poniedziałek, 13 września 2010

lodówka

Dziś w pracy wyłam ze śmiechu, choć od rana nic na to nie wskazywało. To, że jest trzynastego, uzmysłowiłam sobie dopiero po pracy, o czym za chwilę.
W pracy, zmarznięta i umysłowo wymiętoszona, koło południa pognałam do kuchni, żeby zrobić kawę sobie i praktykantce, która jest w naszym pokoju. W kuchni zastałam J., która właśnie próbowała zlokalizować źródło niepokojących wyziewów z lodówki. Przyglądałam się jej i słuchałam jej komentarzy z zainteresowaniem. A że wychowywałam się ze starszym bratem, jestem przyzwyczajona do dość ekstremalnego i obrzydliwego humoru, którego w tej sytuacji nie dało się uniknąć. Z zaciekawieniem i narastającym rozbawieniem przyglądałam się działaniom J., która z godną podziwu konsekwencją wyciągała z lodówki coraz dziwniejsze okazy puszek, pudełek, konserw i niezidentyfikowanych zawiniątek. Powiem tak: pierwszy raz do tego biura zawitałam w listopadzie zeszłego roku. A w lodówce były rzeczy, które były tam nawet pół roku przede mną. Każdy kolejny okaz powodował, że mój atak śmiechu narastał. Nawet zaangażowałam się w trzymanie kubła, co nie było takie proste, bo bałam się, że to, co wyrzucałyśmy, wyjdzie z biura razem z kubłem, lub - co gorsza - ze mną. Z Brz. czasem śmiejemy się, że jak gdzieś jest taki straszny syf, to to coś, co w nim mieszka, pewnie już stworzyło obcą cywilizację, wynalazło swój własny szybki internet na światłowodach i planuje podbój układu słonecznego. Cywilizacja z naszej lodówki sprawiała wrażenie dużo bardziej rozwiniętej. Obśmiałam się jak fretka. Do końca dniówki wydawało mi się, że pracuję wydajnie. Dostrzegłam jakieś efekty i pełna wiary wyparowałam z pracy na podbój urzędu.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób tzw. normalni ludzie załatwiają sprawy urzędowe, skoro pracują dokładnie w takich samych godzinach, jak urzędy. Jednak w poniedziałek Dzisiejszy Urząd łaskawie jest otwarty dłużej. Miałam więc po pracy godzinę czasu, żeby wyciągnąć jakieś pieniądze, wpłacić je na poczcie i z dowodem wpłaty wpaść do urzędu. Bankomat zlokalizowany przy poczcie odmówił dalszej posługi (trzynastego), więc jak wściekła, ścinając zakręty i miotając słowa powszechnie uważane za wulgarne, wpadłam do domu po kasę. Później na pocztę. Dobrze, dwie osoby przede mną. Zegar tyk, tyk, tyk... 25 minut patrzenia na plecy bałwanów, dla których różnica między listem i paczką nie istnieje lub jest mglista jak te wrześniowe poranki. W myślach pakowałam ich do kartonów i wysyłałam na Wyspy Owcze, priorytetem bez potwierdzenia odbioru. Zdążyłam do urzędu, psiocząc tak, że mi teraz wstyd.
Poza tymi drobiazgami, nad którymi można się uśmiechnąć, martwi mnie nasze kręcenie filmu w środę. Miało być pięknie, tak prognozy mówiły jeszcze kilka dni temu. Teraz już mówią, że będzie deszczowa tragedia. 12 godzin w plenerze? Ranyboskie... A ja nie widziałam umowy, która została dziś podpisana. Nie wiem, co w razie niedotrzymania warunków. Nie wiem, co w razie chęci przeniesienia terminu. Nie wiem, co na to wszystko dział prawny. To niby poza mną, ale nerwy jednak moje.
Jutro wybywam z Jednym z Szefów Wszystkich Szefów podpisywać kolejną ważną umowę z władzami jednego z naszych śląskich miast. Dobrze mi zrobi wyrwać się z biura na trochę, a i ten Szef jest naprawdę fajny. Już raz z nim jechałam. Kierowca prowadzi, ja siedzę z przodu, Szef z tyłu za mną. 

Kierowca: To gdzie teraz jechać, proszę pana?
Szef: W prrrrawo!
Kierowca: Ale proszę pana, jest zakaz...
Szef: No to w lewo!

To tyle. Zzzz.

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

hahaha boskie. A prognozom pogody nie wierz, ostatnio Sławek wpisał na fb, że według prognozy jest u niego właśnie piękne słońce i bardzo ciepło, ale jak wygląda przez okno, to mu się nic nie zgadza i chyba musi iść do lekarza od oczu. Więc sama wiesz... oni tylko zgadują prognozy ;). Powodzenia i energii życzę :) - mr