czwartek, 31 marca 2011

czw.

Zmianę czasu traktuję jak zamach na moją wydajność w pracy. Odczułam to najdobitniej we wtorek, kiedy musiałam wstać z łóżka o 5 rano, która to piąta rano jeszcze kilka dni wcześniej była niemiłosierną czwartą nad ranem. Ale na targach mocno się ożywiłam, nasze stoisko było oblegane przez długie godziny, aż w końcu prawie straciłam głos (i wszystkie materiały, i gadżety, i argumenty).

Zmęczona, zakurzona i zachrypnięta wpadłam popołudniu na parkingu na Panią z Biura, która rzecze do mnie w te słowa:
- Chcesz iść na Interpretacje popołudniu?
- CHCĘ!!! - wypaliłam, nie pytając na co i o której, bo uznałam, że to nieważne. To przecież XIII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, na który nawet nie starałam się o bilety, bo to bezcelowe.
- To odbierz sobie bilety, są w kasie na moje nazwisko. Mnie coś wypadło... - powiedziała Pani z Biura.
Zapomniałam o swoim zmęczeniu, zakurzeniu i zachrypnięciu, po godzinie wbiegłam do domu, a po dwóch byłam już w Rozrywce w Chorzowie. Na scenie "Amfitrion" Narodowego Teatru Starego z Krakowa, a kilka rzędów pode mną Jerzy Stuhr :).

Później wieczór z "Lajermanem" Aleksandra Nawareckiego, którego z wielką radością doczepiam do mojej śląskiej kolekcji: Janosch - Szymutko - Szejnert - Kutz... Cieszy mnie każda strona tej książki, bo od dłuższego czasu czekałam na coś znów w tym klimacie. Póki co się z nią nie rozstaję i nie pożyczam!

W mediach sporo "Bitwy o Nangar Khel", na której byłam z przyjaciółką w niedzielę. Podsyłamy sobie tylko kolejne linki, wzdychamy i padamy z wrażenia. Spektakl jest genialny, UWIELBIAM tych aktorów, rozwala mnie ten autor. Kolejny ważny i odważny temat w Teatrze Polskim, kolejna sztuka po której się wychodzi tak jakby się dostało piaskiem po oczach.

W kilka dni pochłonęłam "Naszą klasę" Słobodzianka (szykuję się psychicznie na spektakl) i "Bornholm, Bornholm" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego (mężczyzna o dwóch mężczyznach). Kończę "Jak ryba w wodzie" Llosy (otwiera w głowie niektóre szufladki, ale niekończące się wywody o kulisach peruwiańskiej polityki męczą jak diabli). I teraz ten wyczekany "Lajerman" na pierwszym miejscu. Znów marzę o plakietce z napisem "pożeracz książek". I wciąż ten dylemat: iść spać czy może jeszcze jeden rozdział...? A później rano walka ducha z materią...;)

Jutro impreza z dziewczynami z działu. Podobno wszyscy wiedzą, że i tak pierwsza komuś opadnę na ramię z błogą miną - ale to z niemijającego zmęczenia. Szefowa twierdzi, że po jednym drinku skłonna jestem wszystkim wyznawać miłość i inne pozytywne uczucia, a w połowie drugiego jestem najsłodsza na świecie i że to trzeba zobaczyć. Hmm. Bierzemy dwie nowe koleżanki, szukajcie naszego wesołego stolika w Hipnozie:).

W sobotę od rana pracuję elegancka i poważna przy jakimś projekcie unijnym (bo kto powiedział że nie dam rady pracować 6 dni w tygodniu?), a wieczorem kolejna impreza...

Na całą niedzielę jestem objęta nienaruszalną rezerwacją.

Złośnica

poniedziałek, 28 marca 2011

Babcia w natarciu

Wieczór. Biorę telefon, wykręcam numer i gdzieś na Ligocie rozlega się dzwonek. Babcia, 90 rok życia w toku, odbiera i gadamy ponad 20 minut. Babcia mówi na przykład tak:

1) "Ostatnio wycięłam ci artykuł o tej takiej co mówiłaś że jej nikt nie lubi, a dzisiaj wycięłam ci artykuł o twoim szefie!" - poczułam, że Babcia robi lepszą prasówkę niż pół mojego biura.

2) "I jeszcze ci jeden wycięłam, bo czytałam, że Myslovitz się znów zeszło do kupy..." - UMARŁAM, że Babcia pamięta moją fascynację Myslo sprzed lat. Mówię: Babciu, jak to możliwe, że to pamiętasz? Zabiłaś mnie! A Babcia: "No jak to, jak mogę nie pamiętać? Przecież tak się przejmowałaś..."

3) W kilka sekund piszę na fejsbuku tekst Babci o Myslovitz. Momentalnie uaktywniają się znajomi, wyrażając powszechną aprobatę dla słów Babci. Mówię do słuchawki: Babciu, jesteś w internecie. Moi znajomi cię lubią i pozdrawiają. Babcia: "Przekaż im, że ich kocham!" Przekazuję.

4) Mówię Babci, że jutro na cały dzień jadę na targi, rozmawiać, promować i cudować. Babcia z trwogą w głosie mówi konspiracyjnym szeptem: "Tylko uważaj na kierowcę...!"

5) Babcia pyta: "A ty byłaś wczoraj w tym Bielsku?" Dziwne, pomyślałam. Przecież jej o tym nie mówiłam, na pewno nie mówiłam. Tak Babciu, byłam na premierze "Bitwy o Nangar Khel" i było genialnie. "Czytałam, że to dobry spektakl" - dodała Babcia i płynnie przeszła do tematu nakręcania lokówek.

Babcia jest najlepsza na świecie i tyle w tym temacie.
Złośnica

niedziela, 27 marca 2011

25 26 27

trzy dni prawie 400 kilometrów dwie książki jeden film jeden spektakl jedna premiera kilka godzin rozmów telefonicznych kilka kaw z mlekiem jedna zmiana czasu kilka niepokojących snów zdecydowanie za dużo emocji dużo za dużo myśli jeden gigantyczny ból głowy co ja w ogóle robię za dużo za dużo za dużo za szybko za głośno za bardzo to wszystko skomplikowane w co się sama wpakowałam

Z

czwartek, 24 marca 2011

Roddy Woobmle i inne cuda

Przedziwny ten tydzień. Próba odstawienia leków skończyła się katastrofą i obiecałam sobie więcej nie eksperymentować. Trudno wejść mi w rytm biura, tym bardziej, że od poniedziałku i ja wróciłam do pracy, i moja koleżanka z pokoju. Trochę zaległości, trochę nerwów, ale też samoloty z papieru i rozmowy półgłosem gdzieś znad dokumentów, wybuchy śmiechu chowane za monitorem i wreszcie otwarty balkon. Dziś trochę napadł mnie wyraźny energetyczny kryzys, niedospanie i takie rozkojarzenie, że każde zdanie czytałam po kilka razy. Tylko czemu...?

Ostatnie dni to też odkrywanie nowej solowej płyty mojego ukochanego folkującego rockmana. Roddy Woomble, wokalista Idlewild, właśnie wydał swój drugi solowy krążek "The impossible songs & the other songs", który mnie zachwyca, czaruje i utula. Nie do podrobienia.

Z innych cudów, wczoraj był naprawdę dobry dzień. Wieczorem szliśmy z Brzydalem przez parking, ja w podskokach i szczerząc się szeroko z niewymowną radością, a Brzydal jak zwykle niewzruszony, a może tylko ekstremalnie zmęczony... Przyszłość, kochani, przyszłość! Przyszłość widzę:)! Doczekać się nie mogę!!!

Późny wieczór przyniósł mnóstwo emocji, śmiechu i słów. Do późnej nocy zastanawiałam się, na czym polega ten fenomen, dokładnie tych emocji, tego śmiechu i tych słów. I pewnie stąd moje niedospanie, rozkojarzenie i mina pod tytułem "i-tak-jestem-w-innym-miejscu". Cudowne to było.

Jutro od rana mam na głowie sto sztuk Cazador del Sol, czyli Łowców Słońca. Po pracy wspólny obiad z dziewczynami z biura, bo mamy zaległości. W sobotę jadę poznać 3-tygodniową dziewczynkę. W niedzielę teatr. Powiem Wam, że cudownie jest zasypiać z uśmiechem. 

Zł.


PS Tekst dnia wczorajszego...

- Bo ja mam na drugie Nadinterpretacja.
- Tak, wiem, zauważyłem.

:)))))))))

wtorek, 22 marca 2011

Od dziś

Wiewiór, Sysunia, Sysul, Orzeszek, nazywajmy Go jak chcemy...


...będzie miał od dziś towarzystwo w osobie jedynego, niepowtarzalnego, oryginalnego i jakże charakterystycznego Jeża Jerzego ;-)
Dziś chłopaki mieli okazję się poznać, trochę pogadać o starych karabinach, wymienić czułości i uprzejmości ;-).
Posiedzieli trochę, jak widać na zdjęciach Jurek jakiś taki pozytywniej nastawiony do współrozmówcy niż Sysul. Wiewiór chyba miał jakiś gorszy dzień, lekko zdołowany, zdenerwowany czy coś, nie wiem, zamknął się w sobie i w sumie mało co się odzywał ;-/...
Ale ogólnie Jurek bardziej kontaktowy chłopak jest ;-). Docelowo zamieszka w aucie Złośnicy, trzeba mu stworzyć jakieś przytulne gniazdko i niech sobie tam żyje ;-).

Uwaga uwaga, przedstawiamy Jeża Jerzego, tadam!




Ha :-)

Pozdrawiamy: Brzydal, Sysul i Jurek ;-)

=====================================================================

Jeszcze ja, jeszcze ja! Przyznję, że ilekroć dostaję w ciągu dnia w pracy magicznego sms-a o treści "mam dla Ciebie prezent :)))))))))", to drżę ze strachu, co znowu tym razem... Prezenty od Brzydala bywają osobliwe i zaskakujące. Pojawia się u mnie późną porą i wręcza rozmaite zawiniątka. A to komplet idealnych żarówek postojowych. A to gumowe dywaniki, ale takie, żeby mi się na pewno nie wylewała woda. Albo wielce potrzebny sztyft do uszczelek na mróz, odmrażacz do szyb albo mikroskopijny pendrajw o wielkiej pojemności: żebym miała dużo muzyki w aucie, ale żeby złodziej na parkingu go nie widział. Poza tymi momentami, kiedy przynosi mi wyczekane książki, kalendarze, filmy, poduszki albo bukiety kwiatów wielkości średniej owcy, z rozbrajającym uśmiechem przywozi mi te wszystkie możliwe techniczne albo motoryzacyjne akcesoria, o których istnieniu nawet nie wiem. Gdy w zeszły weekend byliśmy na "Jeżu Jerzym" wziął sobie do serca moje wybuchy śmiechu i dziś po rosyjskim obdarował mnie cudownym, zabawnym, miłym w dotyku Jeżem Jerzym z pluszu, który faktycznie będzie jeździł w moim aucie. Musi tylko zostać wzbogacony o kawałek rzepa przyszyty do tyłka, bo inaczej będzie mi się rzucał na półce pod szybą. Cudny prezent, Brzydalu. Nie sądzę, żebym zasłużyła, ale dzięki :-*.
A Sysul przyjechał z nami z Węgier, z naszego pierwszego wyjazdu z tamte rejony, dość dawno temu. W kolejnym roku został ubrany w beret z Torunia, który kupiliśmy wybierając się pod imperium Ojca Tadeusza (nie zapomnę jak wystawiałam głowę przez okno i ludzi na przystanku pytałam, którędy do radia). Beret jest prawdziwy, moherowy, z anteną ustawioną na odpowiednią stację;). Sysul wzbudza powszechne zainteresowanie, dzieci z innych samochodów nie mogą oderwać się od szyb, a i kierowcom zdarza się patrzeć z niedowierzaniem, że ktokolwiek może mieć taką minę jak Sysul. Od dziś ja jeżdżę z Jerzym.

Złośnica

niedziela, 20 marca 2011

wracam

Brzydal napisał posta, ale po chwili go usunął z przyczyn mi bliżej nieznanych. A było o polonezie i słuchaniu muzyki w aucie (na szczęście nie w polonezie). Chciałam nawet wejść w polemikę, ale post zniknął, ale to nie ja go ukatrupiłam.
Zrobiliśmy dziś 120 km po okolicy, w trzyosobowej podróży sentymentalnej, wspominając ludzi i miejsca sprzed wszystkich naszych przeprowadzek. Dużo pizzy, kawy, muzyki, śmiechu, czekolady i tyskiego. Pouczające to było i mocno zabawne. I krzepiące, że po tylu latach wciąż mamy sobie tyle historii do opowiedzenia, takich których reszta jeszcze nie słyszała. Jak w tej piosence Dż: a potem wykorzystam samego siebie do dalszego życia, improwizacji i takich wariacji, które świat już wprawdzie widział, ale nie w takim wykonaniu...
Poza tym zeszłej nocy jaśniej dostrzegłam dziwną zależność: im bardziej wydaje mi się, że mam już coś na wyciągnięcie ręki, coś na czym mi cholernie zależy, to to coś nagle z nieznanych  mi przyczyn oddala się o całe lata świetlne. Pomyślałam i wyknułam, że może sposobem byłoby wmawianie sobie, że mi nie zależy, taka spiętrzona ściema. Ale im intensywniej myślę, że mi nie zależy, tym bardziej nie mogę spać. Mój chytry plan nie działa.
Jutro wracam do żywych. Idę do pracy. Daleko mi jeszcze do optymalnej formy, ale współczesna farmakologia powinna być po mojej stronie.
Złośnica

piątek, 18 marca 2011

shapes

Zupełnie rozwaliła mnie strona shapes.pl Fantastyczne pomysły i zaskakujące realizacje. Wczoraj obejrzałam WSZYSTKIE. Swoją drogą, to zadziwiające, na co można trafić on-line mając mnóstwo czasu chorując w najlepsze.

Shape na dziś:



Chciałabym jutro wyjść z domu. Już nie mogę siedzieć w tym pokoju.
Z.

poniedziałek, 14 marca 2011

zwolnienie [od: zwolnij]

Jakiś czas temu usłyszałam, że powinnam zwolnić, bo się zajadę. Oczywista prawda wszystkich rodziców, ciotek i zaniepokojonych przyjaciółek, prawda której się słucha, przyjmuje do wiadomości i dalej robi swoje. Ostatnie dwa tygodnie zupełnie wyssały ze mnie siły. Najwyraźniej wygryzły też lukę w mojej odporności. Pan TurboMegaWielki Wirus zaatakował i musiałam zwolnić. Tak zwolniłam, że od 48 godzin prawie nie opuszczam łóżka.
W sobotę jeszcze byliśmy w kinie i w sumie nic nie zapowiadało, że mnie sieknie już godzinę po powrocie. Noc przyniosła gorączkowe senne horrory i dźwięki, których nie powstydziłby się stary gruźlik po przejściach. Niedziela była już dniem wytrzeszczania oczu na coraz odważniejsze poczynania cyferek na wyświetlaczu termometru. Kiedy mój organizm nie zareagował tak optymistycznie na 1000mg paracetamolu, jak sądziłam, że zareaguje, pomyślałam o tych trzech osobach z mojego bliskiego pracowniczego otoczenia, które zeszły tydzień spędziły w towarzystwie gigantycznej gorączki. Z biura nadeszła więc delikatna sugestia szefowej: idź do lekarza.
W nocy cyfry na termometrze głupiały jeszcze bardziej. Pomyślałam, że to takie samo uczucie, jak po całym dniu na gorącej plaży czuje się każdy centymetr bladej słowiańskiej skóry lekko oparzonej słońcem. W ogóle miałam raczej pozytywne myśli i tak potwornie chciałam się do kogoś przytulić... Miałam ochotę pisać do wszystkich i gadać, ale przypomniałam sobie, że jest 3.30 w nocy.
W poczekalni kwitłam dziś 70 minut po wyznaczonej godzinie. W końcu, wyglądając jak zombie i z miną seryjnego mordercy, udałam się do okienka, gdzie głosem który ledwo z siebie wydobywam zakomunikowałam, że dobijam 40 stopni i że naprawdę nie mam siły dłużej tutaj siedzieć. Wpuścili mnie od razu - może mogłam zrobić to 70 minut wcześniej?
Tym oto sposobem pierwszy raz w życiu znalazłam się na słynnym L-4. Szefowa sytuację w biurze określiła mi dość obrazowo, mianowicie "u nas urwanie jaj". Nie dziwię się, moja koleżanka z pokoju, pewnie z tym samym Panem TurboMegaWielkim Wirusem, siedzi w łóżku od zeszłego tygodnia.
Miałam zwolnić, żeby się nie zajechać. Zajechałam się i zwolniłam. Po kilku godzinach snu mam zazwyczaj siłę, żeby czytać "Jak ryba w wodzie" Llosy. Na filmy nie mam siły, choć w romantycznym prezencie od Brzydala dostałam nie tylko dwa syropy, ale też "Eternal sunshine of the spotless mind", za którym się mocno stęskniłam. Sporo myślę nie o tym, o czym powinnam. Niejasności mnie dobijają, a im jestem słabsza, tym trudnej jest mi je odgonić z myśli.
A więc tak wygląda słynne L-4... Swoją drogą, zajebisty ze mnie pracownik. Właśnie mija rok odkąd tam pracuję, a to dopiero pierwsze moje zwolnienie. Szkoda biura, bo wiem co się tam dzieje, ale mnie chyba też trochę szkoda...?
Złośnica

sobota, 12 marca 2011

Iron & Wine - Walking Far From Home

W biurze - działowy spadek formy. Trzy osoby na L4, pozostałe w depresji albo nakręcone jak wściekłe z nadmiaru spraw. Ja gdzieś pośrodku. Widziałam ostatnio na necie taki czarno-biały obrazek ze skulonym człowieczkiem siedzącym na łóżku. I podpis: każdego ranka na brzegu łóżka toczy się heroiczna walka ducha z materią. To o mnie. Szósta rano jest teraz znośniejsza tylko dlatego, że jest już jasno. Choć w środę rano z tych nerwów czułam się już tak, jakby było późne popołudnie w piątek. I gdy to późne popołudnie w piątek wreszcie nadeszło, napadła mnie taka głupawa i taki atak śmiechu, że było mi już bez różnicy, jaki jest dzień, jaka godzina i kiedy skończę. Późnej w domu bardzo babski wieczór. Tokaj i spanie od 21.30. Dziś dzień o smaku i konsystencji masła orzechowego. Błękitne niebo i wiosenna kurtka. A do słuchania nieopisanie genialna piosenka:
Nowa płyta Iron & Wine zaskakuje każdą piosenką i każdym aranżacyjnym smaczkiem. Te piosenki są po prostu nieprawdopodobnie dobre, mają cudowne melodie i świetne teksty. I ten klimat, dzięki któremu bez problemu można rozpoznać w nich brodatego Sama. Wiem, że jego nagrania są zupełnie niewspółczesne, ale o ile kiedyś myślałam, że przede wszystkim cofają się w muzycznym czasie, o tyle ta płyta udowodniła, że on jednym torem się cofa, ale drugim - wyprzedza innych muzyków o lata świetlne.
Zł.

środa, 9 marca 2011

Złote Maski 2010 - nominacje

Wrzucam za stroną Dziennika Zachodniego

ZŁOTE MASKI ZA 2010 ROK
Komisja nominowała do nagród Artystycznych Złota Maska Marszałka Województwa Śląskiego następujących artystów oraz przedstawienia: 



Kategoria AKTORSTWO - ROLA KOBIECA


  • Hanna Boratyńska za rolę Babki w spektaklu "Dawno temu, dziś" Victora Lanoux w reżyserii Tomasza Obary w Teatrze Nowym w Zabrzu,
  • Beata Deutschman za rolę Pani Smith w spektaklu "Łysa śpiewaczka" Eugene Ionesco w reżyserii Grzegorza Kempinsky'ego w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu,
  • Marta Gzowska Sawicka za rolę Matti w spektaklu "Taka fajna dziewczyna jak ty" Ingmara Villqista w reżyserii autora oraz za rolę Tatiany w spektaklu "Nowe wyzwolenie" Stanisława Ignacego Witkiewicza w reżyserii Eweliny Marciniak w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. 

 

Kategoria AKTORSTWO - ROLA MĘSKA


  • Zbigniew Abrahamowicz za rolę Zeze w spektaklu "Moje drzewko pomarańczowe" Jose Mauro Vasconcelosa w reżyserii Roberta Talarczyka w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej,
  • Jerzy Głybin za rolę Szambelana w spektaklu "Iwona księżniczka Burgunda" Witolda Gombrowicza w reżyserii Attili Keresztesa w Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego w Katowicach,
  • Zbigniew Leraczyk za rolę Pana Smitha w spektaklu "Łysa śpiewaczka" Eugene Ionesco w reżyserii Grzegorza Kempinsky'ego oraz za rolę Stomila w spektaklu "Tango" Sławomira Mrożka w reżyserii Bogdana Cioska w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. 

 

Kategoria ROLA W TEATRACH LALKOWYCH


  • Dariusz Czajkowski za rolę tytułową w spektaklu "Pan Twardowski" Waldemara Wolańskiego w reżyserii autora w Teatrze Dzieci Zagłębia im. J. Dormana w Będzinie,
  • Marta Popławska za rolę tytułową w spektaklu "Joanna d'Arc" Jean Anouilha, Friedricha Schillera, Paula Claudela i George Bernarda Shawa w reżyserii Karela Brožka w ŚląskimTeatrze Lalki i Aktora "Ateneum" w Katowicach,
  • Piotr Tomaszewski za rolę Guliwera w spektaklu "Podróże Guliwera" Jonathana Swifta w reżyserii Mariána Pecko w Teatrze Lalek Banialuka w Bielsku-Białej.

 

Kategoria REŻYSERIA


  • Grzegorz Kempinsky za reżyserię spektaklu "Łysa śpiewaczka" Eugene Ionesco w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu,
  • Attila Keresztes za reżyserię spektaklu "Iwona księżniczka Burgunda" Witolda Gombrowicza w Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego w Katowicach,
  • Magdalena Piekorz za reżyserię spektaklu "Hotel Nowy Świat" Justyny Tomskiej w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej.

 

Kategoria SCENOGRAFIA


  • Eva Farkašová za scenografię do spektaklu "Tristan i Izolda" Marty Guśniowskiej wg Josepha Bediera w reżyserii Petra Nosálka oraz za lalki i kostiumy do spektaklu ""Podróże Guliwera" Jonathana Swifta w reżyserii Mariána Pecko w Teatrze Lalek Banialuka w Bielsku-Białej,
  • Bianca Imelda Jeremias za scenografię do spektaklu "Iwona księżniczka Burgunda" Witolda Gombrowicza w reżyserii Attili Keresztesa w Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego w Katowicach,
  • Jerzy Kalina za scenografię do spektaklu "Tango" Sławomira Mrożka w reżyserii Bogdana Cioska w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.

 

Kategoria NAGRODA SPECJALNA


  • Jakub Lewandowski za choreografię do spektaklu "Hotel Nowy Świat" Justyny Tomskiej w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej,
  • Jacek Łumiński za choreografię do spektakli "La La Land" i "Singletrack" w Śląskim Teatrze Tańca w Bytomiu,
  • Tomasz Mich za choreografię do spektaklu "Skóra i Lateks czyli Wielkie Muzyczne Show lat 60-tych i 70-tych" w reżyserii Waldemara Patlewicza w Chorzowskim Centrum Kultury w Chorzowie.

 

Kategoria SPEKTAKL DLA DZIECI


  • "Moje drzewko pomarańczowe" Jose Mauro Vasconcelosa w reżyserii Roberta Talarczyka w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej,
  • "Pan Twardowski" Waldemara Wolańskiego w reżyserii autora w Teatrze Dzieci Zagłębia im. J. Dormana w Będzinie,
  • "Trzy świnki" Roberta Dorosławskiego w reżyserii autora w Teatrze im. A. Mickiewicza w Częstochowie.

 -----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Teatr Polski - 5 nominacji. Teatr Zagłębia - 4 nominacje. Pięknie. I tak Zeze musi dostać, nie widzę innej opcji.
Zł.

poniedziałek, 7 marca 2011

rezerwacja

Zarezerwowałam bilety do teatru. Na 22 maja.
To tylko 76 dni, chyba że jako rasowy filolog pierdyknęłam się w rachunkach.
Będzie pięknie.

Zł.

niedziela, 6 marca 2011

teatralna pomyłka

Pierwszy raz zdarzyło mi się w teatrze czuć się jak kosmita wśród normalnych ludzi. Może powinnam ująć to dokładnie odwrotnie, ale nie mam odwagi twierdzić, że na wypełnionej w całości widowni - poza mną - było 200 przybyszy z obcych planet. Nie miałam wielkich oczekiwań, naprawdę. Pobieżnie znając temat i mając świadomość konwencji, po tym potwornie męczącym dniu chciałam tylko miło spędzić czas z ludźmi z pracy i chociaż trochę pośmiać się z głupot. Nie miałam nawet siły odpierać "Chodź z nami...", więc poszłam. W połowie pierwszego aktu wiedziałam już, że nic z tego. Gdy widownia teatru znów wybuchała głośnym śmiechem, we mnie nawet nie kiełkowała najmniejsza emocja. Gdy zobaczyłam, jak jeden gość popłakał się ze śmiechu, ja miałam nadzieję, że sztuka ma dwa akty, a nie trzy. A gdy zobaczyłam owacje na stojąco, zaczęłam rozważać możliwość popełnienia samobójstwa poprzez spektakularny wyskok z loży (co zagwarantowałoby mi obecność we wszystkich piątkowych dziennikach, ale spektaklowi ściągnęłoby jeszcze większą widownię). Chociaż wiecie, to nie wina samego spektaklu. To nie o to chodzi, że był źle zrobiony, bo formalnie był jak najbardziej poprawny i w porządku. Ale byłam potwornie zaskoczona, jak można tak tanimi żartami kupić całą widownię i sprawić, żeby będzie zachwycona. I jak można robić to od kilkunastu lat i zawsze mieć komplet? Nie dość więc, że przez całe dwa akty narastało we mnie poczucie dziwnego wyobcowania, to jeszcze po wszystkim nawet nie miałam z kim o tym pogadać, bo wszystkim moim towarzyszom i towarzyszkom sztuka się jak najbardziej podobała. Aaaaa. Pocieszam się, że jak chodzę po teatrach od kilkunastu lat, tak to dopiero trzecia czy czwarta moja tak wielka teatralna pomyłka, o ile pomyłki można mierzyć centymetrem... To druga wielka pomyłka w tym teatrze! Choć może lepiej mieć tę świadomość, że poza tymi wszystkimi cudownymi i genialnymi spektaklami, które znam, w najbliższym otoczeniu grane są też spektakle złe, banalne, nijakie, przewidywalne i o niczym. I to one trzymają się po 10 czy 15 lat na afiszach. Katastrofa. Dobra. Koniec ględzenia.

To był tydzień chaosu w pracy, tydzień bardzo późnego wracania każdego dnia, tydzień uciekającego przez palce czasu. To był tydzień wciskających się w każdą wolną myśl niechcianych znaków zapytania. Odpowiedzi brak i nie wiem, co zrobię, jak w końcu ktoś mi wprost postawi ten znak zapytania.
Z.

wtorek, 1 marca 2011

SDM - koncert

Ponapychałam kalendarz do granic możliwości czasowych i przestrzennych. Dobry sposób na to, żeby wieczorem padać bez życia, za to ze świadomością, że coś się działo. W niedzielę dużo słońca w Bielsku i wielkie lody z malinami (zasłużone! dzięki, wiesz za co!). Migająca rezerwa i rozmowy nie do odtworzenia. Wczoraj na 16 godzin poza domem złożyło się kilka godzin w moim biurze, 4 godziny w megaważnym gabinecie (gdzie musiałam iść na zastępstwo i byłam zestresowana i nieszczęśliwa, bo mało jest innych funkcji, na które nadaję się mniej niż na Asystentkę Kogoś Ważnego, grrrrr) i 3 godziny na koncercie SDM, gdzie najpierw robiłam poważne miny, później słuchałam, jeszcze później się już kołysałam z pełną salą i zupełnie dałam się wciągnąć. I zwinęłam się w kłębek pod sceną, żeby robić zdjęcia z takiego bliska, jakiego nie planowałam. Z przyjemnością odkrywam i powoli smakuję ten zespół. Póki co znam ich tak słabo, że nie jestem w stanie rozróżnić starych piosenek od najnowszych. Słucham ich tak samo, bez żadnych formalnych i czasowych obciążeń. Poza tym nie spodziewałam się, że Myszkowski prowadzi tak genialną konferansjerkę. On sam zaskakuje niezwykłym wyczuciem słowa, zabawą frazeologizmami, czającą się w każdym zdaniu refleksją, w większości przypadków utrzymaną w ciemnych barwach. Ma bardzo przyjemny wokal, jakby śpiewał bez żadnego wysiłku, jakby bardziej chciał coś powiedzieć niż o tym zaśpiewać. Z czasem panowie tak się rozkręcili, że pół auli umarło ze śmiechu. Bisów nie zliczę. Wielkie brawa i za poczucie humoru, i za absolutne piękno słowa. Kupili mnie i tyle.
Dziś - znów - dniówka z filmowcami. Jest postęp: mocno cyniczny kamerzysta podziękował mi za miłą współpracę i wiem, że tym razem było to tego cynizmu pozbawione. Później rosyjski, na który szłam chyba siłą woli. Potworne zmęczenie zadziałało dzisiaj w drugą stronę i miałam tak jasno w głowie, układałam takie zdania, że aż lektorka była w lekkim szoku, co powodowało u mnie napady śmiechu i rozmaite dygresje... Reszta tygodnia też mocno zaplanowana, m.in. z czwartkiem w pracy na 10 godzin i z teatrem wieczorem. Weekend z imprezą w sobotę. Wiosny mi się chce.
Z.