wtorek, 7 września 2010

smaki

Nawał pracy powoduje, że mam potworne smaki. Pół biedy, jeśli po kilku godzinach przed kompem w pracy nagle czuję, że albo napiję się herbaty z dzikiej róży, albo padnę trupem - wystarczy na 5 minut wyjść do sklepu, wrócić i można dalej robić swoje z kubkiem termicznym przy laptopie. Gorzej, jak chce mi się czegoś odległego albo nierealnego. Mam potworne smaki na Delons. Jesień idzie, tęsknię coraz bardziej, chce mi się iść na koncert, żeby znów zobaczyć Marka, zamienić parę słów, schować się gdzieś w kącie i słuchać, słuchać, słuchać. Ladislava mi się chce, tych kiedyś rozbudowanych piosenek, teraz zaaranżowanych na tylko trzech muzyków. Mam smaki na solowy koncert Marka, żeby znów zobaczyć te twarze, które pojawiały się na każdym koncercie. Tylko powiedzieć "cześć", jakby tej przerwy w ogóle nie było. Teatru mi się chce, jakiegoś zajebistego przedstawienia, ciemnej sali i kurzu w powietrzu, jak już będzie po wszystkim. Przecież sezon się zaczyna... Na recital bym poszła. Dziś stojąc w korku i próbując wyjechać z Kato, słuchałam "Biurowych aniołów" i zastanawiałam się, czy i kiedy w ogóle usłyszę to jeszcze na żywo. Mam smaki na te pluszowe "Pokoiki na Hożej". Aż mnie ktoś obtrąbił na światłach, pffff. Niespokojna jestem ostatnio. A taki koncert (którego nie będzie) albo spektakl (nie wiem, który i kiedy) to sprawdzone sposoby na oderwanie się na kilka godzin, na nie-spokój w innym wydaniu. Tymczasem w moim kalendarzu same poważne słowa-klucze: termin, deadline, spotkanie, termin, termin, termin... Muszę zorganizować sobie jakieś plany, bo inaczej zwariuję. A dziś do spania słucham Dż. A potem wykorzystam samego siebie do dalszego życia, improwizacji i takich wariacji, które świat już wprawdzie widział, ale nie w takim wykonaniu...
Z.

Brak komentarzy: