wtorek, 23 listopada 2010

czai się

Niedawno wróciłam do domu po 13 godzinach. Jest ok. Pracuję jak dzika. Bez wtop i galopujących problemów. Trzymam rękę na pulsie przy organizacji Mojej Pierwszej Wielkiej Imprezy. Na razie wszystko idzie po mojej myśli. Przygotowałam kilkadziesiąt dokumentów. Wysłałam mnóstwo zaproszeń. Mamy bajeranckiego gościa honorowego, gwiazdę:), sami zobaczcie. Ogarnęłam scenariusz sprzed roku i wedle wskazówek szefowej na jego podstawie zrobiłam mój własny, tegoroczny. Za tydzień o tej porze będzie już po wszystkim. Ranyboskie...

Cały weekend poza domem. W ogóle wszystkie popołudnia poza domem. Efekt tego taki, że wieczorem, jak odpalam prywatny komputer, jestem zmęczona, dziwnie smutna i niezwykle łatwo mnie rozdrażnić. Czuję się tak, jakby Coś się na mnie czaiło i tylko czekało na jakiś słabszy moment. To Coś przez cały dzień się nie ujawnia, bo jestem tak zajęta, że i tak bym nie zauważyła. Za to wieczorem - to co innego. Z każdego kąta wyłazi mi stwór miliona pytań, niepewności i wątpliwości. Wczoraj wieczorem to Coś zupełnie mnie przydusiło do poduszki i nawet nie miałam siły odganiać się od napierających mi na głowę słów "dlaczego dlaczego dlaczegooooooooo"...

Dziś na rosyjskim w książce znalazłam coś, co mogłoby być moim czającym się stworem.

Tu chciałam jeszcze dopisać, że w sumie już trochę wiem "dlaczego dlaczego dlaczego", ale nie byłoby to do końca zgodne z prawdą. Chyba potrzeba czasu.

Z.

Brak komentarzy: