poniedziałek, 7 lutego 2011

upload w tle

Straszny burdel w głowie. Choć raczej bałagan, bo nad burdelem jeszcze ktoś panuje. Nakładają mi się jakieś sceny jedna na drugą, kawałki rozmów i dźwięk migawki, jakieś nutki i kolory, szelest kartek i zapach migdałowej szminki. W ogóle nie po kolei.

·     *W sobotę po koncercie obiecałam sobie nie słuchać płyty w aucie. Bo po co. Efekt był taki, że jeszcze dobrze nie wyjechałam z parkingu, a płyta już siedziała w odtwarzaczu. Dzielnie powtarzając sobie, że na pewno mnie tam nie ma, mknęłam pustą drogą do domu. Na wysokości tunelu jednak szlag trafił moje noworoczne postanowienie dotyczące ograniczenia wyrazów brzydkich i zwrotów obelżywych. Mówiłam takie rzeczy, że aż mi teraz wstyd, ale wciąż jestem w szoku. No żesz…

·       *Nie zmienia to faktu, że po tym koncercie we krwi krążyły mi cząsteczki fenyloetyloaminy wielkości ping-pongów.

·         *W niedzielę jakimś cudem udało się nam zdążyć do kina na „Jak zostać królem”. Fantastyczny film, który wbił mnie w fotel i sprawił, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Angażujący i zaskakująco dobry, a jednocześnie pozbawiony jakichkolwiek zbędnych ozdobników, fajerwerków i rozpraszających drobiazgów. Film z gatunku tych, po których ma się ochotę zaczepiać obcych ludzi na ulicy i mówić „genialny! Genialny!”
·        
  *Później miałam okazję powiedzieć (wywarczeć), co myślę o mojej obecności na płycie. Brzmiało to mniej więcej tak:

- Jesteś potworem, nie lubię cię, jak mogłeś mi to zrobić???? Katastrofa, nie gadam z tobą, w ogóle tragedia!!! TRA-GE-DIA!!!!
- Taaa, cieszę się, że ci się podoba.
- Grrrrrr! Jak mogłeś!!!!! Jesteś okropny, najgorszy, w życiu się już nie odezwę, nic sobie nie robisz z tego co mówię. Kurdeeeee, zabiję cię, zobaczysz. Urwę ci głowę.
- Cieszą mnie twoje reakcje…

Hmmm...............

·        *Postanowiłam jednak nie pielęgnować w sobie urazy (akurat…) i spędzić wieczór tak jak planowałam, czyli z Martą na koncercie. Cieszą mnie ci zasłuchani ludzie, którzy tak po prostu nucą sobie te piosenki. Cieszy mnie morze braw i ta interakcja na linii scena-widownia. Cieszyły mnie samoloty z papieru i tabun ludzi po autografy. I ta miękka ciemność, którą uwielbiam i te piosenki, które znam na wylot. Emocje w ilościach hurtowych.

·         *Później przy aucie obowiązkowa sesja z rogami. Chłopaki na myjni zawsze (zawsze!) je znajdują przy sprzątaniu. Zostałam też obfotografowana podczas zamiany moich najwyższych kozaczków na najukochańsze niebieskie trampeczki, w których wolę prowadzić, szczególnie nocami i w deszczu. Marta nie mogła się powstrzymać przed fotkami, a ja ze śmiechu ledwo trzymałam pion. I jeszcze moja miła koleżanka w nocy rzuciła te wszystkie zdjęcia na facebooka na widok publiczny, ciesząc się z demaskacji mojej rzekomej tajemnicy. Pffffff.

·        *W drodze do Mysłowic oczywiście tak potwornie lała z mojej obecności na płycie, że miałam ochotę ją zostawić na środku trasy w tym paskudnym deszczu. Na facebooku lała ze mnie jeszcze jedna koleżanka. Dzięki, dziewczyny, za wsparcie, cholera jasna.

·      *  Dziś w pracy najwyraźniej fenyloetyloamina zmniejszyła objętość cząsteczek. Na szczęście miałam zapieprz, więc nie myślałam o tym za dużo. Zestresowała mnie rozmowa z kwestorem. Okazało się, że podpisuję umowę z firmą z Londynu, a to znaczy, że jest ona skonstruowana według przepisów prawa brytyjskiego. Ale idę w dobrym kierunku. Z jednej strony super, że zbliżamy się do finału z milionami czytelników w roli głównej (nie żartuję!), z drugiej wielka szkoda, że Pan Miłosz już nie będzie do mnie dzwonił by negocjować, bo sporo się od niego nauczyłam. Od trzech tygodni mam gorącą linię telefoniczną i mailową z Panem Miłoszem, z którym prowadziłam ostre negocjacje dotyczące warunków i cen. Dziś kolejny raz próbowałam skompletować dokumentację i prawie umarłam na zawał, bo koleżanka, która się na tym zna, powiedziała mi tak:

·       * „…i musisz jeszcze załączyć HISTORIĘ KORESPONDENCJI z tym facetem…” Umarłam, bo – przyznaję bez bicia – pisaliśmy czasem do siebie straszne głupoty, które na pewno nie powinny wychodzić poza mój program pocztowy, a na pewno nie powinny być żadnym dowodem w dokumentacji. Oczywiście głupoty były o ograniczonym zasięgu i z klasą, w dodatku były ukierunkowane na nasz wspólny interes, czyli podpisanie umowy, ale mimo wszystko… Udało mi się z tego wybrnąć, wpinając do dokumentów dwa pierwsze maile i dwa ostatnie, czyli wywalając jakieś 30 pozostałych i puszczając w niepamięć te 5 telefonów dziennie na linii Londyn – Katowice przez trzy tygodnie. Nie wiem, jak mogłam o tym nie pomyśleć, ale efekt się liczy. Efektem – mam nadzieję – będzie 4-miesięczna kampania o naprawdę gigantycznym zasięgu. Potwornie mi na tym zależy.

 *W ogóle, na tego długiego posta mogłam sobie pozwolić tylko dlatego, że walczę z last.fm i robię wielki upload, co trwa i trwa… Bałam się, że się posypie jak odejdę od kompa, więc grzecznie tu kwitnę i czekam. „Walczę” z last.fm to dobre określenie, bo ja tak naprawdę nie do końca się na tym znam. Ja tak tylko wyglądam. Ale jak mi zależy, to się bardzo bardzo staram i czasami się udaje. Aaaaaaaaaaa upload się skończył! I co teraz??

Panna Zet.

Brak komentarzy: