środa, 27 października 2010

bilety

Zdjęłam z korkowej tablicy wszystkie stare bilety i zaproszenia, bo mnie denerwowały.
Teraz nie jestem pewna, czy te puste miejsca nie denerwują mnie jeszcze bardziej.
Tylko że nie widzę nic, co mogłoby te miejsca zająć.

Do słuchania Lali Puna i ich najlepszy kawałek 40 days

z.

wtorek, 26 października 2010

link do bloga Artura Pałygi

Prześwietny artykuł Artura Pałygi. Umieram z zazdrości, że to nie moje i polecam do czytania od deski do deski. Obowiązkowo!
 ----------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Teatr podległy"
To, co, jak sądzę, w istotny sposób różni teatr polski od teatru niemieckiego to totalne, absolutne, zniewalające podporządkowanie większości polskich teatrów bieżącej polityce lokalnego samorządu, a konkretnie grupom i osobom, które akurat stoją na czele tychże samorządów - pisze Artur Pałyga.
CAŁY ARTYKUŁ DO CZYTANIA TUTAJ 
 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------- 

Z.

poniedziałek, 25 października 2010

nieporządek

Gdzieś na necie w oko wpadło mi to wierszydło Świetlickiego, w którym pada zarzut "robisz mi nieporządek w chaosie". I nie śnij się, nie śnij. Bardziej jak zaklęcie niż jak rozkaz.

Dla ściemy wrzucam dość oniryczny kawałek, ciepły Beirut na początek jesiennego tygodnia.




















Z.

niedziela, 24 października 2010

raczej bez tytułu

W sobotę rano zbudził mnie sms od kumpla z pytaniem, kiedy skoczymy na kawę. Mocno zaspana rozpoznałam na zegarku godzinę 9. Szybko doszłam do wniosku, że razem z czytaniem w łóżku, piciem kawy tamże, kizianiem kota śpiącego w umywalce, doprowadzaniem się do porządku i usuwaniem pozostałości irokeza z głowy, wyrobię się na 12 w południe i bardzo chętnie skoczę z nim na kawę do nowej knajpy w Mysłowicach (wiecie, że nie trzeba już chodzić li tylko do Wikinga?).

Nie byłoby w tym zupełnie nic dziwnego, gdyby nie to, że w ogóle nie widzieliśmy się jakieś 5 lat. Fajnie jest się z kimś zaszyć nad latte po takim czasie i gadać tak, jakby tej przerwy w ogóle nie było. Miło jest tak po cichu pomyśleć, że ktoś wciąż ma mój numer po takim czasie i wie, jak go użyć;).

W piątek dość niespodziewanie wylądowałam w Korezie na koncercie "W górach jest wszystko co kocham", a to za sprawą mojej koleżanki z biura, która wręczyła mi bilet, przedstawiła swojej rodzinie i szturchała mnie w bok, jak nie chciałam się kołysać;). Pierwszy raz byłam na koncercie w takim klimacie, nasłuchałam się i czerpałam wielką przyjemność z patrzenia na to, co wyrabiają gitarzyści.

Chcę jeszcze z czystym sumieniem polecić film "The Social Network", który widzieliśmy wczoraj. Mimo kilku nieco przerysowanych momentów, film jest naprawdę bardzo udany, świetnie zagrany, aktualny i z pomysłem. W kinie większość osób na sali wpadła w przerażenie, gdy najwyraźniej komuś coś się popieprzyło i puścili nam "Śluby panieńskie". Zatrzymali projekcję, gdy na sali rozległo się buczenie poparte pokrzykiwaniem i pomrukami dezaprobaty. Niektórzy krzyczeli "ratunku...!" i ja byłam wśród nich;).

Od wczoraj chodzi za mną pytanie, kto zabił Palomina Molero?

czwartek, 21 października 2010

zaiskrzyło między nimi

Do czytania uroczy artykuł o tym, jak ktoś bardzo chciał wystąpić na scenie. Genialne fragmenty:
- W spodniach od piżamy, w szlafroku, pluszowym płaszczu, z walizką pełną rekwizytów w ręce...
- Słyszałyśmy jakieś hałasy, ale myślałyśmy, że to szczur - tłumaczyły się potem pracownice teatru.
- Jestem aktorem, artystą - rzucił dumnie, wycierając załzawione oczy...
- Gdy chwilę pooddychał przez maskę tlenową, stanął w oko w oko z wezwanym na miejsce pożaru Jackiem Stramą, dyrektorem teatru. Zaiskrzyło między nimi...

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Jako dodatek historia o tym, jak prawie zostałam honorowym dawcą krwi grupy BRh+. Wczoraj był pamiętny dzień, jeśli nie dla całej ludzkości, to dla mnie na pewno: po konsultacjach z Najstarszym Medykiem na Świecie, byłam bez leków, na czysto, więc pierwszy raz od kilku lat mogłam iść oddać krew, żeby ratować czyjeś zdrowie lub życie, pokonując niechęć do wkłuć jako takich, nabytą z wiadomych względów. Jednak wyszło tak, że przez cały dzień nie mogłam wyjść z biura, więc całą akcję przełożyłyśmy z koleżanką na dziś. I pewnie by tak było, gdyby nie to, że mnie nagle rozwaliło i od wczorajszego popołudnia jadę na antybiotykach. Pamiętny czas życia bez leków trwał więc jakieś 20 godzin. Jak na moje możliwości - to i tak sukces. Nie wiem, kiedy znów wyniki pozwolą mi pójść, więc jestem zawiedziona i rozczarowana swoją społeczną nieużytecznością. Jeśli mam tu jakiegoś czytelnika - krwiodawcę, może powie mi ktoś, jak dokładny jest ten wywiad lekarski?? Może też dowiem się, dlaczego żaden facet nie chciał ze mną iść... :P

Ja was pazdrawlaju.
Złośnica

wtorek, 19 października 2010

na językach

Angielski był zawsze. Wszyscy dookoła chcieli, żebym mówiła po angielsku (za co teraz jestem wdzięczna). Ja chciałam czasem bardziej, czasem mniej, ale efekt był taki, że po tysiącach godzin nad książkami i na kursach, pod koniec liceum byłam absolutnie zajebista z angielskiego. Efektem ubocznym jednak był narastający wstręt do tego języka, do wszystkich zakątków gramatyki i zawiłości coraz bardziej specjalistycznego słownictwa (innym efektem ubocznym tej nauki była cudownie fantastyczna i uskrzydlająca miłość, ooo:)) ). Traf chciał, że na studiach językowo cofnęłam się w rozwoju: nijakie zajęcia, kiepski podręcznik, milion innych spraw na ćwiczenia z literatury, prace zaliczeniowe i inne cuda., np. język staro-cerkiewno-słowiański (rany boskie...). Kogo by w takim otoczeniu w ogóle obchodził jakiś angielski...? Teraz wracam do niego okrężną drogą, czego dowodem jest tak naprawdę moja funkcja, którą powinnam podpisywać się w służbowych mailach.

Na ostatnim roku studiów, po przebojach naukowych, zawodowych i zdrowotnych, nagle uznałam, że mam trochę wolnego czasu i umysł gotowy na przyjęcie czegoś nowego. Od miesięcy marzyłam o czeskim, więc znalazłam dla siebie kurs, zapisałam się na niego już w czerwcu i 4 miesiące czekałam na start. Start nigdy nie nastąpił z przyczyn ode mnie niezależnych. Miałam dwie opcje: w akcie zemsty podpalić szkołę językową i nadal mieć trochę wolnego czasu, albo wybrać sobie inny język. Wściekła i załamana brakiem czeskiego, właśnie wychodziłam z kawą z Gołębnika, gdy 165 raz zadzwonili do mnie z tej szkoły, czy podjęłam jakąś decyzję. Wywarczałam w słuchawkę, że mam wolne w środy i piątki do południa. Jakie macie wtedy zajęcia? W środy włoski od podstaw, w piątki hiszpański. Proszę mnie wpisać na włoski. Później był rok kursu, miesiąc we Włoszech, kilka miesięcy prywatnych zajęć. Jeśli ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że włoski jest łatwy, osobiście palnę w łeb. Nie, nie jest łatwy. I dwa lata łaciny nijak mi w nim nie pomogły.

Praca mnie wessała i zajmuje moją głowę przez ogromną ilość czasu. Wiem, że mój angielski powinien być lepszy. Włoski będzie się przydawać sporadycznie. Poważna rozmowa. Target dla nas to rynki wschodnie? Czy może mogłabym iść na kurs? Może mogłabyś. Niedługo przyszło pismo: "To wskazane aby ta pani uczyła się języka rosyjskiego..." Taaak!

Dziś byłam na pierwszych zajęciach z rosyjskiego. Super będzie znów się uczyć czegoś stałego i konkretnego (w przeciwności do pracy, która wciąż jest jak jakieś błądzenie w ciemnościach). Nie wiem, kiedy będę umiała sama zrezygnować z nauki. Mimo że po podyplomówce obiecywałam sobie rok przerwy (żadnych studiów! żadnych języków!), to nie wytrzymałam. Cieszę się bardzo i nie mogę się doczekać, aż pojadę za wschodnią granicę. Tylko muszę się nauczyć czytać i pisać;).


Uwielbiam zaczynać coś nowego...

Zet.

niedziela, 17 października 2010

Młyny Boże

Uwielbiam zupełnie przypadkiem wpadać na takie piosenki! To dowód na to, że jeszcze długo nie wyleczę się ze słabości do mężczyzn z gitarami. Okazuje się, że tak samo dobrze działają na mnie stare mysłowickie klimaty, jak i zupełnie obce, bieszczadzkie (bo podobno SDM związane jest właśnie z tamtymi rejonami). Megadobry tekst. Przemiła, miękka melodia. Podejrzewam, jaki klimat jest na koncertach tej grupy i coraz bardziej chcę zobaczyć i usłyszeć z bliska.




















Czasem tak mam, że jedna piosenka decyduje o tym, że idę na koncert. Najszumniejszym wydarzeniem tego typu był na pewno genialny koncert Green Day. Kilka lat temu, gdy pierwszy raz usłyszałam Good Riddance (Time Of Your Life) to pomyślałam, że ten kawałek jest tak genialny, że koniecznie muszę usłyszeć go na żywo. Dopiero później poznałam całą dyskografię. Kiedy wydali "American Idiot", byłam już całkiem na bieżąco i nagle ta wiadomość, że jedyny koncert w Polsce, koncert w Spodku, 7 czerwca 2005... Pamiętam te godziny pod Spodkiem, glany, dziki pęd pod scenę." Good Riddance" Billie Joe zagrał na bis, a ja uryczałam się jak nastolatka (którą już zresztą nie byłam). Pamiętam jeszcze, że później przez kilkanaście dni miałam żebra całe w siniakach od tych cholernych barierek. Ale co to był za koncert...!
Słuchając tego kawałka SDM, chce mi się iść na koncert. Szukam towarzystwa:).
Złośnica

PS Dzisiejsze Bielsko bardzo udane. Jak to jest, że trafiam tam nawet jak nie mam w planach? Najważniejsze że już wiem, jak omijać ten gigantyczny korek na wylocie z miasta! Ponadto w samochodzie odkryłam w sobie zdolności do lekko złośliwego parodiowania i naśladownictwa... :-*

sobota, 16 października 2010

Buzek

Zamienić kilka słów z prof. Jerzym Buzkiem...
...przysięgam, BEZCENNE! :))))))))))

Świetnie jest być blisko takich wydarzeń. A jeszcze fajniej jest wiedzieć, ile można zrobić, gdy na szyi wisi coś z napisem ORGANIZATOR.

Złośnica

środa, 13 października 2010

otwórz drzwi

Mroźne powietrze i potrzeba skrobania szyby rano uzmysłowiły mi, że już czas na zdobycie zimowych opon. Polowanie na ten towar okazało się dość trudne: autko jest tak nowe i wciąż tak rzadkie i mało dostępne, że dopasowanie do niego zimówek jest problemem nawet dla specjalistów (bo ja oczywiście nie mam o tym żadnego, ale to najbledszego pojęcia). A znalezienie pasujących niealuminiowych felg to już w ogóle hardkor. Musiałam więc dziś rano odstawić auto na kolejne wulkanizatorskie przymiarki. Pozostała kwestia transportu do pracy.

Scena I
Czas akcji: wczoraj wieczorem

ja: Odwieziesz mnie jutro do pracy?
on: O której?
ja: 7:10.
on: Ok, ale o 7 wyślij mi esa, przypomnij się.
ja: :)) (uśmiech spowodowany tym, że jednak nie muszę jechać dyliżansem 800 lub 814, rozpaskudziłam się)

Scena II
Czas akcji: dziś rano, 7:00

ja (sms): Niah niah...
on (sms) : Lepiej otwórz drzwi, bo przymarzam.
Zbiegłam na dół tak szybko jak mogłam. Zdążyłam, nie przymarzł. 

Podrzucam fotkę, która zastąpi nasz dotychczasowy avatar. Tamten wyglądał tak:
i był zrobiony na zamarzniętym na amen jeziorze kilka zim temu. Nowy avatar wygląda tak:

i zrobiliśmy go w poniedziałek wracając z gór, przebiegając przez uroczy rynek w Lądku.

A za chwilę jadę do Dąbrowy oddać te bilety, którymi się tak cieszyłam jakiś czas temu :(((.
Coś w tym moim życiu coraz mniej teatru, a coraz więcej... życia.

Z.

wtorek, 12 października 2010

tablice

Były znaki, niech teraz będą tablice. Wszystkie razem wiszą w sudeckiej Kopalni Złota i stanowią osobliwe Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli (klikać - powiększać - czytać - przestrzegać;) ).





Było tam jeszcze coś zupełnie genialnego. Oprowadzał nas świetny, zabawny, inteligentny i nieprzewidywalny przewodnik Tomek. Powiedział, że ma dla nas niespodziankę, że chce nam coś pokazać, że kiedyś już tam był, ale tak się bał, że więcej nie poszedł. To co, idziemy? - zapytał. Idziemy - odpowiedzieliśmy podpuszczeni. Ruszył więc w kierunku niespodzianki, a z ust nie schodziła mu pieśń "Prowadź mnie Jezu" czy coś w ten deseń... Na końcu ciemnego korytarza nagły zakręt i... przed nami wyrosła wielka, długaśna, błyszcząca metalowa zjeżdżalnia. Tyle metrów pod ziemią! Obłędne.

Z.

poniedziałek, 11 października 2010

znaki


Urlop = same nowe miejsca, miasta i miasteczka, kopalnie, historie, legendy, mnóstwo słońca, lustrzanka bez przerwy w użyciu. Wszystkie te miejsca, na które można się wdrapać i te, gdzie można dostać się pod ziemię. Węgiel na policzkach. Dużo złota. Rejs po podziemnym kanale, gdzie stężenie arszeniku sięga 15%. Wiedzieliśmy, że idąc pod ziemię najlepiej założyć biały kask. Laleczka voodoo na pamiątkę. 4 dni na niesamowitych obrotach, program maksimum, szeleszcząca mapa i przewodniki. Więcej bardziej obrazowych zdjęć tutaj w najbliższych dniach albo już teraz na facebooku.

Z.

czwartek, 7 października 2010

skrót

Zapraszamy na wiadomości w skrócie.
1. Rano myślałam, że nie dojdę z samochodu na moje trzecie piętro. Poza standardowo ciężką torebką, taszczyłam ze sobą sześć wielkich niebieskich wuwuzeli. Mimo wielu prób połowy pracowników działu, nie udało się nam ani razu zatrąbić.
2. Dzisiejsza konferencja prasowa była świetna, megagłośna, kolorowa i zaskakująca. Roznegliżowane cheerleaderki, które dostarczyłam na miejsce, skandowały hasła, które sama ułożyłam. Facetom udało się jednak wydobyć dźwięk z wuwuzeli (ok. 100 decybeli jedna), było mnóstwo dziennikarzy i padły fantastyczne wypowiedzi. Nasz Szef Wszystkich Szefów, trochę polityków, kilka znanych albo znajomych twarzy... Lubię to bardzo.
3. Mimo wszystko siedziały mi w głowie straszne nerwy. Dowody:
- widziała mnie dziś Pani Dyrektor, która w marcu przeprowadzała ze mną rozmowę kwalifikacyjną. Trochę później jeszcze oglądała mnie w pracy kilka tygodni, jednak później zniknęła na macierzyńskim. Dziś znów mnie trochę pooglądała i powiedziała: "Bardzo spoważniałaś. Prawie w ogóle się nie uśmiechasz". Hmm.
- po konferencji dostałam ataku szału, że nie zdążę, a miałam milion ważnych spraw i ekstremalnie krótkie terminy. Gdy ponad 3 godziny później na korytarzu wpadłam na moją szefową, ta powiedziała tylko "Jakaś ty blada!" A jak wychodziłam, to mnie... przytuliła.
4. Ogłaszam jednak, że zdążyłam z tym, co chciałam i co musiałam. Błagam, niech tylko nikt mi tam nie znajdzie żadnego błędu...
5. Wczoraj na ulicy unieruchomił mnie policyjny konwój. Podjechało kilka samochodów, świecących na niebiesko i wydając rozmaite dźwięki (choć nie aż tak spektakularne jak moje wuwuzele). Wysypało się z nich bardzo wielu męskich panów w kuloodpornych kamizelkach, hełmach, z karabinami i z minami spiżowych posągów. Centralnie przed maską mojego auta zatrzymał się wielki radiowóz, tylko po to, żebym nie mogła się ruszyć ani metr dalej. Policjant-kierowca patrzył na mnie z wyższością, wyraźnie z siebie zadowolony i niewzruszony. Jednym ruchem wydobyłam ze schowka mojego jeża w którym trzymam płyty (o ile moje auto wzbudza zainteresowanie, o tyle Pan Jeż sprawia, że pasażerowie wpadają w euforię) i niewiele myśląc, poszczułam go tym jeżem, dodając moje własne groźne miny (które w moim wykonaniu można nazwać na sto sposobów, ale na pewno nie że są groźne, dodatkowo moja obecnie bardzo krótka grzywka sprawia, że resztki mojej powagi są w stanie zaniku). Pan policjant parsknął śmiechem i wystawił rękę przed okno, żeby kciukiem wystawionym w górę wyrazić swoje uznanie. Punkt dla mnie!
6. Wiadomością dnia był dla mnie Nobel dla Vargasa Llosy. Cieszyłam się co pół godziny, słysząc to info w kolejnych radiowych wiadomościach. Za "Pantaleona i wizytantki" i "Ciotkę Julię i skrybę" dałabym się pociąć (chociaż sama ciotka Julia jako bohaterka niespecjalnie mnie przekonuje, ale ten szalony radiowiec skryba!!!). "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" też są urocze... Ten autor kompletnie zaczarował mnie umiejętnością wielopoziomowego przekazu, takiego dziwnego spiętrzania akcji, którego nie znalazłam u żadnego innego pisarza. Wydaje się, że w pewnym momencie ta konstrukcja fabuły jest tak skomplikowania, że za parę stron to wszystko rąbnie, a jednak ostateczny efekt jest wręcz przeciwny: wszystko się trzyma, jest nie do podważenia. I ten typ narracji, który robi sobie z czytelnikiem, co chce i z każdym akapitem coraz bardziej wodzi za nos. Cieszę się, że przede mną jeszcze tyle książek Llosy!
7. Wie ktoś, co to znaczy, jak coś wraca codziennie od razu po zamknięciu oczu i od razu po ich otwarciu? Co da się z tym zrobić? Przeczekać? Ignorować? Przyzwyczaić się? Ktoś z moich znajomych kiedyś powiedział, że twardo stąpa po ziemi, że mu się mało śni, ale za to mu się dużo myśli. Mnie się śni za mało, ale za to myśli mi się aż za bardzo. Szczególnie w tych momentach, kiedy jestem maksymalnie bezbronna, czyli zasypiając i próbując się dobudzić. Do przemyślenia na później.
8. Złożyłam pierwszy w życiu wniosek urlopowy.

Ściskam.
Złośnica

wtorek, 5 października 2010

wszyscy święci

Jak wracałam do domu, musiałam podskoczyć do kwiaciarni po słonecznika. Kiedy kwiaciarka zawijała mi go w jakieś sianko, w oczy rzuciło mi się ogłoszenie o treści:

PRZYJMUJEMY ZAMÓWIENIA

NA WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Padłam ze śmiechu. Gdy kwiaciarka wróciła z moim słonecznikiem całym w sianku, powiedziałam jej, że chciałabym zamówić sobie jakiegoś świętego, najlepiej Jana Nepomucena (ze względu na moją słabą znajomość żywotopisarstwa, wybrałam tego świętego ad hoc, kierując się li tylko moją miłością do Pragi i dodatkowo interesującym imieniem). Zgodnie z przewidywaniami, pani spojrzała na mnie jak na debila i z grobową miną oznajmiła, że ogłoszenie dotyczy kwiatów. Gdybym była na jej miejscu, przyjęłabym to zamówienie i wypisała nawet jakiś kwit z gwarancją dostawy w terminie. Ludzie to jednak nie mają wyobraźni... A mnie teraz będzie głupio tam chodzić - i gdzie będę się zaopatrywać w słoneczniki? Chyba że zacznę kupować łuskany...

Z.

niedziela, 3 października 2010

gdzieś

Byłam gdzieś.
Miałam być gdzieś indziej.
A tak naprawdę chciałam być w jeszcze innym miejscu.

Oczywiście potwornie żałuję, że od początku nie było dla mnie jasne, że powinnam być tam, gdzie chciałam.
I przepadło:(.

"Gdzieś" Myslo aż samo się tu pcha.

Z.

piątek, 1 października 2010

milion sposobów

Kilka dni w narastających nerwach. I milion sposobów, żeby jakoś wyjść z tego z twarzą. To było mniej więcej tak:

- ŚRODA - Od rana ostateczne ustalanie listy gości, w tym VIP-ów i VIP-ów nad VIP-ami. Po kilkunastu telefonach zaczęłam głupieć, więc zaczęłam się bawić tym zajęciem (na ile oczywiście pozwala powaga mojej statecznej instytucji). Najczęściej przez telefon udawałam najprawdziwszego anioła (sposób pierwszy), stosując najgrzeczniejsze formuły i wygłaszając je najbardziej miękkim głosem jaki umiałam tylko z siebie wydobyć. Praktykantka wyła ze śmiechu. Uporałam się z listami w trzy dni, dziś słuchałam efektów płynących ze sceny i z głośników.

- ŚRODA - ciąg dalszy. Ważne spotkanie miało zacząć się o 15.15. Oficjalna część skończyła się po ok. godzinie. Kolejną godzinę siedzieliśmy w mniejszym, strategicznym składzie. Wróciliśmy do naszego biura, z którego ostatecznie wyszłam zmęczona, załamana i blada po godzinie 20. Walcząc ze stertą bardzo ważnych scenariuszy, stosowałam wobec siebie kolejne sposoby na niezdurnienie: radio zdecydowanie za głośno, tańce przy kserokopiarce i wmawianie sobie, że jutro będzie ok, że byle do jutra. Czyli do czwartku. Ekstremalnie zmęczona, nie pamiętam nawet momentu gaszenia światła i wtulania się w poduszkę.

- CZWARTEK - normalna dniówka od 7.30. Ostatnie kilka nazwisk, jakiś konsul, jakiś zastępca zamiast szefa, jakiś naczelnik zamiast diabli-wiedzą-kogo. Dziękuję bardzo za te informacje i życzę miłego dnia. A rano wyszłam z domu obładowana jak Rumun, z wypchaną torbą i różnymi betami na dwa dni: jeden dzień ciorania na roboczo, jeden dzień ciorania na galowo. Plus normalny dzień w biurze. Sposób, żeby nie zgłupieć: uspokajanie otoczenia, że wszystko będzie dobrze. Efekt miał być taki, że spokojne otoczenie uspokoiłoby mnie. Był jednak taki, że nie wierzyłam, że otoczenie jest aż takie spokojnie. Hmm.

- CZWARTEK - ciąg dalszy. Późnym popołudniem w szarej mżawie docieramy do Cieszyna. Obładowane naprawdę jak jakiś lud wędrowny, z narzędziami, laptopem, sznurkami, taśmami, wafelkami, folderami, kalendarzami i innymi betami, które wysypywały się z auta, robimy szybkie zakupy: rajstopy, czekolady, lekko owocowe piwo. Sposób: zachowywać się jak na wycieczce szkolnej i nie traktować tego aż tak serio. Po 15 minutach mam wyrzuty sumienia i wiem, że to jest bardzo bardzo serio i że to może być dla mnie najtrudniejsza doba w tej pracy. Powaga sytuacji wzrasta, gdy rozkładamy się w wielkiej sali, pojawiają się coraz większe znaki zapytania. Sposób: słowa, czyli Mów-Do-Mnie-Proszę. Po kilku minutach stosowania na odległość tej metody wiem, że nic nie działa lepiej: efekt jest taki, jakby mnie ktoś okrył miękkim kocem.

- CZWARTEK / PIĄTEK - po 23 w kilka osób wchodzimy do cieszyńskiego teatru i wiemy, że przed nami ekstremalnie dużo pracy. Jak posadzić na scenie 70 osób? Co zrobić, żeby było widać dłonie pianisty? Gdzie powiesić herb, a gdzie godło? Jak wyprasować 8 metrów sukna? Co zrobić, gdy na scenie przy dyrektorze teatru wypada komuś z torby czteropak reedsa? Co zrobić, jak przyjdzie ktoś, kto nie potwierdził? Co zrobić, jak nie przyjdą ci, co potwierdzili? Czy oni mogą siedzieć obok siebie? Czy ktoś dopisał jeszcze tych dwóch posłów? Czy ktoś widział wafelki? Czy na pewno na terenie teatru nie ma już ani jednego takiego krzesła? Aaa... Sposoby na przetrzymanie można mnożyć: normalnie (planujemy - robimy - idziemy dalej), na panikę (panikujemy - planujemy - robimy - zmieniamy plany - robimy - idziemy dalej), na wściekłego (kurwa - ktoś mówi, robi sam i idzie dalej, z nikim nie gadając), na sen (ktoś coś robi i nagle zasypia z głową na wieku fortepianu), na sępa (ktoś coś robi, ktoś inny mu to wyrywa, sam kończy i idzie dalej), na deprechę (ktoś coś robi, po chwili uznaje, że to pierdoli, siada w kącie sceny i patrzy w ścianę), na przeczekanie (ktoś myśli, że jeszcze tylko to i milion innych spraw i będzie spokojniej)... Kryzys przyszedł do mnie najpierw koło 2 w nocy, jak siadam przy laptopie nad listą, według której miał formować się kilkudziesięcioosobowy orszak. Na scenie jakoś tak ciemniej, burdel jak u cyganki w tobołku, wszędzie papiery, taśmy, scenariusze, a ja w tym kącie przy schodach czuję, że zaraz wkręcę się w tą miękką czerwoną kotarę i zniknę. Drugi kryzys przyszedł kilka minut przed czwartą nad ranem. Oparłam głowę o stół prezydialny i nie miałam siły jej podnieść. Każda mijająca minuta tam, w teatrze, oznaczała tę minutę mniej ze snu, na który miałam szansę przed Wielkim Dniem - piątkiem. Ostatecznie wychodzimy z teatru trochę po 4 nad ranem. Przed piątą jesteśmy w hotelu. Padam bez życia na jakieś 90 minut, które okazały się zadziwiająco długie i orzeźwiające.

- PIĄTEK - gdyby nie te 1,5 godziny snu, nie dałabym sobie dzisiaj rady. Prysznic, włosy, makijaż, kolczyki, kanty, błyszczyk i do boju. W ratuszu stoję sama na parterze i czekam na tę prawie setkę osób, żeby od wejścia wprawiać ich w dobry nastrój i udowodnić, że mimo rozmiaru tej uroczystości, mamy wszystko pod kontrolą. Wydaje mi się, że nie widać po mnie tego ciężkiego tygodnia, po czym wchodzi rzecznik i mówi "cześć, Boże, jakaś ty zmęczona..." Hmm. Ok. Mimo to z uśmiechem witam tych wszystkich gości, których znam, poznaję lub udaję, że poznaję. A później ulicami Cieszyna przeszedł tak piękny orszak, że nagle przestało mieć znaczenie, ile spałam. Kilka uśmiechów do mnie z tego orszaku i wiedziałam, że warto, warto, warto. Przed teatrem nagle wpadam w panikę, bo zbliżał się bardzo trudny moment: miało się okazać, na ile udało się nam przewidzieć skład na scenie. Nie byłam w stanie wysiedzieć za kulisami, więc wbiegłam na pierwszy balkon. Wpadłam tam na dyrektora teatru, który - bardzo pomocny - dzień wcześniej był z nami do późnej nocy. A moja panika narastała: z zupełnie ściśniętym gardłem mówiłam do niego "żeby tylko się udało żeby tylko się udało żeby tylko się udało..." Ze spokojem powiedział, że się uda. Gdy wszyscy śpiewali hymn, on wypytał mnie o skład i układ orszaku. Uwielbiam ludzi, którzy zadają pytania! Uwielbiam pytania, na które potrafię odpowiedzieć. Po uroczystości (część oglądałam, część słuchałam, część drzemałam w miękkiej loży, część biegałam po garderobach), gdy dotarło do nas, że najwyraźniej się udało, nagle poczułam te ostatnie dni, nagle zaczęła uwierać mnie ta marynarka, w jednej chwili od tuszu i z niewyspania nie widziałam na oczy. Zrobiłam się rozdrażniona i nieprzyjemna, więc uznałam, że czas się zmywać, że moja rola się skończyła. Poza tym zaczynałam poważnie bać się, żebym znów nie usłyszała po jakichś badaniach, że "nie, to niemożliwe". Po różnych transportowych roszadach, wróciłam dziś późnym popołudniem. Sposób w autobusie, żeby nie zwariować ze zmęczenia: letarg z retrospekcjami kilku słów, kilku uśmiechów, kilku uścisków dłoni.

Nie jestem z siebie do końca zadowolona - niepotrzebnie dałam się rozdrażnić na koniec. Na moją obronę działa tylko te 36 godzin w pracy i 90 minut snu. I to, że pierwszy raz uczestniczyłam w czymś tak ekstremalnie wielkim jako organizator. Ale teraz już spokojnie: kolejny raz słucham "I'd like". Napiszę jeszcze maila na szybko i zamówię sobie jakiś sen na dziś...

Zzzzzzzzzz