piątek, 31 grudnia 2010

Mój muzyczny rok 2010 (pisze Brzydal)

Witam witam,
Złośnica rozpisała się bardzo obficie w tematyce muzyki, zresztą nie tylko w tej materii się tutaj rozpisuje ;-) i całe szczęście, bo wyrabia normę za siebie i za mnie przy okazji ;-). Dzięki ;-*.
Ale wracając do tematu, jako że muzycznie jestem uzdolniony na poziomie podstawowym (słyszę, że grają) to w gustach zdaję się w przerażającej większości na Złośnicę. Niestety obok jednego, wyjątkowego kawałka, którego Złośnica nie ujęła w zestawieniu przejść obojętnie nie mogę ;-).
Mam na myśli wyjątkowy, rewelacyjny kawałek, którego tekst, interpretacja, świeżość, celność w sytuację, odpowiedź na zapotrzebowanie w danej chwili, nowi wykonawcy, którzy odkryli w sobie talent wokalny. To wszystko składa się na wspomnianą wyjątkowość ;-)

Panie i Panowie, oto:


Myślę, że dodatkowe komentarze są zbędne. Mistrzowie w swoim popisowym kawałku ;-).

Natomiast w grupie muzyków, pozytywne nastawienie i dobre samopoczucie wyzwala we mnie ten kawałek:


Energetyczna interpretacja i oryginalny teledysk.

Pozdrawiam i życzę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

znikaj 2010! (pisze Złośnica)

Skoro muzykę już ogarnęłam, jeszcze tylko kilka słów o innych elementach życia, które były dla mnie w tym roku ważne / które były za bardzo ważne / które były niewystarczająco ważne / odnośnie do których udawałam, że nie są ważne / które były najważniejsze.

Książki. Okazało się, że nie zawsze ma się siłę na czytanie książek późnym wieczorem, gdy wraca się do domu po 12 godzinach w pracy. Mój pęd do literatury znacznie zwolnił, przede wszystkim z braku czasu, ale też z powodu częstego chaosu w głowie, którego czytanie nie byłoby w stanie uspokoić. Bardzo czekałam na "Piątą stronę świata" Kutza, która mnie nie zawiodła i wciągnęła innym kolorytem niż Szymutko, Szejnert czy Janosch. Wpadłam też w ciepłe w czytaniu książki Llosy, który zachwyca mnie polifoniczną narracją i wszystkimi innymi zabiegami, którymi wodzi czytelnika za nos. Wiadomość o Noblu dla niego przyjęłam z piskiem radości i ze świadomością, że choć trochę rozumiem, dlaczego zasłużył na tę nagrodę. I oczywiście Foer i jego "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" i arcygenialne "Wszystko jest iluminacją". Początkowo walczyłam z tą książką, ale później zakochałam się zupełnie we wszystkim: od konstrukcji bohaterów, przez absolutny synkretyzm i rodzajów, i gatunków, po fantastyczne tłumaczenie Michała Kłobukowskiego. Literacki cud na mojej półce. Skarb na lata.

Film. Czas dobrych polskich filmów. "Enen", "Handlarz cudów" i "Ewa" wciągają, wstrząsają i na koniec porzucają tak, że widz nie bardzo wie, co zrobić z myślami. "Wszystko jest iluminacją" w wersji filmowej rozbraja niewiele mniej niż książka. Tylko żal, że taki film nie powstał w Polsce, bo biorąc pod uwagę tematykę, mógłby.

Teatr. Zastanawiałam się, który spektakl był w tym roku dla mnie najważniejszy i waham się między dwoma tytułami. Najbardziej czekałam na "Moje drzewko pomarańczowe" w Teatrze Polskim. Spektakl zmiótł mnie swoim ciepłem i magią w każdym elemencie. Na pewno obejrzę jeszcze raz... Z cudowną kreacją Kuby Abrahamowicza w roli kilkuletniego Zeze może konkurować tylko bohater "Obudź się i poczuj smak kawy" Teatru im. Jaracza w Łodzi w wykonaniu Bronisława Wrocławskiego. Myślę, że właśnie ten monodram dał mi najwięcej emocji związanych na czysto z teatrem. Genialne.

Praca. Nie spodziewałam się, że to wszystko pójdzie tym torem. Myślałam o czymś innym, ale kiedy nagle i niespodziewanie perspektywa pracy w takiej instytucji wyrosła mi przed oczami, po kilku ważnych rozmowach i nieprzespanych nocach, podpisałam umowę. Oznaczało to dla mnie skok do działu, którego nie znałam, do branży, o której miałam nikłe pojęcie, do działań, których musiałam uczyć się od zera. Zdecydowanie za często myślę o tym, co wybrałam, a czego nie. Nawet nie myślę, co zyskałam, tylko męczy mnie, co straciłam. Resztki zdrowego rozsądku próbują powiedzieć mi, że wybrałam dobrze, ale pewnie do ostatecznej oceny potrzebuję znacznie więcej czasu. Obecnie jestem absolutnie zachwycona tą pracą, tym biurem, zakresem obowiązków, perspektywami, ludźmi, możliwościami rozwoju. Czuję się jak u siebie i wiem, co robię. Bezcenne.

Pisanie. Pisanie zeszło nawet nie na drugi, co na znacznie dalszy plan. Adios, redakcjo... Ostatnie teksty napisałam latem, gdy byłam rzecznikiem Festiwalu. Później, jesienią, przestałam widzieć sens w pisaniu recenzji. Niech sobie dalej piszą ci, którzy faktycznie potrafią i którzy się liczą w mediach. We mnie ostatecznie siedziało zbyt wiele emocji, a żadne dziennikarstwo nie powinno w nich zatapiać swoich fundamentów. Z drugiej strony, uciszanie własnych wrażeń tylko po to, żeby napisać niezły technicznie tekst, zaczęło być ponad moje siły i bez sensu. W końcu ile można przykrywać braki merytoryczne samą pasją? To powinno iść w parze, a u mnie najwyraźniej nie szło. Może do tego wrócę jak mnie coś najdzie, jak będę miała jakiś megapomysł na tekst. Może.

Marzenia. Miałam jedno, wymarzone równo rok temu, może trochę wcześniej, ale rok temu na praskim Moście Karola pocierałam odpowiedzialną za spełnianie marzeń płaskorzeźbę i intensywnie myślałam o tym, że chcę, chcę, chcę. Oczywiście się nie spełniło. Niby proste, wręcz banalne, ale nic z tego, choćbym się nie wiem jak starała. Po roku prób zastanawiam się, czy moim noworocznym postanowieniem nie powinno być pozbycie się tego marzenia.

Dziwny ten Sylwester. Dopiero wróciłam do domu. Wieczorem, jak Brzydal wróci z pracy i żadne z nas nie pójdzie spać, spakujemy sprzęt i pojedziemy w góry szaleć na stoku, pić herbatę z termosów, patrzeć sobie w oczy przez gogle i trącać się kaskami na wyciągu. I nie chcę innego Sylwestra.

Bawcie się dobrze i zacznijcie ten Nowy Rok z klasą! My na przykład od jutra nie przeklinamy... ;))

Złośnica

muzyczny 2010 rok (pisze Złośnica)

Kryzys związany z końcem roku. Wczorajszy dzień był koszmarem. Marzyłam o tym, żeby zasnąć o 17 i spać do dzisiaj, ale nic z tego. Teraz w pracy miałam chwilę, żeby zastanowić się nad tym, co się działo w tym roku, więc na początek zajęłam się muzyką.

Last.fm nie kłamie. Tylko last.fm wie, czego słuchałam. Tylko ja wiem, dlaczego właśnie tego. Wrzucam więc 20 wykonawców, których słuchałam w tym roku najczęściej.

Gogol Bordello – rok pod znakiem Gogol Bordello. Na ten barwny skład trafiłam przypadkiem, przez soundtrack do filmu „Everything is illuminated”. Ich głośne i eklektyczne granie zostało w moich głośnikach na dłużej. Moje odkrycie roku, zdecydowanie.

Death Cab for Cutie – bo stara miłość nie rdzewieje, a muzyczne sentymenty nie dają spokoju. Powoli zaczyna mnie drażnić ten wpadający w dziwną naiwność wokal Bena, ale mimo to wciąż z wielką przyjemnością słucham tych kawałków nie do podrobienia.

Robert Talarczyk – bo śpiewa ładne, melodyjne kawałki, w których znajduję świetne językowe perełki. Kilku z tych piosenek słucham bez opamiętania, niektórych niezmiennie nie słucham wcale. Wracam do nich, żeby się trochę ogrzać. Czekam na płytę.

Jaromír Nohavica – czasem nachodzi mnie taka faza na Nohavicę, że przez kilka dni słucham tylko jego płyt. Poza tym znów byłam na koncercie i dałam się wciągnąć w ten specyficzny klimat, którego nie da się podrobić.

Delons – nazwa „Delons” do temat na pracę magisterską, a nie na komentarz… Z tego, co stanowiło sens 3 czy 4 lat mojego życia, został mi gigantyczny sentyment z nutką żalu, że to jest już nie do odzyskania.

Iowa Super Soccer – czarujące, ciepłe dźwięki, tak dobre, że aż miło czytać o ich zagranicznych podbojach

Stare Dobre Małżeństwo – dla mnie to kolejne odkrycie roku, mimo że grają już potwornie długo. Znalezione przypadkiem, nawet nie pamiętam jak. Miękki głos wokalisty i naprawdę świetne teksty. Lepiej późno niż wcale.

Mirosław Czyżykiewicz – cała płyta męcząca jak mało która, ale piosenka „Ave” jest tak genialna i tak wymowna, że aż czasem boli

Czesław Śpiewa – urocza nowa płyta. „Pożegnanie małego wojownika” wymiata

The Killers – bo to kawał dobrego rockowego grania i tyle

Beirut – ciepło, ładnie, onirycznie, multiinstrumentalnie

Gaba Kulka i Konrad Kucz – na żywo: coś cudownego

Muchy – za energię i zabawę językiem

Святослав Вакарчук – to dopiero było odkrycie! Chociaż tak naprawdę to płytę tego gościa przyniósł mi pewien kolega, który za punkt honoru obrał sobie mi muzycznie zaimponować. I mu się udało. Jeszcze trochę i może pójdziemy na kawę:P.

The Notwist – zaspokaja apetyt na elektronikę

Idlewild – powoli wyrastam z Roddiego, powoli…

Old Jerusalem – fantastyczny portugalski singel-songwriter

Pustki – dobre, bo polskie

DeVotchKa – tylko „How it ends” się liczy!

5'nizza – odkryte na fali szukania muzycznych inspiracji na Wschodzie. Bardzo udane, bardzo inne, idealne do nauki czytania cyrylicy. Do tego SunSay i Sergiej Babkin i mamy komplet.


A tu piosenki, które nijak nie chciały się odczepić:

Mirosław Czyżykiewicz – Ave (Inspira) – za tekst

Gaba Kulka i Konrad Kucz – Recurring – za najsłodsze na świecie „darling”

Death Cab for Cutie – The Ice Is Getting Thinner – DCfC w naprawdę dobrej formie

Stare Dobre Małżeństwo – Czarny blues o czwartej nad ranem – nie wiem, jak mogłam wcześniej tego nie słyszeć

Lali Puna – 40 Days – bo to najlepsza piosenka jaką znam, piosenka której słucham najczęściej ze wszystkich

Old Jerusalem – Arts Center – bo nie do końca wyleczyłam się ze smutnych chłopaków z gitarami akustycznymi

Czesław Śpiewa – Pożegnanie małego wojownika – genialny kawałek, genialnie zagrany, genialnie zaśpiewany

Death Cab for Cutie – Grapevine Fires – "before we all burn"

Pustki – Notes – cudowny Antoni Słonimski

The Notwist – Consequence - "Could it stay with me the whole day long?"

Death Cab for Cutie – A Lack of Color – nie starzeje się

DeVotchKa – How It Ends – u mnie to zatacza koło: książka – film – muzyka…

PROLOGMIX – PROLOGMIX – (ehh, te tagi...) muzyczna zapowiedź Mistrza i Małgorzaty na scenie. Teraz chyba ta muzyka poszła w innym kierunku…

Delons – TAJFUN 18 – "pod gruzami na pewno czekasz na mnie"

Gogol Bordello – Start Wearing Purple – można oszaleć na punkcie tego kawałka

Muchy – Przyzwolitość – "może zechcesz mi przypomnieć kto rozpoczął tę historię…?"

Gogol Bordello – Illumination - "In sound of this same old punk song"...

Iowa Super Soccer – Little Joe – działa jak termofor

Gaba Kulka – Emily – piękne. Kropka. To znaczy Kulka

Delons – Z biegiem czasu – najlepszy kawałek Delons. Uwielbiam - to za mało powiedziane.

Freshlyground – I'd Like – Republika Południowej Afryki w natarciu

Robert Talarczyk – Ten jeden dzień – bo "wszystko jedno"

The Killers – When You Were Young – jak napój energetyczny

Kate Nash – Nicest Thing – bo czasem trzeba trochę zmięknąć

Robert Talarczyk – Słowa – bo mam słabość do słów i do "Słów". Nie do wyleczenia?

Adele – Rolling In The Deep – wciągający powrót Adele

5'nizza – Soldat - "Я герой, скажите мне какого романа"…


Pewnie jeszcze dzisiaj się odezwę. Nie wiem jeszcze, do której przyjdzie mi tu dzisiaj kwitnąć samej w biurze... 3majcie się. Zł.

niedziela, 26 grudnia 2010

otwarcie sezonu

Tak naprawdę znam tylko jeden pozytywny aspekt zimy: snowboard. W wieku 12 lat porzuciłam narty na rzecz deski i zaczęłam uczyć się sama, obijając każdą część ciała, zgrzytając zębami i połykając łzy. Jeździłam wtedy na zjazdowej desce z twardymi wiązaniami - dla dziecka: hardkor. Mój Ojciec, który zdobywał różne nagrody na nartach i sądził, że pójdę w jego ślady, początkowo patrzył z niedowierzaniem na tego ośnieżonego stwora, w którego zmieniła się jego dobrze rokująca córeczka. Później już wiedział, że do dwóch desek nie wrócę i... sam przesiadł się na jedną. Snowboard jest inny, zadziorny, charakterny, zaczepny. Jest wymagający. Pamiętam sezony w całości przejeżdżone z usztywniaczami na zbuntowanym lewym kolanie, które zawsze jako pierwsze wali o ziemię. Poobijane nadgarstki czasem bolą nawet parę miesięcy po zimie. A ja potrafię w wakacje sprawdzać, czy mam dokręcone wiązania. Mój snowboard przez cały okrągły rok stoi przy moim biurku. Ot, miłość;).
Brzydalowi nauka jazdy na nartach przyszła z łatwością. Pamiętam, jak pierwszy raz przypiął narty. Odepchnął się kijkami na górze stoku i od razu wyprzedził własnego instruktora o trzy długości. Następnie zobaczyłam tylko gigantyczną śnieżną chmurę, w której Brzydal zniknął i z której po chwili wyłoniło się jakieś białe yeti, w którym po otrzepaniu z pozostałości zaspy rozpoznałam Brz. Teraz jeździ bardzo fajnie i - jak na moje możliwości - zdecydowanie za szybko. Twierdzi, że ma lepsze noszenie;).
Niepokoi mnie tylko to, że im jestem starsza, tym robię się coraz ostrożniejsza, a przecież chciałabym się jeszcze w tę stronę trochę porozwijać. Jako że nie mam zamiaru w moim wieku zmienić się w stokowego emeryta, uciszam w sobie te wszystkie "uważaj", "nie wolno", "nie tędy", "trasą! trasą!" No i kask, kochani. Kask jest najważniejszy. Bez kasku nie jeździmy. Na kasku nie oszczędzamy. Kask ma być zawsze porządnie zapięty. I - oczywiście - ładny ;).


To będzie dobry sezon. Szalenie chce mi się jeździć i pozwalać hormonom szczęścia zalewać oczy. Byle do soboty!
Złośnica

sobota, 25 grudnia 2010

25.12

Na zdjęciu jeden z moich ulubionych widoków: Babcia nad stolnicą dzień przed Wigilią. Wzięłam urlop, żeby z Babcią walczyć z uszkami;). Kot pomagał. Zostawiam dużą rozdzielczość fotki - po kliknięciu możecie zobaczyć moją Babcię z bliska. W ogóle powinniście ją poznać bliżej. Miejsce urodzenia: Lwów. Wiek: 89. Znak zodiaku: strzelec. Przez ponad 40 lat była nauczycielką z najczystszego powołania. Do teraz dostaje listy od wdzięcznych uczniów. Antyklerykalna humanistka. Od 30 lat pisze rodzinną kronikę, w której opisuje nie tylko to, co robią wnuki, ale też wkleja codzienną prasówkę na tematy polityczne, ekonomiczne, kulturalne.  Mnóstwo czyta. Nigdy na nikogo nie podniosła głosu. Mieszka w Katowicach-Ligocie, gdzie i ja chciałabym wrócić.
Co by tu porobić miłego...? Jeśli możecie podrzucić mi mailem coś do czytania albo do słuchania, to chętnie przyjmę. Właśnie Dż wysłał mi plakat dotyczący styczniowego koncertu Generała, na którym mnie nie będzie, ale z przyjemnością roześlę info wszędzie gdzie mogę. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu byłam pewna, że będę tym jednym jedynym managerem zespołu;)...

Pzdr, Zł.

P.S. W Programie Pierwszym Polskiego Radia po godzinie 14 można słuchać "Mojego drzewka pomarańczowego" w odcinkach. Przyssało mnie do głośnika, bo znałam audiobooka, ale słuchowisko to nowość:). Polecam.

piątek, 24 grudnia 2010

24.12

Mnóstwo niespodziewanie intensywnych emocji. Tak intensywnych, że nie do końca umiałam sobie z nimi zdroworozsądkowo poradzić. Pamiętam, że jaka Wigilia, taki cały rok. Jeśli przez cały najbliższy rok miałyby się dziać ze mną takie rzeczy, to ja w to wchodzę, po prostu.

Życzę Wam fajnych, udanych Świąt, takich jak lubicie najbardziej i pełnych takich emocji i myśli, jakich sami byście sobie życzyli.

Rozsyłam buziaki :-*

Złośnica

środa, 22 grudnia 2010

na wypadek gdyby...

Kilka lat temu wycięłam ten obrazek z jakiejś gazety. Przegrzebałam dziś parę starych kalendarzy, żeby go znów zobaczyć. Uznałam, że czas już wstawić go tutaj. 



Mnie w sumie też Święta zaskoczyły bardziej od zimy... Rodzice zrobili wczoraj świetny numer: uznali, że po co kupować choinkę, skoro i tak chcieli w naszym ogrodzie wyciąć jedną taką nie za dużą. Poszli więc wczoraj z piłą i ją ciachnęli. Po ciachnięciu oczywiście okazało się, że ta choinka tylko wyglądała tak niepozornie i że rodzice nawet we dwójkę tego zielonego drapaka unieść nie potrafią. Musieli ją więc jeszcze trochę skrócić, żeby w ogóle zmieściła się w domu. Od razu przypomniała mi się Bridget Jones i jej za duża choinka, której za pomocą normalnych nożyczek i po pijaku chciała nadać tradycyjny trójkątny kształt. Teraz rodzice szaleją z choinką na dole, a ja próbuję jakoś poukładać w głowie te wszystkie rozmowy i strzępki informacji, które dziś do mnie dotarły. Jak to jest, że niektóre słowa jest miło usłyszeć, ale później nie wiadomo, co z taką wiedzą zrobić?

Do słuchania pewna pani, której tu jeszcze nigdy nie było: Lora Szafran. Nie mam najbledszego pojęcia, jak wpadłam na ten kawałek, ale chyba gdzieś przeczytałam kawałek tekstu i dopiero później odkryłam, że to piosenka "Na wypadek gdyby..." (UWAGA! link do piosenki został usunięty po negatywnej reakcji czytelnika bloga na ten kawałek. Cholera, blog interaktywny czy co;))???)

Jutro urlop! W 4 dni wolnego wchodzę - jak zwykle niespodziewanie - na prochach. Mam nadzieję zbudzić się rano w trochę lepszej formie.

Poza tym mam nowy telefon:). Po tamten stary pewnie odezwaliby się do mnie niedługo z Muzeum Techniki. Co mogę powiedzieć o nowym? Że cudownie mi się dziś przez niego rozmawiało:))))........

Z.

wtorek, 21 grudnia 2010

godziny

Wczoraj:
24 godziny życia
10 godzin w pracy
3 godziny na plenerowym karaoke
2 godziny w teatrze
kilka minut w padającym śniegu
6 godzin snu

Dzisiaj:
24 godziny życia
15 godzin w pracy
150 gości
wiele kilometrów przebiegniętych korytarzy
6 godzin snu

Udane były te dwa dni, naprawdę. Dużo dobrych, ciepłych myśli.

Podczas dzisiejszej uroczystości ktoś przeczytał wiersz, w którym były słowa "czekam na ciebie we śnie, po sześć godzin na dobę". Genialne.

Jeszcze tylko jutro. Jutro musi być spokojniej. Musi.

Z.

Witam Witam :-)

Witam serdecznie po bardzo długiej przerwie,

na wstępie chciałbym złożyć wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom najlepsze życzenia świąteczne. Zdrowych, Wesołych Świąt, dużo miłości, radości, życzliwości, smakowitości i "rodzinności" ;-).

Wracając do sedna. Jako zarażony, jakiś czas temu, przez Złośnicę muzyką inną niż popularna zacząłem swoją przygodę z cięższymi rytmami. Jak na pewno wiecie słuchaliśmy Antyradia, natomiast aktualnie słuchamy EskaRock (m.in. ze względu na Poranny WF), ale ale.

Pewnego razu zaskoczyło mi na Republikę i Grzegorza Ciechowskiego, początkowo wsłuchiwałem się w najpopularniejsze kawałki, telefony, Biała flaga, Tak tak ... to ja, Mamona. Kolejny stopień wtajemniczenia to Sexy Doll, Śmierć na pięć, Kombinat, Odchodząc.

Co jakiś czas wracałem do kompilacji pod nazwą Republika z 2002 roku.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że Kasia Kowalska nagrała płytę Moja Krew, gdzie znajdują się największe hity Republiki i nieżyjącego Grzegorza Ciechowskiego.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy wysłuchałem piosenki Telefony. Skóra zjeżyła mi się na plecach, włosy na nogach, po czym szybciutko musiałem oczyścić sobie umysł oryginalną wersją, najlepiej koncertową.
SZOK !!! i do tego, puściła to moja ulubiona stacja radiowa, która promuje cały krążek, jako bdb pozycję SZOK !!!.

Osobiście nie mam nic przeciwko Kasi Kowalskiej, ba, nawet nie mam nic przeciwko coverom, ale o zgrozo, pewnych kultowych i kluczowych kawałków nie powinno się zmieniać. Zresztą mało który cover udaje się lepiej albo przynajmniej tak samo dobrze jak oryginał.

Chętnie poznam Wasze odczucia, w kwestii tego pomysłu, bo być może ze mną jest coś nie teges ;-).

Pozdrawiam
Brzydal ;-)

czwartek, 16 grudnia 2010

na lodzie

Ciężka sprawa z tą zimą. Jeżdżę ostrożnie, ale to, co niektórzy kierowcy robią na drogach uzmysławia mi, że naprawdę nie wszyscy powinni prowadzić samochody. Niezwykła jest np. ta tendencja, że jak jest wypadek w stronę Sosnowca, to profilaktycznie korek tworzy się też w stronę Katowic i odwrotnie, mimo że w każdą stronę są 3 pasy oddzielone barierkami. Czyli że wystarczy zablokować fizycznie jeden pas, żeby grzecznie stało sześć pasów w godzinach porannego lub popołudniowego szczytu. Czarujące.
Dziś z pracy wracałam 1,5 godziny. Po dość stresowym dniu w biurze, w aucie zachowywałam anielski spokój przez godzinę i 20 minut, stojąc w kilku różnych korkach, słuchając muzyki, ustępując innym samochodom i próbując się wyluzować. I dopiero blisko domu moja prawdziwa natura znów wylazła na wierzch - na Piłsudskiego wytoczyła mi się przed nosem jakaś skodziana, po czym rozwinęła zawrotną prędkość 30 na godzinę i najwyraźniej nie miała zamiaru wrzucić trzeciego biegu. Zwerbalizowałam złe emocje i wybuchłam nagle, głośno i bardzo wulgarnie, po czym od razu wybuchłam śmiechem, bo sama siebie nie podejrzewałam o taką reakcję.
Z pozytywnych aspektów zimy, otworzyłam sezon na łyżwy. Pozytywnie zaskoczyły mnie zmiany na lodowisku w Katowicach, gdzie są teraz fajne małe zamykane szafki i karty magnetyczne, które liczą minuty po przekroczeniu godziny. Więcej pozytywnych aspektów zimy na razie nie dostrzegam.
O Świętach w ogóle nie myślę. Biuro mnie pożera, pożera mnie też rosyjski (uparłam się i czytam moją ulubioną rosyjską książkę - czytam ją przed snem po rosyjsku! Tzn. na niej uczę się czytać i rozumieć), tym bardziej że za miesiąc zaliczam semestr.
Odliczam. Za 4 dni "Cholonek". Za 13 dni wypłata, co ma związek z tym, że bardzo potrzebuję kasy na to, co za 23 dni;). Ostatnio na facebooku wpadłam na genialną grupę: "Dlaczego pod koniec pieniędzy jest jeszcze tak dużo miesiąca"? I druga moja ulubiona: "Boję się że burdel w moim pokoju ożyje w nocy i zeżre mnie żywcem". I to tyle.
Z.

niedziela, 12 grudnia 2010

Adele - Rolling In The Deep



Cudowny nowy kawałek Adele. A myślałam, że to "Chasing pavements" na zawsze zostanie jej najbardziej czarującą piosenką. A tutaj taka niespodzianka: Adele wydoroślała i ma tak zajebisty wokal, że się nie można oderwać. Teledysk cudowny (musicie zobaczyć te szklanki!), zresztą "Chasing pavements" też promował przemiły dla oka klip. Z niecierpliwością czekam na płytę "21". Ta dziewczyna jest tak niewspółczesna, aż miło.

Z.

sobota, 11 grudnia 2010

5'NIZZA Солдат



Nie umiem się uwolnić od tej piosenki. Chodziła za mną od wakacji, ale teraz już na dobre się przyczepiła. To piosenka z gatunku tych, przez które nie chce się wychodzić z samochodu, jak sączy się z głośników. Wkręca się.

Dziś "Łysa śpiewaczka" w Teatrze Zagłębia.

Z.

czwartek, 9 grudnia 2010

Hamlet

Dostałam maila od Hamleta. Od cudownego, najprzystojniejszego na świecie Hamleta, z którym nie rozmawiałam kilka miesięcy. Odezwał się w sprawie zupełnie nieteatralnej, co mnie 1. dość zaskoczyło, 2. ucieszyło, bo mogłam jednak wrócić do tematu jego (jakże przyjemnej dla oka) obecności na scenie:) (choć ostatnio częściej migał mi w telewizji, na co niezmiennie reagowałam radosnym "znam go znam go znam gooooooo!!!"). W kolejnym mailu napisał mi, że teraz gra w spektaklu Kleczewskiej w Opolu (tej słynnej Kleczewskiej, której dotąd nic nie widziałam) i że jeśli chcę zobaczyć, to on tam jedzie w sobotę i niedzielę, więc może mnie zabrać. Po tym komunikacie 1. umarłam z radochy, po czym od razu 2. wbiłam zęby w biurko, bo w sobotę idę na inny spektakl, a w niedzielę jestem cały dzień poza Śląskiem. W ten sposób elektryzujący Hamlet mi się oddalił i z jego przemiłej i spontanicznej propozycji nie wyjdzie nic. Do końca roku w Opolu nie gra już ani razu, więc kapota. Pffffffffff!!!!!!!!!
Czuję się trochę tak jak wtedy, kiedy Ktoś Ważny dawno temu zapytał, czy mnie gdzieś podrzucić, a ja oczywiście powiedziałam, że nie, ale już w połowie trwania tej mojej odmowy wiedziałam, że będę tego żałować. Grrrr.
Z.

środa, 8 grudnia 2010

70 godzin

Lepiej znosiłam te mrozy niż tę cholerną odwilż. Mój organizm też najwyraźniej wolał ten śnieżny stan sprzed tygodnia, bo wczoraj na wszechobecną pluchę zareagował nagłym i  niespodziewanym spadkiem odporności, co z kolei zaowocowało absolutnym brakiem energii i przeziębieniem-gigantem z całym jego inwentarzem. W dodatku chyba ktoś sobie dzisiaj ze mnie robił jaja i wykrzywiał czasoprzestrzeń, przez co 8 godzin w biurze trwało jak 80 dni dookoła świata.

Poza tym niedawno zaczęło mi czegoś brakować, tylko przez kilka tygodni nie bardzo umiałam wykminić, o co chodzi. Próbowałam czytać jakieś inne książki, szukałam nowej muzyki, robiłam zdjęcia - nic nie pomagało. Dziwne uczucie braku jakiegoś ważnego elementu nie dawało mi spokoju. I dziś, próbując się rozgrzać, pijąc sto dwunastą już herbatę i czując dziwne mrowienie w opuszkach palców, zrozumiałam: chce mi się coś napisać. Znowu.

W ciągu minuty działo się tak: google -> repertuar -> telefon -> pytanie, czy jakimś cudem są jeszcze bilety na najbliższą sobotę -> odpowiedź, że owszem, jakimś cudem jeszcze są cztery sztuki -> rezerwacja wszystkich czterech sztuk -> trzask telefonu -> radocha. Nie dość, że będę miała co oglądać, to jeszcze będę miała o czym pisać! Ostatnią recenzję wypuściłam jakoś na początku października. Może czas do tego wrócić, żebym później nie żałowała, że pozwoliłam się temu gdzieś wymknąć... Już raz miałam taki moment, że wszystko puściłam wolno, tylko teatru trzymałam się naprawdę mocno. Muszę spróbować do tego wrócić.

Dobrze. Spektakl już za jakieś 70 godzin.

Z.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Святослав Вакарчук - Ой, поперед мене гори сині



Cudowna sprawa, usłyszeć ten kawałek tam, gdzie usłyszałam go wczoraj. Pamiętam, jak dostałam płytę. I pamiętam, jak podałam ją dalej i zastanawiałam się, czy trafiłam. Teraz, po 3 miesiącach, wiem, że trafiłam:).
Cudowna sprawa, tak zacząć dzień, jak ja dzisiaj zaczęłam. To w ogóle był dobry dzień.
Bosz, jak fajnie... :)))) :-*
Z.

niedziela, 5 grudnia 2010

ESK 2016 Katowice - Lech Majewski




Ten filmik jest zupełnie niezwykły. Dawno nic nie podobało mi się tak bardzo jak te 95 sekund. Wibracja. Energia. Negatyw Słońca. Genialne! Być może to jest fantazja, ale być może nie jest. I Nikiszowiec w tle.

A poniżej mój dzisiejszy Nikisz.


Lubię patrzeć na szyld zakładu fotograficznego Niesporków. Lubię myśleć o księdzu Dudku i o Dorce Badurzance, która była mistrzynią gry w szklane kulki, a poza tym chciała zostać świętą, ale - jak wiadomo - została kimś innym. Chciałabym usłyszeć, jak na torach hałasuje Balkan, że nie wspomnę o tym, że chciałabym się przejechać.


Z.

piątek, 3 grudnia 2010

pseudoprezent

Rozmawiałam w pokoju z Babcią, gdy wszedł Brat i wręczył mi mój własny ściągacz wody z szyb, który wożę w aucie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wręczył mi go w dwóch kawałkach. Powiedział, że mi odkupi i wybiegł z pokoju.

Babcia: On ci to na Mikołaja kupił?
ja: Nie, babciu. On mi to na Mikołaja zepsuł.

Z dobrych wieści: byłam dziś na kilku wydziałach, gdzie przeprowadzaliśmy bardzo fajną, wesołą, głośną i medialną akcję. Na jednym z korytarzy mojego wydziału wpadłam na jedynego w swoim rodzaju, najcudowniejszego i genialnego mojego własnego Promotora, który mnie przytulił i pocałował w czoło.

ja: Tęsknię za panem, panie profesorze.
Promotor: Ja też :)

Może później wrzucę jakieś fotki, bo aparatu dziś niemal nie wypuszczałam z rąk. A teraz biorę kompa do kuchni, bo mam full roboty przed jutrzejszym rodzinnym zjazdem:)). Potwornie zmęczył mnie ten tydzień, ale za to zapowiada się naprawdę czarujący weekend.

Zzzzz

ps. Gdy wróciłam do biura, jak na skrzydłach wpadłam do pokoju, gdzie akurat siedziały trzy kierowniczki biur. Z błogą miną:
ja: Spotkałam promotora i mnie pocałoooooowaaaaał....
Kier.: Jezus Maria, gdyby mój mnie pocałował, to bym się chyba załamała...

;)

czwartek, 2 grudnia 2010

telefony

Dzwoni mój służbowy telefon.
- Słucham - odbieram grzecznie, przedstawiając się z imienia, nazwiska i nazwy biura, choć bez nazwy instytucji, bo za długa. Po drugiej stronie słuchawki męski głos.
- Dzień dobry, czy jest u was Pan Dariusz (tu pada nazwisko, które słyszę pierwszy raz w życiu), bo mamy dla niego paczkę.
- Nie rozumiem, pyta pan, czy pracuje w naszym biurze taki człowiek? (zapytałam zdziwiona, bo prawda jest taka, że w biurze pracuje 11 kobiet i żadna nie ma na imię Dariusz)
- Nie, pytam o to, czy jest u was  o s a d z o n y.
- (w myślach: &%$#$&%(#*(&???) (na głos:) U nas raczej nikt nie jest osadzony...

Hmmm. Uwielbiam pomyłki telefoniczne. Mój numer wewnętrzny jest bliźniaczo podobny do jakiejś ogólnopolskiej informacji kolejowej, czasem więc odbieram i słyszę np. pytanie: "czy intercity do Gdyni odjedzie dziś punktualnie"? I zawsze mnie korci żeby powiedzieć np. "panie, on już pół godziny temu odjechał" albo "spokojnie, masz pan jeszcze trzy minuty". Kiedyś zadzwonił jakiś facet o przemiłym głosie pytać o cenę jakiegoś biletu, a ja na to najmilszym tonem wyraziłam swoje ubolewanie, że w tej kwestii nie pomogę, ale gdyby potrzebował projekt kampanii promocyjnej albo scenariusz eventu, to służę radą i pomocą. Padł ze śmiechu, kilka razy przeprosił i zniknął mi z linii z życzeniami miłego dnia.

Najlepszy był jednak telefon od pewnego bardzo szacownego uczonego, który mówił mi o swoich konferencyjnych potrzebach. Na moje pytanie o ilość uczestników mówi mi tak: "Najmilsza pani, prelegentów zjedzie się z całej Polski dość wielu, bo zjawią się w liczbie aż stu dwudziestu. I liczę tu tylko faktycznych uczestników, bez tej całej młodej gawiedzi, która będzie tam li tylko w charakterze klakierów..." Później, jak już przestałam się śmiać i wysłuchałam zapewnień, że dawno ów szacowny uczony nie słyszał istoty o tak słowiczym głosie i śmiechu jak mój (!!!!!), wyraziłam swój żal, że pewnie już nigdy do mnie nie zadzwoni, bo tak naprawdę przez przypadek odebrałam nie swój telefon... Ehhh... Aż za dobrze wiem, że przez telefon wolno więcej.

Dziś z pracy wróciłam mocno rozdrażniona i później niż myślałam. Ale trzymam się dzielnie, bo - uwaga uwaga - od wczoraj MAM NA CO CZEKAĆ. Dokładnie 37 dni. To tylko 5 tygodni z hakiem. Będzie cudownie. Będzie najlepiej. 37 dni!!!!

panna Zet.