie popularnej wersji: ch*j mnie jasny strzelił.
B.: oj nie. jeśli jasny to fatalnie.

Po tym dialogu trochę mi lepiej, lecz mimo to będę kontynuować zaszywanie się i lanie na wszystko.

Zł.

ps. do słuchania i oglądania zajebisty Jamie Cullum z coverem... Rihanny. Megadobry kawałek.


piątek, 23 lipca 2010

tomisko

Potwornie męczą mnie niejasne sytuacje i niedopowiedzenia, stany zawieszenia i niepodjęte na czas decyzje. W związku z tym ostatni tydzień zmęczył mnie potwornie. Drażniło mnie zmienne tempo upływającego czasu, trudne decyzje i milion pytań, wkurzała mnie cisza i brak jednoznacznie pozytywnych emocji. Dziś w pracy najprawdziwszy kryzys: odliczałam minuty (!!!) do wyjścia, uświerkając nad materiałami z biotechnologii, pisząc artykuł i modląc się (haha, tak się mówi) o deszcz i o najmniejszy ruch powietrza. Załatwiłam jeszcze kilka spraw na mieście (moje ukochane Katowice, ukochane nawet z roztopionym asfaltem) i z ulgą wróciłam do chłodnego domu. Niebawem przyszła burza, o której i tak wiedziałam od rana (moje poobijane na snowboardzie nadgarstki niezawodnie przewidują opady). Ku radości psów położyłam się na trawie i dałam się porządnie zmoczyć przez pierwszy w tym tygodniu deszcz. Uciekłam dopiero jak huknęło w którąś naszą parkową topolę... Dobrze, że ten tydzień się kończy. Liczę wreszcie na jakiś porządek, na to, że coś się poukłada, i dookoła mnie, i mnie w głowie.
W ramach odciągania myśli od tych dziwnych zawirowań, zaopatrzyłam się dziś w 600-stronicowe tomisko z wyborem z Grochowiaka. Została mi do niego pewna słabość, po tym jak na II roku wydawało mi się, że jestem genialnym literaturoznawcą;)) i napisałam pracę roczną z poetyki historycznej, w której uparcie udowadniałam, że Grochowiak wcale nie jest turpistą, że wszyscy się mylą;). Udało mi się nie skompromitować i dostać bardzo pozytywne 4. Teraz, po 4 latach, wrócę sobie do tych tekstów i sprawdzę, jak obecnie czuję "Kanon", "Agresty", "Rozbieranie do snu"... Gdybym miała pisać znów taką pracę, pewnie byłabym mniej bezczelna w tej pewności siebie. W przyszłym tygodniu powinien dotrzeć do mnie Leśmian, cudowne wydanie z Biblioteki Narodowej, ze świetnym wstępem Jacka Trznadla. Fajnie jest wracać i mieć świadomość, że te literackie powroty to zasługa tych paru osób, które wiedziały, jak nakierować studenta na te ważne ścieżki, a jednocześnie dawały tyle wolności i do-wolności w myśleniu i mnożeniu wątpliwości....
Brakuje mi tego trochę, tej opartej na literaturze zaczepności na linii mistrz-uczeń...
Znów zaczyna padać. Idę na taras. Muszę odpocząć. A jutro ślub. Aaa!
Zołza

wtorek, 20 lipca 2010

kompensata barterowa

Deadline z redakcji mnie dopadł. Kolejny raz z entuzjazmem przed weekendem powiedziałam "taaak, jasne, zdążę", dopiero później pomyślałam, a jeszcze później odczułam skutki. Walczyłam dziś z jednym artykułem z 3 godziny, co dało mi żenującą średnią trochę ponad 1000 znaków na godzinę pracy (tragedia), bo od pisania odciągało mnie milion innych spraw. Gdy postawiłam ostatnią kropkę i się podpisałam, szybko uznałam, że trzeba uwiarygodnić tekst wypowiedziami Pani Dyrektor, z którą miałam spotkać się po pracy. Obwarowana materiałami, napisałam te wypowiedzi i chciałam, żeby rzuciła na nie okiem i powiedziała, czy zgadza się "mówić" takie rzeczy. Nie przeczytała ani słowa, tylko uznała: "Jasne, podpisz mnie. Mam do ciebie pełne zaufanie". Aaaa:)! Znowu poczułam, że warto:). 
Poza tym, dzięki wiszeniu na mailu i telefonie, z dziewięciu zaplanowanych patronatów medialnych, klepniętych mamy siedem (w tym TVP! Taaaak!). Reklamy, pasma, produkcja spotów, czas antenowy, polecane wiadomości, fakturowanie i warunki kompensaty barterowej (aaa!), zwiastuny i udział finansowy - uczę się wymogów, terminów i konstrukcji umów (tych, dla których te pojęcia są jasne jak słońce, proszę o wyrozumiałość.  Jestem filologiem i na studiach uczyli mnie, co to jest genethliakon, epikleza i apokastaza, a nie jakiś tam barter;))...). Jeśli uda mi się dopiąć ostatnie dwie arcyważne redakcje, padnę z radości. Póki co tonę w papierach, pod którymi ginie moje gigantyczne biurko (jestem zachwycona, jak cudownie jest mieć gigantyczne biurko i móc tonąć we własnych papierach...). 
Deadline jutro, przed chwilą wysłałam tekst i zdjęcia, istna sielanka... Mija 19:30, a ja mam już dziś wolne:).
Z.

niedziela, 18 lipca 2010

motor

1) Brat kupił sobie motocykl. Wiele lat temu jeździł na ścigaczach, teraz przyszła kolej na enduro. Poniżej przedstawiam rodzinne reakcje:
* Brat cieszy się jak dziecko. Dziś zapakował motor na przyczepę i zniknął na cały dzień. Wrócił zakurzony i zadowolony.
* Tata też się cieszy, choć udaje, że trochę mniej cieszy się od Brata.
* Mama załamuje ręce, choć przyznaje, że kolor ładny.
* Ja od razu wsiadłam i szybko stwierdziłam, że do ziemi brakuje mi kilku centymetrów. Może mi to nieco przeszkadzać w prowadzeniu tego bydlaka.
* Mama szczęśliwa zaciera ręce, że nie sięgam do ziemi, bo myśli, że przez to nie będę jeździć. Jeszcze nie wyprowadziłam Mamy z błędu.
* Tata po cichu mówi: Nie martw się córciu, kupimy sobie mniejszy.

2) Znajomi mi się rozjechali. Na trochę, na chwilę, na stałe, na nie-wiem-jeszcze-ile... Mimo że na co dzień nie mam ich pod ręką, bo nie mieszkają tak blisko jak bym chciała, to gdy na dobre znikają z kraju, nagle robi się potwornie pusto. Czasem przecież jesteśmy sobie bardzo potrzebni na wyciągnięcie ręki. Gdzie by nie byli w kraju, w Krakowie, w Warszawie, zawsze któreś z nas mogło wsiąść w pociąg, samochód, autobus i po prostu być obok i powiedzieć "dzięki że jesteś". W ciągu ostatnich trzech dni dostałam wiadomość z Taipei na Tajwanie, później telefon z Londynu i na koniec wiadomość z Sydney. Świadomość, że na antypodach jest ktoś, kto zamiast o kangurach myśli o mnie, sprawia, że też chcę być na antypodach. Z Londynem to samo. Mam nadzieję, że jesienią wszyscy spotkamy się w Londynie. Już obmyślam, jak to zrobić. To tylko 4 miesiące...!

3) Tak w ogóle jestem smutna. Mama znad książki: Sama to sobie zrobiłaś. Hmm.

Z.

sobota, 17 lipca 2010

sob.

Przedziwne te ostatnie dni. Jak myślę o tym, co było tydzień temu, wydaje mi się, że upłynęło wiele czasu. Pisałam, hurtowo szykowałam niezbędne mi pisma, jeździłam robić zdjęcia. Do tego wciąż dzwoniące telefony i ważne spotkanie z widokami na zagranicę, kolejne w środę. Boję się trochę. Gdzieś po drodze ten Cieszyn. Skrócony czas pracy ze względu na pogodę. Sezon urlopowy, co chwilę ktoś znika z biura. A nasz pokój jest coraz bardziej nasz po tych wszystkich remontach i przeprowadzkach. Jest naprawdę fajnie.

Wczoraj - cudowna impreza u koleżanki z działu. Od kilku dni umawialiśmy się na ten wieczór, ale dopiero wczoraj dotarło do mnie, że koleżanka mieszka w Imielinie, czyli prawie na końcu świata;). Na szczęście nie ja prowadziłam! Ale impreza była genialna, lepszej w tym roku nie pamiętam. Ludzie z pracy są świetni, bawiliśmy się głośno, bardzo wesoło i nie do końca grzecznie. Kolejna służbowa impreza, mam nadzieję, już za dwa tygodnie - u mnie:).

W kolejnym tygodniu muszę wrócić do spraw Festiwalu. Czasu coraz mniej, niedługo trzeba będzie oddać wszystkie materiały do druku, a ja mam dopiero trzy potwierdzone patronaty medialne. Że nie wspomnę o tym, że w ogóle nie jestem przygotowana merytorycznie do tego, co mnie czeka już niedługo.

Do końca miesiąca powinnam choć trochę o siebie dbać, żeby nie wyzionąć ducha przy odbieraniu wyników. Ale nie da się. Nie mogę spać po 8 godzin, nie mogę nie wychodzić na słońce, nie mogę się nie przejmować. Przecież nie mogę sobie odpuścić, bo wtedy dopiero będę żałować. Byle do sierpnia. Zawsze twierdziłam, że najważniejsze to mieć na co czekać. Urlopu zero, ale za to dwa spektakle. I jakoś to będzie.

Zołza

wtorek, 13 lipca 2010

Cieszyn

Służbowy wyjazd bardzo udany. Cieszyn w tym upale jeszcze piękniejszy i bardzo kolorowy. Rzeźby wymiatają.



Chcę znów do Cieszyna... Choć pewnie do października na sam dźwięk tego słowa będę dostawała białej gorączki;).
Z.

ps. Wczoraj jeszcze przez chwilę działał mój teatralny portal. Z oczami jak spodki wychwyciłam te moje teksty (tek-ścinki), które miały powyżej 600, 700, 800 odsłon. Dziś strona działa już zupełnie normalnie, a liczników nie ma i wygląda na to, że nie będzie;). Jeszcze wyjdzie na jaw, że wyhakowałam te informacje;)!

poniedziałek, 12 lipca 2010

odsłony

"Naszła mnie nagle dzisiaj ochota, aby popieścić się z krytykami. W końcu żyję śród nich tyle lat i codziennie odczuwam ich obecność. A to któryś poczochra mi raptem pobłażliwie włosy, a to szczypnie boleśnie w policzek, a to kopnie znienacka i odejdzie sobie jak gdyby nigdy nic. Przyzwyczaiłem się do nich, polubiłem te permanentne zaczepki, pokochałem właściwie ową czujną ich obecność, którą słyszę za plecami." (T. Konwicki)

Wiem, że ilość odsłon strony internetowej nijak nie przekłada się na widoczne reakcje czytelników. Ok, pasuje. I gdyby nie to, że sami nakręcacie ten mały licznik po prawej stronie, byłabym pewna, że bloga odwiedza pięć osób (a nie prawie 500, jak w ciągu ostatniego miesiąca). Do zastanowienia się nad tym skłonił mnie fakt, że portal, który od dawna publikuje moje recenzje, od kilku dni przechodzi restrukturyzację, prace konserwacyjne, przejściowe zawirowania techniczne, jakkolwiek to nazwiemy. Słowem - zniknął z sieci na jakiś czas. Co dwa, trzy dni zaglądałam tam i sprawdzałam, czy działa, bo cenię sobie tamtych autorów, a nade wszystko wdzięczna jestem za ogólnopolskie i zawsze aktualne teatralne niusy. Dziś udało mi się wejść na stronkę. Wyglądała trochę inaczej, przeklikałam więc kilka działów, szukając ewentualnych zmian. Zmiotła mnie jedna z nich: przy odnośnikach do artykułów pojawiły się liczniki odsłon. Zdębiałam. Pisząc bzdury na blogu pewne rzeczy nie mają znaczenia, ale kiedy publikuje się teksty z natury oceniające pracę innych, podpisane własnym imieniem i nazwiskiem, to kwestie 1) odpowiedzialności 2) merytoryczności i 3) dotarcia do czytelnika stają się dość istotne. Z milionem obaw przeleciałam wzrokiem po rzędach cyferek. I pierwszy raz w życiu miałam przed oczami najprawdziwszy dowód na to, że mnie czytają. Kompletnie zaskoczyła mnie zupełnie nieprawdopodobna dla mnie ilość odsłon i ich rozłożenie: myślałam, że jeśli już mnie czytają, to czytają o innych spektaklach, że inne sztuki wzbudzają zainteresowanie. Na szczęście po kilkudziesięciu sekundach strona znów padła. Dla mnie lepiej, jak mi w najbliższym czasie wystarczy odwagi, to zajmę się tym dokładniej. Tymczasem pójdę dziś spać ze świadomością, że mam czytelników. Jak na moje możliwości, dzikie tłumy czytelników. Tylko co z tą świadomością zrobić dalej?

"Znam obowiązki wobec czytelnika, którego z fałszywą pokorą będę nazywać swoim powiernikiem. Wiem, co się lubi czytać. Wiem, że strony pokryte maczkiem, nie rozweselone częstymi akapitami, nie okraszone kaskadami dialogów odstraszają najwytrwalszych. Wiem, że nudno jest brnąć przez czyjeś myśli, jeśli nie są złote. A i złotymi można się przejeść, czasem nawet udławić." (Konwicki "Kalendarz i klepsydra")

Zet.

piątek, 9 lipca 2010

Ballady na Mariackiej

Było cudownie. Ostatni raz widziałam "Ballady kochanków i morderców wg Nicka Cave'a" 2,5 roku temu. Przez te długie miesiące słuchałam tych piosenek i z czasem zapomniałam, że przecież tworzą spektakl, z całym tym dymem, ogniem i brokatem, z ruchem, improwizacją i jednorazowym ulotnym nastrojem. Dziś wszystko to sobie przypomniałam. Wielka scena na rogu Mariackiej i Stanisława w Katowicach, tłum ludzi, piękna pogoda i świetna atmosfera, widzowie dali się wciągnąć, klaskali, reagowali na bieżąco i bez większego skrępowania wyrażali radochę z tego niezwykłego wieczoru. A ja najzwyczajniej w świecie wymiękłam, bo nie spodziewałam się, że będzie AŻ TAK fajnie. A było najmilej. Milutko i cudownie. Jejkuuuuu............
Jestem nieprzytomna ze zmęczenia. Rano nie będę pamiętała, że coś w ogóle tu pisałam. Myślami i tak jestem już gdzieś indziej.
Zzzzzz

wtorek, 6 lipca 2010

grupy z facebooka3

Czyżby upały szlag trafił? I to właśnie teraz, jak ja mam czerwoną letnią sukienkę? Dzisiaj chodziłam z wielkim motylem we włosach. Badam teren, trochę sprawdzam, co mi wolno.

Dziś ostatnia porcja grup z facebooka, w tym kilka naprawdę uroczych. Polecam.

Katowice Airport – bo wstawiają zajebiste filmy i zdjęcia + dzięki tej stronie woziliśmy się ostatnio po pasie startowym (!!!) i wsiadaliśmy do największych w województwie wozów strażackich
Uniwersytet Śląski w Katowicach – ku chwale…!
straniere de reggio calabria – było cudownie, ale póki co nie wracam. jak znów będę chciała uciec, to przynajmniej wiem dokąd
"w pizdu" jako jednosta miary m.in długości, odległości, prędkości i czasu – rozbrajająca uniwersalność
Siposh Film – kolega-reżyser ze Słowenii. Kiedyś napiszę dla niego scenariusz, jesteśmy już umówieni
EskaROCK – bo tylko oni grają tak, że żal wyłączać radio
Katowice Gazeta.pl – poranek bez prasówki jest oszukany tak samo jak poranek bez kawy
Wydawnictwo Znak – żeby wiedzieć, co gdzie szeleści
Europejska Stolica Kultury 2016 dla Katowic – bo trzeba wierzyć
BUKA – najbardziej intrygująca postać z dzieciństwa
Złoty Osioł Bar Wegetariański – bo wszystko jest tam świetne
Kawiarnia Akant – bo chodzę tam tylko z ludźmi, którzy są dla mnie najważniejsi
TEATR POLONIA – sprawdzam, co w stolicy piszczy
Teatr Rozrywki w Chorzowie – bo gdyby nie Chorzów, scena byłaby tylko sceną, a jest Sceną
Jonathan Safran Foer – bo „Wszystko jest iluminacją” jest najlepszą zagraniczną książką jaką znam
Listening to music on a car/train ride and feeling like you're in a movie – albo jak w teledysku
Borat! – za grejt sakses, za not-jokes, za gonitwę z żydziorem, za maj frend Azamat i mózg jak u wiewiórki, za doktora Yamaka i każdą groteskowo chorą sytuację łamania formy
Nikon D5000 – bo od obcego gościa usłyszałam „ładnie ci z tym aparatem”. Hmmm;)
Król Julian – przez tentegowanie w głowie i przebywanie koło stopy
David Lodge – bo jego książki liczę na metry, a nie na sztuki
Last.fm – bo jestem uzależniona
Mario Vargas Llosa – za polifoniczność, smaki, poziomy i zagłębienia w fabule, rzadkie konstrukcje i wodzenie za nos
Teatr Polski w Bielsku-Białej – raz bliżej, raz dalej, ale stale przyciąga
I don't care if it's 5 minutes or a whole night, i just want to see you. – bo czasem 5 minut trwa idealnie długo
Śpiewam w samochodzie – pewnie, wszyscy śpiewają ;)
Koty, które udają chleb – już dawno doszłam do tego wniosku, ponad 7 tys. osób także
Mały Głód – bo jak się denerwuję to podobno tak właśnie wyglądam, marszczę się i wygrażam ręką
PIJESZ- NIE PISZ – pół kieliszka wina = sms-y, kieliszek wina = mail w środku nocy, dwa kieliszki wina = jakieś notki na facebooku i nagle 10 osób to lubi;)
Katowice. Miasto wielkich wydarzeń – chciałabym mieć czas na wszystkie
Czytam nazwe grupy -> Smieje sie -> Zostaje Fanem -> I NIGDY DO NIEJ NIE ZAGLADAM – na tym właśnie polega idea grup na facebooku: na określaniu siebie
Festiwal Filmów Kultowych – klasyka kina śląskiego + najgorsze filmy świata
Nie trać czasu z kimś kto nie ma go, aby go spędzać z tobą – niewykonalne...
ZMIENNICY – coś być musi do cholery za zakrętem!
Everything Is Illuminated – książka + film + soundtrack +  zauroczenie Gogol Bordello + Suka Przewodnia Zwiedzania Dziedzictwa, która jest obłąkańcza, ale taka figlarna!
Jesus Christ Superstar – gdyby ten musical nie namieszał mi tak w głowie, teraz byłabym kimś innym gdzieś indziej. Nie mogłam lepiej zacząć przygody z teatrem
2 tygodnie jak król, 2 tygodnie jak żebrak - do wypłaty jeszcze tylko 3 tygodnie...:)

W pracy narobiłam się dziś jak dzika. Nie wytrzymam do końca meczu. A mój rehabilitant nie powiedział mi nawet, kto dzisiaj gra.

Z.

poniedziałek, 5 lipca 2010

grupy z facebooka2

W ramach uspokajania głowy po calutkim niezrównoważonym dniu poza domem, wracam do tematu facebooka i podrzucam kilka linków... Mam jeszcze drugie tyle, ale na dziś wystarczy;). To są strony, które przez ostatnie pół roku oznaczyłam "LUBIĘ TO", tak po prostu.


I hate it when I get a great idea at night & don't remember in the morning! – dlatego mam przy łóżku coś do pisania, tylko że rano nie zawsze potrafię te genialne myśli odczytać
Coffee Heaven – bo latte w miłym towarzystwie to coś, co traktuję jak święto
Praha – czekam, aż spełni mi się to marzenie, które wydumałam sobie na Moście Karola
Burton Snowboards – pół życia na snowboardzie
Janusz Głowacki – bo „Z głowy” jest moją ulubioną książką
Swatch Watches – ostatnia wypłata: frrrrru!
when i was a kid pluto was a planet! – wnuki nie będą mi wierzyć
Zaczynam dzień od kawy – dzień zaczynam od mleka z kawą
równo nas pokurwiło z tą filologią! – trzecie pokolenie filologów w prostej linii! Co za cudowny kierunek...
Nikt mi nie powie, że jeżdżę jak baba. – bo mam wiele dobrych wzorców
Gazeta Wyborcza – bo GW w domu była zawsze
'Co kurwa?!' jako wyraz spontanicznego, najszczerszego zdziwienia. – bo są osoby, z którymi klnę tak potwornie...
Piotr Pan – nowy projekt mojego pierwszego naczelnego, który dawno temu pozwalał mi publikować o teatrze ile wlezie
Is ..3x-7y+(1/2) b.. really gonna help me in life? – bo w liceum wzniosłam się na wyżyny intelektualne, osiągając najgorszy z całej klasy wynik z pisemnego badania wyników z matematyki (nie powiem Wam, ile, bo jednak trochę obciach;) ). I notorycznie oddawałam puste kartki na klasówkach. I od 3 klasy nie prowadziłam zeszytu przedmiotowego…
….i owoc żywota Twojego je ZUS – nie do przeskoczenia, ale przynajmniej już nie jestem z szarej strefy;)
Katowice - oficjalny profil miasta – żeby być na bieżąco
Blogspot – bo nie wyobrażam sobie teraz nie mieć tego bloga
Gordon James Ramsay – bo uwielbiam takich furiatów!
Should I Say It?, Im gonna Say It, I Said it, I shouldnt have said that... – chociaż wiem, że nie warto żałować takich rzeczy
WHERE THE F*CK IS MY.......... found it – o nieładzie w moim pokoju było już wcześniej
"Pff" jako określenie wybitnej dezaprobaty – kiedyś tylko to pisałam, teraz też wydaję ten dźwięk i nie potrafię go wyeliminować (b. niepożądane w pracy)
Krystyna Janda – „Różowe tabletki na uspokojenie”, „Moja droga B.”, „Małpa”… Dla mnie to nazwisko to bardziej pióro niż scena
Wydawnictwo W.A.B. – żeby być na bieżąco
Śląskie. Pozytywna energia – słabość do współczesnego Śląska
"Ja pierdolę" jako reakcja na otaczającą rzeczywistość - bo są momenty że nic nie śmieszy mnie tak jak przekleństwa...
 I Wish Music Played During Epic Moments of My Life and Not Just in Movies. – nie zapomnę tych badań naukowych sprzed lat, które mówiły o „syndromie roli głównej” – o tym, że ludziom słuchającym muzyki na ulicy wydaje się że wszystko kręci się wokół nich, a ten katowicki rynek to tylko taka scenografia…
"Chuj wie" czyli Chuj jako istota Wszechwiedząca – od tej grupy wszystko się zaczęło (bosz, wyszło po papiesku). Jest najzabawniejsza na świecie i ma prawie 44 tysiące fanów.
'Hi', 'Hi'..... 'Who was that', 'I have no idea' – zupełnie nie mam pamięci do twarzy i najczęściej chciałabym, żeby inni też jej nie mieli.

Pzdr, Zet.

sobota, 3 lipca 2010

kocie opowieści i opowieści z oddziału

1. Jakiś czas temu (uwielbiam to określenie, które niczego nie określa) mój Tata wracał późnym wieczorem do domu. Był gdzieś w połowie naszej ulicy (czyli spory kawałek od nas), kiedy pod domem sąsiadów zobaczył na chodniku siedzącego kota, którego z samochodu zidentyfikował jako naszego. Zatrzymał się obok i z tymi słowami: "Gdzieżeś się, cholero, tak daleko zapuścił?" podszedł do kota, wziął go na ręce i bach! umieścił go na zadnim siedzeniu samochodu. Wielce zadowolony z udanego polowania na naszego kota, pod domem Tata zdębiał: na naszej wycieraczce spał oczywiście najprawdziwszy nasz własny kot. Ten z samochodu, zszokowany, został pospiesznie odstawiony w miejsce, z którego został chwilę wcześniej porwany. Zdarza się.

2. Wczoraj moją Mamę na tarasie zaatakował najstraszliwszy z żyjących ssaków, nieziemskie bydlę, bardzo niebezpieczne i krwiożercze: mysz polna. Z krzykiem zabarykadowała się w domu, a mysz czmychnęła w hortensje. Ojciec wymyślił plan: trzeba obok postawić kota. Jak wiadomo, nasz kot słynie z łowności: poluje na miskę z surową wołowiną, która musi być kupiona na targu, bo z marketu nie zje. Czasem też poluje na upuszczony na ziemię guzik, choć z czasem zniechęca go nieruchawość takiego obiektu. Ojciec wziął zaspanego w tym upale kota i postawił na wcześniej upatrzonej pozycji: przy hortensjach, w których wciąż siedział monster pod postacią myszy polnej. Kot poniuchał kilka sekund (hortensje trzęsły się ze strachu), po czym rozpoczął rytualną toaletę, myjąc dokładnie wszystkie cztery łapy, uszy i zakudłaczony brzuch. Po chwili odwrócił się dupą i szczęśliwy zasnął w promieniach słońca. Nie minęła minuta, jak przeszczęśliwa mysz przeparadowała środkiem tarasu i poszła na działki. Ofiar więc nie odnotowano.

Poniżej sprawca całego zamieszania. 
 Przyłapałam go w szafce, jak czytał Kutza.

I jeszcze dwie opowieści z oddziału. Pisałam kilka dni temu, że moja Chrzestna Matka leży w szpitalu po poważnej operacji. Po tym, jak podczas samej operacji rozpowiadała, jak dobrze żyje z ordynatorem (chodzili razem do liceum), tenże zjawił się u niej na sali z pewnym gościem. Trzeba dodać, że Chrzestna znana jest ze swoich zdolności perswazyjnych: dzięki jej działaniom na oddziale świecą już wszystkie żarówki, domykają się drzwi, nie trzeszczą szafki i zapanował jako taki ład. Jeszcze tylko do naprawy były drzwiczki jej szafki nocnej. I nagle do sali wchodzi Ordynator.
Odrynator: Zobacz, kogo Ci przyprowadziłem! On też skończył nasze liceum! Poznajesz go?
Jej oczom ukazał się niewielki, dość na roboczo ubrany pan, o błędnym wzroku i naprawdę nic nie mówiącej jej twarzy. Ciotka oczywiście nie poznawała...
Ciotka: Niestety, nie pamiętam pana ze szkoły... Ale dobrze, że pan już przyszedł, bo te drzwiczki są do nie wytrzymania...
Ordynator (zdębiały, zielony i w szoku): Ale to jest dyrektor całego szpitala...!

Ostatni nius z oddziału: na sali obok leży Andrzej G. Ktoś na korytarzu, mijając go, powiedział radośnie: "O, pan Kiepski!", na co pan G. nie był zachwycony;). Artyści...;)

I to tyle. Z.

piątek, 2 lipca 2010

koniec sezonu teatralnego 2009/2010

Obiecałam, że będzie coś o zakończeniu sezonu teatralnego. Okoliczności do pisania sprzyjają: zaczęłam pierwszy od 10 miesięcy wolny weekend, taki, że w piątkowe popołudnie po pracy przyszłam do domu, a nie pojechałam na uczelnię. Jutro nie muszę wstawać o 6 i nie będę siedzieć do 15 na ćwiczeniach. Siedzę w łóżku, mam truskawki i kawę i w tym niemal euforycznym stanie, zabieram się za pisanie o teatrze…
Poprzedni sezon był ekstremalnie emocjonalny: zarywanie nocy, dumanie, szukanie, czytanie, planowanie na trzy miesiące do przodu i szelest kartek kalendarza… Ten sezon był już racjonalniejszy. Gdybym cały rok żyła w tym dziwnym stanie, co kilkanaście miesięcy temu, pewnie skończyłabym z rozległym zawałem albo padłabym z wycieńczenia. Spektakle wybierałam inaczej, innymi ścieżkami prowadziły mnie zobowiązania zawodowe. Wróciłam do sosnowieckiego teatru (Zagłębianka z odzysku), więcej bywałam w teatrze w Bielsku (w którym czuję się jak obcy), mniej chodziłam do Korezu (z tylko mnie znanych przyczyn). Może tylko z połowy tych spektakli napisałam jakieś recenzje. Od kiedy na co dzień godzinami pracuję słowami, moje pisanie trochę straciło na spontaniczności. Co nie znaczy, że czuję to wszystko mniej intensywnie. Po prostu odkryłam niezwykłą przyjemność obcowania z teatrem, pozbawioną konieczności późniejszej jego oceny. Uwielbiam te pospektaklowe dyskusje, a do tego i tak żadna recenzja się nawet nie zbliży.
No to lecimy… Parę słów o tym, co widziałam, czego chcę jeszcze, a czego na pewno nie.
Dwa (Teatr Korez, Katowice) – o tym spektaklu coś szeptało się przy okazji zeszłorocznego Katowickiego Karnawału Komedii, ale ostatecznie sprawa ucichła, by wrócić z hukiem jako jesienna premiera. Warto było czekać, bo to świetna - grająca kontrastami - polifoniczna sztuka. Oglądanie „Dwa” to takie uczucie, jakby się głaskało mruczącego kota, by za chwilę poczuć się tak, jakby się głaskało kaktus.
Kometa (Teatr Korez) – gdy we Włoszech w kafejce internetowej w połowie września zobaczyłam, że w repertuarze znów jest „Kometa” (pewnie na fali sukcesów koncertów Nohavicy w Korezie), to pamiętam, że zaczęłam wtedy odliczać dni nie do powrotu do Polski, tylko do tej „Komety”.
Słowa (Teatr Rozrywki, Chorzów) – z rodziną i z bandą znajomych. Oglądany i słuchany z ostatniego rzędu, z cudownej, miękkiej ciemności, dopóki ze sceny nie padło „daj mi trochę światła na widownię”…
Popcorn (Teatr Polski, Bielsko-Biała) – po powrocie do domu siedziałam do 2 w nocy nad recenzją, żeby w poniedziałek rano była opublikowana. Później pewna gazeta i portal splagiatowały mi ten tekst, zrobiłam więc awanturę na dwa województwa i w kilka dni stałam się specjalistą od prawa prasowego;).
Ucho, gardło, nóż (Teatr Polonia, Warszawa) – pierwszy raz widziałam Krystynę Jandę na scenie. Monodram ciężki w odbiorze jak katafalk i językowo mocno wulgarny. Chropowaty głos Jandy i bardzo długie oklaski.
Dwa (Teatr Korez) – tak wyszło, że drugi raz zobaczyłam „Dwa”. Ale recenzji nie napisałam.I już jej pewnie nie napiszę. Takie spektakle nie potrzebują rozbierania na czynniki pierwsze.
Słowa (Teatr Korez) – uparcie „Słowa”. Ilekroć „Słowa”, to ja na „Słowach”.
Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej (Teatr Wyspiańskiego, Katowice) – przed spektaklem przemiła kawa z bardzo interesującym i ekstremalnie przystojnym Michałem Czerneckim, tak po prostu. Na scenie genialny Andrzej Warcaba. Nadal nie przekonuje mnie Witkowski, ale ta sztuka na małej scenie Wyspiańskiego to coś świeżego i zaskakującego.
Cymes! Cymes! (Teatr Zagłębia, Sosnowiec) – mój come back po latach do tego teatru (uroki bycia lokalnym pismakiem). Sosnowieckiego zespół świetnie śpiewa, co aktorzy udowadniali w każdej piosence. Andrzej Rozmus – szacun za całokształt.
Elling (Teatr Nowy Praga, Warszawa) – kochani recenzenci, drodzy dyrektorzy teatrów, najdrożsi bracia i siostry z widowni, apeluję: chrońcie mnie przed takimi spektaklami. Chrońcie mnie przed sztukami o niczym, nie pozwalajcie mi chodzić na przedstawienia, w których główną atrakcją są nazwiska z plakatów wiszących na korytarzach, nie dajcie mi się męczyć na spektaklach, które nie wzruszają, nie poruszają, nie bulwersują, nie bawią. I jeśli kiedyś będę chciała iść na tak zły spektakl, powiedzcie mi, że nie warto, naprawdę Was posłucham!
Obudź się i poczuj smak kawy (Teatr im. Stefana Jaracza, Łódź) – kochani recenzenci, drodzy dyrektorzy teatrów, najdrożsi bracia i siostry z widowni, apeluję: chcę więcej takich spektakli. Jestem wiecznie spragniona sztuk, które wgniatają w fotel, nie dają ani chwili na oddech, zaskakują, rozwalają, wstrząsają, rozśmieszają, wzruszają i bulwersują. Jestem zachwycona teatrem, który niemal nie potrzebuje scenografii, kostiumów, dodatków, gadżetów, multimediów i świecidełek. Bronisław Wrocławski to nadzwyczajny, genialny aktor, który w sekundę potrafi przejść nieprawdopodobną metamorfozę. I jeśli kiedyś znów będę chciała iść na tak fantastyczny monodram, powiedzcie mi, że idziecie ze mną.
Dowód (Teatr Polonia) – Maria Seweryn, Andrzej Seweryn i Marcin Perchuć przekonali mnie bardziej niż samotna na scenie Krystyna Janda. Sztuka o relacjach córka-ojciec, ale też o tych uczeń-mistrz. Warto.
Kometa (Teatr Korez) – choćbym sobie nie wiem jak obiecywała, że już nigdy więcej, efekt tych obietnic jest jeden: znów idę. I pewnie znów pójdę. Uwielbiam. Jestem w tej sztuce zakochana jak nastolatka.
Pornografia (Teatr Zagłębia) – Gombrowicz, ale dość grzeczny, uczesany. A może po prostu akcenty położyli nie tam, gdzie się spodziewałam. Wiem, że to nie dla tych zboczonych polonistów.
Cholonek (Teatr Korez) – bo się nie nudzi, bo ciągle wzbudza we mnie emocje, bo lubię tę cholonkową atmosferę na widowni, bo ciągle próbuję zrozumieć, bo chciałabym być bliżej i mieć pewność, że wreszcie zrozumiem.
Moje drzewko pomarańczowe (Teatr Polski) – byłam dość mocno zestresowana tym spektaklem. Zżerała mnie ciekawość, jaki będzie jego ostateczny wydźwięk. Znałam książkę, znałam scenariusz, jakieś drobne plany, ale przecież nie miałam pojęcia, co wyjdzie z połączenia tych składników. A wyszło coś cudownego. Nie sądziłam, że Kuba Abrahamowicz kiedykolwiek przestanie być dla mnie feldkuratem Katzem ze „Szwejka”. A teraz jest dla mnie tylko Zeze.
Hotel Nowy Świat (Teatr Polski) – na premierze kątem oka obserwowałam reakcje Magdaleny Piekorz. Wyglądała na zadowoloną, zresztą cała widownia na taką wyglądała. Ruch, taniec, muzyka – zupełnie bez słów.  Mimo to udało się uniknąć przekombinowania, a trochę się bałam, znając konwencję w której siedział Ettore Scola. Bardzo fajny Dariusz Niebudek, byłam świeżo po wywiadzie.Mają hit.
Dzień Walentego (Teatr im. Juliusza Osterwy, Gorzów Wielkopolski) – pierwszy raz w życiu byłam tak potwornie śpiąca w teatrze, naprawdę, choć okoliczności na to nie wskazywały. Tego nawet Anna Seniuk nie mogła uratować. Ktoś zapytał, czy będzie recenzja. Po 10 minutach sztuki wiedziałam, że nigdy jej nie będzie. Litości…
Pomalu, a jeszcze raz! (Teatr Rozrywki) – zamknęłam sezon po chorzowsku, spektaklem, którego nie widziałam dwa lata. Przez ten czas tyle zmieniło się we mnie i wokół mnie, że nie było opcji, żebym sztukę odebrała tak samo jak wtedy. Fajnie było znów zobaczyć tę czwórkę razem na scenie, posłuchać piosenek, które dużo lepiej znam w innych aranżacjach, znów pośmiać się z żartów, o których zapomniałam. Nie chciałam inaczej zamykać tego sezonu i cieszę się, że zostało mi to umożliwione.

Dzięki za ten sezon. Dzięki za każdą emocję, za każde podniesienie pulsu i za każdy wstrzymany oddech.

A teraz robię sobie przerwę od sceny. Nigdy dobrze nie przyjmowałam tych wszystkich letnich przeglądów teatralnych: od lat pochodzę do nich z największą rezerwą, może dlatego, że nie przepadam za przypadkową i roszczeniową publicznością, którą przecież takie imprezy przyciągają. Choć możliwe, że mnie też coś w ostatniej chwili przyciągnie, ale póki co nawet nie szukam. Najbliższy spektakl, na który naprawdę czekam, ma premierę ostatniego dnia 2010 roku.

Na koniec niusy z pracy: dziś pierwszy raz w życiu wysyłałam bardzo poważne dokumenty, na których na samym dole, pod podpisem pani dyrektor tego całego wielkiego przedsięwzięcia, były moje dane kontaktowe z tymi dwoma magicznymi słowami: rzecznik prasowy. TAK! Co ciekawe, dziś i wczoraj nagrywał mnie w zupełnie innej sprawie dziennikarz radiowy. Wybrnęłam z trudnego pytania i ani razu nie zrobiłam "yyyyyy" ;))))). Potwornie mi się to podoba, potwornie! Przede mną mnóstwo pracy po godzinach, ale przecież właśnie tego chciałam.

Poza tym codzienne zamrażanie kolana (CO2 o temperaturze minus 70 stopni) faktycznie przynosi jakieś efekty, więc zostanie przeciągnięte na cały kolejny tydzień, co cieszy mnie m.in. ze względu na sympatycznych rehabilitantów. Chłopaki mówią, że będę jak nowa:).

To tyle. Buziaki
Złośnica