sobota, 31 grudnia 2011

2011 - piosenkownia

Ilekroć posłucham którejś z tych piosenek, będę pamiętać, że to w tym roku namieszały mi w głowie, uzależniły i sprawiały, że spóźniałam się do pracy, bo nie chciało mi się wysiadać z samochodu na parkingu, bo piosenka jeszcze się nie skończyła. Podrzucam więc kilka muzycznych smaczków, każdy z metką "2011", choć czasem od producenta mają inną metkę, starszą.

Tak jak pisałam jakiś czas temu, moja własna piosenka roku to "Pokoiki na Hożej" Talarczyka. Piękna melodia, świetny tekst, a to, co się tam wyrabia na akordeonie, przechodzi ludzkie pojęcie. Z wielkim żalem, że piosenka nie weszła na płytę i ze wspomnieniem tego ostatniego genialnego wykonania w Korezie, które się tak bardzo różniło od tego jedynego wrzuconego na youtube:


Dalej zupełnie cudowna włoska wersja "Could we start again please" z "Jesus Christ Superstar", słuchana godzinami, na okrągło:



Dalej - moim zdaniem najlepsza - piosenka mojej nieustającej miłości zwanej Nohavicą - "Rakety". Jak przetłumaczyłam, zrozumiałam:



Gogol Bordello i piosenka wbudowana w film "Filth and Wisdom": "Wunderlust king". Uwielbiam takich przerysowanych wariatów z innego świata:


Bajkowa i senna Brodka, na którą dotąd nie zwracałam uwagi. "Kropki kreski":
Bukartyka "List do siebie" polecam z wrzuty... na youtube tylko fatalne wersje, a tak dobrych tekstów nie powinno się zakłócać złą jakością nagrań.

ЛЮБЭ "Конь" to zupełnie mistrzostwo świata. Kiedyś przez całą drogę z Bielska do Sosnowca słuchałam tylko tego i widziałam, jak Woland z Mistrzem znikają w ciemności:

Czesław Śpiewa Miłosza to najlepsza i najbardziej dopieszczona płyta, jakiej słuchałam w tym roku, a "Postój zimowy" deklasuje inne kawałki:

Wrzucam jeszcze "Video games", za całą niezwykłość tej dziewczyny:

I zespół Dzień Dobry, bo gdy kiedyś usłyszałam ich raz w radiu, to później przez tydzień nie mogłam się uwolnić. Świetny tekst! "Dzień dobry Panie Marku":

Z innych muzycznych spraw, to na pewno bardzo ucieszył mnie powrót Generała Stilwella, w dodatku był to powrót z hukiem. I ta próba w małym domku na Morgach. I ten koncert Generała i Myslovitz, który przyszło mi otwierać w Mega. I jak gitarzysta uznał, że jestem szóstym członkiem zespołu:)!

Mało koncertów, mało muzyki na żywo, mało płyt ze sklepu. Muzyka zeszła mi na drugi plan... A nawet na trzeci, bo przecież na pierwszym mam teatr, a na drugim książki (albo odwrotnie, czasem mam wątpliwości).  Choć wciąż muzycznie wybrzydzam i nawet w tle nie może lecieć byle co. Ale to już nie te czasy, że zarywałam noce, żeby czternasty raz przesłuchać jakąś płytę w całości... Starzeję się.

Nieustannie słucham Death Cab For Cutie, wszystkich płyt, po bożemu - w całości, bo ich nie da się słuchać inaczej. Nohavicy też słucham w ilościach hurtowych. I Delons oczywiście i wszystkich innych projektów Marka: Ladislava, Generała, solowych kawałków... Niezmiennie świetne

 
Póki co świętuję ostatni dzień roku. Możliwość siedzenia w łóżku o 10 rano, z wielką kawą i dwoma zaspanymi najsłodszymi na świecie psami to naprawdę święto. Tegoroczny Sylwester będzie inny i jedyny w swoim rodzaju. I bardzo bardzo kameralny. Taką mam nadzieję.
Zł.

piątek, 30 grudnia 2011

2011 - kurtyna w dół

No to mów, co było najlepsze w tym roku.

Jak to co, Mistrz!

Eeeee…

Naprawdę, nie zmienię zdania. Spektakl roku. Rozwaliło mnie, a obiecywałam sobie spokój.

A ten z PRL-u?

Tak wiele przeszliśmy! Tak! W Będzinie byliśmy. Brzydal chce drugi raz zobaczyć, ale jakoś terminy się nie składały. No i Bitwa… Wiadomo. 

A Mayday pamiętasz? Łaaaahahahaha...

Aaaaaa… daj zapomnieć… Za to na tej samej scenie grali Naszą klasę. Nasza klasa miażdży.

To co jeszcze?

Wiesz co, monodramy. Jakubik, Guzik, Białk. Teraz niedługo idziemy na Perchucia. Muzyki też trochę. Brassens. I Kometa, jak co sezon. Bulwar też taki mocno śpiewany. I Jesus w plenerze. I Słowa ze trzy razy. Albo cztery. 

Nie nadążam. Ty nadążasz?

Za mało mi tego teatru. Gdybym kiedyś miała dużo czasu i dużo kasy, to byłabym wszędzie i widziałabym wszystko.

No to udany rok miałaś chyba…

Udany, Mistrza widziałam trzy razy, widziałam też jakiś Kraków, jakąś Warszawę, dobrze czasem popodglądać jak się to robi gdzie indziej.

A co teraz?

Nie wiem. Muszę wrócić do Zagłębia, tę Masłowską zobaczyć. Tam się teraz dużo zmieniło. W kalendarzu póki co pusto, poza tym Perchuciem w lutym. Trochę łyso, że nie mam na co czekać, to znaczy że nie czekam na nic tak bardzo bardzo… A ty na co chcesz?


O. Może.

Może.


środa, 28 grudnia 2011

nerwowi

Jadę z Mamą przez Centrum Zarządzania Światem, zwanym swojsko Czeladź-Piaski. Ja prowadzę. Późne popołudnie, więc ciemno już (jako że już wczesnym popołudniem tak właśnie robi się za oknami). BIIIIIP! - trąbnął ktoś obok. BEEB BEEEEEB - odezwał się drugi klakson. Później szybkie zakupy i równie szybka podróż na drugi koniec miasta. BEEEEEEEB! - znów ktoś zawył jak krowa na pastwisku i w dodatku zamrugał światłami. W moją stronę.
- Jacyś dzisiaj nerwowi ci ludzie... - stwierdziłam najspokojniejsza na świecie, a z głośników sączył się leniwie Roddy Woomble.
- Właśnie widzę - odpowiedziała Mama. - To na pewno przez to ciśnienie, barometr szalał od rana!
Dopiero jak mijałyśmy jakieś ciemne krzaczory, Mama pozwoliła sobie na pewne śmiałe spostrzeżenie:
- Córciu, świecą ci światła? Bo jakoś tak ciemno. - Istotnie, przed maską rozpościerała mi się idealnie równomierna ciemna plama. Przecież mnie światła świecą z automatu! Pewnie, dopóki szlag ich nie trafi. Dwóch jednocześnie. Przekręciłam wszystkie pokrętełka, powachlowałam manetkami, nacisnęłam wszystkie guziczki. I nic. Akurat byłyśmy obok elektrociepłowni (tam, gdzie jest ograniczenie 50, a jedzie się 120), więc ani się zatrzymać, ani nawet zwolnić, tylko włączyłam przeciwmgłowe i jak jakiś samozwańczy tuningowiec dojechałam gdzie chciałam, wzbudzając po drodze jeszcze ze trzy smętne TŁIIIIIT!
Zadzwoniłam stamtąd do Brz. pożalić się trochę, a on po krótkim wywiadzie telefonicznym najwyraźniej wolał, żebym nie wracała do domu jak przyczajony partyzant, przyjechał więc tam na ten obcy parking i trzy sekundy wymienił moje żaróweczki, jednocześnie dzwoniąc do serwisu i wpraszając się na wizytę, bo to bez sensu, żeby moje światła działały z automatu. Hm. Zawsze pomyśli o wszystkim. Nie to co ja.

Poniżej parę słów z wczoraj z internetowego komunikatora... Nieczęsto tam rozmawiamy, ale jak już...

czemu nie piszesz nic na blogu 
ja nie piszę?  pisałam o wrocławski. piszę co kilka dni, wystarczy 
no i czemu tak dawno 
bo nie mam czasu, wiję romantyczne gniazdko 
to może ja coś napiszę 
NIE! NIE! zajęte! 
tak bym coś napisał...
ale tak bym napisał!
hany daj spokoj 
dopiero czytelnicy wracają jak do paśnika po tym jak ostatnio uciekli po twoim poście

(dalszy fragment inspirowany "k jak kartony")


czemu nie chcesz dać mi napisać, ah czemu ah czemu ah czemu, no czemu napisać mi dać nie chcesz dać, no czemu 
kochanie kochanie, gdyż ponieważ przeto realizujesz się realizujesz w innym czym innym się
o czym o czym chcesz ah napisać chcesz o czym 
daj napisać to przeczytasz o czym chcę ah chcę ah napisać chcę o czym 
ah napisać dać nie mogę nie mogę napisać dać gdyż czmychną mi moje owieczki hodowane cztery lata 
poza tym ty zbyt wylewny wylewny jesteś zbyt
zaraz się wygadasz że coś że coś się wygadasz zaraz sie wygadasz...

(dalszy fragment inspirowany tym, że znaleźliśmy swoją - uwaga - parafię) 


HANYYYYYYYYYY 
A JAK DO NAS KLECHA PRZYJDZIE
(z drugiej strony monitora cisza, bo z niego też stary bezbożnik...)
wiesz, ja nie wpuszczam ani rabina ani imama... czemu niby jakieś wyjątki?
jak pan ksiądz byłby u nas, to mnie nie będzie, mówiłam ci że jestem strasznie zajęta wtedy? w pracy do późna, później czeski, a na koniec jeszcze medytacje. (najlepsze jest to, że żadne "wtedy" nie istnieje. nie ma takiej daty, której mogłoby dotyczyć. zawieszone w próżni, ale tak na wszelki wypadek mam już inne plany)


spory fragment wycięła tu cenzura blogowa


głupku. sio z bloga. najgorzej byłoby tam wstawić tę rozmowę
nikt by już nigdy nie przyszedł
pomyślimy

Wracając na ziemię, jestem nieprzytomna ze zmęczenia i niedospana, więc próbuję opatentować sposób spania z otwartymi oczami, czając się za służbowym monitorem, z dłońmi na klawiaturze. Święta zmęczyły mnie potwornie, szczególnie ta noc, podczas której do 3 nad ranem umierałam ze smutku, bezsenności i  bezsensowności tego, co mi się ostatnio kotłuje we łbie. Ktoś kiedyś napisał, że noc przesadza. I chyba miał rację. Chciałabym, żeby miał.
Z.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Seks, prochy i rock & roll

Uwielbiamy Bronisława Wrocławskiego. Wielkie szczęście nas spotkało, że jakiś czas temu widzieliśmy na żywca jego zupełnie genialne monodramy: "Czołem wbijając gwoździe w podłogę" i "Obudź się i poczuj smak kawy". Brakowało nam do kompletu tylko trzeciego (tak naprawdę pierwszego) spektaklu trójki Bogosian - Orłowski - Wrocławski: "Seks, prochy i rock & roll". Tak się to wszystko zaczyna na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi:
Wielka radocha, że wpadliśmy na to, by poszukać tego on-line... Zamiast więc świętować świątecznie w polskim stylu, oglądaliśmy naszego ulubionego aktora i kilku jego zupełnie skrzywionych, przejmująco samotnych bohaterów. Jeśli kiedyś gdzieś odbędzie się nocny maraton z Wrocławskim i jego trzema monodramami, to pojadę na niego, a po kilku godzinach jeszcze będę domagać się bisów... Ten gość na scenie to najprawdziwsze MISTRZOSTWO ŚWIATA.

Ale żeby było też świątecznie, w Wigilię późnym wieczorem zachciało się nam jechać zobaczyć naszą ulubioną panewnicką szopkę. Bohatersko byliśmy tam o 23. Tylko nikt nam, kurde, nie powiedział, że zaświecą ją dopiero w trakcie pasterki! Oczywiście o czekaniu nie było mowy. Woleliśmy się jeszcze pokręcić, pogadać. Wczoraj też z szopki nic nie wyszło, no bo Wrocławski, ale dzisiaj to już na pewno...

Przeczytałam "Dzienniki kołymskie" i żałuję, że to po prostu książka, a nie dzieło w pięciu tomach.

Z.

piątek, 23 grudnia 2011

Pane Prezidente...

Urlop, bo są takie dni w roku, kiedy bardzo staram się być w Domu. Gdzie się odwrócę, tam Havel. Pokazują też tłumy na ulicach przepięknej, grudniowej Pragi. Tęsknię mocno. Od rana robię swoje i godzinami nucę pod nosem "Pane Prezidente" Nohavicy. Samo przyszło i nie chciało zniknąć. W oryginale albo w tej wersji z Neinertem w prochowcu z korezowej "Komety" (którą zazwyczaj nazywam Moją Najukochańszą Ze Wszystkich Kometą). Później jeszcze ta straszliwa relacja z Okęcia, gdy przylecieli nasi chłopcy z Afganistanu. Słów brakuje. Co rusz szukam sobie nowej roboty. Tylko nie myśl za dużo, nie myśl za dużo. Na granicy łez i przepoczwarzenia się w rozmazanego misia-pandę.
Z dużą rozwagą zaczęłam wysyłać życzenia. Uważam, czego życzę. Czytam czyjeś i widzę, że nie uważają, nie myślą.
Wczoraj na poprawę humoru kupiłam "Dzienniki kołymskie" Hugo-Badera i padam na kolana, są tak dobre. Czasem biorę jakąś książkę do ręki i zastanawiam się, jak ja tak mogłam bez niej... To jest taka książka. W odstawkę póki co poszedł też bardzo dobry Hrabal i jego "Święto przebiśniegu" (przywiozłam z ostatniej delegacji. Weszłam do kawiarni po wielkie latte, a wyszłam z książką...).
Jak już jestem przy Hrabalu, to na czeskim fatalnie. Przez zeszłotygodniową Warszawę narobiłam sobie takich zaległości, że nie kumałam nic. Poza tym jak się na pierwszym planie myśli ma milion innych spraw (większych, mniejszych, dużo dużo większych), to tak to wygląda.
"Komety" z Korezu w końcu posłuchałam w całości, od pierwszego do ostatniego kawałka, zagłuszając wyrzuty sumienia wobec Hugo-Badera, którego strony aż szeleszczą, żeby je już przeczytać.
Trzymajcie się.
Z.

środa, 21 grudnia 2011

synchronicznie

Wczoraj wieczorem wróciłam do domu po piętnastu godzinach naprawdę wytężonej pracy. Rzuciłam torebkę, usiadłam na łóżku i się rozpłakałam. Dziwnie.
Dziś rano w biurze grzeję dłonie kubkiem z gorącą kawą. Nie mówię nic. A koleżanka, grzejąc się o swój kubek, mówi tak: "Wiesz, wczoraj wróciłam do domu, siadłam na łóżku i się rozpłakałam..."
Hm.

Do słuchania genialne "Recurring" Gaby.


Z.

niedziela, 18 grudnia 2011

Bitwa o Nangar Khel podejście drugie

PRZED: Nie przyjdą. Nikt nie przyjdzie. Nikt.
PO: Przyszli. Przyszli prawie wszyscy. Punktualni i uśmiechnięci. 44 osoby.

PRZED: Nie mam pojęcia, co mówić do mikrofonu. Będę tylko robić "eee", "yyy", "ehmmm..."
PO: Mówiłam. Z Katowic do Tychów mówiłam non-stop, a później jak mi się coś przypomniało ("a na tym dworcu z 1890 roku, 4 lata temu była najprawdziwsza premiera! Sztukę napisał Słowak mieszkający w Pradze...")

PRZED: Pomieszam wszystko. Nazwiska daty fakty tytuły cytaty.
PO: Było po kolei. O współpracy. O historii teatru. O dyrektorach. O najważniejszych spektaklach i nazwiskach. O autorze. O reżyserze. O aktorach. O procesie. O wyroku.

PRZED: Będą marudzić. O wszystko.
PO: Byli zachwyceni. Pytali o wszystko i ciągle ktoś się do mnie uśmiechał.

PRZED: Nie będą reagować na spektaklu. Zero kontaktu. Jak Węgrzy na widowni.
PO: Reagowali. Aż burki szeleściły. Słychać było kilkanaście wstrzymanych oddechów.

PRZED: Od razu uciekną mi po spektaklu do autobusu.
PO: Zostali. Siedzieli i czekali. Później zadawali pytania, gdy artyści zupełnie spontanicznie wyszli na scenę, poustawiali sobie krzesła i chcieli z nami rozmawiać.

PRZED: Myślałam "nie podejdę nie podejdę nie podejdę".
PO: Podeszłam.

PRZED: Po wszystkim padną mi w autobusie bez życia i bez emocji.
PO: Dwa razy dostałam oklaski. W Katowicach mnie przytulali i dziękowali.

PRZED: Liczyłam osoby, które zawiodę, jeśli to wszystko nie wypali: Szefowa nr 1, Szefowa nr 2, Tamten Szef (rany boskie, najgorzej), moje Biuro kochane i ja sama w tym wszystkim, sama sobie miałabym ochotę łeb urwać, że jak zwykle z motyką na słońce...
PO: SMS od Szefowej "po pierwsze, to była uczta dla ducha, a po drugie uczestniczyć w Twoim i naszym sukcesie to zaszczyt i przyjemność".

PRZED: Wiedziałam, że "Bitwę o Nangar Khel" koniecznie muszę jeszcze raz obejrzeć, bo widziałam tylko premierę.
PO: Po dzisiejszym wieczorze wiem, że muszę obejrzeć ją trzeci raz.

Żeby nie przedłużać, UDAŁO SIĘ. Najogólniej mówiąc, WSZYSTKO się udało, a ja UMARŁAM ZE SZCZĘŚCIA. To jest dobry POCZĄTEK, start czegoś, czego wcześniej nie było. I mogę w to wsadzić tyle EMOCJI, ile zechcę. I mogę tymi emocjami ZARAŻAĆ wszystkich, których będę mieć w zasięgu głosu. "Bo ty tak mówiłaś o tej sztuce w tym teatrze, że po prostu musiałam przyjść" - powiedziała jedna studentka.

Jeszcze tylko napiszę jednego maila i spróbuję pomyśleć o czymś innym niż teatr, chociaż sama nie wierzę, że to możliwe. Fruwam.

Złośnica


sobota, 17 grudnia 2011

jutro

Przed jutrzejszym służbowym wyjazdem do teatru:
1. głupieję z nerwów, bo boję się na przykład, że ludzi deszcz zniechęci, albo że mi przeziębienie głos odbierze i nie będę mogła powiedzieć w autobusie tego, co chcę powiedzieć.
2. oczywiście jeszcze nie mam pojęcia, co chcę powiedzieć w autobusie, a także uczestnicy wyjazdu nawet nie spodziewają się, że chcę mówić cokolwiek, w tym także moje kierownictwo o tym nie wie nic nic nic.
3. ze stresu sięgnęłam po włóczkę i bambusowe druty i pierwszy raz od 10 lat zrobiłam kilka centymetrów szalika, żeby zająć czymś myśli i ręce. Zadziałało na kwadrans.
4. ponadto pocieszam się marcepanem, którego kawał znalazłam w domu (mam nadzieję, że to nie z zeszłorocznych Świąt).
5. czytam cudowne "Święto przebiśniegu" Hrabala, którego przywiozłam z Warszawy i po którym kryklam obficie, bo mnóstwo w nim fragmentów wartych zaznaczenia na stałe.
6. rano jak głupek dzwoniłam do szefa firmy przewozowej, upewnić się, że pamięta, że na jutro się ze mną umawiał. Twierdził, że pamięta i powiedział nawet "do zobaczenia", co całkiem dobrze rokuje.

Trzymajcie kciuki. Bo to może być wyjazd pierwszy z wielu, ale może też być pierwszy i ostatni.

Zł.

PS Przed chwilą zadzwonił Brzydal. "Masz mi wymyślić prezenty gwiazdkowe dla moich rodziców, bo inaczej nigdzie z tobą nie idę!" - zawyrokował. Nie strasz nie strasz;).

czwartek, 15 grudnia 2011

lubię Cię, Warszawo

Lubię Cię, Warszawo. Lubię Cię za szary beton, błyszczące szkło, kostkę brukową, wieżowce, asfalt i plątaninę torów tramwajowych. Lubię Cię za ten moment, gdy wychodzę z dworca centralnego i w momencie czuję na plecach oddech Miasta. I ja też oddycham wtedy głęboko. Lubię, że wszyscy się tam u Ciebie spieszą. Uwielbiam Twoje metro, Warszawo, i te dzienne bilety, dzięki którym wszędzie można zdążyć. Lubię te delegacje, podczas których o 9 rano zatrzymuję się na chwilę popatrzeć na Pałac. Lubię, Warszawo, ten Twój klimat przed Świętami, te choineczki, gwiazdeczki, dzwoneczki, zapach grzańca na Starym Mieście i wszystkie drewniane anioły. Lubię chodzić setny raz tymi samymi ulicami i myśleć: "wróciłam". Bo przecież znamy się całe moje życie! Lubię Cię za ruch, za hałas, za nieco szorstką, chropowatą strukturę. I tylko mi żal, że ja tak zawsze na szybko, że zawsze w biegu, że za każdym razem poświęcam Ci za mało czasu, za mało uwagi! Przepraszam. Nadrobię kiedyś. Obiecuję. Zostanę dłużej, Warszawo.

Cudowna, cudowna, cudowna delegacja. Nie mogłam teraz dostać nic lepszego niż propozycja tego wyjazdu! W pociągu full czas na czytanie i słuchanie muzyki. Rano szybka kawa na przypadkowo znalezionej Hożej. I telefon, dzięki :-*! Na kilkugodzinnym spotkaniu z ludźmi z całej Polski bardzo energetycznie. Później moja ukochana Spider-Mama i Warszawa w pigułce. Słowa płyną bez przerwy, chcę wiedzieć wszystko. Metro, autobus, starówka, spacer, wspomnienia jakieś, miejsca, chwile, momenty, kawa w kieliszku, gigantyczna choinka przed Zamkiem, wszystko jest takie śliczne, że co chwilę zatrzymuję się i szczęka opada z wrażenia. Obłęd. Umieram z zazdrości, że można to mieć na co dzień i umieram też z radości, że w ogóle tam jestem, że mamy dla siebie te kilka chwil. I ten Nowy Świat, w ogóle to jest jakiś Inny Świat! Pożegnać się nie możemy. Wracam nabuzowana. Full energii. Dzięki za dzisiaj Frrrr!

Zł.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

bardziej

Wziął do ręki te wszystkie papiery, popatrzył, pomilczał, poszeleścił, znów pomilczał. I po kilkunastu sekundach nieznośnego i dudniącego w uszach milczenia powiedział: "Bo u pani wszystko jest bardziej i gorzej niż u innych". Takie wnioski spadają trochę jak kowadło. On w ogóle o mnie coś mówi? A ja zamiast zastanowić się, co dalej, jak dalej, to myślałam, że to całkiem ładnie powiedziane: u pani wszystko jest bardziej niż u innych. Bardziej bardziej bardziej. BARDZIEJ.

Do słuchania "A jednak".

Zł.

niedziela, 11 grudnia 2011

Łódź

Dziś Łódź! Po kilkunastu latach. Mroźna, zupełnie obca, ale wciągająca. Koniecznie trzeba tam wrócić, bo jeszcze dużo przed nami, ale raczej w bardziej przyjaznych warunkach pogodowych. Pstryk!






Zł.

PS W zeszłym roku, gdy szaleliśmy po Górach Stołowych, spaliśmy u znajomych w pensjonacie w Polanicy. Już pierwszego wieczoru w knajpie na dole usłyszeliśmy, jak ktoś mówi, że do pokoju obok przyjedzie na parę dni aktor-złodziej. Jak to aktor-złodziej? Nie da się ukryć, że byliśmy mocno zaintrygowani. Różnych aktorów widywaliśmy, różnych znamy, ale aktora-złodzieja na pewno nie. Następnego ranka, gdy rzeczony miał przybyć do Polanicy, okazało się, że wcale nie aktor-złodziej, tylko aktor z Łodzi… Ehh, i po ptokach, emocje kryminalne prysły, w drzwiach zjawił się zupełnie normalny, uśmiechnięty facet, a magię tajemnicy diabli wzięli;)... Dodatkowo byliśmy mocno rozczarowani, bo choć był z Teatru im. Stefana Jaracza, to niestety nie był to Bronisław Wrocławski (którego kochamy oboje za monodramy, które są tak genialne, że powinno się je oglądać na kolanach). Dziś polecano mi "Dybuka" stamtąd... Kto chce jechać?

PS2 A wiecie o tym, że na Maku w Częstochowie ZAWSZE zobaczy się jakąś znaną lub znajomą twarz? To, że jest przy gierkówce, sprawia że dokują tam różne zmęczone ekipy, muzycy, aktorzy i różne inne sceniczne stworzenia. A że przez prawie 30 lat po drodze tamtędy było mnie i mojej rodzinie do naszego drugiego domu, widywałam tam różne gwiazdy i gwiazdeczki, od Wodeckiego, przez - uwaga - De Mono ;)), aż po Edzię Górniak czy Marcina Dańca... Wszyscy zawsze tak samo zmęczeni i zmierzwieni trasą. Dziś wpadliśmy tam na gościa, z którym kiedyś robiłam wywiad przy okazji jednej z premier w bb. Rany, z autoryzacją walczyłam z tydzień... Ze sztuki nie pamiętam ani słowa, a te wypowiedzi mogłabym mówić z pamięci...;)))

sobota, 10 grudnia 2011

czwartek, 8 grudnia 2011

laboratorium

Całkiem niedawno byłam zmuszona zacząć dzień w laboratorium. Otwarte od ósmej. Pracuję od 7.30 w innym mieście, ale ok. Dam radę. Pojadę 15 minut wcześniej do przychodni, wejdę, wyjdę i nie spóźnię się aż tak bardzo. Chytry plan. Parkuję, pędem lecę pod zamknięte jeszcze laboratorium. Słyszę jakiś tętent. Wyprzedziło mnie dwóch wzbijających tumany kurzu emerytów, by po chwili dołączyć do sześciu innych, którzy już kwitli pod drzwiami i patrzyli na mnie jak na niezdrową konkurencję (coś w tym jest). Jeszcze miałam nadzieję, że po otwarciu drzwi rozejdą się po budynku, że może przyszli do innych pokoików, ale skądże! Wszyscy emeryci, jak jeden mąż, zajmują wszystkie możliwe wieszaki i wszystkie fotele pod pokojem numer 3, a następnie zaczynają przemiłe pogawędki o osteoporozie, zwyrodnieniach i innych problemach, o których lepiej nie wiedzieć, jak się jeszcze nawet nie ma trzydziestu lat. Oczywiście każdy z emerytów idzie na komplet badań i najwyraźniej ucina sobie drzemkę w zabiegowym, tyle to trwa. Mnie już z nerwów raz wypadł telefon, raz zamek od torebki przyciął do krwi palec i milion razy umarłam z żalu, że nie mam kubka z kawą. Po pięćdziesięciu minutach zakwitania w poczekalni (podczas których obległo mnie czterdziestu kolejnych emerytów), weszłam do trójki, wyszłam po minucie i pojechałam do pracy. To wszystko działo się kilka tygodni temu, a dziś przyszło mi znów zmierzyć się z tym wyzwaniem. Nauczona doświadczeniem, chciałam być bardziej cwana od bandy zdecydowanie niemłodocianych tyranów z poczekalni. O 7.30 zajechałam na parking. Pusto. Deszcz taki, że powinnam być w woderach, a nie w butkach na obcasie i płaszczyku a’la niewiniątko. Próbuję wysiąść, ale wiatr wpycha mnie z powrotem do auta. Siedziałam tam jak kołek 20 minut, łypiąc na drzwi i czekając, aż zacznie się ten geriatryczny bieg przez płotki, gotowa wyskoczyć i w sekundzie zmusić pielęgniarki, żeby mnie przyjęły. Przez ten czas samotnie spędzony w zaparowanym na biało samochodzie zastanawiałam się, dlaczego emeryci, ludzie znani z posiadania największej możliwej ilości czasu wolnego, nękają ludzi aktywnych zawodowo poprzez pojawianie się wszędzie między 7 a 8, zamiast się wreszcie za całe życie wyspać do 9 albo robić tak absurdalne rzeczy jak np. ścielenie łóżka… Co było dalej, nieważne. Ważne że późnej przez cały dzień wszystko leciało mi z rąk.
Poza tym dziś na czeskim osiągnęłam oszałamiający wynik na teście: 47 punktów na 49 możliwych. Ale byłam z tym wynikiem najgorsza w grupie, więc załamka. Ponadto na czeskim mówię albo po włosku, albo jeszcze częściej – po rosyjsku. Czy ktoś wie, jak wyłączyć te języki obce, które aktualnie nie są potrzebne?
Hit dnia: „Gary, gary losu…” śpiewane w duecie. Znaczące!
Zł.

środa, 7 grudnia 2011

Postój zimowy

Podrzucam genialny "Postój zimowy" z płyty Czesław Śpiewa Miłosza. Nieprawdopodobnie dobre! Wprost nie mogę przestać słuchać, w domu, w pracy, w samochodzie. W każdej sekundzie cudowne. Dzwonki czy skrzydła za oknami brzęczą?

Pamiętam jak przed obroną czytałam setki stron Miłosza, bo na egzaminie dodatkowo uszczęśliwiono mnie Miłoszem czytanym pod kątem użycia gatunków muzycznych, czyli wszystkich jego pieśni, piosenek, przyśpiewek, walców, walczyków... Już chyba nawet łatwiej było mi mówić "o hip-hopie jako esencji estetyki postmodernistycznej" według wykładni Shustermana, co dostałam jako bonus... Mimo czytania Miłosza na każdym roku studiów i w każdej formie, pozostał dla mnie w bardzo wielu miejscach niedostępny, znikający gdzieś za rogiem, wiecznie odwrócony plecami. A tych piosenkach nagle jest en face.
Zostawiając szacownego Miłosza, Czesław Mozil wydał najprawdziwsze cudeńko. Swoją drogą ciekawe, że najlepsze piosenki na płytach Czesława zawsze są na samym końcu. Na "Debiucie" - "Efekt uboczny trzeźwości". Na "Pop" - "Pożegnanie małego wojownika". Na "Tesco Vaule" - "Fischikella". I teraz ten "Postój zimowy". I pomyśleć, że miałam tego Czesława na wyciągnięcie ręki przez 23 minuty swojego życia i że tylko na mnie patrzył;))...
Huknęło dziś wreszcie mokrym śniegiem. Czaiło się od kilku dni i pewnie tylko czekało, aż stracę czujność. Choć przyznaję, że zza okna wyglądało to nawet trochę malowniczo. Te dni pachną kremem do rąk, poziomkową herbatą i perfumami na szaliku. Pachną czymś Nowym. W piątek wezmę urlop. Ważny, ważny piątek...
Z.

wtorek, 6 grudnia 2011

gamoń

Od rana Brz. drażnił mnie i pytał o jakieś bzdury. Dopiero dochodziło południe, a w powietrzu wisiała krwawa jatka. Po jakimś sms-ie postanowiłam oddzwonić, aby podzielić się z nim na żywo moją dezaprobatą, co w sumie mogło doprowadzić do eskalacji konfliktu (i było to wielce prawdopodobne), ale przecież nie musiało. Dzwonię, a koleżanka łypie znad swojej klawiatury…

- Halo. – rozległo się bez entuzjazmu po drugiej stronie słuchawki.

- Gamoniu, jeśli nie przestaniesz mnie denerwować jak jestem w pracy, jeśli nie przestaniesz pytać mnie o te meble i o te cholerne terminy, jeśli się nie odczepisz i nie dasz mi normalnie pracować…!!!
- Synowa, jeśli jeszcze raz powiesz do mnie „gamoniu”, to będziemy inaczej rozmawiać…

Na sekundę świat się zatrzymał.

Koleżanka ze śmiechu popluła monitor, rozsypała się na kawałki, pozbierała się jakoś i poszła rozgadywać na Dział. Hm. W sumie mogłam tę rozmowę zacząć jeszcze gorzej, ale na pewno nie mogłam przewidzieć, że odbierze nie Brzydal, a Teść. Dziewczyny w pracy ze śmiechu pospadały z krzeseł i proponowały mi rychłą wyprowadzkę na Wyspy Owcze. I że generalnie powinnam: a) spalić się ze wstydu, b) pójść do Teścia z kwiatami (nie ma szans, moje drogie! Ostatnim facetem, który dostał ode mnie kwiaty, był mój Promotor...), c) pójść do Teścia z flaszką (pomysł Kolegi z Biura), d) urwać Brzydalowi łeb, że do tego dopuścił, e) udawać, że nic się nie stało, ale to nie działa, sprawdziłam. Wczoraj na mój widok Teść parsknął śmiechem i nawet się słowem nie odezwał.

Z innych cudów, mailowałam dziś z recenzentem, którego czytam i którego cenię, który pracuje sobie na wysokim stanowisku w najważniejszym w tym kraju miesięczniku teatralnym. Środek dnia, nagle, znikąd, skądś, w sumie przypadkiem, kilka maili, tak jeden po drugim, jak rozmowa prawie. A czytała Pani? Widział Pan? Koniecznie! Ładnie to Pani wymyśliła. Musi to Pan zobaczyć. Naprawdę? Ma Pani rację. Pisaliśmy o tym. Gratuluję.

Dzięki temu jakoś tak łatwiej było wytrzymać 13 godzin służbowego szaleństwa. A jutro ile? Czy mógłby mi ktoś w ciągu dnia dać jakiś powód, żebym się mogła trzymać na nogach?

Zł.

niedziela, 4 grudnia 2011

Barbórka na Nikiszu

Niedziela, godzina 5:55. Bardziej nad ranem niż rano. Budzik. Po co to dzwoni? Nagle zrywam się do okna. Nie pada! Łapię telefon.

Złośnica => Brzydal: Nie pada! Jadymy!
Brzydal => Złośnica: Ida sie łoblec, co by mnie nie wypizgało.
Złośnica => Brzydal: Dobra, jo tyż musza sie wyrychtować...
Złośnica => Wojtek: Zbieraj się synek!
Wojtek => Złośnica: :)))

Pół godziny później we trójkę chodzimy po pustym, zimnym Nikiszowcu. "Trzeba być powalonym, naprawdę..." - pod nosem brzęczy Brzydal, naciągając czapkę i podnosząc kołnierz. Ale nie wygląda na nieszczęśliwego. Przed kościołem św. Anny mało ludzi, a dużo mediów. Jedynie tubylcza ludność odziera nas z drobnych, "bo przecież Barbórka", jak sami mówią. Czekamy. Wszystko po to, żeby o 7 rano przejść się kawałek z malowniczą górniczą orkiestrą...











Zł.

wtorek, 29 listopada 2011

Szwoleżerowie

O tej premierze było głośno w wakacje, pamiętam. A że nie lubię uczucia, że mnie coś omija, pomyślałam, że gdy ten spektakl przyjedzie z Bydgoszczy na Śląsk, to pewnie na niego pójdę. Żeby zobaczyć, jak to się robi gdzie indziej. Żeby się przekonać, skąd to zainteresowanie. Lubiany przeze mnie autor + znany reżyser. Może się nie udać? Eeee tam. Kilka dni temu przypadkiem wpadłam na info, że przyjeżdżają. Dziś w Rozrywce tłum, kilka znajomych twarzy i kilka dobry wieczór. Później dwie godziny wyjęte z życiorysu. Mniej więcej do połowy wierzyłam, że może jeszcze będzie OK. Później mogłam już tylko czekać... Po wszystkim z widowni wyszłyśmy z Mamą na sztywnych nogach, by za chwilę w kolejce do szatni wybuchnąć śmiechem i mamrotać do siebie pod nosem "najgorsze... najgorszeeee..."

Mama: Naprawdę, nigdy nie widziałam niczego tak złego.
ja: Nie przesadzaj, ja widziałam kilka gorszych.
Mama: Ciekawe które!
ja (po dłuższej chwili): "Dzień Walentego" z Seniuk był gorszy! I "Elling" z Karolakiem. I "Mayday" w Śląskim! Chociaż nie. To, że nie lubię farsy, nie znaczy, że "Mayday" był naprawdę taki zły... Ok... Czyli te dwa. Choć Kot ratował "Elling".
Mama: Naprawdę... nie wierzę... Tutaj ratowała tylko ta rockowa kapela!
ja: Mamuś, muszę ci coś powiedzieć... Ostrzegano mnie przed tym...
Mama: Czy ty nie możesz słuchać, jak mądrzejsi do ciebie mówią? Masz taki autorytet, to słuchaj jak dobrze radzi!

W domu Ojciec triumfował, bo już kilka dni temu czuł, że będzie lepiej, jak na to nie pójdzie. I jak przystało na Mistrza Ciętej Riposty, powiedział: bo wam się pomyliło. To nie Klata, tylko klapa.

Pozostaje mi całą Bydgoszcz zaprosić na spektakle do Sosnowca, Chorzowa, Katowic i Bielska-Białej.

Chyba że to moja wrażliwość nadaje na innych falach. Pytanie, na czyich falach nadają "Szwoleżerowie"?

Złośnica

niedziela, 27 listopada 2011

never say NO to panda

     Ok, nie było dobrze wczoraj i w piątek. Takie coś, co sprawia, że nie ma się siły powiedzieć nic pełnym głosem. I strach, że tak zostanie. Wiem, co pomaga i wiem, że nie powinnam o to prosić, więc nie proszę i szukam metod alternatywnych.
     W teatrze wczoraj pięknie. "Pokoiki" zmiotły wszystko inne. Dla mnie piosenka roku. Marzę o wersji studyjnej.
     Gdyby przed wejściem do teatru były badania psychologiczne, czy ktoś nie jest zbyt wrażliwy, żeby w czymś uczestniczyć, to pewnie by mnie nie wpuścili. Na szczęście przed wejściem są tylko kasy. Dwa bilety. Normalne? Nie, dla wariatów.
     Dziś kilka godzin bawiłam się w pandę. Czapka-Panda ma właściwości zmiękczające i lekko wymuszające. Jak Brzydal nie jest do czegoś przekonany, a ja akurat mam pod ręką czapkę, zakładam ją pospiesznie, robię najsmutniejszą minę na świecie i po cichu mówię: "Mnie odmówisz? MISIOWI?" albo "Na mnie się obraziłeś? NA MISIA?" Dziś porządnie nas wywiało, zmarzliśmy jak cholera, ale czuję się trochę normalniej.


     Sporo kosztowały mnie ostatnie dwa tygodnie. Oprócz miliona drobnych spraw, dopinałam moją bardzo ważną umowę, którą z naszej strony pilotuję tylko ja. Nałaziłam się, naprosiłam, zbierałam podpisy (osiem!!!), milion razy obcym ludziom tłumaczyłam, o co chodzi i dlaczego, rozwiewałam prawne wątpliwości (zupełnie jakbym miała o tym jakieś pojęcie), poprawiałam, raportowałam Władzom, zmieniałam, wysyłałam niekończącą się liczbę maili, żeby z drugiej strony nie mieli wątpliwości, czy podpisywać... Jeśli w środę w południe widzieliście jakiś dziwny obiekt latający nad Katowicami, to ja fruwałam z radochy kilka metrów nad ziemią. Oby realizowanie założeń umowy też powodowało u mnie napady fruwania, a nie na przykład walenia głową w ścianę. I mail od szefowej: "więcej takich działań, bo są rewelacyjne". TAK!
     Teraz tydzień wypchany jak wściekły. Ale we wtorek teatr. Argument na wszystko.
Zł.

sobota, 26 listopada 2011

nawet



Humor zły, galopujący smutek i ujemny poziom sensu.
z.

niedziela, 20 listopada 2011

recital

- Co dzisiaj masz?
- Recital.
- Ten?
- Ten.
- Przecież byłaś już.
- Kilka razy.
- To po co idziesz?
- Po "wszystko jedno".
- Po co?
- Nie, nic. Nieważne.

Cudnie było.

Zł.

wtorek, 15 listopada 2011

skutki uboczne

Zł. - Wiesz co, od tych leków jest mi tak ciepło, że śpię w jakiejś letniej koszulce, okno otwarte...
Brz. - Świetnie, zaoszczędzimy na gazie.
Zł. - Ale wiesz co, od tych leków jestem też ciągle głodna...
Brz. - Hm. To nie zaoszczędzimy.

Dziś z pracy jechała ze mną koleżanka. Stanęłyśmy w korku na rogu Bankowej i Warszawskiej. Chodnikiem w naszym kierunku zbliżała się znajoma lektorka. Chciałyśmy ją z auta wystraszyć, więc opuściłam szybę, a jak się zbliżyła, zaczęłyśmy się drzeć, charczeć i rzucać po aucie, wszystko w stronę tego otwartego okna, tak głośno, że zdecydowanie wykraczało to poza wszelkie normy zachowania na ulicy. W tej samej sekundzie obok tego otwartego okna stanął rowerzysta, więc w efekcie to na niego darłyśmy się tak, że mało nie spadł z roweru. A lektorka nawet nie spojrzała. Przeszła obok. Chłop mało nie fiknął. Zajrzał mi do auta z takim niedowierzaniem, że mało nie wbiłam zębów w kierownicę ze śmiechu, po czym oddalił się i tylko jeszcze raz odwrócił się do nas, mocno zaniepokojony...

Możliwe, że ta sytuacja też była skutkiem ubocznym. Skutkiem ubocznym pracy.
Zł.

czwartek, 10 listopada 2011

scena

backstage najważniejszy klub muzyczny w katowicach siedzimy w niedużym pokoju ja i zespół w powietrzu pełno dymu ale tak ma być, przecież rock and roll, normalnie, im bliżej do startu, tym w powietrzu więcej napięcia, mówię do gitarzysty pokaż palce i widzę, jak mu się strasznie trzęsą dłonie, czym wy się stresujecie, pytam, przecież prawie że u siebie gracie, jest full ludzi, pełna sala, będzie dobrze, zobaczycie, nie ma nas kto zapowiedzieć, mówi, poszukaj kogoś z klubu, na pewno kogoś mają, po chwili okazuje się że skądże, nie mają, ty nas zapowiesz, mówią, zgłupieliście chyba, bardziej stwierdzam niż pytam, no zapowiesz nas, wtedy za drzwiami przechodzi dwóch facetów i słyszę jak jeden mówi do drugiego że jest kilkaset osób, zapowiedz nas, wychodzę za drzwi mocno spięta, podchodzę do sceny i zza kolumn widzę falujący tłum i nie bardzo wiem, gdzie kończy się ten klub, a przecież znam to miejsce, przecież chodziłam tam na koncerty i wiem, ile osób przychodzi w to  miejsce na ten zespół, który zagra za parę chwil, stoję na miękkich nogach widzę tych ludzi i myślę "czekają, musimy zacząć" i w momencie jak pomyślałam to musimy, to magiczne MY w ułamku sekundy poczułam ŻE JEŚLI TEGO NIE ZROBIĘ TO BĘDĘ PÓŹNIEJ LATAMI ŻAŁOWAĆ, a nie ma nic gorszego niż latami żałować, że się czegoś nie zrobiło, pędem wróciłam do pokoju i mówię zapowiem was. czy ja będę widzieć publiczność? pytam, nie musisz, możemy dać takie światło, że nie będziesz ich widzieć. chcesz? pytają, po chwili mówię że jednak wolę widzieć, jak zareagują, po chwili przyszli po nas i było trochę jak na filmach albo jak dvd z koncertów, długi ciemny korytarz, ochroniarze, M. mówi idziemy i patrzy na mnie i tym długim ciemnym korytarzem idę ja a zespół grzecznie za mną, zupełnie jakby zawsze tak było, kilka schodów, trzy albo cztery, idę do mikrofonu na środku, sama sama sama cała scena pusta, staję przy mikrofonie lidera i widzę tych ludzi i czuję te setki par oczu w sekundzie wlepionych we mnie, rany boskie gdybym wiedziała pół godziny wcześniej, to bym się przygotowała jak trzeba, myślę, a tak to szyję, może minutę, może dwie, trochę historii zespołu i trochę o wzlotach, o których wiele osób na sali i tak słyszało na koniec proszę o gorące brawa dla tej muzycznej legendy i dostaję te brawa których chciałam, zostawiam mikrofon, chłopaki wchodzą na scenę brawa brawa brawa jeszcze krzyczę do nich, żeby dali czadu i schodzę po tych schodkach wprost na płytę między ludzi, gdzie zostaję już do końca. wysyłam smsa "otworzyłam ten koncert!" publika cudna, fajne reakcje, naprawdę, widzę jak muzycy uśmiechają się nad tymi gitarami, bo czują że jest naprawdę dobrze. po ostatniej piosence wracamy na backstage, na scenę wchodzi myslo, a my wyrzucamy z siebie emocje na szybko, co chwilę ktoś wpada pogratulować powiedzieć parę słów, zespół zadowolony, dobrze było mówią, dobrze. ja przeszczęśliwa, piosenki w tych aranżacjach brzmią cudnie do tego mam świadomość jakim oni mnie potwornym zaufaniem muszą darzyć skoro oddali mi swój mikrofon skoro chcieli żebym to ja była gdyby nie ty to nikt inny tego nie zrobi poza tym nikt inny tego nie zrobi lepiej, mówili, jak się cieszę wychodzę znów w tłum ludzi na myslo na trzy piosenki ale wolę wrócić tam do nich i słuchać jak gadają co myślą co planują jak się śmieją. gdy myslo zaczyna grać nowe piosenki mówię że czas na mnie zabieram ze sobą M., który nie bał się na te kilka chwil oddać mi swój mikrofon na środku sceny pakujemy wielki futerał z gitarą na tylne siedzenie i jedziemy na koniec świata żałuję że nie jechałam okrężną drogą pogadalibyśmy dłużej do następnego razu, mówi, a ja od momentu trzaśnięcia drzwi nie mogę się już doczekać i weź tu człowieku teraz zaśnij.

wtorek, 8 listopada 2011

wt.

Jeśli siedzę cicho i nie ruszam bloga przez tydzień to wiedz, że coś się dzieje.
Jeśli z niechęcią podchodzę do jakiegokolwiek pisania, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy.
Nie wiem, czy przypadkiem diabeł się mną nie interesuje, bo wszystko, co robię i wszystko, czego nie robię, kręci się nieprzerwanie i coraz szybciej wokół tego, jak się czuję. Nagle nie mam siły na nic ponad to, co jest absolutnie elementarne.
Chociaż było ostatnio kilka naprawdę fajnych momentów, jakieś góry, spacery, głaskanie surykatek, piątkowa impreza w Hipnozie czy manufaktura gofrów w tosterze w mojej przyjaciółki (tak, w tosterze). Wszystko to było jednak okupione nienaturalnym wysiłkiem, bezsennością i ostateczną - dopadającą w środku nocy - bezsensownością.
Żeby nie zdurnieć do reszty, czytałam "List miłosny pismem klinowym", bardzo współczesną czeską prozę, napisaną przez faceta, którego nazywają Pierwszym Murzynem Republiki Czeskiej. Co za przedziwna narracja! Szacun dla konstrukcji i dla nowatorstwa - pewnie dlatego Czesi oszaleli na jego punkcie. Stosik książek "to-read" pnie się pod sufit.
Ostro walczę w pracy, mam jeden duży projekt delikatnie zaczęty i jeden mega gigantyczny projekt w ostatniej fazie planowania. Nie wiem, czy niedługo nie wyląduję na L4 na jakiś czas, więc nie bardzo wiem, jak się za to zabierać, żeby nie spartolić. Ale póki co działam jakby w ogóle nic się nie działo. Tajniak jak nigdy.
Dobrze, że jest czeski. Móc się uczyć to błogosławieństwo:).
Zł.

wtorek, 1 listopada 2011

Nohavica - "Rakety"

Dzisiaj nie słuchałam niczego innego: Jaromir Nohavica & Cechomor - Rakety.
Znam od lat, a ostatnio działa jakoś inaczej. Genialne, cudowne, uzależniające.
Chciałam Wam wkleić którąś strofkę, ale od 10 minut nie wiem, którą wybrać.
Może tę, w której będzie za późno, jeśli zjawisz się jutro. Lepiej więc przyjdź jeszcze dziś.
Albo o tym, że tylko mnie w to wszystko wrzucili.
Albo tę w której wiem, że nie będę się bać.
Jeszcze chwila, jeszcze moment, jeszcze sekunda...
Razem doczekamy się jutra.
Ziemia zrównana z ziemią.
Miliardy Romeów i miliardy Julii.
Genialne.

Byl jsem vhozen do života bez toho že by se mě ptali
a bez toho že by se mě někdo zeptal budu zase vyhozen
a tak prosím jenom o jedoniu malou úsluhu
netvrďte mi do očí že jednáte z mé vůle že tohleto všechno je i moje přání
 Zł.

poniedziałek, 31 października 2011

bezsił

Jest taki kwiatek - dziewięćsił. Dla mnie trzeba wyhodować nową odmianę. Taka roślinka nazywałaby się bezsił. Nie wiem, kto mi napisał taki kiepski scenariusz, w którym padam na nos ze zmęczenia, ale godzinami nie mogę zasnąć, albo w którym w połowie dnia orientuję się, że już ani kroku dalej. Uprzejmie zwracam się z prośbą o naniesienie zmian w scenariuszu, skoro i tak lecimy na żywo i bez prób. Litości...
Przegięłam. Jestem pod ochroną. Wystraszona trochę. Bo zawodzi to, co kiedyś działało. Poszukam na sobie czegoś nowo, jak odzyskam trochę sił. Dziewięćsił.
Słucham cudnej, trochę smutnej Brodki.

Zł.

czwartek, 27 października 2011

kurs czeskiego

Zapisałam się na kurs języka czeskiego:

- bo tysiąc razy o tym myślałam,
- bo już kilka razy próbowałam się zapisać, ale nigdy nigdzie nie ruszała grupa,
- bo nie jestem na tyle uparta, żeby systematycznie uczyć się w samotności,
- bo uwielbiam zaczynać coś od nowa, od zera, od podstaw,
- bo szkoda mi życia na to, żeby się czegoś nie uczyć,
- bo fajnie będzie znów zająć głowę czymś zupełnie innym niż praca,
- bo cudownie jest się uczyć dlatego, że się chce, a nie dlatego, że się powinno,
- bo uwielbiam świadomość, że dogadam się w kolejnym języku,
- bo rosyjski nie rozwalił mnie aż tak, by uczyć się go dalej,
- bo nie tęsknię za włoskim,
- bo lepszego angielskiego nie potrzebuję,
- bo będę mogła lepiej rozumieć genialne teksty Nohavicy,
- bo muszę udowodnić sobie, że jednak mimo wszystko mam siłę,
- bo nie mogę sobie odpuszczać, bo to prosta droga do gapienia się w ścianę bez celu.

Byłam na pierwszych zajęciach i nie wiem, jak będę wymawiać te zbitki spółgłoskowe. I nie mam najbledszego pojęcia, jaka jest różnica fonetyczna między "h" i "ch". I czy na pewno długie samogłoski muszą być aż tak długie? Aaaa.... Radocha:). Wypowiedzmy wojnę Czechom i się im poddajmy...:)
Zł.

sobota, 22 października 2011

targi

- Tyle???
- Oj no... nie mogłam się powstrzymać...


Złośnica

a lack of color


Aaaaaaaa jak dziwnie...!
Milion myśli.

Zł.

czwartek, 20 października 2011

20 tygodni

Cztery i pół miesiąca. Dwadzieścia tygodni. Ponad sto czterdzieści dni. Tyle czasu potrzebował mój serwis na komunikat: proszę nam przyprowadzić samochód do naprawy. Po tym, jak w Dzień Dziecka gruba ryba z kuratorium rąbnęła mi w tylny zderzak i mój bagażnik stał się puklaty, przeszłam różne cuda z ubezpieczalniami, serwisem i wypożyczalnią. Szybko okazało się, że część zamienną należy wyprodukować dla mnie na końcu świata i sprowadzić, co przedłużało się w nieskończoność. Po drodze żądano ode mnie takich dokumentów, jakbym była winna nie tylko tej durnej stłuczki, ale też wojny w Bośni, arabskiej Wiosny Ludów i kryzysu w Grecji jednocześnie. W każdym razie dziś panowie z serwisu, którzy pierwszy raz zachowywali się tak, jakbyśmy byli w Wersalu, odebrali mi kluczyki i w zamian za to dali udostępnili corsę i prawie że machali czule na pożegnanie... Brzydal ochoczo rozsiadł się w oplu, powciskał wszystkie guziczki, pokręcił wszystkimi pokrętełkami, pokazał mi, jak wbić wsteczny i zarządził, że jutro jedziemy tym do Bielska. Hmm.
Motoryzacyjny pech trochę nad nami wisi. Pod domem stoi pokrzywdzony inny nasz samochód, w który kilka dni temu pod prąd czołowo wjechała 88-letnia babcia, swoim wiekiem wprawiając w osłupienie wszystkich świadków. Żal patrzeć. Małe kolorowe autka w niebezpieczeństwie.
Marzę o weekendzie. Jestem nieprzytomna, choć sto razy dziennie wmawiam sobie "nie przeginaj, nie przeginaj, nie przeginaj..."
Zł.

sobota, 15 października 2011

castorama

Chodząc po castoramie nudzę się niemiłosiernie... Nie tyle chodzę, co próbuję nadążyć za Brzydalem, który szaleje z wózkiem lub platformą między alejkami, z obłędem w oczach, brzęcząc cicho pod nosem jakieś słowa, których nie rozumiem. Dla mnie oczywiście nie ma różnicy między kablem trójpinowym a ośmiopinowym, między zaprawą z kreisela i zaprawą z atlasa, między wentylatorkiem o wydajności 90, a takim na którym napisano 120... Pfffff... Nie dość, że nuda, to jeszcze trzeba zachować czujność, żeby nie zostać potrąconym przez innych szaleńców z platformami.
Wczoraj pierwszy raz w życiu castorama obudziła we mnie intensywne emocje. Wszystko przez to, że uważam, że nie ma w mieszkaniu większego obciachu niż suszarka na pranie wisząca pod sufitem w łazience. Od tygodni toczyliśmy bój o obecność bądź nieobecność tego plastikowego białego paskudztwa. I wczoraj Brzydal, wykorzystując moją chwilę nieuwagi, wpakował do koszyka właśnie to straszydło. I zdecydowanie, po męsku odmówił odłożenia go z powrotem na regał. Po kilku minutach robienia smutnych min i po straszeniu rozwodem - zrozumiałam, że to bezcelowe, że czas na kapitulację... Brzydal z radosną miną triumfował. Gonił mnie nawet wózkiem po sklepie, tym wózkiem, na którym jak wojenne trofeum w pełnej swej wątpliwej krasie sterczała ta suszarka... Bosz... I jeszcze miał czelność powtarzać mi, że jestem największym głupkiem ze wszystkich głupków... Miałam jeszcze przy kasie nadzieję, że kod nie wejdzie, ale ku mej rozpaczy gładko wszedł i staliśmy się właścicielami największego z mieszkaniowych obciachów. Tylko lampa z soli jest w stanie się w tym równać!!!! Aaaa!!!!
Przy kasie stał za nami szczupły, brodaty facet z trzymanym na sztorc trzymetrownym drewnianym karniszem. Szepnęłam Brz., żeby się odwrócił, to zobaczy oszczepnika. Niestety, odwrócił się pospiesznie i (niestety) oszczepnik bardzo go rozbawił. I niestety umarł ze śmiechu, tak że bałam się, że pan go tym oszczepem zdzieli jak tylko wyjdzie ze sklepu.
Ok, może jestem najgorszym na świecie specjalistą od remontów i gdybym miała sama to wszystko robić, to pewnie mieszkałabym w jakimś kolorowym domku na kurzej stópce... Zakupy te są dla mnie cudowną odskocznią od tego, co zajmuje mi resztę dnia.
Miniony tydzień był zdrowotnym koszmarem. Nawet przeleżenie dwóch dni nic nie dało, co mnie jeszcze bardziej zdołowało. I nagle którejś nocy, gdy nie miałam siły przewrócić się na drugi bok, zrozumiałam, że przesadziłam i że nie warto. I że tak nie może być. Zrozumiałam, że powinnam pracować kilka godzin dziennie, a nie kilkanaście. Że nie mogę więcej tak ryzykować.
Zadziwiające, jak w kilka dni można sobie poprzestawiać priorytety. Nawet odważyłam się na poważną rozmowę z przełożonymi. Rany...
W poniedziałek moja wielka impreza... Coś, co prowadziłam samotnie od samego początku, od kilku tygodni. Jestem na finiszu. Robi się naprawdę poważnie. Jeśli Wyborcza w jednym wydaniu pisze o tym w trzech miejscach, to wiedz, ze coś się dzieje... ;) Jutro pracuję. Muszę to jeszcze podopinać. Sztalugi śnią mi się po nocach. Dużo sztalug.

Zł.

PS 
- Chodźmy stąąąąąąąd............
- Jesteś najgorsza. Jesteś okropna, wstrętna i marudna.
- Mam ochotę na gofra...
- Skąd ja ci o 20:30 w castoramie wezmę gofra!!!!!
Epilog: Po 20 minutach byliśmy na gofrach... Hmmm...

sobota, 8 października 2011

jak myśl, po którą trzeba się schylać

Jak dźwięki powtórnie słyszane
Jak słowa przechowywane
Jak myśl po którą trzeba się schylać
Vangelis lubi perkusję i brzmienie skrzydeł motyla




Dobranoc po tym niekoniecznie dobrym dniu.
Zł.

środa, 5 października 2011

próba

Fantastyczny ten dom. Taki z gankiem z małymi okienkami. W środku jest tak, jakby ktoś się bardzo napracował nad scenografią. Monidło na ścianie. Bifyj. Szklanki w metalowych osłonkach. Ciężkie firanki. Święte obrazki. Kachlok. Widać, że jeszcze niedawno ktoś tam mieszkał. Magicznie. W jednym pokoju futerały na gitary. W drugim mnóstwo sprzętu. Po podłodze wiją się kable, gdzieś leżą pałeczki perkusyjne, głośniki cicho mruczą. Wszędzie walają się wygniecione kartki z tekstami piosenek. Po pięciu minutach czuję się trochę jak na wakacjach.
Chłopaki z zespołu przez dwie godziny grali, próbowali, improwizowali. Nabijali się z siebie, dyskutowali, zadawali mi milion pytań, żartowali i zaczepiali mnie. Zagrali mi wszystkie nowe piosenki. A te, które znałam, i tak brzmiały inaczej, bo jest jeden nowy dodatkowy gitarzysta, zupełnie czarujący. Między piosenkami wychodziliśmy do ogródka pogadać / zapalić / jeść orzechy z wielkiego drzewa. Było to wszystko tak swobodne i naturalne, zupełnie jakbyśmy się co kilka dni widywali na próbach... 
Przyniosłam stamtąd trochę fajnych rzeczy. Dostałam płytę, na którą miałam ochotę już z 2 lata temu, ale wtedy jeszcze nie istniała w takiej formie. Doczekałam się dopiero teraz. Podobnie jak doczekałam się tych pięknych chwil, gdy zespół gra, a słucham tylko i wyłącznie ja. Dostałam też cały koncert z soboty nagrany cyfrową kamerką, bardzo fajnej jakości. I przyniosłam też jedną z tych wymiętych kartek z tekstem tak obłędnie dobrym, że zdecydowanie odmówiłam wypuszczenia go z rąk. Mam zgodę na puszczenie tej płyty w nieograniczony obieg w sieci. Wiem, jak wielu ludzi czeka na te piosenki, więc jutro to ogarnę i wyślę gdzie trzeba.
Wyjechałam stamtąd przeszczęśliwa. Wystarczyło kilka chwil, jakiś skrót, tytuł, skojarzenie i od razu wszystko wróciło. W listopadzie powinien być jakiś koncert w pobliżu. Czekam.
Mój organizm mówi, że powinnam się opamiętać, bo ma dość. Puszczam głośniej te nowe piosenki i zagłuszam.

Zł.

wtorek, 4 października 2011

godzina

Zbudziłam się i jak zawsze z pewną niechęcią wygramoliłam się z łóżka, żeby zdążyć do pracy. Zimno i ciemno. Brrr. Człap, człap, do łazienki. Zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia i co mam na dziś zaplanowane. Z na wpół zamkniętymi oczami myję zęby i włączam radio. A tam akurat kończyły się wiadomości. Spiker w radiu powiedział: "jest pięć minut po drugiej..." I tak właśnie było. Nie mam najbledszego pojęcia, jak to się stało. Choć pewnie winne są ostatnie dni i ekstremalne sytuacje, na które byłam narażona. W niedzielę wróciłam z pracy o 23. Wczoraj - o 19. Miałabym naprawdę bardzo poważny problem, gdybym nie lubiła tej pracy...

Z innych niusów, byłam dziś na fantastycznym wykładzie o Słobodzianku, który wygłaszał jeden z najwybitniejszych w Europie współczesnych literaturoznawców. Gdzieś po drodze zdążyłam się wyściskać z Promotorem, dzięki czemu na moim dawnym wydziale znów poczułam się jak u siebie. Od razu przypomniałam sobie sytuację, gdy kiedyś wróciłam z wydziału do biura cała radosna i mówię tak: spotkałam promotora! Pocałował mnie w policzek! A szefowa: Jezus Maria... gdyby mój mnie pocałował, to bym chyba umarła... ;)

Zł.

niedziela, 2 października 2011

koncert

Ile czasu minęło...? Kilkanaście miesięcy? Bez znaczenia. Na ten wieczór nie musiałam się z nikim umawiać. Wiedziałam, że pewnie i tak będzie ktoś znajomy. Szybko wyławiamy się z tłumu, dosiadam się do jakiegoś stolika. Po chwili przychodzi on, on sam i pyta, czy może się dosiąść. I po prostu chce pogadać. Cieszę się, że mogę cię znów zobaczyć - mówię, a myślę: umieram z radości, że przyszedłeś, choć dookoła jest kilkadziesiąt osób i znasz wszystkich. Mówię: tęskniłam trochę, a myślę: sto tysięcy razy myślałam, że zwariuję, ilekroć przypominałam sobie, jak zniknąłeś z mojego życia. Masz dla mnie jakieś nowe piosenki do posłuchania? Mam całą płytę, wyślę Ci! Albo nagram. Przyjedź. Mamy nową salę prób. Właściwie cały dom mamy, zobaczysz. Przyjedź na próbę. Przyjadę. Dużo piszesz? Mniej niż kiedyś. Ale mam trochę nowych piosenek. Nagramy tę płytę. A ty jak? Wiem, rozumiem. Potrzebujecie menedżera? Bardzo. W sumie ona nie była zła... Nie trawiła mnie - mówię. Tak mnie stresowała, że z każdego koncertu wychodziłam chora. Nie wiedziałem. To może i lepiej. Pracujesz tam? Pracuję, jest szaleństwo. A piszesz jeszcze? Piszę, chodzę na spektakle. Teatr jest dla mnie tak ważny, jak wy kiedyś byliście. Rany, muszę posłuchać tych twoich nowych piosenek... Muszę iść. To zrozumiałe, zaraz koncert. Dziękuję. To ja dziękuję.

Na samym koncercie było kilka tych nowych kawałków, wszystkie z fantastycznymi tekstami. Bo on ma niesamowite wyczucie słowa, jemu słowa się kleją do siebie i pasują jedno do drugiego. Zaskakuje frazeologią i połączeniami, wyczuwa, co brzmi dobrze, a jednocześnie dużo znaczy. Długi koncert, mnóstwo ludzi, bardzo żywiołowe reakcje i ten nieśmiały uśmiech, ten spuszczony wzrok kiedy ludzie klaszczą. Rozbudowana setlista, pomieszane piosenki z różnych muzycznych projektów, trochę o miejscach, trochę o ludziach. Powietrze wibrowało od tej gitary. I moja najukochańsza ze wszystkich piosenka na sam koniec, jak zawsze. Po koncercie jeszcze kilka słów. Umówimy się? Zadzwoń do mnie. Dziękuję - mówi, a ja nie mam najbledszego pojęcia, za co.

Kiedyś byłam bardzo blisko tego świata. Później ten świat mi się oddalił, a jeszcze później ja się ostatecznie odcięłam, bo nie widziałam już sensu. Dziś cieszę się potwornie, że możemy do siebie wrócić i że wiążą się z tym tylko pozytywne emocje. Żadnych dawnych rozczarowań, pretensji, zbędnych pytań.I ci ludzie, których spotkałam! Zobaczyłam w ich oczach ten sam blask, co przed laty na koncertach w małych klubach, na które chodziliśmy razem. A to pamiętasz? A jak byliśmy w Piekarach? A Zanzibar! I stare Mega. I ta sala na Grunwaldzkiej...

Padam na nos. Za kilka godzin wychodzę do pracy...

Zł.

piątek, 30 września 2011

Złośnica na Bulwarze


...bo mnie się zawsze marzenia wydawały przereklamowane i przegadane. Myliły mi się z planami, ambicjami, z prostymi dążeniami do tego, czego chciałam. Albo przynajmniej tak mi się wydawało, że chciałam, co weryfikowane było niekiedy przez czas, a niekiedy przez zdrowy rozsądek. Później myślałam, że marzenia są tylko po to, by je mieć, a nie po to, by je spełniać. Jeszcze później w ogóle negowałam istnienie takiego zjawiska. A jak już chciałam sprawdzić, czy to istnieje, to okazywało się, że może i istnieje, ale żeby się do tego zbliżyć, trzeba zniszczyć wiele innych elementów swojego życia, i to nie tylko swojego. Warto...?
Między innymi o tym jest "Bulwar..." 
Uciekłam z pracy, mówiąc że mam coś bardzo bardzo bardzo ważnego i ani trochę nie przesadziłam.
Konkurs na najbardziej uryczanego widza na widowni znów wygrałam ja.

zł.

ps. Więcej takich premier mi się marzy :) więcej takich powodów jak dziś, żeby późnym wieczorem zamknąć oczy i się uśmiechnąć.

środa, 28 września 2011

wszystko naraz

Sobota. Spokój. W domu zupełnie pusto, psy chrapią w plamie słońca, kot pcha się na laptopa (zauważyliście, że koty uwielbiają spać dokładnie tam, gdzie nie powinny? Na otwartych laptopach; na megaważnych dokumentach, których właśnie szukasz; w umywalce, kiedy się bardzo spieszysz i chcesz umyć zęby; w dziurze z kurzem pod płotem, kiedy dookoła jest kilometr kwadratowy bujnej trawy...). Złaź, kocie. Recenzję będę pisać. Nie przeszkadzaj mi, bo wyszłam z wprawy przez wakacje. Kot spojrzał z powątpiewaniem i z wielką łaską zajął się zrzucaniem kasztanów ze stołu. Recenzowany spektakl początkowo stawiał wściekły opór: wszystko, co chciałam o nim napisać, nijak nie trzymało się poprzedzającego zdania. Po trzech godzinach wycinania, wklejania, pisania na żółtych karteczkach i czytania na głos kotu oraz psu (drugi pies nie słyszy), recenzja nabrała jako takiego kształtu. A po kolejnej godzinie uznałam, że mogę się pod nią podpisać imieniem i nazwiskiem, co jest jednoznaczne z publikacją tekstu, zgodną z moim poczuciem przyzwoitości... Nie wiem dokładnie, kto tam odbiera w redakcji te moje maile, ale wielokrotnie mnie już zaskakiwali, publikując moje teksty np. w środku nocy albo w sobotę o 16...

Później w Korezie z Brz. z przyjemnością wysłuchaliśmy trzech jednoaktówek po śląsku. Tylko mi trochę przykro, że choćbym wymyśliła genialną i zaskakującą historię, to i tak nigdy w życiu nie napiszę jej po śląsku.

Późnym wieczorem sprawdzaliśmy, jak się je chińszczyznę na do połowy postawionej ścianie, w towarzystwie wrzosu w doniczce, jakkolwiek to brzmi. Mam nawet zdjęcie z tego doniosłego wydarzenia, ale wstawienie go tutaj spowodowałoby konieczność lawinowych wyjaśnień, opowieści i historii, które jakoś nie są tu po drodze.

Niedziela. Miał być Kraków. I byłby, gdyby nie sterta żelastwa na wlocie do miasta. Sterta żelastwa była wcześniej całkiem dużym audi, które walnęło w bariery, przefrunęło obok nas (moim zdaniem - przed nami, zdaniem Brzydala - za nami), następnie skosiło znak, obracając się fantazyjnie odbiło się od skarpy, ponownie obrało azymut na nas, odbiło się ponownie, gdzieś tam jeszcze przeturlało, wyrwało mnóstwo trawy i rozrzuciło żwir... Leciał jak taki mały, lekki, zabawkowy samochodzik. Trwało to wszystko łącznie z 5 sekund i wyglądało jak na filmie. I było zdecydowanie zbyt blisko. Kierowcę znaleźliśmy poturbowanego na tylnej kanapie. To i tak nieźle, bo jego plecak leżał dwa pasy dalej. Kolejny raz przekonałam się, że 112 to pomyłka... Zawsze 997, pamiętajcie! Gdy po godzinie uwolniliśmy się stamtąd, na pierwszym skrzyżowaniu zawróciliśmy w stronę Katowic.

Cała sytuacja zadziała na mnie dość mocno. Jak sobie jeszcze przypomnę ten mój powrót w piątek z Bielska, to już w ogóle powinnam sama siebie zaproponować do nagrody głupka roku. Do Korezu jechałam więc tak spięta, że czułam się jakby mnie ktoś zalał betonem. Na szczęście teatr jest m.in. po to, żeby nie myśleć o niczym, co jest poza teatrem. "Kometa" cudna, jak zawsze. Zawsze z "Komety" wychodzę załzawiona i zdołowana. I zawsze na "Kometę" wracam.

Tydzień-tornado. Przetacza się nade mną i co chwilę wciąga w nowy wir, z którym już nie wiem, czy walczyć, czy się mu poddać. Ze spraw ważnych, miałam wystąpienie na dość ważnej konferencji prasowej. Jak się na nią godziłam, to zgrywałam gwiazdę, że co mi tam taka konferencja, przecież wiem, o czym chcę powiedzieć, po czym przez kilka dni umierałam ze strachu, jak dowiedziałam się, kto oprócz mnie będzie tam zabierał głos. A już mnie zupełnie dobili, jak okazało się, że jestem na końcu, jak już te wszystkie VIP-y się wypowiedzą. W drodze do Krakowa kilka razy próbowałam powiedzieć Brzydalowi to, co chciałam, ale ilekroć mówiłam "szanowni państwo" i patrzyłam na niego jednego, to wybuchałam śmiechem i z prób nic nie wychodziło... Teraz wiem, że się udało, więc warto było wziąć się z tym bykiem za rogi... Jeszcze będę tym rzecznikiem, zobaczycie. Nie wiem jeszcze, jakiej instytucji, ale będę:).

Ostro jest w pracy. Staram się hodować dystans i czasami już udaje mi się wyłączać emocje w pracy, żeby nie przeszkadzały. Byle do piątku. W piątek premiera w Gliwicach. Oczywiście jeszcze nigdy tam nie byłam, ale wychodzę z założenia, że nie istnieje taki teatr, do którego bym nie zdążyła na spektakl.

Zł.

piątek, 23 września 2011

sezon szeroko otwarty

Od 15 minut siedzę nad pustym oknem "nowy post". Zaczęłam już ze cztery różne notki. O tym, że tydzień był hardkorowy, absurdalny i groteskowy. Że albo wydawało mi się, że dostanę Nobla, albo że jestem nieodpowiedzialnym głupkiem ze wsi. Że ostatnie dni są w dotyku jak kasztany. Że jak wstaję rano, to na dworze jest 5 stopni i mgła jak mleko i naprawdę mam problem z wykrzesaniem z siebie jakiejkolwiek motywacji, która nie byłaby owinięta kłamstwami. Że pierwszy raz w życiu poznawałam tajniki Joomli. Że nieprzerwanie wydaje mi się, że nie spełniam oczekiwań. Że ilekroć wymiękałam, to przypominałam sobie, że 23 września otwiera mi się sezon teatralny.

Sezon otworzył się pięknie, monodramem Ani Guzik na Małej Scenie w BB. "Singielka" jest fantastyczna i czarująca, a co najważniejsze - nie wpada w te pułapki, których się obawiałam, w te szufladki a'la bohaterki Helen Fielding. Publiczność świetnie reagowała i nie mam żadnych wątpliwości, że będzie hit hit hit... Musi być hit.

Po premierze na chwilę zeszłam Pod Scenę, gdzie koncert grał mój kolega z Wrocławia. Przed wyjazdem powiedziałam Mamie, że chcę się z nim zobaczyć. Mama: Czy to jest ten chłopak, który u nas kiedyś spał? Ja: Mamuś, nie raz... ;)

Jak zwykle, gdy sama późną porą wracam z BB, dostałam małpiego rozumu i wróciłam do domu w 45 minut... Tylko patrzyłam, czy nie jedzie za mną objazdowe nieme kino z reżyserem kina akcji w niebieskiej czapce, ale nie jechało (nie dało rady;)?). Nie wiem, na czym to polega, ale wystarczy mnie wieczorem puścić w trasę, włączyć muzykę i od razu czuję się jak w grze komputerowej, przez co wydaje mi się, że wolno mi więcej. Złudne i szczeniackie, ale pozwala odreagować.

Umieram z radochy na myśl o tym, że po piątku w teatrze czeka mnie jeszcze sobota w teatrze i niedziela w teatrze:). I kolejny piątek też, taaaaaaak! Niniejszym sezon teatralny 2011/2012 uważam za otwarty. Szeroko otwarty.

Zł.

niedziela, 18 września 2011

futrzaki

Okazuje się, że nie trzeba jechać do Turcji, żeby z bardzo bliska obejrzeć pieski preriowe, susły i surykatki. I kapibary. I goryle ("strzeż się goryla", pamiętam;)))). I foki, i lemury, i wydry. Padłam z radochy, uwielbiam!

















Polecamy fantastyczne, nowoczesne i przystępne ZOO w Opolu!
Zł.