wtorek, 28 września 2010

I'd like...

Czasem kradnę znajomym muzykę. Tę bajeczną piosenkę ukradłam koleżance ze studiów z soupa. To ten typ piosenki, do której już po jednym przesłuchaniu na wiele miesięcy przykleja się etykietka z napisem "ulubione".

Zespół Freshlyground z Republiki Południowej Afryki. Czemu wpadam na nich dopiero teraz...?

Posłuchaj.

poniedziałek, 27 września 2010

debil

Tak kiepski dzień może uratować tylko dobra piosenka. Chociaż w sumie nic nie zapowiadało tej masakry i tego, jak potwornie się sama na sobie zawiodłam. Cały dzień do dupy. Debilem jestem. Nastrój bardzo zły i same minusy.
Do słuchania na ten zły wieczór Вакарчук "Дзвони"




















Jedyny mały plus jest taki, że puściłam nową recenzję na net. I to plus tylko dlatego, że już jutro będę mogła myśleć o czymś innym. Choć obecnie nie bardzo mam o czym.
Cholera, miało być inaczej. Dobry nastrój zniknął.
Z.

sobota, 25 września 2010

piątek, 24 września 2010

znów

tak, znów. gdyby nie ta dzisiejsza sztuka, z nerwów zgłupiałabym w pracy już w środę. a tak to dałam radę do piątku. dziś w południe materiały do mojego folderu (126 stron, choć planowałam 60) zostaly wysłane do drukarni. wczoraj kwitłam nad korektą przez 10 godzin. zostało mnóstwo drobiazgów, takich błędów, których poprawianie uniemożłiwiłoby (jest w ogóle takie słowo?) nam druk w terminie. poszło do druku i odpowiadam za każdy z tych błędów i mogę mieć teraz bardzo poważne kłopoty (tak bywa, gdy się zdjęcia pięciu najważniejszych osób puszcza bez pytania ich o zgodę). z nerwów mój organizm głupieje, reaguje w obcy dla mnie sposób i w ogóle mnie nie słucha. powtarzam, gdyby nie dzisiejsze wyjście, zwariowałabym. niezliczoną ilość razy w tym tygodniu myślałam byle do piątku, do teatru, spuście mi na łeb trochę ciemności i dajcie mi święty spokój. tak jakby to faktycznie miało coś dać. a ja jestem mistrzem świata w oszukiwaniu samej siebie. przecież to nie zmienia nic. tylko ja jak debil muszę sobie wmawiać, że coś zadziała. żeby coś strasznego przetrzymać, muszę na coś czekać, mieć coś w bliskiej perspektywie. miałam, dałam radę. drukuje się. musi być w terminie. musi.
mój nowy wywiad jest już od rana na necie. do przodu. dalej.
po powrocie do domu zatopiłam się w rumuńskim winie z Tatą. każde z tylko sobie znanych powodów. mnie na przykład zaczyna brakować dystansu. no i jestem ekstremalnie zmęczona. i serce mnie boli. to jakaś ściema, że ma się serce z lewej. ja mam pośrodku, przynajmniej pośrodku boli. spać, spać... zaraz.
a Kometę uwielbiam ponad wszystkie inne spektakle. tak jak byłam 25 razy na myslovitz (gówniara byłam, ale sie nie wypieram, bo było naprawdę fajnie), tak jak kilkanaście razy bylam na Delons (i nigdy więcej, niestety), tak jak wraca się w miejsca, w których czuje się dobrze, tak jak wraca się do książek, które wszystko zmieniają, tak ja czasem potrzebuję Komety, bo jest niezmiennie fajna, bo jest gwarantem zniknięcia w zupełnie innej rzeczywistości, bo znam ją na wylot, bo wciąż wyzwala emocje, bo to, bo tamto, bo milion innych powodów, bo każda piosenka i bo to już było ostatni raz... znów, znów, znów.
pracafolderkometawypłatanativekorezcareeropportunitiesurlopbiletywywiadkoordynatorcieszyńskatachykardiasensensensensen...
zzzzzz...........

wtorek, 21 września 2010

weekend we wtorek

Wyszłam z pracy o czasie! Od trzech tygodni jak dzika walczyłam z materiałami do megawielkiego i megaważnego angielskiego folderu. Tylko siedzenie po godzinach mogło uratować te plany, które próbowałam jakoś poukładać. Ostatni weekend spędziłam nad tymi wszystkimi papierami i dwoma kompami, jak rasowy pracoholik od 7 rano poprawiając, dumając i przekładając. W pewnym momencie straciłam poczucie tego, co już mam, na co czekam od tłumacza, a na co od native speakerów. Żeby zupełnie nie zgłupieć, poszłam z Tatą do Spodka zobaczyć jak nasze siatkarki spuszczają łomot Chorwatkom:). W niedzielę popołudniu szybki wywiad przed premierą w BB. Bałam się jak głupek, no i dalej tak do końca nie wiem, jak to się stało, że do tego wywiadu w ogóle doszło. Hmm. A sztuka jak najbardziej przekonuje - było o czym gadać w korku na wylocie z miasta. W drodze do domu zabraliśmy ludzi, których auto odmówiło dalszej posługi gdzieś pod lasem. Podobno już tracili nadzieję, że ktokolwiek zareaguje na ich machanie: późno, ciemno, krzaki jakieś dookoła, dajcie spokój. A my przejechaliśmy obok nich, po chwili zaczęło nas kąsać sumienie i się wróciliśmy;). Wbrew nerwom i służbowym stresom, weekend był megazajebisty, a ja przeszczęśliwa i pewnie jeszcze długo będę korzystać z tej energii. Wczoraj jeszcze pracowałam ponad normę, dziś od rana przekraczałam własne możliwości i... wysłałam materiały i wytyczne do grafika! To oczywiście nie koniec, ale na pewno ten hardkorowy etap już za mną. Odpocznę chwilę i wezmę się za  wywiad, bo to nie powinno czekać.  Wyszłam z pracy o czasie i mam luz do jutra. Normalnie weekend we wtorek!
z.

ps Moja kilkudniowa korespondencja z doktorem Erikiem, nativem który robił dla nas ostateczną korektę, była przeurocza. Początek mieliśmy ostry, przez telefon. Szefowa do niego po polsku, on po angielsku. Przejęłam słuchawkę i do niego po angielsku, na co on do mnie normalnie po polsku. Później w mailach oboje po polsku, ale po dwóch wiadomościach już tylko po angielsku. A nad tym sms-em padłam ze śmiechu. On pewnie padał nad moimi mailami. Jakaś sprawiedliwość musi być.


poniedziałek, 20 września 2010

notoryczni debiutanci

Podrzucam Wam piosenkę, której nie da się przesłuchać tylko raz, przynajmniej ja nie potrafię. Zazwyczaj przy niej dopada mnie syndrom zapętlonej piosenki, w kółko i w kółko... Ten kawałek pulsuje energią, ma bardzo zgrabny tekst i świetnie się go śpiewa w aucie;). Zwrotnik kota, zwrotnik psa, zwrotnik czasu...




















Nie pisałam jeszcze, że podpisałam nową umowę o pracę:). To będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez wspomnień i rozczarowań?

panna Z

niedziela, 19 września 2010

19 września

Tak się dzisiaj czuję:

Cudowny dzień :) Tyle radości, tyle dobrych myśli! Uprzejmie zwracam się z prośbą o przedłużenie dnia 19 września o kilka godzin, żebym się jeszcze przez chwilę mogła pławić się w  tych bardzo pozytywnych emocjach... Kawa! Wywiad! "Norymberga"!

Z.

piątek, 17 września 2010

jedno foto z planu

Wczoraj w pracy dostałam do ręki dwa karnety na 3 dni meczów (meczy?) siatkówki do Spodka. Jak na skrzydłach wróciłam do swojego biura, po drodze planując, że miło spędzę weekend z ojcem, bo z nikim tak dobrze nie chodzi się na mecze do Spodka, jak z Nim. Po chwili jednak przypomniałam sobie, gdzie teraz pracuję i dotarło do mnie, że 1. pewnie dziś nie wyjdę o czasie, 2. pewnie będę pracować w sobotę, 3. w niedzielę przecież nowy spektakl w BB. Zadzwoniłam do rodziców z wiadomością, że mam dla nich plany na weekend:)... Uwielbiają siatkówkę.
Moje przepowiednie się sprawdziły. Z pracy wyszłam późnym popołudniem, nawet portier się dziwił. Jutro mam do ogarnięcia ponad 60 stron po angielsku, pokryklanych znakami korektorskimi, które wyglądają jakoś inaczej niż te na których dotąd pracowałam. W niedzielę już w ogóle zero czasu (wywiad! sztuka!) Efekt tego wszystkiego taki, że właśnie oglądam mecz w telewizji, a rodzice z biało-czerwonym szalikiem bawią się w Spodku, a ja czekam, aż pokaże ich polsat. Ojciec ma koszulkę z napisem Najlepszy Tata na świecie, więc wypatruję;).
Humor mam nadzwyczaj dobry. Środowe kręcenie filmu dobrze mnie nastroiło. Wczorajsza dniówka zaczęła się cudownie, przezabawnym telefonem, więc odbijałam się w laptopie i nie wierzyłam, że można się aż tak szczerzyć i mieć tak jasne myśli i usta tak pełne śmiechu. W tych wszystkich nerwach i w tym nawale pracy i odpowiedzialności, ja ostatnio zachowuję się łagodnie jak maskotka. Wystarczy mnie ugłaskać w odpowiednim momencie żeby było pięknie.
Chciałam wrzucić jakieś fotki z ekipą ze środy, ale wrzucam tylko to jedno. Dodam tylko, że kręciliśmy m.in. w Sky Barze (który dla nas otworzyli), pod Pomnikiem Powstańców (wzbudzając pewne zainteresowanie przechodniów), w Wesołym Miasteczku (kręcąc się na karuzeli  i strzelając, żeby dostać pluszaka), w laboratorium biotechnologicznym (w białym kitlu nad mikroskopem), na spotkaniu, na którym 60 obcokrajowców tańczyło poloneza (trochę %), pod archikatedrą, w ciemnościach pod Teatrem Wyspiańskiego (nie wierzyłam, że dotrwam do wieczora)... i w kilku innych miejscach. Poniżej akurat jedziemy do Chorzowa. Kolejne zdjęcia ustawione na 27 września.

 Z.

środa, 15 września 2010

dzień na planie

Było tak:

- od 8 do 20.30 z ekipą filmową
- 7 osób, choć w porywach nawet 70
- jeden bus
- jedna kamera i mnóstwo dodatkowego sprzętu
- kilkanaście najważniejszych miejsc
- dwa miasta
- kilka godzin nagranych ujęć
- cały dzień po angielsku
- kilka drobnych modyfikacji scenariusza
- kilkaset fotek
- mnóstwo śmiechu
- zderzenie kultur i doświadczeń

Pierwszy dzień zdjęciowy (pierwszy w moim życiu i pierwszy tego filmu) uważam za zamknięty. Nie chce mi się wierzyć w to wszystko, co się działo. Zanim pójdę spać chcę napisać, że mam wielką słabość do profesjonalistów. Nasz reżyser i jednocześnie operator był absolutnie fantastyczny. Rano powiedział, że same przekonamy się, że na planie czas płynie inaczej. Gdy żegnaliśmy się godzinę temu (a byliśmy już tylko we dwójkę), przyznałam mu rację. Nie wiem, jak moje serce wytrzymało ten dzień bez buntu. A teraz grzecznie odpocznę i jutro wrzucę jakieś fotki. Niesamowite to było!
Z.

wtorek, 14 września 2010

Dolarem być...

Wieści:
* wczorajsze złudzenie, że pracuję efektywnie, nie było złudzeniem. Dziś, jak zaczęłam drukować materiały do ostatecznej korekty, dotarło do mnie, że odwaliłam kawał roboty i że kilkadziesiąt stron jest naprawdę gotowych. Z tej euforii wytrąciła mnie tylko jedna strona. Jeden jedyny plik tekstowy, przez który rozdzwoniły się telefony na naszych najwyższych szczeblach, przez który musiałam przedzierać się przez pisma sprzed kilku tygodni, przez który zostałam w pracy do 17 i posypały mi się plany na popołudnie. Jeden jedyny plik i banda zamkniętych w swoim światku ludzi. Zachowują się tak, jakby ogłosili niepodległość i jakby pewne kwestie ich nie dotyczyły. A dotyczą. Grrrrr.

* spędziłam 3 godziny m.in. z Jednym z Szefów Wszystkich Szefów, z prezydentem miasta i z jego zastępcą. Takie towarzystwo sprawia, że czuję się niekomfortowo i nie na miejscu. Kolejny raz uratował mnie aparat: miałam co robić z rękami, więc nie wyglądałam na spiętą i przerażoną, tylko na spokojnego, opanowanego (niah niah niah) i profesjonalnego przedstawiciela Gabinetu. I nie uwierzycie - dostałam dziś oklaski od pełnej sali, nawet się słowem nie odzywając. Hmmm...

* przeprowadzam na sobie nocny eksperyment. Skoro mój budzik dzwoni o 5.55 rano* (nad ranem*/ w środku nocy* - niepotrzebne skreślić), próbuję znaleźć optymalną godzinę zasypiania, żeby o tej 6 nie wyglądać i nie czuć się jak zombie. Zaczynałam od kilku minut po północy, efekt był oczywiście opłakany. Co ciekawe, wczoraj zasnęłam o 22.30, a efekt był bardzo podobny. Czasem chciałabym być Dolarem.
* na koniec dobre wieści: w niedzielę teatr! Sezon zaczynamy premierą. Tak!!!

Zzz.

poniedziałek, 13 września 2010

lodówka

Dziś w pracy wyłam ze śmiechu, choć od rana nic na to nie wskazywało. To, że jest trzynastego, uzmysłowiłam sobie dopiero po pracy, o czym za chwilę.
W pracy, zmarznięta i umysłowo wymiętoszona, koło południa pognałam do kuchni, żeby zrobić kawę sobie i praktykantce, która jest w naszym pokoju. W kuchni zastałam J., która właśnie próbowała zlokalizować źródło niepokojących wyziewów z lodówki. Przyglądałam się jej i słuchałam jej komentarzy z zainteresowaniem. A że wychowywałam się ze starszym bratem, jestem przyzwyczajona do dość ekstremalnego i obrzydliwego humoru, którego w tej sytuacji nie dało się uniknąć. Z zaciekawieniem i narastającym rozbawieniem przyglądałam się działaniom J., która z godną podziwu konsekwencją wyciągała z lodówki coraz dziwniejsze okazy puszek, pudełek, konserw i niezidentyfikowanych zawiniątek. Powiem tak: pierwszy raz do tego biura zawitałam w listopadzie zeszłego roku. A w lodówce były rzeczy, które były tam nawet pół roku przede mną. Każdy kolejny okaz powodował, że mój atak śmiechu narastał. Nawet zaangażowałam się w trzymanie kubła, co nie było takie proste, bo bałam się, że to, co wyrzucałyśmy, wyjdzie z biura razem z kubłem, lub - co gorsza - ze mną. Z Brz. czasem śmiejemy się, że jak gdzieś jest taki straszny syf, to to coś, co w nim mieszka, pewnie już stworzyło obcą cywilizację, wynalazło swój własny szybki internet na światłowodach i planuje podbój układu słonecznego. Cywilizacja z naszej lodówki sprawiała wrażenie dużo bardziej rozwiniętej. Obśmiałam się jak fretka. Do końca dniówki wydawało mi się, że pracuję wydajnie. Dostrzegłam jakieś efekty i pełna wiary wyparowałam z pracy na podbój urzędu.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób tzw. normalni ludzie załatwiają sprawy urzędowe, skoro pracują dokładnie w takich samych godzinach, jak urzędy. Jednak w poniedziałek Dzisiejszy Urząd łaskawie jest otwarty dłużej. Miałam więc po pracy godzinę czasu, żeby wyciągnąć jakieś pieniądze, wpłacić je na poczcie i z dowodem wpłaty wpaść do urzędu. Bankomat zlokalizowany przy poczcie odmówił dalszej posługi (trzynastego), więc jak wściekła, ścinając zakręty i miotając słowa powszechnie uważane za wulgarne, wpadłam do domu po kasę. Później na pocztę. Dobrze, dwie osoby przede mną. Zegar tyk, tyk, tyk... 25 minut patrzenia na plecy bałwanów, dla których różnica między listem i paczką nie istnieje lub jest mglista jak te wrześniowe poranki. W myślach pakowałam ich do kartonów i wysyłałam na Wyspy Owcze, priorytetem bez potwierdzenia odbioru. Zdążyłam do urzędu, psiocząc tak, że mi teraz wstyd.
Poza tymi drobiazgami, nad którymi można się uśmiechnąć, martwi mnie nasze kręcenie filmu w środę. Miało być pięknie, tak prognozy mówiły jeszcze kilka dni temu. Teraz już mówią, że będzie deszczowa tragedia. 12 godzin w plenerze? Ranyboskie... A ja nie widziałam umowy, która została dziś podpisana. Nie wiem, co w razie niedotrzymania warunków. Nie wiem, co w razie chęci przeniesienia terminu. Nie wiem, co na to wszystko dział prawny. To niby poza mną, ale nerwy jednak moje.
Jutro wybywam z Jednym z Szefów Wszystkich Szefów podpisywać kolejną ważną umowę z władzami jednego z naszych śląskich miast. Dobrze mi zrobi wyrwać się z biura na trochę, a i ten Szef jest naprawdę fajny. Już raz z nim jechałam. Kierowca prowadzi, ja siedzę z przodu, Szef z tyłu za mną. 

Kierowca: To gdzie teraz jechać, proszę pana?
Szef: W prrrrawo!
Kierowca: Ale proszę pana, jest zakaz...
Szef: No to w lewo!

To tyle. Zzzz.

niedziela, 12 września 2010

do boju, chłopczyku

Musicie posłuchać megawykonania "Pożegnania małego wojownika". Cudne, świeże, zaskakujące.

















Właśnie wróciłam do domu po sobocie i niedzieli w innym świecie. Niesamowite, jak miło jest się razem nie spieszyć. Zupełnie jak wtedy, gdy byliśmy młodzi;))).
Mimo całego weekendu poza domem, stan mojego własnego pokoju oceniam jako katastrofalny. Mam tu burdel jak cyganka w tobołku. W głowie też burdel. W pokoju łatwiej posprzątać niż w głowie, więc chyba zacznę od tej sterty ciuchów na fotelu...
Z.

piątek, 10 września 2010

zorza

Babcia zawołała mnie do siebie, żeby pokazać mi taki widok z okna:
Z.

pt

Normalnie w pracy kryzys energetyczny i głupawę mam parę minut po 13. Dziś dopadło mnie już w samo południe. Może powinnam wspomnieć, że w poniedziałek, wtorek i środę wykonałam gigantyczną pracę nad tekstami (60 stron, phi!), w połowie po polsku, w połowie po angielsku, załatwiając informacje i kombinując, jak to wszystko połapać. Osiągnęłam dziwny stan, w którym dzwoniący telefon przyprawia o drżenie rąk i nagłe napięcie wszystkich mięśni. Przede mną jeszcze cholernie dużo pracy nad tymi materiałami, ale powiedzmy, że jakoś to poukładałam i po takiej dzikiej robocie mam dość czyste sumienie. A dzisiejsza głupawa osiągnęła apogeum, gdy zaimprowizowałam całkiem przyzwoicie rymowany wiersz o tym, jak bramkarz przeciwnej drużyny zupełnie wyłysiał gdy nasz szef strzelił mu gola. Wszystko przez to, że naprawdę szykujemy się do megafajnego meczu i naprawdę potrzebne są hasła na transparenty. Ale może nie takie.
Wczorajsza konferencja w Rondzie Sztuki całkiem udana, było mnóstwo dziennikarzy, dopisali ważni goście, a i samo Rondo sprawdziło się jako miejsce konferencyjne. Z nieba deszcz padał jak wściekły, a od środka wyglądało to szalenie malowniczo przez to wszechobecne szkło (trzeba o tym pamiętać jako o miejscu idealnym na kawę podczas ulewy;) ). Miłe miejsce, choć zimą podobno zimno jak z psiarni.
Niedawno wspominałam, że piszemy scenariusz filmu. Okazało się, że nasz reżyser w październiku wyjeżdża do Stanów, więc nici z naszych zaplanowanych na październik dwóch dni zdjęciowych. Wszystko kręcimy we wrześniu, a pierwszy z trzech dni z ekipą musieliśmy zorganizować już na najbliższą środę. Jestem lekko przerażona, bo reżyser uświadomił nam, o ilu rzeczach żadna z nas by nie pomyślała. Oficjalny papier, gdyby zatrzymała nas policja, dysk zewnętrzny 60 giga czy czytnik jakichś dziwacznych kart to tylko niektóre z nich. W planie póki co trzy 12-godzinne dni zdjęciowe z ekipą telewizyjną i obcojęzycznym głównym bohaterem. Jako współautor scenariusza, powinnam być tam z nimi cały czas, bo jak coś nie pójdzie i efekt będzie kiepski, to mnie pierwszej władze urwą łeb.
Ale to dopiero w środę. Póki co jest piątkowe późne popołudnie. Obiecałam sobie przez weekend nie sprawdzać służbowej poczty. Wytrzymałam już 2 godziny!
Zet.

wtorek, 7 września 2010

smaki

Nawał pracy powoduje, że mam potworne smaki. Pół biedy, jeśli po kilku godzinach przed kompem w pracy nagle czuję, że albo napiję się herbaty z dzikiej róży, albo padnę trupem - wystarczy na 5 minut wyjść do sklepu, wrócić i można dalej robić swoje z kubkiem termicznym przy laptopie. Gorzej, jak chce mi się czegoś odległego albo nierealnego. Mam potworne smaki na Delons. Jesień idzie, tęsknię coraz bardziej, chce mi się iść na koncert, żeby znów zobaczyć Marka, zamienić parę słów, schować się gdzieś w kącie i słuchać, słuchać, słuchać. Ladislava mi się chce, tych kiedyś rozbudowanych piosenek, teraz zaaranżowanych na tylko trzech muzyków. Mam smaki na solowy koncert Marka, żeby znów zobaczyć te twarze, które pojawiały się na każdym koncercie. Tylko powiedzieć "cześć", jakby tej przerwy w ogóle nie było. Teatru mi się chce, jakiegoś zajebistego przedstawienia, ciemnej sali i kurzu w powietrzu, jak już będzie po wszystkim. Przecież sezon się zaczyna... Na recital bym poszła. Dziś stojąc w korku i próbując wyjechać z Kato, słuchałam "Biurowych aniołów" i zastanawiałam się, czy i kiedy w ogóle usłyszę to jeszcze na żywo. Mam smaki na te pluszowe "Pokoiki na Hożej". Aż mnie ktoś obtrąbił na światłach, pffff. Niespokojna jestem ostatnio. A taki koncert (którego nie będzie) albo spektakl (nie wiem, który i kiedy) to sprawdzone sposoby na oderwanie się na kilka godzin, na nie-spokój w innym wydaniu. Tymczasem w moim kalendarzu same poważne słowa-klucze: termin, deadline, spotkanie, termin, termin, termin... Muszę zorganizować sobie jakieś plany, bo inaczej zwariuję. A dziś do spania słucham Dż. A potem wykorzystam samego siebie do dalszego życia, improwizacji i takich wariacji, które świat już wprawdzie widział, ale nie w takim wykonaniu...
Z.

niedziela, 5 września 2010

po festiwalu


Koniec, koniec festiwalu. Została mi do skończenia papierkowa robota, odesłanie jeszcze dwóch czy trzech umów i rozliczenia. Muszę też przygotować materiały do kolejnych 4 fotogalerii, rozesłać fotki do partnerów i patronów, na koniec uprzątnąć cały ten majdan z mojego prywatnego komputera. Muszę odreagować i odpocząć.
W skrócie: w środę pojechali zwiedzać Kraków. Ja zostałam w biurze, bo terminy gonią mnie jak wściekłe i nie mam czasu na bujanie się po Krakowie w godzinach pracy, nawet w delegacji. W czwartek wielki koncert Muzyka Świata, współfinansowany z kasy Ministerstwa Kultury. Odremontowany MDK na Markiefki pozytywnie mnie zaskoczył. Wsiąkłam tam na prawie 4 godziny, najpierw słuchając Chopina w wykonaniu ukraińskich pianistów, później ciesząc oczy i uszy naszymi festiwalowymi zespołami. Pstryk pstryk. W piątek plener na Kazimierzu. Zimno jak w psiarni, ale atmosfera dość miła. Na moje oko miasto kompletnie zawaliło ten koncert, organizację i promocję, a szkoda, bo na każdym innym były tłumy, a tu po prostu było trochę ludzi. Jakie miasto taka organizacja… Wczoraj koncert galowy w Chorzowskim Centrum Kultury. Od rana dostawałam wścieku, że tam jadę, powoli miałam już dość tego pośpiechu, miliona znaków zapytania i zagadek, co i jak. Na widowni miał być Szef Wszystkich Szefów (mój Szef Nad Szefami), więc wczesnym popołudniem pojechałam do Chorzowa, po drodze obficie miotając przekleństwa, bo oczywiście nie miałam bladego pojęcia, jak dojechać do ChCK. Nerwy minęły jak tylko zgasły światła. Koncert przepiękny. Zespoły genialne. ChCK - wielka klasa. Chociaż jak zobaczyłam ceny biletów na imprezy to zdębiałam... Hmm.
Podrzucam fotki:


Festiwal był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem zawodowym, pierwszy raz w życiu brałam udział w czymś tak wielkim i rozbuchanym. Od początku prowadziłam kwestię patronatów i mam nadzieję, że w tym tygodniu ostatecznie zamknę wszystkie umowy i kwestie związane z kasą. Jak udało mi się nie pogubić w moich 11 patronach - nie wiem. Nie odnotowałam żadnej spektakularnej wtopy, co mnie cieszy, bo przecież rozmawiałam z różnymi ludźmi, odbierałam bardzo różne telefony, prowadziłam poważne negocjacje;) i w ogóle udawałam poważniejszą niż jestem. Mój identyfikator działał jak złota karta kredytowa: otwierał wszystkie drzwi. Garderoby, zakamarki za kulisami, dziwne przejścia, korytarze...
Oglądanie zespołów podczas tych kilku koncertów na których byłam to prawdziwa przyjemność. To, że robiłam fotki, pozwoliło mi być naprawdę blisko. Dzięki temu widziałam emocje tych artystów i to, z jaką radością i zaangażowaniem podchodzili do każdego występu. To, co Turcy czy Argentyńczycy wyprawiali na scenie, zapierało dech. Żałuję tylko, że była między nami potężna bariera językowa. Mało z kim dało się normalnie pogadać po angielsku czy po włosku, a gadanie przez tłumacza już pierwszego dnia uznałam za bezcelowe. Chociaż np. z szefem zespołu tureckiego złapałam taki kontakt, że jeden z koncertów spędził z moimi rodzicami;). Słowiańskie zespoły też były super. Wszystkich mogłam oglądać "od kuchni", szykujących się do występu w garderobach, śpiących w autobusach, nerwowych na próbach. A później na scenie pasja, zabawa, energia, błysk w oku i tupot obcasów.
Ostatnią noc dane mi było cudownie spędzić poza domem (wiadomo gdzie), więc jak zniknęłam wczoraj do pracy przed 16, tak wróciłam dzisiaj koło 20 (w pakiecie nocnym: drapiący koc z wełny wielbłąda, zimne stopy, "tego się nie da oglądać" i kawa jednak nie do łóżka, klimatyzator i "kiedy w głowie się pierdoli, zapal sobie lampę z soli"). Dziś cały dzień w Częstochowie, na zakupach, w kinie, na gadaniu. Same dobre sposoby na odreagowanie pracy, nowych doświadczeń, pośpiechu, braku czasu na to co ważne.
Festiwal za mną. Przede mną kilka takich wyzwań, że za parę tygodni pewnie nie będę w ogóle pamiętała o tym, że byłam rzecznikiem jakiegoś tam dużego festiwalu...
Zet.

środa, 1 września 2010

20 000

20 tysięcy odsłon w dwa lata? Dzięki. Fajni jesteście. I konsekwentni - przyznaję i podziwiam tę konsekwencję, z którą tu wracacie.
Na zdjęciu dwa maleństwa, bo ich tu jeszcze nigdy nie było z tej strony obiektywów.

Z.