wtorek, 31 sierpnia 2010

dwa dni z festiwalem


Dwa dni w biegu. Poniedziałek, przed 8 wpadam do biura. Kanty, obcasy, konferencja prasowa za 2,5 godziny, a ja w kawałkach. Teczki dla dziennikarzy, miliony papierów i materiałów. Dookoła proszę o pomoc i wyrabiamy się bez poślizgu. Teczki na stół prezydialny. Czemu w tym obrusie są dziury wielkości piłek do tenisa…? Po godzinie 10 w najbardziej reprezentacyjnej auli cisza i spokój. A mnie nosi. Schodzą się dziennikarze, władze miejskie, przyjeżdżają zespoły. Początkowo elegancka konferencja zmienia się w tętniące muzyką wydarzenie i jest bardzo sympatycznie. Kiedy jeszcze oklaski nie do końca umilkły, ja zbieram się do drogi. Kanty i obcasy fru! do bagażnika. Trampki, dżinsy, aparat, identyfikator i hura, na Ligotę. Stamtąd do autobusu z jakimiś vipami, których widziałam pierwszy raz na oczy. Słucham imion, nazwisk, stanowisk i zastanawiam się, co tam robię. Tak potwornie nie mój świat, że czuję się jak kosmita. Ludzie w wieku moich rodziców. Butelki z wódką jak na wycieczce szkolnej. Pani rzecznik, pani się musi z nami napić. No ale pani rzecznik…

W Cieszynie zespoły rozeszły się po garderobach teatru, na scenie trzy godziny prób. A ja kręcę się gdzie chcę. Wszystkie balkony, loże, zakamarki, miękki plusz i zakurzone kąty. Ładne miejsce. Najwięcej czasu spędziłam z Białorusinami w garderobie i z Turkami na mieście. Uwielbiam Turków. Im bliżej koncertu, tym większy młyn. Telewizja! Rozmówcy, tłumacze, dyrektor, kilkanaście minut do koncertu. Pierwszy raz sama miałam na głowie ekipę TVP, ale chyba było ok. Na koncercie dziki tłum. Kręciłam się z aparatem, ledwo znalazłam dla siebie miejsce w ostatnim rzędzie na drugim balkonie. Ogromne zainteresowanie i świetny odbiór koncertu.

Po koncercie nagle okazało się, że nie do końca wiem, z kim wracam do Katowic. Znalazłam miejsce w busiku z kilkunastoma Senegalczykami. Znając troszkę ich charakter, całą drogę udawałam, że śpię, żeby nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje. Nie warto. W domu byłam po 23. Martwa po 16 godzinach na nogach.

Dziś w pracy męcząca atmosfera i dziwne nerwy w powietrzu. Nie odrywałam się od mojego kompa, żeby nikomu nie podpaść, poza tym miałam sporo maili do ogarnięcia, więc zagrzebałam się w swoim pokoju i nie wchodziłam nikomu w drogę. Po 12 telefon, że za jakiś czas jest spotkanie artystów z prezydentem i vice-prezydentem miasta, naczelnikiem wydziału kultury i kimś tam jeszcze. No pani rzecznik… No tak. Ok. Zdążyłam i obfotografowałam wszystko i wszystkich, po drodze odpowiadając na milion pytań przed telefon. Wróciłam po 18 i dopiero teraz wygrzebałam się ze zdjęć: wysłałam tym dziennikarzom, którzy na nie czekają, przygotowałam pliki na jutro do pracy i zaktualizowałam program. Jutro jednak nie jadę do Krakowa. Pogoda mnie zniechęciła, poza tym mam milion spraw w biurze, szkoda mi tego jednego dnia.
Lipiec i sierpień (coś, co kiedyś nazwałabym wakacjami) za nami. Ze wszystkimi dziećmi łączę się w bólu z powodu powrotu do szkół. A ja od jutra zaczynam pracować w godzinach 7.30 - 15.30. (choć jak widać świetnie idzie mi praca do nocy, w weekendy, po godzinach itd). Wykonałam skomplikowane działania matematyczne i wyszło mi, że będę musiała wychodzić z domu o 7 rano. Dziwnie, bo normalnie o 7 rano biegam boso po domu w bokserkach i w turbanie z ręcznika na głowie, jedną ręką malując rzęsy tuszem, drugą pilnując żeby nie wylać kawy. To w ogóle wykonalne, żeby wstawać jeszcze wcześniej?
A teraz idę czytać. Zaczęłam czytać w pracy, ale to nie to samo. Pożeram każdą linijkę z tych plików, które przychodzą i cieszę się jak dziecko, że mogę zniknąć na trochę w tym świecie. Z jednej strony książka, którą uwielbiam, a z drugiej człowiek, który ją przefiltrował po swojemu. Znikam na dziś.
Z.

Brak komentarzy: