niedziela, 2 stycznia 2011

2010/2011

Nie było łatwo, na pewno nie było. Bo kto normalny i z własnej nieprzymuszonej woli wieczorem ubiera się jak Eskimos idący polować na foki i pustą śliską drogą pędzi w góry? Kto tam jedzie, by dać się wwozić na szczyt rzężącą i charczącą metalicznie machiną, by później na złamanie karku i z błyskiem w oku zjeżdżać w dół zdecydowanie za szybko i zbyt brawurowo, mimo ciemności, mrozu i kawałków lodu? Nie wiem, kto normalny, ale my na pewno. Po 21 byliśmy na stoku. Pusto, aż miło. To znaczy, że zero kolejki do wyciągu i zero przypadkowych przeszkadzajek na stoku. Górka pięknie oświetlona, stok przygotowany, przejrzystość powietrza bajeczna. Przed północą zakotwiczamy się gdzieś w połowie góry i oglądamy sztuczne ognie, w które zainwestowały wszystkie okoliczne hotele. Z tej wysokości fajerwerki wyglądają jak z photoshopa i są na wyciągnięcie ręki. Tarzamy się w śniegu, robimy mnóstwo zdjęć, śmiejemy się i zaczepiamy jak dzieciaki. Przed pierwszą pod wyciągiem wydawało mi się, że dam radę zjechać jeszcze ze dwa razy (trasa ma prawie kilometr długości), ale gdy wjechaliśmy na górę i miałam problem z zapięciem wiązań (zawiodła koordynacja oko-ręka, mimo że piłam tylko herbatę owocową), uznałam, że wystarczy. W drodze do domu trzymałam się dzielnie mniej więcej do wysokości Żor. Później, już w połowie śpiąc, bredziłam jakieś straszne głupoty i przekręcałam wszystko, co mówił Brzydal ("Zocha? Kto to jest Zocha??"). A mówiłam sporo, bo bałam się, że jak zamilknę, to on też - nie daj Boże - zaśnie. Podobno też śpiewałam, choć tego już nie pamiętam. To zadziwiające, jak ekstremalnie zmęczonemu człowiekowi zmieniają się priorytety. O trzeciej w nocy nieprzytomna ze zmęczenia i z galopującą tachykardią wparowałam do domu z następującymi marzeniami: 1. znaleźć piżamkę z polara, 2. napełnić termofor gorącą wodą, i 3. pamietać, aby wyłączyć budzić nastawiony codziennie na 5:55. Udało się, Sylwester był megafajny. Fotka!
Było jednak na stoku kilka osób lekko zdziwionych tym, jak jeździ się w nocy. Inaczej widać muldy oświetlone na żółto, inaczej na biało, płatów lodu nie widać w ogóle, nie widać też wychodzącego z lasu yeti i nie bardzo wiadomo, czym opędzać się od szakali. I od połowy góry widziałam, że jedzie niżej taka jakaś sirotka, powoli i na drżących nogach. Niestety dojechałam tam dość szybko, bo odcinek stromy jak diabli. Na szybko oceniłam, że bezpieczniej dla mnie będzie ominął sirotkę krótkim łukiem w prawo. Ani nawet nie zamierzałam zwalniać, bo po co. I wtedy sirotka się odwróciła i zobaczyła, jak na nią jadę. I rozdarła się jak na jakimś słabym filmie, jak Kevin sam w domu. Zatrzymała się, patrzy na mnie i się w przerażeniu drze. Komedia. Wymijając ją w sekundzie zdążyłam tylko krzyknąć "spokojnie" i odjechałam, obficie rozrzucając za sobą śnieg (lata praktyki;) ). Pierwszy raz w życiu ktoś na mnie tak zareagował na stoku, a ja mam przecież takie łagodne oczy w tych goglach...

Z.

ps. Już trzeci dzień nie przeklinamy! W domu stanęła karna skarbonka: 1 zetka za jedno brzydkie słowo.

1 komentarz:

Kasija pisze...

z tym (nie)przeklinaniem to mi imponujecie. ciekawe jak dlugo to potrwa:D
domyslnie ma byc to "na zawsze"?;-)

opis sytuacji na stoku skojarzyl mi sie z momentami kiedy rozpedzony Enzo biegnie, fafle mu lataja, kly blyskaja a wzrok ma radosny, niektorzy widza jednak wzrok dziki i grozne zebiska i tez reaguja piskiem i innymi dzwiekami.
ja ich rozumiem;-)

zycze Wam wspanialego roku, niech bedzie szczesliwy!

usciski od Enzo dla Rubla i Dolara;-)