czwartek, 31 marca 2011

czw.

Zmianę czasu traktuję jak zamach na moją wydajność w pracy. Odczułam to najdobitniej we wtorek, kiedy musiałam wstać z łóżka o 5 rano, która to piąta rano jeszcze kilka dni wcześniej była niemiłosierną czwartą nad ranem. Ale na targach mocno się ożywiłam, nasze stoisko było oblegane przez długie godziny, aż w końcu prawie straciłam głos (i wszystkie materiały, i gadżety, i argumenty).

Zmęczona, zakurzona i zachrypnięta wpadłam popołudniu na parkingu na Panią z Biura, która rzecze do mnie w te słowa:
- Chcesz iść na Interpretacje popołudniu?
- CHCĘ!!! - wypaliłam, nie pytając na co i o której, bo uznałam, że to nieważne. To przecież XIII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, na który nawet nie starałam się o bilety, bo to bezcelowe.
- To odbierz sobie bilety, są w kasie na moje nazwisko. Mnie coś wypadło... - powiedziała Pani z Biura.
Zapomniałam o swoim zmęczeniu, zakurzeniu i zachrypnięciu, po godzinie wbiegłam do domu, a po dwóch byłam już w Rozrywce w Chorzowie. Na scenie "Amfitrion" Narodowego Teatru Starego z Krakowa, a kilka rzędów pode mną Jerzy Stuhr :).

Później wieczór z "Lajermanem" Aleksandra Nawareckiego, którego z wielką radością doczepiam do mojej śląskiej kolekcji: Janosch - Szymutko - Szejnert - Kutz... Cieszy mnie każda strona tej książki, bo od dłuższego czasu czekałam na coś znów w tym klimacie. Póki co się z nią nie rozstaję i nie pożyczam!

W mediach sporo "Bitwy o Nangar Khel", na której byłam z przyjaciółką w niedzielę. Podsyłamy sobie tylko kolejne linki, wzdychamy i padamy z wrażenia. Spektakl jest genialny, UWIELBIAM tych aktorów, rozwala mnie ten autor. Kolejny ważny i odważny temat w Teatrze Polskim, kolejna sztuka po której się wychodzi tak jakby się dostało piaskiem po oczach.

W kilka dni pochłonęłam "Naszą klasę" Słobodzianka (szykuję się psychicznie na spektakl) i "Bornholm, Bornholm" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego (mężczyzna o dwóch mężczyznach). Kończę "Jak ryba w wodzie" Llosy (otwiera w głowie niektóre szufladki, ale niekończące się wywody o kulisach peruwiańskiej polityki męczą jak diabli). I teraz ten wyczekany "Lajerman" na pierwszym miejscu. Znów marzę o plakietce z napisem "pożeracz książek". I wciąż ten dylemat: iść spać czy może jeszcze jeden rozdział...? A później rano walka ducha z materią...;)

Jutro impreza z dziewczynami z działu. Podobno wszyscy wiedzą, że i tak pierwsza komuś opadnę na ramię z błogą miną - ale to z niemijającego zmęczenia. Szefowa twierdzi, że po jednym drinku skłonna jestem wszystkim wyznawać miłość i inne pozytywne uczucia, a w połowie drugiego jestem najsłodsza na świecie i że to trzeba zobaczyć. Hmm. Bierzemy dwie nowe koleżanki, szukajcie naszego wesołego stolika w Hipnozie:).

W sobotę od rana pracuję elegancka i poważna przy jakimś projekcie unijnym (bo kto powiedział że nie dam rady pracować 6 dni w tygodniu?), a wieczorem kolejna impreza...

Na całą niedzielę jestem objęta nienaruszalną rezerwacją.

Złośnica

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Złośnica w akcji, dobrze się o tym czyta. Ale niechże Złośnica znajdzie w cieplejszych miesiącach trochę czasu na odwiedziny koleżanki z Warszawy, co lubi o sobie mówić per -spider-mama. :)