sobota, 6 listopada 2010

dawno planowany piątek

Wracałam dzisiaj z pracy (vide: stałam w powypadkowym korku na roździeniu i miałam dużo czasu dla siebie) i chyba pierwszy raz w życiu samo mi się pomyślało, że mam absolutnie cudowną pracę. Uderzyło mnie moje własne odkrycie, bo dzisiaj właściwie nie było żadnych fajerwerków. Po prostu był to dobry dzień w pracy, złożony z wielu spraw, niektórych właśnie zamykanych (np. nasz najnowszy rosyjskojęzyczny materiał promocyjny, tak!), innych obecnie otwieranych. I ja gdzieś w środku. Atmosfera jest świetna. I w tym korku pomyślało mi się, że mam cholerne szczęście, co zdecydowanie kontrastowało z moim nastrojem, z którego nie potrafię wydobyć się od trudnej do określenia liczby tygodni. Mam szczęście.

Wpadłam do domu tylko na chwilę. Zmieniłam dżinsy na kanty, kowbojki na obcasy, sweterek na koszulę i łańcuszek na krawat i pognałam na spektakl. "Patty Diphusa" Teatru Polonia z Warszawy, czyli monodram Ewy Kasprzyk oparty na opowiadaniu Pedro Almodovara, zajął na jakiś czas moje myśli, co wyszło mi na dobre. I to pytanie: "Napiszesz recenzję?" I moja własna odpowiedź, której stanowczość nawet mnie samą zaskoczyła: nie mam zamiaru. Po co? Wielkie dzięki za niespodziewane bilety i za pamięć.

Ze spektaklu od razu do Katowic na planowaną od kilku dni imprezę z dziewczynami z działu. Cudowny wieczór, prześmiany, obśmiany i rozluźniony. Do tych popołudniowych oświeceń dotyczących samej pracy, dorzucam zachwyty nad ludźmi, z którymi pracuję, nad dziewczynami, które stać na luz, na szczerość, na niesamowity dystans, którego ja muszę się jeszcze nauczyć. Powiedziałam, że muszę odreagować. Nie pytały o nic, po prostu mi to umożliwiły. Wybawiłam się, wyszumiałam, odreagowałam, bo tego potrzebowałam najbardziej. Głośno dookoła, w klubie tłumy godne naszego wielkiego miasta, wybuchy śmiechu i opowieści, od których nie można się oderwać. Warto było czekać na ten wieczór i czuć, jak wraca się do jakiejś swojej dawnej formy. Trochę mi lżej, chociaż myśl o tym, że będę musiała sobie na nowo (kolejny raz) poukładać system wartości, trochę mnie męczy. Ale może sobie poradzę.

Słucham mojego najukochańszego z najcudowniejszych "Z biegiem czasu" Delonsów. Mnie przybywa i lat, i rozczarowań, a ta piosenka się dla mnie w ogóle nie zmienia. Stworzyliśmy razem teatr cieni...

Zet.

Brak komentarzy: