wtorek, 30 listopada 2010

telefon

Właśnie wróciłam do domu po Wielkiej Uroczystości.
Myślałam, że umrę z nerwów. Dawno nie czułam się za coś aż tak odpowiedzialna.
Przed chwilą we własnym pokoju rzuciłam się na leki jak na cukierki.

Ale wiecie co? Niedawno zadzwonił telefon.
Dzwoniła do mnie Szefowa.
Pogratulować.

Tak!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Z.

poniedziałek, 29 listopada 2010

test na miłość

- Zrobię Ci test na miłość! - zakomunikowałam on-line, a że w ciągu trzech sekund nie zobaczyłam żadnych przejawów sprzeciwu, wprowadziłam test w życie. - Właśnie zamówiłam na necie pendrajwa. Musisz zgadnąć którego!
Jeszcze dobrze nie wysłałam wiadomości z tym obrazkiem, jak nadeszła odpowiedź:
- Krówka - odpowiedział z, jak podejrzewam, pewną siebie miną.
- Zdałeś:)). Wystawię Ci świadectwo, podepniesz sobie do CV.

Przejawów miłości było ostatnio więcej. Dziś wcześnie rano w pracy dostawałam właśnie ataku szału, paniki i białej gorączki (nienawidzę sytuacji, kiedy muszę ratować własny tyłek przez czyjąś galopującą niekompetencję), jak Brzydal zadzwonił do mnie ze sklepu.
- Właśnie kupuję Ci szczotkę do śniegu i nie wiem, czy chcesz czerwoną czy żółtą? (pomyślałam: jaki cudowny musi być świat, w którym człowiek waha się nad szczotką do śniegu;)!)
Później przyznał się, że chciał przyjechać do mnie pod pracę odśnieżyć mi auto. Rozczulające. Ale niestety nikt nie wiedział, o której będę wolna. Ostatecznie wyszłam jakoś po 18, ale później wspólnymi siłami jakoś udało się nam to wszystko odreagować.

Trzymajcie jutro kciuki, bo będzie bardzo bardzo trudno. Zdecydowanie za dużo zależy od tego jednego dnia. Jak to jest, że niektórym z taką łatwością przychodzi wmawianie sobie, że da się radę? Spróbujmy. Dam radę. Dam radę. Dam radę.

Zzzzzz

niedziela, 28 listopada 2010

murphy

Człowiek postępuje rozsądnie wtedy i tylko wtedy, gdy wszelkie inne możliwości zostały już wyczerpane - głosi jedno z moich ulubionych praw Murphy'ego. W ciągu ostatnich dni zdarzało mi się działać rozsądnie bez sprawdzania innych możliwości, ale nie mogę powiedzieć żebym była z siebie zadowolona. I tylko mam w pamięci obraz mojej koleżanki z pracy, która z dość smutną miną znad monitora wyrecytowała: kochany mózgu, znowu miałeś rację... Wracałam późno, pracowałam, dumałam, poprawiałam, wpadałam w panikę i nie byłam w stanie zająć się niczym innym poza pracą i nawet mi było z tym nieźle. Gorzej, że później spędzając naprawdę mało czasu w domu, byłam dość ciężka do zniesienia. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie mogłabym pracować jeszcze gdzieś, żeby do minimum ograniczyć ten czas wolny, podczas którego zaczynam myśleć o sobie i kombinować, co dotąd niemal nigdy nie wychodziło mi na dobre. W tak zwanym międzyczasie przyszła zima, wprawiła mnie w osłupienie i sprawiła, że znów szukam w głowie czegoś ciepłego i miłego w dotyku albo czegoś, na co warto czekać. Ale - cholera - nijak nie znajduję, póki co. Może to przez to, że jestem potwornie zestresowana tą wtorkową uroczystością. Czuję się tak jakbym miała przejść jakiś skomplikowany test jakości. 

Do słuchania, choć może bardziej do oglądania, wrzucam wspólny występ Madonny i Gogol Bordello. Wpadłam na niego przypadkiem i był to dzisiaj jedyny moment, że coś skupiło moją uwagę na dłużej niż kilka minut.

Z.

wtorek, 23 listopada 2010

czai się

Niedawno wróciłam do domu po 13 godzinach. Jest ok. Pracuję jak dzika. Bez wtop i galopujących problemów. Trzymam rękę na pulsie przy organizacji Mojej Pierwszej Wielkiej Imprezy. Na razie wszystko idzie po mojej myśli. Przygotowałam kilkadziesiąt dokumentów. Wysłałam mnóstwo zaproszeń. Mamy bajeranckiego gościa honorowego, gwiazdę:), sami zobaczcie. Ogarnęłam scenariusz sprzed roku i wedle wskazówek szefowej na jego podstawie zrobiłam mój własny, tegoroczny. Za tydzień o tej porze będzie już po wszystkim. Ranyboskie...

Cały weekend poza domem. W ogóle wszystkie popołudnia poza domem. Efekt tego taki, że wieczorem, jak odpalam prywatny komputer, jestem zmęczona, dziwnie smutna i niezwykle łatwo mnie rozdrażnić. Czuję się tak, jakby Coś się na mnie czaiło i tylko czekało na jakiś słabszy moment. To Coś przez cały dzień się nie ujawnia, bo jestem tak zajęta, że i tak bym nie zauważyła. Za to wieczorem - to co innego. Z każdego kąta wyłazi mi stwór miliona pytań, niepewności i wątpliwości. Wczoraj wieczorem to Coś zupełnie mnie przydusiło do poduszki i nawet nie miałam siły odganiać się od napierających mi na głowę słów "dlaczego dlaczego dlaczegooooooooo"...

Dziś na rosyjskim w książce znalazłam coś, co mogłoby być moim czającym się stworem.

Tu chciałam jeszcze dopisać, że w sumie już trochę wiem "dlaczego dlaczego dlaczego", ale nie byłoby to do końca zgodne z prawdą. Chyba potrzeba czasu.

Z.

środa, 17 listopada 2010

garść filmów

Bezczas. Zeroczas. Za dużo trochę, mało pamiętam. W czwartek pamiętam świetnego "Handlarza cudów". Aż chce się jeszcze raz obejrzeć "ENEN". W sobotę "Skrzydlate świnie" - warto. Oglądając takie filmy ma się wrażenie, że polskie kino ma się naprawdę dobrze. Później góry, góry, góry. Wiele kilometrów, nienaturalnie ciepło i przemiła atmosfera. Kryzys przyszedł później i znów jestem na prochach. Ale warto było. W pracy młyn, ale wyrabiam się. Wczoraj jeszcze do 19 rosyjski, który ma szalone tempo i bardzo mnie angażuje, nie tylko podczas tych dwóch godzin zajęć, za którymi staram się nadążyć. Dziś niespodziewanie Regio Fun Film Festival i zupełnie wstrząsająca "Ewa", na którą polowałam od miesięcy, ale z tego co wiem dotąd nie weszła do normalnej dystrybucji (dzięki ci, redakcjo, za patronat medialny i wejście). Świetny film Sikory i Villqista. Chciałoby się napisać, że śląski film, ale jest w cudowny sposób uniwersalny. Nie zdziwiłabym się, gdyby szalał po zagranicznych festiwalach, a u nas był grany dla paru osób w studyjnych kinach. Poza tym czytam najnowszą książkę mojego najukochańszego Janusza Głowackiego "Good night Dżerzi". Wystarczyło mi parę stron wczoraj, żeby przekonać się, że Głowacki im starszy, tym lepszy. Dziś już nie dam rady. Najwyżej pogłaszczę okładkę, która jest obłędna w dotyku.
Jestem nieprzytomna ze zmęczenia, ale nie wyobrażam sobie, że miałabym z czegoś teraz zrezygnować.

Zzzzzzzzz

piątek, 12 listopada 2010

przerwa

Dziwna przerwa na blogu... Nie pisałam kilka dni, weszłam więc na statystyki, zobaczyć jak czytelnictwo spada na pysk. Okazało się jednak, że przez cały tydzień był tu zadziwiający ruch, który zmotywował mnie do napisania jakiejś nowej, trochę chaotycznej notki.
W pracy przygotowania do bardzo intensywnego przełomu listopada i grudnia. Dwie wielkie uroczystości, z czego jedną koordynuję, plus jeden dwudniowy event, w który też jestem dość mocno zaangażowana. Poza tym dopięcie i druk materiałów po rosyjsku plus ostateczne ustalenia dotyczące mojego wielkiego angielskiego folderu. Atmosfera w biurze w tym wszystkim naprawdę fajna, a i ja w tym tygodniu trochę spokojniejsza. Rosyjski jest fajną odskocznią. Cyrylica jest niezastąpiona, jak chcę na godzinę zająć głowę czymś naprawdę innym. W środę przemiła kawa z Mrówką. Mam nadzieję, że wejdziemy w jakąś cykliczność, bo myślę, że wciąż mamy sobie mnóstwo do powiedzenia i do opowiedzenia, przecież tyle się dzieje! I tyle spraw łatwiej zrozumieć - albo znieść - we dwójkę. Dziś rano, korzystając z wolnego piątku (cud!), pojechałam spotkać się z moją serdeczną koleżanką ze studiów (oczywiście jadąc za szybko i śpiewając całą drogę, norma). Wszystko się zmienia i u niej, i u mnie, a wciąż śmiejemy się z tych samych rzeczy. Później kusiło mnie, żeby skoczyć do Bielska (pora wczesna, pogoda ładna, a tam wszystko takie fajne...), ale grzecznie skręciłam w stronę Katowic (w ogóle ostatnio jestem coś za grzeczna). Przede mną jeszcze 2 wolne dni. Jeden mój kumpel cieszył się na długi weekend i uznał, że całe 4 dni będzie uprawiał tradycyjny sport hiszpański: leżenie bykiem... Jeśli macie jakieś inne propozycje, to mam luz;).
Odezwę się za jakiś czas.
Z.

niedziela, 7 listopada 2010

Kometa na youtube

 Łooo, co znalazłam! Oglądałam Nohavicę na youtube, a tu taki bonus...




















Ciepło mi się robi jak pomyślę o tamtym wieczorze.

Zł.

na granicy

Na zdjęciu ja przyłapana na przekraczaniu granicy Rzeczpospolitej Polskiej. Dostałam premie, dostałam nagrodę, wzięłam gotówkę i uciekłam za granicę, zupełnie jak w filmach.


Wcześniej przekroczyliśmy granicę pieszo, jak zwykle, po czym udaliśmy się na małe zakupy do naszego ulubionego Chińczyka na rogu. Po długim spacerze po czeskiej stronie, na moście zatrzymał nas Czech z jakąś unijną ankietą na temat turystyki. Jedno z pytań dotyczyło tego, ile wydaliśmy po stronie czeskiej. Bez mrugnięcia okiem odpowiedziałam - zgodnie z prawdą - że całe 4,70 pln. Inne pytanie brzmiało: cel podróży do Republiki Czeskiej. Odpowiedziałam - zgodnie z prawdą - czekolada studencka;)...

sobota, 6 listopada 2010

dawno planowany piątek

Wracałam dzisiaj z pracy (vide: stałam w powypadkowym korku na roździeniu i miałam dużo czasu dla siebie) i chyba pierwszy raz w życiu samo mi się pomyślało, że mam absolutnie cudowną pracę. Uderzyło mnie moje własne odkrycie, bo dzisiaj właściwie nie było żadnych fajerwerków. Po prostu był to dobry dzień w pracy, złożony z wielu spraw, niektórych właśnie zamykanych (np. nasz najnowszy rosyjskojęzyczny materiał promocyjny, tak!), innych obecnie otwieranych. I ja gdzieś w środku. Atmosfera jest świetna. I w tym korku pomyślało mi się, że mam cholerne szczęście, co zdecydowanie kontrastowało z moim nastrojem, z którego nie potrafię wydobyć się od trudnej do określenia liczby tygodni. Mam szczęście.

Wpadłam do domu tylko na chwilę. Zmieniłam dżinsy na kanty, kowbojki na obcasy, sweterek na koszulę i łańcuszek na krawat i pognałam na spektakl. "Patty Diphusa" Teatru Polonia z Warszawy, czyli monodram Ewy Kasprzyk oparty na opowiadaniu Pedro Almodovara, zajął na jakiś czas moje myśli, co wyszło mi na dobre. I to pytanie: "Napiszesz recenzję?" I moja własna odpowiedź, której stanowczość nawet mnie samą zaskoczyła: nie mam zamiaru. Po co? Wielkie dzięki za niespodziewane bilety i za pamięć.

Ze spektaklu od razu do Katowic na planowaną od kilku dni imprezę z dziewczynami z działu. Cudowny wieczór, prześmiany, obśmiany i rozluźniony. Do tych popołudniowych oświeceń dotyczących samej pracy, dorzucam zachwyty nad ludźmi, z którymi pracuję, nad dziewczynami, które stać na luz, na szczerość, na niesamowity dystans, którego ja muszę się jeszcze nauczyć. Powiedziałam, że muszę odreagować. Nie pytały o nic, po prostu mi to umożliwiły. Wybawiłam się, wyszumiałam, odreagowałam, bo tego potrzebowałam najbardziej. Głośno dookoła, w klubie tłumy godne naszego wielkiego miasta, wybuchy śmiechu i opowieści, od których nie można się oderwać. Warto było czekać na ten wieczór i czuć, jak wraca się do jakiejś swojej dawnej formy. Trochę mi lżej, chociaż myśl o tym, że będę musiała sobie na nowo (kolejny raz) poukładać system wartości, trochę mnie męczy. Ale może sobie poradzę.

Słucham mojego najukochańszego z najcudowniejszych "Z biegiem czasu" Delonsów. Mnie przybywa i lat, i rozczarowań, a ta piosenka się dla mnie w ogóle nie zmienia. Stworzyliśmy razem teatr cieni...

Zet.

wtorek, 2 listopada 2010

M&M


z kalendarium.

Z.

ps. Tak trochę z innej beczki, właśnie dowiedziałam się, że błędy, które popełniłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy, poszły na marne, bo ani ja, ani nikt inny, nie nauczył się z nich zbyt wiele. Hmm. Chociaż o tyle dobrze, że mi to ktoś mówi ze śmiechem. To kiedy ta kawa?

poniedziałek, 1 listopada 2010

filmy

Sobota: niepokojące Essential Killing Skolimowskiego. Kawał męskiego, niewygodnego kina. Bardzo dobry, po prostu.

Niedziela: dokument Kucharze historii Petera Kerekesa. Szczególnie ten film jest godny uwagi, bo pierwszy już doczekał się już uznania, oklasków, nagród i tłumów (vide: tegoroczna Wenecja). Drugi natomiast jest trudny do upolowania w kinie (w Kato poleciał w Rialcie), dziwny, zaskakujący. To kilka równoległych opowieści, wspomnień wojennych widzianych z perspektywy kucharzy wojskowych, gotujących i dla żołnierzy, i dla najwyżej postawionych ludzi w państwie. Była w tym Rosja, były Bałkany, Czechosłowacja, Węgry, Niemcy, Francuzi. Był przepis na milion naleśników. Albo na 1001 bochenków chleba z arszenikiem dla więzionych SS-manów, po których 300 osób padło. To absolutnie niezwykłe filmowe dzieło, w którym maksymalnie poważne słowa, wypowiadane przez ludzi którzy jakimś cudem to wszystko przeżyli, sąsiadują z obrazami raz groteskowymi (wszak film jest czesko-słowacko-fińsko-austriacki, ta czeskość do czegoś zobowiązuje;) ), raz drastycznymi. Mnie się rzadko zdarza, że podczas projekcji chowam twarz w dłoniach i wcale nie chcę patrzeć. A teraz się zdarzyło. Słowem - ten film robi z widzem co chce.

Z.