wtorek, 31 sierpnia 2010

dwa dni z festiwalem


Dwa dni w biegu. Poniedziałek, przed 8 wpadam do biura. Kanty, obcasy, konferencja prasowa za 2,5 godziny, a ja w kawałkach. Teczki dla dziennikarzy, miliony papierów i materiałów. Dookoła proszę o pomoc i wyrabiamy się bez poślizgu. Teczki na stół prezydialny. Czemu w tym obrusie są dziury wielkości piłek do tenisa…? Po godzinie 10 w najbardziej reprezentacyjnej auli cisza i spokój. A mnie nosi. Schodzą się dziennikarze, władze miejskie, przyjeżdżają zespoły. Początkowo elegancka konferencja zmienia się w tętniące muzyką wydarzenie i jest bardzo sympatycznie. Kiedy jeszcze oklaski nie do końca umilkły, ja zbieram się do drogi. Kanty i obcasy fru! do bagażnika. Trampki, dżinsy, aparat, identyfikator i hura, na Ligotę. Stamtąd do autobusu z jakimiś vipami, których widziałam pierwszy raz na oczy. Słucham imion, nazwisk, stanowisk i zastanawiam się, co tam robię. Tak potwornie nie mój świat, że czuję się jak kosmita. Ludzie w wieku moich rodziców. Butelki z wódką jak na wycieczce szkolnej. Pani rzecznik, pani się musi z nami napić. No ale pani rzecznik…

W Cieszynie zespoły rozeszły się po garderobach teatru, na scenie trzy godziny prób. A ja kręcę się gdzie chcę. Wszystkie balkony, loże, zakamarki, miękki plusz i zakurzone kąty. Ładne miejsce. Najwięcej czasu spędziłam z Białorusinami w garderobie i z Turkami na mieście. Uwielbiam Turków. Im bliżej koncertu, tym większy młyn. Telewizja! Rozmówcy, tłumacze, dyrektor, kilkanaście minut do koncertu. Pierwszy raz sama miałam na głowie ekipę TVP, ale chyba było ok. Na koncercie dziki tłum. Kręciłam się z aparatem, ledwo znalazłam dla siebie miejsce w ostatnim rzędzie na drugim balkonie. Ogromne zainteresowanie i świetny odbiór koncertu.

Po koncercie nagle okazało się, że nie do końca wiem, z kim wracam do Katowic. Znalazłam miejsce w busiku z kilkunastoma Senegalczykami. Znając troszkę ich charakter, całą drogę udawałam, że śpię, żeby nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje. Nie warto. W domu byłam po 23. Martwa po 16 godzinach na nogach.

Dziś w pracy męcząca atmosfera i dziwne nerwy w powietrzu. Nie odrywałam się od mojego kompa, żeby nikomu nie podpaść, poza tym miałam sporo maili do ogarnięcia, więc zagrzebałam się w swoim pokoju i nie wchodziłam nikomu w drogę. Po 12 telefon, że za jakiś czas jest spotkanie artystów z prezydentem i vice-prezydentem miasta, naczelnikiem wydziału kultury i kimś tam jeszcze. No pani rzecznik… No tak. Ok. Zdążyłam i obfotografowałam wszystko i wszystkich, po drodze odpowiadając na milion pytań przed telefon. Wróciłam po 18 i dopiero teraz wygrzebałam się ze zdjęć: wysłałam tym dziennikarzom, którzy na nie czekają, przygotowałam pliki na jutro do pracy i zaktualizowałam program. Jutro jednak nie jadę do Krakowa. Pogoda mnie zniechęciła, poza tym mam milion spraw w biurze, szkoda mi tego jednego dnia.
Lipiec i sierpień (coś, co kiedyś nazwałabym wakacjami) za nami. Ze wszystkimi dziećmi łączę się w bólu z powodu powrotu do szkół. A ja od jutra zaczynam pracować w godzinach 7.30 - 15.30. (choć jak widać świetnie idzie mi praca do nocy, w weekendy, po godzinach itd). Wykonałam skomplikowane działania matematyczne i wyszło mi, że będę musiała wychodzić z domu o 7 rano. Dziwnie, bo normalnie o 7 rano biegam boso po domu w bokserkach i w turbanie z ręcznika na głowie, jedną ręką malując rzęsy tuszem, drugą pilnując żeby nie wylać kawy. To w ogóle wykonalne, żeby wstawać jeszcze wcześniej?
A teraz idę czytać. Zaczęłam czytać w pracy, ale to nie to samo. Pożeram każdą linijkę z tych plików, które przychodzą i cieszę się jak dziecko, że mogę zniknąć na trochę w tym świecie. Z jednej strony książka, którą uwielbiam, a z drugiej człowiek, który ją przefiltrował po swojemu. Znikam na dziś.
Z.

niedziela, 29 sierpnia 2010

nie samym teatrem...?

Kilka fotek z festiwalu, w który jestem zaangażowana od 3 miesięcy. Udało mi się być z dala od spraw typowo organizacyjnych: nie ja ściągałam te zespoły, nie ja zastanawiałam się, gdzie będą mieszkać (poza grupą Greków - 40 osób najwyraźniej chciało spać u mnie, ale udało mi się ich przekonać, żeby nie przyjeżdżali), nie ja pilnuję, żeby na każdy z kilkunastu koncertów byli na czas. Moje były media, umowy z nimi, negocjacje, warunki, logotypy, milion pism, maili, telefonów, notki prasowe, materiały i ostatecznie 11 patronatów medialnych - wszystkie, które sobie upatrzyłam.
Dziś pierwsze fotki tego kolorowego tłumu. Te w chustach to Rosjanki, a ci w czapeczkach z ogonkiem ;) - Portugalczycy. Ten gość na końcu przyjechał z całym swoim zespołem z Senegalu. Nawet zimą nie mają tam tak zimno, jak w Polsce mamy latem. Hmmm.





Te fotki wstawiam żeby udowodnić, że podobno nie samym teatrem człowiek żyje;). Ale to ściema. Wczorajszy wieczór, ostatnia noc i dzisiejszy dzień pokazują, że jednak samym;))). Czytałam, czytałam, dumałam, nie spałam... Chociaż po dwukrotnym przeczytaniu 45 stron TAKIEGO TEKSTU pewnie nikt by nie mógł normalnie spać. Efekt: śpiąca, ale wielce zadowolona z zaznajamiania się z tekstem:). W takich chwilach robię się zachłanna i czekam na więcej.

Bosz, padam na nos, dopiero wróciliśmy z festiwalu. Muszę się jeszcze przygotować do jutrzejszej konferencji prasowej. Po niej - cały dzień w Cieszynie.
Idę. Czasu zero.
Z.

czwartek, 26 sierpnia 2010

tajfun

       "Musimy porozmawiać" - jeden z najstraszniejszych zwrotów, jaki można usłyszeć. Padam na zawał jak mówi to do mnie ktokolwiek. Padam na rozległy zawał, gdy mówi to do mnie szefowa. A kiedy wchodzę do gabinetu, a szefowa zamyka drzwi, można już wzywać karetkę. Drzwi do szefowej zawsze są otwarte. Dziś zamknęłyśmy się w środku na bardzo długo.
       Tak samo dużo jak o przyszłości, mówiła mi o przeszłości i o tym, co ma wpływ na naszą obecną działalność. Pewne sprawy mi się wyklarowały, o innych nie miałam pojęcia, a o jeszcze innych wolałabym w ogóle nie wiedzieć. Słuchałam bardzo uważnie, a to i tak był tylko wstęp do Bardzo Ważnego Spotkania, na które poszłam z szefową jak już otworzyłyśmy te drzwi i mogłam wyjść: bogatsza o wiedzę ciężką jak katafalk, wystraszona i mocno skołowana.
       Spotkanie z ludźmi z innych działów było bardzo potrzebne - mamy ważny projekt do zamknięcia i bardzo krótki deadline, współpraca jest niezbędna, bo inaczej wszyscy popłyniemy. Dla mnie ogromny kawał pracy i równie ogromna presja. Później jeszcze jedno spotkanie. Efekt był taki, że do domu dojechałam ponad 3 godziny później niż planowałam. Zestaw złożony z jednego wielkiego szarego mruczącego kota + jednej małej białej tabletki + jednej piosenki słuchanej w kółko i w kółko trochę mnie opamiętał. Potwornie potrzebuję tego, żeby ktoś, komu wierzę, przekonał mnie, że sobie poradzę, albo żeby chociaż próbował. W głowie jakby mi przeszedł tajfun.
       Moja przyszłotygodniowa delegacja będzie miała miejsce tylko na papierze: nie wyrobię się jak będę poza biurem. Festiwal miał być ciekawą odskocznią, a będzie technicznym, logistycznym i energetycznym problemem. Potrzebuję swojego samochodu, swojego kompa z szybkim netem i swojego łóżka, a według organizatorów śpię tydzień poza domem, jeżdżę tylko autobusami z zespołami, nie chodzę do biura i nie mam dostępu do netu. Nierealne. Jutro więc rozmowa z dyrektorem festiwalu.
       Tajfun, tajfun... Do słuchania Tajfun18. Nie może być inaczej. Niezmiennie genialne. Może by tak wyciągnąć na kawę tego, kto "Sen numer 9" Davida Mitchella przerobił na "Tajfun18"...? Chyba czas się odezwać. Do przemyślenia na lepszy nastrój. Póki co - masakra i kryzys.

ZZZ (Zagubiona Załamana Zołza)

wtorek, 24 sierpnia 2010

szukając Ireneusza J.

        Kilka dni temu do naszego działu przyszedł mail z Oslo. W dziale obcojęzyczne maile są zsyłane do mnie, ale ten był inny niż reszta. Napisał do nas Norweg, który szuka swojego przyjaciela sprzed lat, Ireneusza J., ale stracił do niego wszystkie kontakty. Zwrócił się do nas, bo ostatni czasowy adres korespondencyjny (w Cieszynie), jaki do niego miał, należał właśnie do nas. Ale było to w... 1989 roku. Norweg napisał, jak nazywa się facet, którego szuka, ale nie napisał, co on dokładnie w tym Cieszynie robił. Napisał też, z kim ożenił się Ireneusz (Norweg więcej napisał o tej żonie niż o swoim koledze;) ), co ta żona robiła i jak miała na imię. Napisał też, że pan Ireneusz był u niego w Norwegii i że on sam odwiedzał go tutaj, w Polsce. I że bardzo mu zależy na kontakcie, bo przyjeżdża do Polski i bardzo chce się z Ireneuszem spotkać po tych wszystkich latach. Mail nosił znamiona wczesnego stadium desperacji...
        Myślałam, że to 5 minut roboty - zlokalizować w archiwum kogoś, kto był z nami jakoś związany, nawet jeśli było to 20 lat temu. Już pierwszy wykonany telefon udowodnił mi, że może być ciężko, bo stare archiwum nie jest zdigitalizowane, a nowe mamy dopiero od kilku lat. Na szukanie w starym mamy za mało informacji. Później jeszcze dwa, trzy niewiele dające telefony i moja decyzja: Norwega tak zostawić nie można! a ja tego Ireneusza dla niego znajdę!
        Różnymi drogami szukałam pana Ireneusza od zeszłego czwartku. Dumałam, knułam i zastanawiałam się, czy się da. Ostatecznie wczoraj dostałam jego numer telefonu, chociaż nawet nie wiem, z jakiego jest miasta. Numer podała mi jego - uwaga - była małżonka. I dziś odbyłam z nim oficjalną służbową rozmowę telefoniczną, w której byłam poważna i profesjonalna, a jak usłyszałam jak jemu głos się łamie, to zrozumiałam, że znalazłam tego właściwego człowieka i że było warto:). Wyjaśniłam dokładnie, o co chodzi, on był zaskoczony i w szoku, wzięłam od niego adres mailowy i przesłałam wiadomość od Norwega. Przed chwilą napisał mi "Bardzo Pani dziękuję za pomoc w odnalezieniu mnie..." Czasem trzy kropki mówią wszystko. 
        Nie wiem czemu aż tak mnie ruszyła ta sprawa. Może dlatego, że wiem, jak to jest szukać z kimś kontaktu i mieć wrażenie, że trafia się w mur. Wiem też jak to jest myśleć o ludziach, którzy są zaklęci we wspomnieniach, których nie da się pozbyć (chociaż czasem marzę o kilku sesjach u doktora Mierzwiaka z "Zakochanego bez pamięci", kojarzycie?). Rezultat: UDAŁO SIĘ. Ireneusz J. znaleziony.

        W pracy od kilku dni sytuacja kryzysowa. W sobotę zamiast spać do 10, zwlekłam się o 7 i wyszłam z biura po 14. Wczoraj wyszłam 3 godziny po godzinach. Dziś wydawało mi się, że jest już czwartek, ale podobno jest wtorek. Hmm. Tydzień do wypłaty :-D, a przyszły tydzień - delegacja! 

        Na koniec mój ostatni smaczek: ukraiński folk-rock Вакарчук "Дзвони"

Zołza

niedziela, 22 sierpnia 2010

Ostrava

Kilka zdjęć z Ostrawy. Zwierzaki mnie rozwaliły, szczególnie ta mała panda w budce (właściwie panda mała, ewentualnie "ognisty lis", jak mówią Chińczycy). Małpki z irokezami też były urocze.
Samo miasto duże, fajne, czyste, miejscami bardzo dostojne, mnóstwo pięknych odremontowanych kamienic. Nie było tylko jednego elementu, który powinien być w dużym mieście. Nie było LUDZI. Główne place i szerokie ulice były zupełnie puste, czasem tylko przemknęła jakaś zbuntowana nastolatka albo samotnie bawiące się w fontannie dziecko. I co kawałek te wiszące na drutach buty - coś kompletnie idiotycznego, choć momentami, powiedzmy, że bywa malownicze (w Kato takie dziadostwo wisi np. na Jagiellońskiej). Na koniec siedziba rady miejskiej. Ta wieża i to, co stoi przed budynkiem, sprawiły, że ucieszyłam się, że nie ma takiego samego u nas;).




Oczywiście wszyscy wiemy, kto jest z Ostravy.

Zzzz (padnięta po jednodniowym weekendzie)

sobota, 21 sierpnia 2010

trzy bilety na intercity

Taaak, widziałam wcześniej "Intercity". Pytanie... Pfffff!

Raz. Korez zimą 2008. Do teatru razem ze spektaklem najwyraźniej przyjechał tylko jeden zielony plakat. Już na wejściu postanowiłam go gwizdnąć, ale resztki zdrowego rozsądku kazały mi poczekać do końca. I jak już wszyscy sobie poszli, uznałam, że jednak nie jestem w stanie go buchnąć ze ściany, więc poszłam do biura powiedzieć, że go buchnę;). Długo u mnie wisiał, obecnie przebywa na szafie.

Dwa. PKZ w DG, maj 2008. W tym czasie chora, załamana i blada nie bywałam na uczelni ze względu na kryzys energetyczny, ale na spektakl jakoś się trochę tej energii znalazło. Po sztuce z Pałacu wyfrunęłam jak na skrzydłach: zaczepiłam jednego z technicznych i zapytałam, czy zaprowadzi mnie do garderoby. A on - wariat - po prostu mnie tam zaprowadził. Gdybym wiedziała, że to aż tak proste, pewnie zrobiłabym to dużo wcześniej. Nie pamiętam ani słowa z tamtej rozmowy... Tak potwornie żałuję że nie pamiętam ani słowa!!!

Trzy. Magazyn Ciekłego Powietrza, przed chwilą. Po dwóch latach znów ten sam spektakl i emocje niby ciągle podobne, ale przecież ich natężenie zupełnie inne. Poza tym przemiła kawa, tłum ludzi, kolejka jak diabli i długie oklaski. Wieczorem bardzo szybko się wyludniło, co umożliwiło ujawnienie się wszystkim rogatym duszom. Jak w tej piosence "chcę oglądać twoje rogi (rogi rogi rogi...)".

Jutro w pracy będę się od rana szczerzyć jak głupek. Uwielbiam ten postspektaklowy stan;).

Zołza Rogata

czwartek, 19 sierpnia 2010

Pan Folder i reszta

Chaos, chaos. W pracy nawał pracy.

- piszę pierwszy w życiu scenariusz. Tzn. jeszcze nie piszę, póki co zbieram pomysły i oferty, bo nie mam jeszcze wykonawcy. Wczoraj dostałam namiar na Bardzo Profesjonalnego Operatora, Scenarzystę i Filmowca z TVP i bałam się do niego dzwonić. Zadzwoniłam dziś o 9 rano, a już w południe byliśmy na bardzo fajnej i bardzo służbowej (bo w godzinach pracy) kawie w Altusie.  Świetny gość, urzekł mnie bardzo, szkoda że potrzebuję jeszcze dwóch innych ofert... Opamiętał kilka dotychczasowych pomysłów, sam co nieco zaproponował, spisał bardzo wstępny kosztorys. Czasu mało, ale powoli wyłania się z tego jakiś kształt. Przeraża mnie ogrom tego przedsięwzięcia i jego koszty. Na szczęście na poziomie dumania jesteśmy w trzy osoby, ale z mojego biura jestem tylko ja. Oczywiście myślami jestem już na planie zdjęciowym z ekipą;). Taaak!

- spotkania w sprawie filmu trochę odciągają mnie od mojego biurka i kompa. Od zera projektuję anglojęzyczny folder, roboczo zwany przeze mnie czule "Panem Folderem" lub z pobłażaniem - "Ulotą" . Jutro poważna-rozmowa-z-szefową, więc dziś w domu po pracy spędziłam jeszcze całe popołudnie z Panem Folderem... Dość na dziś.

- napisałam pierwsze w życiu podanie o pięciodniowe oddelegowanie z miejsca z pracy na przełomie sierpnia i września, bo wiem, że nie będę w stanie pracować od 8 do 24 przez tydzień. Sprawy festiwalowe naprawdę zaczynają galopować. Kolorowe, głośne szaleństwo coraz bliżej.

- czy teraz już zawsze tak będzie, że każdy kolejny tydzień będzie szybszy od poprzedniego?

Z.


ps. dialog przez telefon, ja dzwonię, ktoś odbiera, a ja słyszę tylko trzaski.
JA: halo...?

ONA: haaalo.
JA: to ty...?
ONA: nie, kurwa, bazyliszek.
;)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

bilety - znów

Dwie burze, sześć ulew, trzy ekstremalnie długie korki, popalona sygnalizacja świetlna i kilka ulicznych rozlewisk. Kilkadziesiąt kilometrów w miłym towarzystwie, a po drodze Akant. Trochę wspomnień, aktualne wieści, historie jak z kiepskiej telenoweli. I dwa bilety wstępu na piątek. Grzywka cała w deszczu.
Z.

PS Przyczepiła się dziś do mnie piosenka zespołu którego wcześniej nigdy nie słuchałam. Nic o nich nie wiem, ale piosenka jest najsmutniejsza na świecie. Jakby mi było mało, nie mogę się jej pozbyć. Może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz...

piątek, 13 sierpnia 2010

panieński

wróciłam (siłą woli) z piotrowic z wieczoru panienskiego. bylo megagenialnie, a ja bylam najpiekniejszym diablem na całej imprezie. nie mam najbledszego pojecia gdzsie jest mój ogon i gdzie są moje rogi. rogi ostatnio miała panna młoda, ale długi sterczacy czerwony spiczasty na koncu ogon zniknąl. i gdzie są moje widły?
zabił mnie ten tydzien, te pietrzące się problemy, a na koniec rozwaliła mnie ta impreza, bylo super. jutro zobacze fotki. a dzis w pracy umarlam z radochy, bo moj projekt (nad ktorym dumam od kilkunastu dni) sie podoba i ma szanse na realizacje i na miejsce w budzecie. w zwiazku z tym wieczorem na imprezie umarlam z radochy ze pracuje z takimi ludzmi.
panna zet.

czwartek, 12 sierpnia 2010

bilety

Warszawskie "Pomalu" w zasięgu ręki. Koniec listopada. Nareszcie.

Z.

środa, 11 sierpnia 2010

prawie Nohavica

Dwie historie z Nohavicą w tle. Z Nohavicą, którego uwielbiam, który mi w głowie nabałaganił i który mnie wzrusza zawsze tak samo.

Pierwsza historia z Nohavicą w tle:

- czas akcji: dziś, 21.00
- miejsce akcji: nasz dom
- dodatkowe informacje: w tle mecz Polska - Kamerun

Uznaliśmy rodzinnie, że mecz Polska - Kamerun to będzie rzeź niewiniątek i że tego się nie da oglądać bez cin cina. Traf chciał, że godzinę wcześniej z samochodu przyjaciółki wyniosłam najprawdziwszą blond perukę. Taką wiecie, typ Krysia, długość do ramion i postrzępione końce, grzywka i niesforne kosmyki. Najpierw przymierzyłam ją ja (efekty na facebooku), później Mama, a na końcu Ojciec. Jak Ojciec układał perukę przed lustrem, Mama popłakała się ze śmiechu i w końcu wykrztusiła: "Nohavica!" Przyznałam jej rację, że identyczni. To spowodowało, że przypomniałam sobie drugą historię.

Druga historia z Nohavicą w tle:

- czas akcji: maj 2010, koncert Nohavicy
- miejsce akcji: Korez
- dodatkowe info: Ojciec pierwszy raz ogląda Nohavicę na żywo

Po kilku miesiącach od momentu kupna biletów, siedzimy na widowni, słuchamy i jest bardzo pięknie. Gdy Nohavica śpiewa "Sarajewo", mój Tata doznaje olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku i nagle mówi mi na ucho: "Ty! Przecież to Talarczyk śpiewał!" Wymiękłam.

Zet.

PS Jak wczoraj przed 22 (!!!) kładłam się spać, było gorąco, zasnęłam więc w bokserkach i jakimś tiszercie. Rano było mi jakoś niewygodnie, coś mi przeszkadzało. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że na ten letni zestaw mam założoną zimową piżamkę w łosie, jakbym spała na Syberii. Oczywiście nie pamiętam momentu szukania i zakładania zimowej piżamki, więc już o 6 rano umarłam ze śmiechu nad swoją głupotą. I jeszcze teraz ta peruka. Aaa...

serwis techniczny


Z.

wtorek, 10 sierpnia 2010

i do jaskini

Poniżej historia, która mnie zmiotła:).

Koleżanka, największa intelektualistka jaką znam, piękna, mądra, wykształcona i ambitna, zdaje mi relację, jak poznała jakiegoś cudownego Skandynawa. Twierdzi, że zjawisko, że ten błękit oczu, że nogi się jej ugięły jak go zobaczyła. I dalej mówi mi tak: "pogadaliśmy o książkach, wziął mój adres facebookowy. Niestety - pipa - zamiast mnie zaprosić na kawę, to pisze, że może mi podać nazwiska szwedzkich pisarzy... ja chyba padnę... są gdzieś jeszcze prawdziwi faceci, co to za włosy i do jaskini???"

Nie chciałam jej martwić, że dzisiejsza Wyborcza podała, że na świecie jest prawie 130 milionów książek, w związku z tym jeszcze bardzo długo mogą rozmawiać tylko i wyłącznie o książkach, choćby nie wiem jak było to dla niej frustrujące. Trzymam kciuki za nią, żeby się o tym nie dowiedziała, i za niego, żeby się chłopak opamiętał;).

Z.

niedziela, 8 sierpnia 2010

rosyjskie opowieści

Kilka tygodni w pracy udowodniło mi, że angielski i włoski to trochę za mało. Wspomniałam więc Szefowej, że mogłabym zacząć uczyć się kolejnego języka. Ze względu na planowaną ekspansję promocyjną na rynki wschodnie, wyraziłam chęć i gotowość do nauki języka rosyjskiego. Wiedziałam już, że jest taka opcja, że w ramach projektu rządowego pracodawca może wysłać pracownika na jakieś potrzebne w pracy kursy, jednak  dotyczy to tylko kadry zarządzającej. A ja jestem przecież tylko żuczkiem z małym stażem, więc nadziei wielkich nie miałam. Tymczasem w piątek przed końcem dniówki przyszła do mnie Szefowa i rzecze: "Zaraz mi tu podpiszesz lojalkę... IDZIESZ NA ROSYJSKI!!!!" Okazało się, że na poziomie Szefa Wszystkich Szefów zapadła decyzja, że to WSKAZANE, żebym uczyła się rosyjskiego i wykorzystywała nowo zdobytą wiedzę w kontaktach z Ukrainą, Kazachstanem i całą resztą Wschodu, w tym z Chinami. Ucieszyłam się bardzo, bo mało co cieszy mnie tak, jak zaczynanie czegoś od zera. 

Moja znajomość rosyjskiego ogranicza się do średniej rozpoznawalności znaków cyrylicy (a może to grażdanka?) i kilku bardzo przydatnych zwrotów: potrafię kupić bilet na pociąg pospieszny, potrafię zamówić zupę pomidorową, zapytać o walizkę i przewodnika, powiedzieć: pokaż mi swojego psa, umiem wyrazić swój zachwyt nad czymś i... i to chyba tyle.

Pochwaliłam się rodzinie, że zaczynam naukę trzeciego języka. Każdy miał dla mnie jakąś opowieść z rosyjskim w tle. Przytaczam je poniżej:

Tata: W szkole musieliśmy pisać listy z kimś z bloku wschodniego. Pisałem te listy i pisałem, a te które dostawałem, podpisane były "Żenia", byłem więc pewny, że to dziewczyna. A później okazało się, że to był Gienek!

Brat: Byliśmy w szkole takimi debilami z ruskiego... Na każdej lekcji, za karę za zachowanie musieliśmy na tablicy pisać datę słownie, jakby nie można było normalnie, cyframi. No i chodziliśmy do tej tablicy, ale cyrylicy przecież nie znaliśmy, więc uczyliśmy się fonetycznie, po polsku, jak to napisać, żeby wyszło niby po rusku. I stało się pod tablicą, a pod nosem burczało się coś co brzmiało "gebambcom gebahocma bocmogo zoga", co znaczyło chyba 1998...

Ciotka: Tak, pisaliśmy te listy! Koleżanka miała na nazwisko Flondro i notorycznie dostawała listy, które zaczynały się od "Darogaja Flondro". Nie dawaliśmy jej żyć. A oni mieli takie piękne pismo...

Mama: W tych listach wysyłaliśmy sobie zdjęcia aktorów wycinane z gazet, a później na lekcjach musieliśmy udowadniać, że faktycznie z kimś korespondujemy, opowiadaliśmy o tych ludziach jakbyśmy się znali, a nigdy do końca nie mieliśmy pewności, czy to chłopak czy dziewczyna. Ale na studiach niczego nie uczyłam się tak jak rosyjskiego. Egzamin był straszny. Wiadomo było, że profesor zalicza na dobrą ocenę tylko dziewczynom w niebieskich bluzkach. W całej grupie tylko jedna miała niebieską bluzkę, czasy były ciężkie, bez kolorów. No to myśmy wszystkie zdawały w tej jednej bluzce, na korytarzu się ją przebierało.

Ja: Po semestrze nauki rosyjskiego (tzn. wykańczania kolejnych rusycystek i radowania się z wciąż odwoływanych lekcji) trochę umiałam cyrylicę i umiałam też na pamięć trzy czytanki: o Moskwie, o Petersburgu i jakiś tekst o Sosnowcu. Z taką wiedzą pojechałam na obóz językowy, taki z angielskim i ze snowboardem. Mieszkała z nami bardzo fajna grupa z Ukrainy, a wśród nich był czarnooki i przystojny Igor z Kijowa. Za Igorem trudno było nie wodzić oczami (szczególnie jak miało się te 15 lat), bo był przeuroczy, więc uznałam, że go poderwę na mój biegły rosyjski;)). Oboje mieliśmy ubaw, jak prezentowałam mu znajomość słownictwa i zwrotów, a na koniec opowiadałam mu o Sosnowcu. Szło mi całkiem nieźle, kilkanaście zdań, ale po chwili zorientowałam się, że te trzy czytanki najwyraźniej zlały mi się w jedną, bo powiedziałam mu, że w Sosnowcu rabotajet metro. Wtedy on był faktycznie zaintrygowany moją opowieścią - wcześniej widocznie bał się, że jestem z jakiejś robotniczej pipidówy. A on grzecznie przyznał, że skoro tam rabotajet metro, no to musi być faktycznie jakiś balszoj gorad! Mogłam mu też powiedzieć, że u nas toże Ermitaż albo Mauzoliei Lienina... 

Jeśli więc podczas najbliższej debaty budżetowej na przyszły rok nic się nie zmieni, od nowego semestru uczę się rosyjskiego od podstaw. Jeśli macie swoje rosyjskie opowieści, chcę je usłyszeć.
Złośnica

piątek, 6 sierpnia 2010

no to krzyż

Nie mogłam się powstrzymać. Chociaż w sumie czemu miałam sobie na blogu nie pierdyknąć krzyża??? duże


Ale idę stąd, bo coś mnie łupie w krzyżu.
Z.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Nicest Thing

Płyta Kate Nash "Out of bricks" dwa lata temu zmieniła moje podejście do śpiewających kobiet. Po kilku latach wsiąkania w mysłowickie środowisko, w którym 99% stanowili śpiewający faceci w wytartych dżinsach, nagle zachwyciłam się Kate, uroczą, dziewczęcą panną z gitarą. Władająca najbardziej londyńskim z londyńskich akcentów, wydała zadziorną płytę, z której singiel "Foundations" rozwalał i na poziomie muzyki, i wykonania, i teledysku. Później był wysyp tych grzywiastych pannic, co jedna to mniej grzeczna, ale żadna nie nagrała tak udanego i charakternego materiału jak Nash.
Mam kilka takich kawałków, do których wracam niemal podświadomie jak potrzebuję / jak narozrabiam / jak nie wiem co ze sobą zrobić. Bywa tak, że przeglądam moje 40 giga muzyki i uznaję, że nie mam nic na taki dzień, na taki humor. Wtedy najczęściej leci "40 days" Lali Puna, "Z biegiem czasu" Delonsów albo "Nicest thing" Nash, które wrzucam Wam poniżej. Na taki dzień, na taki humor... Wahałam się, którą wersję wrzucić (jest na youtube genialne wykonanie tej piosenki z Abbey Road, polecam), ale uznałam, że ta słodka animacja się sprawdzi.



I wish that you knew when I said two sugars, actually I meant three... No przecież genialne.

Zzzzz

ps. albo nie. nie będzie ps., bo wtedy już na pewno uznacie, że zdurniałam do reszty, a tak to jeszcze mogę sobie poudawać że wszystko ok.

środa, 4 sierpnia 2010

całe cudne dwudzieste stulecie...

Tour de Pologne skutecznie zablokował centrum Katowic na kilka godzin. Gdy po 14 wracałam do domu, na innych pasach ruchu panował nastrój powszechnego exodusu - z miasta ulatniali się wszyscy, którzy tylko mieli możliwość. Wyścig punktualnie przemknął mi przed nosem drogą wylotową z Sosnowca. Trwało to może 10 sekund, a przejazdowi kolorowego peletonu towarzyszył niesamowity szum i dziwny ruch powietrza. Katowickie pętle wolałam oglądać w telewizji, tym bardziej że ujęcia z helikoptera były obłędne.

Wieczorna "Kometa" na Mariackiej była, hmm... (tu brakło mi pomysłu na opis i epitety, bo o "Komecie" na blogu pisałam już wiele razy; bo opowiadałam o niej wszystkim znajomym; bo niezmiennie jest moim ulubionym spektaklem, którego niezależnie od okoliczności od długiego już czasu nie potrafię sobie odmówić). Wczoraj w tłumie widziałam wiele znajomych twarzy, ze studiów, z koncertów, z teatrów. Było mnóstwo ludzi i fajna atmosfera, taka, która pozwala schować się na te kilkadziesiąt minut. Uwielbiam to "całe cudne dwudzieste stulecie..."

Trzęsłam tyłkiem przed wielce daleką i niebezpieczną podróżą do dzikiej krainy zwanej Jaworznem. O ile w tamtą stronę jeszcze miało być łatwo (odwoziłam mieszkającą tam Mrówkę, więc uznałam, że wie, gdzie mieszka i że powie mi, którędy jechać), o tyle samotny powrót po 23 jawił mi się jako długa i mroczna przeprawa przez wielkie i nieznane miasto. Przeplotkowałyśmy te kilometry, omawiając sprawy trudne i zdecydowanie zanadto zajmujące naszą uwagę. Później udało mi się wyjechać z osiedla, nie pomylić wyjazdów na rondach, znaleźć jakąś znajomo wyglądającą drogę i właściwie pustym pasem wrócić do siebie. Demon szos;)...

Spałam niecałe 6 godzin, co rano próbowałam zamaskować 1. krawatem 2. jasnym makijażem 3. dużą butelką red bulla. W pracy jednak na szczęście nie było mi dane zasypiać nad papierami, bo miałam spotkanie podsumowujące ostatnie 3 tygodnie pracy nad nowym planem. Spotkanie trwało prawie 4 godziny, co czuję dopiero teraz (ziew...), więc zanim zabiorę się za pilną naukę włoskiego, zobaczę co tam udało mi się wczoraj nagrać na sztuce. Boże, ten włoski! W planach intensywna nauka trzeciego języka. Normalny człowiek już by się puknął w głowię, a ja w to idę. Brak instynktu samozachowawczego czy jak?

panna Zet.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Tour de Pologne w Sosnowcu

Nie ma to jak wyjść z domu i na końcu swojej ulicy zobaczyć coś takiego:
Z.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

nietoperze

Obiecałam, że pokażę nietoperze.

Początkowo miał być tylko jeden na płaszczyku, ale jak zobaczyłam te bliźnięta to uległam ich urokowi i przyleciały do mnie całą trójką. Padłam. Jak na mieście zobaczę, że ktoś idzie w takich samych, to urwę razem z uchem;).
Zet.

PS
...ilekroć mnie widzisz, mówisz to samo / masz pretekst bo jesteś historią wyssaną / z palca... 
Znowu słucham "Nieprawdziwej historii".

niedziela, 1 sierpnia 2010

demon domówek

Dobry wieczór Państwu, minęła 21, czas na skrót najważniejszych wiadomości...

* Piątkowa impreza upłynęła pod znakiem typowo babskich jeremiad. Wieczór nadgryzany był przez środowiska feminizujące, lecz również nie dało się uniknąć poglądów, które szerzą początkujące i umęczone Matki-Polki. Konkretnych tematów nie będę przytaczać, żeby jeszcze bardziej nie podpaść. Wszystkim obecnym udało się jednak dojść do pełnego empatii porozumienia nad pizzą i kokosowymi drinkami. Obecny na imprezie Edward został przyjęty z sympatią - może dlatego, że był naturalnej wielkości i z kartonu.

* Sobotnia impreza (nota bene w moim domu) trwała nieco ponad 5 godzin, ale przygotowania do niej - dwa razy tyle. Powinnam dostać medal (np. z ziemniaka) za jednoosobowe zarządzanie czasem. Ogarnianie parteru, piętra, kuchni i tarasu, wielkie zakupy (ledwo zmieściły się do bagażnika, hmm...), pieczenie muffinków z jagodami i niekończąca się walka w kuchni zajęły mi calutki dzień, ale efekty były  - mam nadzieję - zadowalające:). Narobiłam się, szalałam z piecem, z mopem, z jakimiś orientalnymi przyprawami i ze stronami www na temat kieliszków (laik, laik...). Gdybym robiła to wszystko na wysokich obcasach, mogłabym zagrać w reklamie proszku do prania albo Ludwika i udawać idealną żonę. Cudownie. A później zapełniło się przed domem i na tarasie, muzyka grała bardzo gitarowo, towarzystwo dogadywało się świetnie, było dużo nastrojowych świeczek tu i ówdzie, słowem: wszystko się elegancko rozkulało. Jestem demonem domówek;))).
Na koniec podrzucam foto "making of... muffinki";). Gdyby ktoś potrzebował czegoś "przez żołądek do serca", mam sprawdzony przepis. Tzn. efektów niestety nie gwarantuję, ale muffinki wychodzą super.

A jutro pokażę Wam moje nietoperze. Padniecie.

Humor mimo wszystko nadal bardzo średnio. Niestety nie wszystko da się zagłuszyć imprezami. A szkoda.

Zołza