piątek, 1 października 2010

milion sposobów

Kilka dni w narastających nerwach. I milion sposobów, żeby jakoś wyjść z tego z twarzą. To było mniej więcej tak:

- ŚRODA - Od rana ostateczne ustalanie listy gości, w tym VIP-ów i VIP-ów nad VIP-ami. Po kilkunastu telefonach zaczęłam głupieć, więc zaczęłam się bawić tym zajęciem (na ile oczywiście pozwala powaga mojej statecznej instytucji). Najczęściej przez telefon udawałam najprawdziwszego anioła (sposób pierwszy), stosując najgrzeczniejsze formuły i wygłaszając je najbardziej miękkim głosem jaki umiałam tylko z siebie wydobyć. Praktykantka wyła ze śmiechu. Uporałam się z listami w trzy dni, dziś słuchałam efektów płynących ze sceny i z głośników.

- ŚRODA - ciąg dalszy. Ważne spotkanie miało zacząć się o 15.15. Oficjalna część skończyła się po ok. godzinie. Kolejną godzinę siedzieliśmy w mniejszym, strategicznym składzie. Wróciliśmy do naszego biura, z którego ostatecznie wyszłam zmęczona, załamana i blada po godzinie 20. Walcząc ze stertą bardzo ważnych scenariuszy, stosowałam wobec siebie kolejne sposoby na niezdurnienie: radio zdecydowanie za głośno, tańce przy kserokopiarce i wmawianie sobie, że jutro będzie ok, że byle do jutra. Czyli do czwartku. Ekstremalnie zmęczona, nie pamiętam nawet momentu gaszenia światła i wtulania się w poduszkę.

- CZWARTEK - normalna dniówka od 7.30. Ostatnie kilka nazwisk, jakiś konsul, jakiś zastępca zamiast szefa, jakiś naczelnik zamiast diabli-wiedzą-kogo. Dziękuję bardzo za te informacje i życzę miłego dnia. A rano wyszłam z domu obładowana jak Rumun, z wypchaną torbą i różnymi betami na dwa dni: jeden dzień ciorania na roboczo, jeden dzień ciorania na galowo. Plus normalny dzień w biurze. Sposób, żeby nie zgłupieć: uspokajanie otoczenia, że wszystko będzie dobrze. Efekt miał być taki, że spokojne otoczenie uspokoiłoby mnie. Był jednak taki, że nie wierzyłam, że otoczenie jest aż takie spokojnie. Hmm.

- CZWARTEK - ciąg dalszy. Późnym popołudniem w szarej mżawie docieramy do Cieszyna. Obładowane naprawdę jak jakiś lud wędrowny, z narzędziami, laptopem, sznurkami, taśmami, wafelkami, folderami, kalendarzami i innymi betami, które wysypywały się z auta, robimy szybkie zakupy: rajstopy, czekolady, lekko owocowe piwo. Sposób: zachowywać się jak na wycieczce szkolnej i nie traktować tego aż tak serio. Po 15 minutach mam wyrzuty sumienia i wiem, że to jest bardzo bardzo serio i że to może być dla mnie najtrudniejsza doba w tej pracy. Powaga sytuacji wzrasta, gdy rozkładamy się w wielkiej sali, pojawiają się coraz większe znaki zapytania. Sposób: słowa, czyli Mów-Do-Mnie-Proszę. Po kilku minutach stosowania na odległość tej metody wiem, że nic nie działa lepiej: efekt jest taki, jakby mnie ktoś okrył miękkim kocem.

- CZWARTEK / PIĄTEK - po 23 w kilka osób wchodzimy do cieszyńskiego teatru i wiemy, że przed nami ekstremalnie dużo pracy. Jak posadzić na scenie 70 osób? Co zrobić, żeby było widać dłonie pianisty? Gdzie powiesić herb, a gdzie godło? Jak wyprasować 8 metrów sukna? Co zrobić, gdy na scenie przy dyrektorze teatru wypada komuś z torby czteropak reedsa? Co zrobić, jak przyjdzie ktoś, kto nie potwierdził? Co zrobić, jak nie przyjdą ci, co potwierdzili? Czy oni mogą siedzieć obok siebie? Czy ktoś dopisał jeszcze tych dwóch posłów? Czy ktoś widział wafelki? Czy na pewno na terenie teatru nie ma już ani jednego takiego krzesła? Aaa... Sposoby na przetrzymanie można mnożyć: normalnie (planujemy - robimy - idziemy dalej), na panikę (panikujemy - planujemy - robimy - zmieniamy plany - robimy - idziemy dalej), na wściekłego (kurwa - ktoś mówi, robi sam i idzie dalej, z nikim nie gadając), na sen (ktoś coś robi i nagle zasypia z głową na wieku fortepianu), na sępa (ktoś coś robi, ktoś inny mu to wyrywa, sam kończy i idzie dalej), na deprechę (ktoś coś robi, po chwili uznaje, że to pierdoli, siada w kącie sceny i patrzy w ścianę), na przeczekanie (ktoś myśli, że jeszcze tylko to i milion innych spraw i będzie spokojniej)... Kryzys przyszedł do mnie najpierw koło 2 w nocy, jak siadam przy laptopie nad listą, według której miał formować się kilkudziesięcioosobowy orszak. Na scenie jakoś tak ciemniej, burdel jak u cyganki w tobołku, wszędzie papiery, taśmy, scenariusze, a ja w tym kącie przy schodach czuję, że zaraz wkręcę się w tą miękką czerwoną kotarę i zniknę. Drugi kryzys przyszedł kilka minut przed czwartą nad ranem. Oparłam głowę o stół prezydialny i nie miałam siły jej podnieść. Każda mijająca minuta tam, w teatrze, oznaczała tę minutę mniej ze snu, na który miałam szansę przed Wielkim Dniem - piątkiem. Ostatecznie wychodzimy z teatru trochę po 4 nad ranem. Przed piątą jesteśmy w hotelu. Padam bez życia na jakieś 90 minut, które okazały się zadziwiająco długie i orzeźwiające.

- PIĄTEK - gdyby nie te 1,5 godziny snu, nie dałabym sobie dzisiaj rady. Prysznic, włosy, makijaż, kolczyki, kanty, błyszczyk i do boju. W ratuszu stoję sama na parterze i czekam na tę prawie setkę osób, żeby od wejścia wprawiać ich w dobry nastrój i udowodnić, że mimo rozmiaru tej uroczystości, mamy wszystko pod kontrolą. Wydaje mi się, że nie widać po mnie tego ciężkiego tygodnia, po czym wchodzi rzecznik i mówi "cześć, Boże, jakaś ty zmęczona..." Hmm. Ok. Mimo to z uśmiechem witam tych wszystkich gości, których znam, poznaję lub udaję, że poznaję. A później ulicami Cieszyna przeszedł tak piękny orszak, że nagle przestało mieć znaczenie, ile spałam. Kilka uśmiechów do mnie z tego orszaku i wiedziałam, że warto, warto, warto. Przed teatrem nagle wpadam w panikę, bo zbliżał się bardzo trudny moment: miało się okazać, na ile udało się nam przewidzieć skład na scenie. Nie byłam w stanie wysiedzieć za kulisami, więc wbiegłam na pierwszy balkon. Wpadłam tam na dyrektora teatru, który - bardzo pomocny - dzień wcześniej był z nami do późnej nocy. A moja panika narastała: z zupełnie ściśniętym gardłem mówiłam do niego "żeby tylko się udało żeby tylko się udało żeby tylko się udało..." Ze spokojem powiedział, że się uda. Gdy wszyscy śpiewali hymn, on wypytał mnie o skład i układ orszaku. Uwielbiam ludzi, którzy zadają pytania! Uwielbiam pytania, na które potrafię odpowiedzieć. Po uroczystości (część oglądałam, część słuchałam, część drzemałam w miękkiej loży, część biegałam po garderobach), gdy dotarło do nas, że najwyraźniej się udało, nagle poczułam te ostatnie dni, nagle zaczęła uwierać mnie ta marynarka, w jednej chwili od tuszu i z niewyspania nie widziałam na oczy. Zrobiłam się rozdrażniona i nieprzyjemna, więc uznałam, że czas się zmywać, że moja rola się skończyła. Poza tym zaczynałam poważnie bać się, żebym znów nie usłyszała po jakichś badaniach, że "nie, to niemożliwe". Po różnych transportowych roszadach, wróciłam dziś późnym popołudniem. Sposób w autobusie, żeby nie zwariować ze zmęczenia: letarg z retrospekcjami kilku słów, kilku uśmiechów, kilku uścisków dłoni.

Nie jestem z siebie do końca zadowolona - niepotrzebnie dałam się rozdrażnić na koniec. Na moją obronę działa tylko te 36 godzin w pracy i 90 minut snu. I to, że pierwszy raz uczestniczyłam w czymś tak ekstremalnie wielkim jako organizator. Ale teraz już spokojnie: kolejny raz słucham "I'd like". Napiszę jeszcze maila na szybko i zamówię sobie jakiś sen na dziś...

Zzzzzzzzzz

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

Ze wszystkich pytań najbardziej rozbroiło mnie "czy ktoś widział wafelki". Metodę na wściekłego zaczęłam mało świadomie stosować przed dwudziestoleciem, na szczęście R. mnie uspokoił, nieświadomie zresztą, pytaniem o wodę ;D. Uwielbiam takie notki. Pisz jeszcze. mr