czwartek, 10 lutego 2011

tajfun

Trzydniowy tajfun. Skali zniszczeń jeszcze nie oszacowano.

20 stycznia pisałam na blogu, że Władze wstępnie zaakceptowały mój projekt. I napisałam "Teraz tylko dajcie mi jakieś 4, 5 miesięcy na realizację tego, co wymyśliłam". Sądziłam, że tyle potrzebuję i tyle dostanę. Tak wyszło, że jeszcze nie ma połowy lutego, a ja wykonałam ten projekt. Dziś ruszył. Dostałam oklaski, a później sama w pokoju padłam bez sił na chłodne biurko.

Było kilka momentów, że ten tajfun zwalniał. We wtorek na rosyjskim, bo nic tak nie dyscyplinuje umysłu, jak cyrylica. Wczoraj u lekarza, kiedy projekt na chwilę przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Wczoraj późnym wieczorem na mrozie przed domem, kiedy nikomu się nie spieszyło. Dziś w biurze, kiedy w najbardziej stresującym momencie zadzwonił telefon i mimo protestów zniknęłam na 5 minut w naszym pokoju konferencyjnym.

Do słuchania Delons i Tajfun 18.
Do snu do czytania "Sen numer 9", czyli książka, z której wyrosła ta piosenka powyżej.
Wrzuciłabym jeszcze mój ostatnio ulubiony kawał o tajfunie i imionach kobiet, ale odstawałby stylistycznie;). Ale opowiadam na żywo i przez telefon.

Zzz

1 komentarz:

spider-mama pisze...

Złośnico, owacja na stojąco ze słonecznej Wawy!!

Trochę nie na temat: podczas jednej z ostatnich wizyt u bratowej (i bratanicy), bratowa włączyła jedną z jej ulubionych płyt. Jakie było moje zdziwienie (oraz radość), kiedy okazało się, że słyszę "Świat Według Nohavicy" :). Nie muszę dodawać o kim od razu pomyślałam... ;)