sobota, 15 stycznia 2011

Kitzsteinhorn

Zobaczyłam go z okna. Wszystko dookoła w cieniu, a on jeden w słońcu. Wyglądał na bezczelnego i nieosiągalnego. Początkowo czułam tylko respekt, ale po chwili wróciłam do okna, uśmiechnęłam się i pomyślałam: "uważaj, skubańcu. Jutro zaczynamy". Ma 3203m wysokości i nazywa się Kitzsteinhorn. Jest fantastycznym lodowcem, którego oswoiliśmy z Brzydalem w ramach urlopu.
Stoki, na których jeździliśmy dotychczas w Polsce, w Czechach i na Słowacji, to po prostu wyciągi i nic więcej. Tymczasem taka góra jak Kitzsteinhorn jest jak przeciwnik, a nie jak partner. To wyzwanie rzucone dotychczasowym umiejętnościom i przyzwyczajeniom. To niezwykła wolność, móc wyjechać na te 3 tysiące metrów, przypiąć deskę i jechać przed siebie, nie zastanawiając się, gdzie jest trasa. Bo trasa jest wszędzie. Niezliczona ilość wyciągów. A jakieś tysiąc metrów poniżej - bielusieńka kołdra z chmur, zasłaniająca miasteczka i wielkie jezioro. Nad głowami tylko błękit, słońce i ośnieżone trzytysięczniki. I wszędzie pusto, pusto na wyciągach, zero kolejek, zero tłumów na trasach zjazdowych. Raj z gatunku tych, które czasem ogląda się na Discovery czy na Travel Channel i umiera się z żałości, że się tam właśnie nie jest... Bajka.
Fotka dla odmiany ze Schmitten - górki która ma 2000 metrów. Różnica między dwoma i trzema tysiącami jest kolosalna: na dwóch tysiącach pod śniegiem jest jeszcze trochę śniegu, pod nim jest lód. Na trzech tysiącach pod śniegiem są jeszcze ze dwa metry śniegu.
Pierwszy raz w życiu kilka razy wpadłam w dość nieodpowiedzialne, ale jakże kuszące ramiona freeride'u. Gdy jednej nocy dopadało 40 cm śniegu, nie potrafiłam odmówić sobie szaleństw po puchu poza trasami. Trochę bałam się tylko tego ogłoszonego i mrugającego żółtymi lampami czwartego stopnia zagrożenia lawinowego (bałam się też, że Brzydal mnie ochrzani i sprowadzi na trasy), ale to było silniejsze... Swoją drogą, widzieliśmy te lawiny i mimo całej potworności zjawiska, paradoksalnie jest w nich wiele malowniczego piękna. Coś cudownego.
Nie chce mi się wierzyć, że to już za nami. Spędziliśmy cudowny urlop w krainie śniegu, zamrożonej czekolady w plecaku, międzynarodowych rozmów na wyciągach i długaśnych spacerów. Było w tym wszystkim tyle radości, tyle śmiechu i tyle nierealności, że po prostu musiało się udać.
Zmykam spać, bo jestem ekstremalnie zmęczona. Jestem też z lekka posiniaczona i trochę kontuzjowana, ale powiedzmy, że to pamiątki w innej formie;).
Brzydal na pewno wstawi sporo zdjęć, bo ma dużo ślicznych ujęć. Tak jeździ na nartach, że nie bał się zabrać na parę godzin na górę swojej lustrzanki. Ja w plecaku obijałam moją starą cyfrówkę - za zdjęcia zabiorę się pewnie jutro.
Ogłaszam, że oswoiliśmy Kitzsteinhorn:))).

Złośnica

Brak komentarzy: