wtorek, 14 września 2010

Dolarem być...

Wieści:
* wczorajsze złudzenie, że pracuję efektywnie, nie było złudzeniem. Dziś, jak zaczęłam drukować materiały do ostatecznej korekty, dotarło do mnie, że odwaliłam kawał roboty i że kilkadziesiąt stron jest naprawdę gotowych. Z tej euforii wytrąciła mnie tylko jedna strona. Jeden jedyny plik tekstowy, przez który rozdzwoniły się telefony na naszych najwyższych szczeblach, przez który musiałam przedzierać się przez pisma sprzed kilku tygodni, przez który zostałam w pracy do 17 i posypały mi się plany na popołudnie. Jeden jedyny plik i banda zamkniętych w swoim światku ludzi. Zachowują się tak, jakby ogłosili niepodległość i jakby pewne kwestie ich nie dotyczyły. A dotyczą. Grrrrr.

* spędziłam 3 godziny m.in. z Jednym z Szefów Wszystkich Szefów, z prezydentem miasta i z jego zastępcą. Takie towarzystwo sprawia, że czuję się niekomfortowo i nie na miejscu. Kolejny raz uratował mnie aparat: miałam co robić z rękami, więc nie wyglądałam na spiętą i przerażoną, tylko na spokojnego, opanowanego (niah niah niah) i profesjonalnego przedstawiciela Gabinetu. I nie uwierzycie - dostałam dziś oklaski od pełnej sali, nawet się słowem nie odzywając. Hmmm...

* przeprowadzam na sobie nocny eksperyment. Skoro mój budzik dzwoni o 5.55 rano* (nad ranem*/ w środku nocy* - niepotrzebne skreślić), próbuję znaleźć optymalną godzinę zasypiania, żeby o tej 6 nie wyglądać i nie czuć się jak zombie. Zaczynałam od kilku minut po północy, efekt był oczywiście opłakany. Co ciekawe, wczoraj zasnęłam o 22.30, a efekt był bardzo podobny. Czasem chciałabym być Dolarem.
* na koniec dobre wieści: w niedzielę teatr! Sezon zaczynamy premierą. Tak!!!

Zzz.

Brak komentarzy: