sobota, 12 marca 2011

Iron & Wine - Walking Far From Home

W biurze - działowy spadek formy. Trzy osoby na L4, pozostałe w depresji albo nakręcone jak wściekłe z nadmiaru spraw. Ja gdzieś pośrodku. Widziałam ostatnio na necie taki czarno-biały obrazek ze skulonym człowieczkiem siedzącym na łóżku. I podpis: każdego ranka na brzegu łóżka toczy się heroiczna walka ducha z materią. To o mnie. Szósta rano jest teraz znośniejsza tylko dlatego, że jest już jasno. Choć w środę rano z tych nerwów czułam się już tak, jakby było późne popołudnie w piątek. I gdy to późne popołudnie w piątek wreszcie nadeszło, napadła mnie taka głupawa i taki atak śmiechu, że było mi już bez różnicy, jaki jest dzień, jaka godzina i kiedy skończę. Późnej w domu bardzo babski wieczór. Tokaj i spanie od 21.30. Dziś dzień o smaku i konsystencji masła orzechowego. Błękitne niebo i wiosenna kurtka. A do słuchania nieopisanie genialna piosenka:
Nowa płyta Iron & Wine zaskakuje każdą piosenką i każdym aranżacyjnym smaczkiem. Te piosenki są po prostu nieprawdopodobnie dobre, mają cudowne melodie i świetne teksty. I ten klimat, dzięki któremu bez problemu można rozpoznać w nich brodatego Sama. Wiem, że jego nagrania są zupełnie niewspółczesne, ale o ile kiedyś myślałam, że przede wszystkim cofają się w muzycznym czasie, o tyle ta płyta udowodniła, że on jednym torem się cofa, ale drugim - wyprzedza innych muzyków o lata świetlne.
Zł.

Brak komentarzy: