niedziela, 5 września 2010

po festiwalu


Koniec, koniec festiwalu. Została mi do skończenia papierkowa robota, odesłanie jeszcze dwóch czy trzech umów i rozliczenia. Muszę też przygotować materiały do kolejnych 4 fotogalerii, rozesłać fotki do partnerów i patronów, na koniec uprzątnąć cały ten majdan z mojego prywatnego komputera. Muszę odreagować i odpocząć.
W skrócie: w środę pojechali zwiedzać Kraków. Ja zostałam w biurze, bo terminy gonią mnie jak wściekłe i nie mam czasu na bujanie się po Krakowie w godzinach pracy, nawet w delegacji. W czwartek wielki koncert Muzyka Świata, współfinansowany z kasy Ministerstwa Kultury. Odremontowany MDK na Markiefki pozytywnie mnie zaskoczył. Wsiąkłam tam na prawie 4 godziny, najpierw słuchając Chopina w wykonaniu ukraińskich pianistów, później ciesząc oczy i uszy naszymi festiwalowymi zespołami. Pstryk pstryk. W piątek plener na Kazimierzu. Zimno jak w psiarni, ale atmosfera dość miła. Na moje oko miasto kompletnie zawaliło ten koncert, organizację i promocję, a szkoda, bo na każdym innym były tłumy, a tu po prostu było trochę ludzi. Jakie miasto taka organizacja… Wczoraj koncert galowy w Chorzowskim Centrum Kultury. Od rana dostawałam wścieku, że tam jadę, powoli miałam już dość tego pośpiechu, miliona znaków zapytania i zagadek, co i jak. Na widowni miał być Szef Wszystkich Szefów (mój Szef Nad Szefami), więc wczesnym popołudniem pojechałam do Chorzowa, po drodze obficie miotając przekleństwa, bo oczywiście nie miałam bladego pojęcia, jak dojechać do ChCK. Nerwy minęły jak tylko zgasły światła. Koncert przepiękny. Zespoły genialne. ChCK - wielka klasa. Chociaż jak zobaczyłam ceny biletów na imprezy to zdębiałam... Hmm.
Podrzucam fotki:


Festiwal był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem zawodowym, pierwszy raz w życiu brałam udział w czymś tak wielkim i rozbuchanym. Od początku prowadziłam kwestię patronatów i mam nadzieję, że w tym tygodniu ostatecznie zamknę wszystkie umowy i kwestie związane z kasą. Jak udało mi się nie pogubić w moich 11 patronach - nie wiem. Nie odnotowałam żadnej spektakularnej wtopy, co mnie cieszy, bo przecież rozmawiałam z różnymi ludźmi, odbierałam bardzo różne telefony, prowadziłam poważne negocjacje;) i w ogóle udawałam poważniejszą niż jestem. Mój identyfikator działał jak złota karta kredytowa: otwierał wszystkie drzwi. Garderoby, zakamarki za kulisami, dziwne przejścia, korytarze...
Oglądanie zespołów podczas tych kilku koncertów na których byłam to prawdziwa przyjemność. To, że robiłam fotki, pozwoliło mi być naprawdę blisko. Dzięki temu widziałam emocje tych artystów i to, z jaką radością i zaangażowaniem podchodzili do każdego występu. To, co Turcy czy Argentyńczycy wyprawiali na scenie, zapierało dech. Żałuję tylko, że była między nami potężna bariera językowa. Mało z kim dało się normalnie pogadać po angielsku czy po włosku, a gadanie przez tłumacza już pierwszego dnia uznałam za bezcelowe. Chociaż np. z szefem zespołu tureckiego złapałam taki kontakt, że jeden z koncertów spędził z moimi rodzicami;). Słowiańskie zespoły też były super. Wszystkich mogłam oglądać "od kuchni", szykujących się do występu w garderobach, śpiących w autobusach, nerwowych na próbach. A później na scenie pasja, zabawa, energia, błysk w oku i tupot obcasów.
Ostatnią noc dane mi było cudownie spędzić poza domem (wiadomo gdzie), więc jak zniknęłam wczoraj do pracy przed 16, tak wróciłam dzisiaj koło 20 (w pakiecie nocnym: drapiący koc z wełny wielbłąda, zimne stopy, "tego się nie da oglądać" i kawa jednak nie do łóżka, klimatyzator i "kiedy w głowie się pierdoli, zapal sobie lampę z soli"). Dziś cały dzień w Częstochowie, na zakupach, w kinie, na gadaniu. Same dobre sposoby na odreagowanie pracy, nowych doświadczeń, pośpiechu, braku czasu na to co ważne.
Festiwal za mną. Przede mną kilka takich wyzwań, że za parę tygodni pewnie nie będę w ogóle pamiętała o tym, że byłam rzecznikiem jakiegoś tam dużego festiwalu...
Zet.

Brak komentarzy: