niedziela, 30 stycznia 2011

tranquilize

Działo się wczoraj. Dużo i głośno. Pełno. Działo się to wczoraj, żeby dać wszystkim szansę na odespanie dzisiaj, zanim wróci się do normalnego świata jutro. Jak już zdążyłam wspomnieć kilku osobom, wszyscy uczestnicy wczorajszej imprezy lekko wstawili się zdecydowanie na wesoło. Tylko ja, pieprzony outsider, wstawiłam się na smutno, co mi się chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło (przecież normalnie po dwóch drinkach rechoczę radośnie, przytulam się jak maskotka, daję się głaskać po głowie, wyznaję pozytywne uczucia i idę spać). Złapałam bardzo złego tripa, który trzymał mnie kilka godzin i którego trudno mi teraz wyjaśnić. To jest takie uczucie, że coś ucieka, coś się traci, że może nie jest się dokładnie tam gdzie by się chciało. I ta durna niepewność, że może nie o to chodzi, że może coś gdzieś ktoś kiedyś (kiedy???) po coś...Aaa... A jak mi coś uciekło, jak coś spieprzyłam po drodze, jak odpuściłam, przegapiłam, zawiązałam na węzeł, pozwoliłam pójść w diabły??? I milion innych tego typu... Przed kompletną emocjonalną masakrą uratowało mnie tylko to, że zmęczenie ścięło mnie z nóg. Przed snem zdążyłam jeszcze kilka razy odsłuchać "Tranquilize" Killersów. Uspokaja co prawda tylko tytułem, ale za to buduje fantastyczną ścianę dźwięku, myślochłonną, a może myśloszczelną.
Dziś już było lepiej. Zasypaliście mnie słowami w każdej możliwej formie. I wszędzie te marzenia, marzenia... Miliony epitetów, wszystkie dotyczące marzeń. Najskrytsze, największe, drobne, bajeczne, pozornie nierealne i te, które są na wyciągnięcie ręki, moralne i te wręcz przeciwnie. Marzenie, słowo-wytrych, większe od "planuję", "chcę", "mam ochotę", "chciałabym", "spróbuję". Większe, bo życzenia w naszej kulturze zawsze pojawiały się w funkcji magicznej. Zaklinały rzeczywistość, dawały pewne poczucie bezpieczeństwa i spokój sumienia. Żebym tylko pamiętała, na jakich zajęciach o tym rozmawialiśmy... Starość nie radość i pamięć już nie ta!
Dziś co prawda miał być snowboard, ale ogłosiłam czwarty stopień zagrożenia leniowego i uznałam, że jednak wielkomiejski spacer podziała na mnie lepiej. Przelecieliśmy w każdą stronę nasze ulubione zakamarki i zalany słońcem krakowski Kazimierz. Zadziałało. Przyznaję, że jestem dość prosta w obsłudze: dałam się ugłaskać spacerem, gadaniem głupot (m.in. po hebrajsku, tzn. prawie po hebrajsku), przytulną knajpką i zapewnieniami, że wszystko będzie ok. A nastrój znacznie poprawił mi się gdy wyszłam z sephory z moimi ukochanymi perfumami w największym flakonie jaki znalazłam na półce. Później jeszcze jedno szybkie spotkanie, kilka wiadomości, sporo dobrych emocji. Wyszłam na prostą.
Ten tydzień musi być dobry. Musi się udać. W piątek do wieczora kwitnę w pracy na biennale, ale później kroi się impreza na mieście. Jeszcze we wtorek Bardzo Romantyczne Święto (aaaaaaa! Jak nie zapomnimy...). W sobotę i w niedzielę dużo muzyki i dużo teatru (taaaaaak!). A w środę? Hmmm? Musi. Się. Wreszcie. Udać! :)

Złośnica

piątek, 28 stycznia 2011

korek 13



Pojedynek gigantów. Z lewej Josif Brodski - Иосиф Бродский "В озерном краю", z prawej przekład Barańczaka "W krainie jezior". Barańczak kręci mnie zdecydowanie bardziej. Ale może to dlatego, że w oryginalnej wersji nie do końca umiem poradzić sobie z rytmem tego fragmentu i z akcentami. Chociaż w sumie nikt mi nie obiecywał, że po 3 miesiącach nauki rosyjskiego przeżyję spotkanie z poezją.. Hmm...

(-_-)zzzZZZ...

środa, 26 stycznia 2011

post?

Taki post?
Po 30 minutach gapienia się w puste okno "Nowy post"?
Po napisaniu czterech różnych "Nowych postów"?
Po usunięciu wszystkich czterech "Nowych postów"?
Po przesłuchaniu kilkunastu piosenek, które chciałam tu wrzucić?
Po tym wszystkim uznałam, że i tak nic nie pasuje... Bo za dużo za mało za prosto za smutno za luźno za bardzo nie o tym o tamtym za mocno za głupio za nijako.

Post? Nie. Jednak nie.
Może za kilka dni.

3majcie się. Z.

niedziela, 23 stycznia 2011

Neo Retros

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że smutna piosenka jest dokładnie tak samo smutna, jak człowiek, który jej akurat słucha. To było gdzieś on-line, na jakimś blogu. Nie mam nawet pewności, czy to było na pisane po angielsku, po włosku czy po polsku, ale na pewno tak to brzmiało. Wrzucam więc idealną piosenkę na niedzielny wieczór:

Neo Retros nie jest bardzo smutne, ale to ten typ muzyki, przy której można się załamywać pół nocy i nie widzieć w tym nic dziwnego. Na tę piosenkę wpadłam zupełnie przypadkiem, zachwyciłam się i zagrzebałam w necie, szukając czegokolwiek na temat zespołu. Okazało się, że nie są ani z Wysp, ani ze Skandynawii, tylko z Warszawy. Najwyraźniej nie mają jeszcze płyty, bo znalazłam tylko tę jedną piosenkę. Słucham od godziny bez przerwy.  Klimaty dla fanów Old Time Radio i Iowa Super Soccer. Dobre, bo nie słychać, że polskie.
Jutro wieczorem monodram Jakubika, "Ja" warszawskiego Teatru IMKA, a później czarna dziura aż do soboty. Byle do weekendu. Będzie głośno.
Koniec stycznia jak co roku obfituje w rozmaite wątpliwości. Jestem trochę nieznośna, uważajcie, nie drażnijcie.
I słuchajcie Neo Retros. Uspokaja i kołysze. Prawie że głaszcze.

Zł.

czwartek, 20 stycznia 2011

wszystko ok?

Tak, gdyby ktoś pytał, wszystko ok. Wróciłam do pracy. Nadrobiłam zaległości. W sumie jakoś się to układa i kula dalej. Nawet działo się trochę naprawdę dobrych rzeczy.

Po weekendzie w dwa dni udało mi się przygotować megawielki i megaważny projekt, który wczoraj przez ponad godzinę prezentowałam na spotkaniu z Władzami. Miałam wcześniej full materiałów, ale co innego mieć zawalone segregatory, a co innego iść i z pewną siebie miną przemawiać do kilku czy kilkunastu mądrzejszych od siebie osób. Myślałam, że umrę z nerwów, bo spodziewałam się ostrych ataków, ale rozkręciłam się nad prezentacją i opisem, a na koniec nawet dostałam oklaski;)), co mnie zawsze zaskakuje i mocno zawstydza. Po wszystkim Szefowa zadowolona, Władze też, a ja gdzieś pod sufitem... Udało się. Teraz tylko dajcie mi jakieś 4, 5 miesięcy na realizację tego, co wymyśliłam.

Udało mi się też zdać egzamin z rosyjskiego i zaliczyć semestr z wynikiem, którego się nie spodziewałam i którego pewnie grupa mi już nie wybaczy. Panu Bułhakowowi dziękuję za naukę czytania i za rozwój pod kątem leksykalnym...

Trzecia sprawa, która powinna mnie uskrzydlić to fakt, że dostałam ostatnio do przejrzenia projekt pewnej książki, nawet w najmniejszym stopniu niezwiązanej z moją pracą. Jest mnie tam trochę, a sposób, w jaki jestem tam podana, mocno mnie zaskoczył. Trzymam kciuki za autorów, żeby udało się to wydać wiosną. I pomyśleć, że nic o tym nie wiedziałam tak strasznie długo... Czekam grzecznie.

Niedzielny "Mistrz" w BB był zaskakujący, ostry, intrygujący. Chociaż ja już napisałam o tym spektaklu co chciałam, więc bloga sobie odpuszczę. Ale byliśmy, widzieliśmy, a późnym wieczorem było prowadzenie auta w zestawie mała czarna + niebieskie halówki. I były pospektaklowe dyskusje we mgle białej i gładkiej jak mleko. I za krótka noc i niespokojny sen.

Wszystkie te sprawy i emocje spowodowały, że jestem trochę mniej radosna niż powinnam. Zarwałam jedną noc nad rosyjskim, dwie kolejne nad projektem i prezentacją, jedną nad recenzją, ze świadomością, że to i tak za późno. Efekt jest taki, że ta adrenalina trzymała mnie jakoś w pionie, ale dziś gdzieś w połowie dnia najwyraźniej przestała. Dodatkowo świadomość zbliżających się badań wpływa na mnie koszmarnie, więc pewnie przesunę termin. Żeby choć trochę być w porządku wobec siebie samej, obecnie nadaję do Was posta wprost z mojego łóżka, w którym zaraz się zagrzebię i odmówię opuszczania tej lokalizacji w ciągu najbliższych godzin.

Jeszcze coś! Dwa światełka w tunelu. Pierwszy to Akinator czyli Dżin, który wie wszystko i zna wszystkich. Moja graficzka wysłała mi go, jak późnym wieczorem miałam kryzys nad projektem. Jak działa? Trzeba pomyśleć o kimś, o polityku, sportowcu, aktorze, piosenkarzu, bohaterze kreskówki. I kliknąć play. Dżin zaczyna zadawać pytania na temat tej osoby, na które trzeba szczerze odpowiadać. I cwaniak dość szybko zgaduje, o kim się myśli. Ok, zgadł Królową Elżbietę, Małysza i Saddama, ale zgadł też Bukę, Beiruta, Dziwisza, Kulfona, Rysia z Klanu (!!!) i kilkanaście innych osób, wyświetlając ich zdjęcie na koniec i powodując u mnie napad śmiechu. Cudowne i przezabawne, polecam.

I drugie światełko rozświetlające zły humor: kawał.
- Babciu, widziałaś takie moje tabletki z napisem LSD?
- Pierdolić tabletki, widziałeś tego smoka w kuchni???
 To tyle. Zł.
P.S. Brzydala: Trzecie światełko w tunelu :-], tzw. Follow Me Home :-]

Pozdrawiam ;-]

niedziela, 16 stycznia 2011

"Wyurlopowany" Brzydal - Kitzsteinhorn

Tak jak Złośnica zdążyła już zaznaczyć, jestem w posiadaniu kilku fotek, którymi chciałbym się tutaj z Szanownym Towarzystwem podzieli ;-).

Ale zacznijmy od początku.
W Alpach byłem po raz pierwszy, tym bardziej na lodowcu. Nie powiem, odrobinę zastanawiało mnie jak to będzie wyglądać "tam na górze" skoro "na dole" jest +1 stopień i w sumie śnieg płynie brzegiem drogi w postaci rozwodnionej. Jednakże uspokajany i utwierdzany w przekonaniu, że będzie dobrze, poddałem się całkowicie doświadczeniu jakie w tej materii posiadała już Złośnica. Zobaczysz, tutaj jest kiepsko, niebo zachmurzone i zamglone ale na górze będzie piękna pogoda. Jako rzekła, tak było. Ale o tym później.

Na pierwszy rzut oka wrażenie zrobiło na nas zamknięte torowisko tramwaju na Kitzsteingorn, który spalił się w 2000 roku. Chwila czasu jaka została do zakupu biletu wypełniła zaduma. Dość to przytłaczający widok, kiedy obserwuje się taką budowle i zna jej przeszłość.

Chwilę później organizujemy sobie bilety i startujemy do bramek. Za chwilę śmigamy do góry jedną z dwóch kolejek (raz była to Panoramabahn, kiedy indziej Gletscherjet I). Gletscherjet I jest wygodniejszy ponieważ na stacji przesiadkowej na 1979 m.n.p. nie trzeba przechodzić do innego budynku, przesiadka odbywa się w ramach jednej stacji i po chwili śmigamy Gletscherjet II na 2450 m.n.p.m.

Wysiadamy na 2450 i witamy się z Lodowcem ;-)


Trzeba uważać, żeby nie pogubić ważnych drobiazgów, które są nam niezbędne. Na załączonym obrazku odnaleziony przez Złośnicę podczas zapinania deski ski pass niewiadomego pochodzenia. No i oczywiście Złośnica w roli głównej i osobie własnej w pełnym maskowaniu. Postrach szkółek narciarskich i tzw. stokowych stójkowych ;-).
Swoją drogą zauważyliśmy bardzo ciekawe zjawisko, a mianowicie największe skupisko narciarzy i deskarzy (żeby było sprawiedliwie) zawsze gromadzi się w najwęższych miejscach trasy. Narciarze zazwyczaj w takich miejscach ucinają sobie przemiłe pogawędki na temat wyższości słońca nad pełnym zachmurzeniem, natomiast snowboardziści wylegują się na śniegu, zaraz za szczytem mając przy tym odkryte nerki. To tak w ramach ciekawostki. Swoją drogą na takie siedzenie na śniegu i te "gołe nery" trzeba mieć niesamowite zdrowie ;-).


W celu zapewnienia sobie niesłabnących emocji i kolejnej dawki rozrywki udajemy się na wysokość 3029 m.n.p.m., czyli na górną, najwyższą stację Gletscher aby móc podziwiać jeszcze piękniejsze widoki i móc zjechać z jeszcze większej wysokości, jeszcze dłuższą trasą ;-).

Oto kolejka na sam szczyt, no prawie ;-).


Niewolnicy nowoczesnych technologii i własnych "komórek";-). W każdym możliwym miejscu próbowaliśmy korzystać z dobrodziejstw technologii. Ku naszemu zaskoczeniu, na każdej ze stacji głównych kolejek, dostępny był internet WiFi, że o oczywistościach typu szafki na kluczyk, WC, kawiarnie i restauracje oraz sklepy sportowe nie wspomnę ;-).


A oto i On, Panie i Panowie The Glacier. Lekko przyćmiony promieniami rozgrzewającego leniwie słoneczka trzy-tysięcznik, z którego podnóża zjeżdżaliśmy do stacji AlpinCetner. Niezapomniane wrażenia gwarantowane.


I jeszcze jeden rzut oka


I kolejny rzut, tym razem na jedną z bardzo wielu tras i na jeden z wielu wyciągów. Przy okazji udało się uwiecznić ratrakowe balety na stoku ;-). Nawiasem mówiąc, straszne ilości muld się robiły na tym odcinku


Na chwilę obecną to byłoby wszystko. Być może uda nam się stworzyć jeszcze jeden post, w typowo technicznym stylu, porady cenowo-obiadowo-wypadowe ;-)

A póki co, pozdrawiam

Brzydal ;-)

sobota, 15 stycznia 2011

Kitzsteinhorn

Zobaczyłam go z okna. Wszystko dookoła w cieniu, a on jeden w słońcu. Wyglądał na bezczelnego i nieosiągalnego. Początkowo czułam tylko respekt, ale po chwili wróciłam do okna, uśmiechnęłam się i pomyślałam: "uważaj, skubańcu. Jutro zaczynamy". Ma 3203m wysokości i nazywa się Kitzsteinhorn. Jest fantastycznym lodowcem, którego oswoiliśmy z Brzydalem w ramach urlopu.
Stoki, na których jeździliśmy dotychczas w Polsce, w Czechach i na Słowacji, to po prostu wyciągi i nic więcej. Tymczasem taka góra jak Kitzsteinhorn jest jak przeciwnik, a nie jak partner. To wyzwanie rzucone dotychczasowym umiejętnościom i przyzwyczajeniom. To niezwykła wolność, móc wyjechać na te 3 tysiące metrów, przypiąć deskę i jechać przed siebie, nie zastanawiając się, gdzie jest trasa. Bo trasa jest wszędzie. Niezliczona ilość wyciągów. A jakieś tysiąc metrów poniżej - bielusieńka kołdra z chmur, zasłaniająca miasteczka i wielkie jezioro. Nad głowami tylko błękit, słońce i ośnieżone trzytysięczniki. I wszędzie pusto, pusto na wyciągach, zero kolejek, zero tłumów na trasach zjazdowych. Raj z gatunku tych, które czasem ogląda się na Discovery czy na Travel Channel i umiera się z żałości, że się tam właśnie nie jest... Bajka.
Fotka dla odmiany ze Schmitten - górki która ma 2000 metrów. Różnica między dwoma i trzema tysiącami jest kolosalna: na dwóch tysiącach pod śniegiem jest jeszcze trochę śniegu, pod nim jest lód. Na trzech tysiącach pod śniegiem są jeszcze ze dwa metry śniegu.
Pierwszy raz w życiu kilka razy wpadłam w dość nieodpowiedzialne, ale jakże kuszące ramiona freeride'u. Gdy jednej nocy dopadało 40 cm śniegu, nie potrafiłam odmówić sobie szaleństw po puchu poza trasami. Trochę bałam się tylko tego ogłoszonego i mrugającego żółtymi lampami czwartego stopnia zagrożenia lawinowego (bałam się też, że Brzydal mnie ochrzani i sprowadzi na trasy), ale to było silniejsze... Swoją drogą, widzieliśmy te lawiny i mimo całej potworności zjawiska, paradoksalnie jest w nich wiele malowniczego piękna. Coś cudownego.
Nie chce mi się wierzyć, że to już za nami. Spędziliśmy cudowny urlop w krainie śniegu, zamrożonej czekolady w plecaku, międzynarodowych rozmów na wyciągach i długaśnych spacerów. Było w tym wszystkim tyle radości, tyle śmiechu i tyle nierealności, że po prostu musiało się udać.
Zmykam spać, bo jestem ekstremalnie zmęczona. Jestem też z lekka posiniaczona i trochę kontuzjowana, ale powiedzmy, że to pamiątki w innej formie;).
Brzydal na pewno wstawi sporo zdjęć, bo ma dużo ślicznych ujęć. Tak jeździ na nartach, że nie bał się zabrać na parę godzin na górę swojej lustrzanki. Ja w plecaku obijałam moją starą cyfrówkę - za zdjęcia zabiorę się pewnie jutro.
Ogłaszam, że oswoiliśmy Kitzsteinhorn:))).

Złośnica

czwartek, 6 stycznia 2011

z Australii

Dostałam prezent z Australii! Idealnie pasuje do swetra;). Jak prezent potraktowałam też dzisiejszą kawę na mieście z przyjaciółką, z którą nie widziałam się od sierpnia. To zadziwiające, jak można się tyle nie widzieć, a równo z pierwszym przytuleniem na dzień dobry to wszystko znika i jest tak, jakbyśmy się widywały co tydzień. Są znajomości, które nie mijają. Są ludzie, z którymi zawsze jest o czym rozmawiać i co wspominać. I ta świadomość, że naprawdę SĄ, nawet jeśli są 15 tysięcy kilometrów stąd.

Wczoraj wróciłam trochę po godzinach, ale do domu wleciałam niemal na skrzydłach. Na zdziwione spojrzenia wszystkich obecnych zareagowałam radosnym komunikatem: wracam do pracy dopiero za 12 dni! Nieprawdopodobne. 
Inna dobra wiadomość jest taka, że Mój Wielki Angielski Folder jest już w naszym magazynie. 700 sztuk!!! Taaaak! Moje maleństwo, które rozczula mnie każdym artykułem, gramaturą papieru, kolorami i folią UV na drobiazgach na okładce. A ilu będę miała czytelników;)!
Inny nius: pierwszy raz w życiu wykupiliśmy ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków związanych z uprawianiem sportów ekstremalnych. Wyjeżdżamy!
A w przyszły weekend "Mistrz". Taaaaaaak!!! :)))))))))

Zł.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

korek 12

Noworoczna odsłona korka.
Noc przesadza. Dobrze było wrócić do pracy.
Z.

niedziela, 2 stycznia 2011

2010/2011

Nie było łatwo, na pewno nie było. Bo kto normalny i z własnej nieprzymuszonej woli wieczorem ubiera się jak Eskimos idący polować na foki i pustą śliską drogą pędzi w góry? Kto tam jedzie, by dać się wwozić na szczyt rzężącą i charczącą metalicznie machiną, by później na złamanie karku i z błyskiem w oku zjeżdżać w dół zdecydowanie za szybko i zbyt brawurowo, mimo ciemności, mrozu i kawałków lodu? Nie wiem, kto normalny, ale my na pewno. Po 21 byliśmy na stoku. Pusto, aż miło. To znaczy, że zero kolejki do wyciągu i zero przypadkowych przeszkadzajek na stoku. Górka pięknie oświetlona, stok przygotowany, przejrzystość powietrza bajeczna. Przed północą zakotwiczamy się gdzieś w połowie góry i oglądamy sztuczne ognie, w które zainwestowały wszystkie okoliczne hotele. Z tej wysokości fajerwerki wyglądają jak z photoshopa i są na wyciągnięcie ręki. Tarzamy się w śniegu, robimy mnóstwo zdjęć, śmiejemy się i zaczepiamy jak dzieciaki. Przed pierwszą pod wyciągiem wydawało mi się, że dam radę zjechać jeszcze ze dwa razy (trasa ma prawie kilometr długości), ale gdy wjechaliśmy na górę i miałam problem z zapięciem wiązań (zawiodła koordynacja oko-ręka, mimo że piłam tylko herbatę owocową), uznałam, że wystarczy. W drodze do domu trzymałam się dzielnie mniej więcej do wysokości Żor. Później, już w połowie śpiąc, bredziłam jakieś straszne głupoty i przekręcałam wszystko, co mówił Brzydal ("Zocha? Kto to jest Zocha??"). A mówiłam sporo, bo bałam się, że jak zamilknę, to on też - nie daj Boże - zaśnie. Podobno też śpiewałam, choć tego już nie pamiętam. To zadziwiające, jak ekstremalnie zmęczonemu człowiekowi zmieniają się priorytety. O trzeciej w nocy nieprzytomna ze zmęczenia i z galopującą tachykardią wparowałam do domu z następującymi marzeniami: 1. znaleźć piżamkę z polara, 2. napełnić termofor gorącą wodą, i 3. pamietać, aby wyłączyć budzić nastawiony codziennie na 5:55. Udało się, Sylwester był megafajny. Fotka!
Było jednak na stoku kilka osób lekko zdziwionych tym, jak jeździ się w nocy. Inaczej widać muldy oświetlone na żółto, inaczej na biało, płatów lodu nie widać w ogóle, nie widać też wychodzącego z lasu yeti i nie bardzo wiadomo, czym opędzać się od szakali. I od połowy góry widziałam, że jedzie niżej taka jakaś sirotka, powoli i na drżących nogach. Niestety dojechałam tam dość szybko, bo odcinek stromy jak diabli. Na szybko oceniłam, że bezpieczniej dla mnie będzie ominął sirotkę krótkim łukiem w prawo. Ani nawet nie zamierzałam zwalniać, bo po co. I wtedy sirotka się odwróciła i zobaczyła, jak na nią jadę. I rozdarła się jak na jakimś słabym filmie, jak Kevin sam w domu. Zatrzymała się, patrzy na mnie i się w przerażeniu drze. Komedia. Wymijając ją w sekundzie zdążyłam tylko krzyknąć "spokojnie" i odjechałam, obficie rozrzucając za sobą śnieg (lata praktyki;) ). Pierwszy raz w życiu ktoś na mnie tak zareagował na stoku, a ja mam przecież takie łagodne oczy w tych goglach...

Z.

ps. Już trzeci dzień nie przeklinamy! W domu stanęła karna skarbonka: 1 zetka za jedno brzydkie słowo.