piątek, 31 grudnia 2010

znikaj 2010! (pisze Złośnica)

Skoro muzykę już ogarnęłam, jeszcze tylko kilka słów o innych elementach życia, które były dla mnie w tym roku ważne / które były za bardzo ważne / które były niewystarczająco ważne / odnośnie do których udawałam, że nie są ważne / które były najważniejsze.

Książki. Okazało się, że nie zawsze ma się siłę na czytanie książek późnym wieczorem, gdy wraca się do domu po 12 godzinach w pracy. Mój pęd do literatury znacznie zwolnił, przede wszystkim z braku czasu, ale też z powodu częstego chaosu w głowie, którego czytanie nie byłoby w stanie uspokoić. Bardzo czekałam na "Piątą stronę świata" Kutza, która mnie nie zawiodła i wciągnęła innym kolorytem niż Szymutko, Szejnert czy Janosch. Wpadłam też w ciepłe w czytaniu książki Llosy, który zachwyca mnie polifoniczną narracją i wszystkimi innymi zabiegami, którymi wodzi czytelnika za nos. Wiadomość o Noblu dla niego przyjęłam z piskiem radości i ze świadomością, że choć trochę rozumiem, dlaczego zasłużył na tę nagrodę. I oczywiście Foer i jego "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" i arcygenialne "Wszystko jest iluminacją". Początkowo walczyłam z tą książką, ale później zakochałam się zupełnie we wszystkim: od konstrukcji bohaterów, przez absolutny synkretyzm i rodzajów, i gatunków, po fantastyczne tłumaczenie Michała Kłobukowskiego. Literacki cud na mojej półce. Skarb na lata.

Film. Czas dobrych polskich filmów. "Enen", "Handlarz cudów" i "Ewa" wciągają, wstrząsają i na koniec porzucają tak, że widz nie bardzo wie, co zrobić z myślami. "Wszystko jest iluminacją" w wersji filmowej rozbraja niewiele mniej niż książka. Tylko żal, że taki film nie powstał w Polsce, bo biorąc pod uwagę tematykę, mógłby.

Teatr. Zastanawiałam się, który spektakl był w tym roku dla mnie najważniejszy i waham się między dwoma tytułami. Najbardziej czekałam na "Moje drzewko pomarańczowe" w Teatrze Polskim. Spektakl zmiótł mnie swoim ciepłem i magią w każdym elemencie. Na pewno obejrzę jeszcze raz... Z cudowną kreacją Kuby Abrahamowicza w roli kilkuletniego Zeze może konkurować tylko bohater "Obudź się i poczuj smak kawy" Teatru im. Jaracza w Łodzi w wykonaniu Bronisława Wrocławskiego. Myślę, że właśnie ten monodram dał mi najwięcej emocji związanych na czysto z teatrem. Genialne.

Praca. Nie spodziewałam się, że to wszystko pójdzie tym torem. Myślałam o czymś innym, ale kiedy nagle i niespodziewanie perspektywa pracy w takiej instytucji wyrosła mi przed oczami, po kilku ważnych rozmowach i nieprzespanych nocach, podpisałam umowę. Oznaczało to dla mnie skok do działu, którego nie znałam, do branży, o której miałam nikłe pojęcie, do działań, których musiałam uczyć się od zera. Zdecydowanie za często myślę o tym, co wybrałam, a czego nie. Nawet nie myślę, co zyskałam, tylko męczy mnie, co straciłam. Resztki zdrowego rozsądku próbują powiedzieć mi, że wybrałam dobrze, ale pewnie do ostatecznej oceny potrzebuję znacznie więcej czasu. Obecnie jestem absolutnie zachwycona tą pracą, tym biurem, zakresem obowiązków, perspektywami, ludźmi, możliwościami rozwoju. Czuję się jak u siebie i wiem, co robię. Bezcenne.

Pisanie. Pisanie zeszło nawet nie na drugi, co na znacznie dalszy plan. Adios, redakcjo... Ostatnie teksty napisałam latem, gdy byłam rzecznikiem Festiwalu. Później, jesienią, przestałam widzieć sens w pisaniu recenzji. Niech sobie dalej piszą ci, którzy faktycznie potrafią i którzy się liczą w mediach. We mnie ostatecznie siedziało zbyt wiele emocji, a żadne dziennikarstwo nie powinno w nich zatapiać swoich fundamentów. Z drugiej strony, uciszanie własnych wrażeń tylko po to, żeby napisać niezły technicznie tekst, zaczęło być ponad moje siły i bez sensu. W końcu ile można przykrywać braki merytoryczne samą pasją? To powinno iść w parze, a u mnie najwyraźniej nie szło. Może do tego wrócę jak mnie coś najdzie, jak będę miała jakiś megapomysł na tekst. Może.

Marzenia. Miałam jedno, wymarzone równo rok temu, może trochę wcześniej, ale rok temu na praskim Moście Karola pocierałam odpowiedzialną za spełnianie marzeń płaskorzeźbę i intensywnie myślałam o tym, że chcę, chcę, chcę. Oczywiście się nie spełniło. Niby proste, wręcz banalne, ale nic z tego, choćbym się nie wiem jak starała. Po roku prób zastanawiam się, czy moim noworocznym postanowieniem nie powinno być pozbycie się tego marzenia.

Dziwny ten Sylwester. Dopiero wróciłam do domu. Wieczorem, jak Brzydal wróci z pracy i żadne z nas nie pójdzie spać, spakujemy sprzęt i pojedziemy w góry szaleć na stoku, pić herbatę z termosów, patrzeć sobie w oczy przez gogle i trącać się kaskami na wyciągu. I nie chcę innego Sylwestra.

Bawcie się dobrze i zacznijcie ten Nowy Rok z klasą! My na przykład od jutra nie przeklinamy... ;))

Złośnica

Brak komentarzy: