niedziela, 6 marca 2011

teatralna pomyłka

Pierwszy raz zdarzyło mi się w teatrze czuć się jak kosmita wśród normalnych ludzi. Może powinnam ująć to dokładnie odwrotnie, ale nie mam odwagi twierdzić, że na wypełnionej w całości widowni - poza mną - było 200 przybyszy z obcych planet. Nie miałam wielkich oczekiwań, naprawdę. Pobieżnie znając temat i mając świadomość konwencji, po tym potwornie męczącym dniu chciałam tylko miło spędzić czas z ludźmi z pracy i chociaż trochę pośmiać się z głupot. Nie miałam nawet siły odpierać "Chodź z nami...", więc poszłam. W połowie pierwszego aktu wiedziałam już, że nic z tego. Gdy widownia teatru znów wybuchała głośnym śmiechem, we mnie nawet nie kiełkowała najmniejsza emocja. Gdy zobaczyłam, jak jeden gość popłakał się ze śmiechu, ja miałam nadzieję, że sztuka ma dwa akty, a nie trzy. A gdy zobaczyłam owacje na stojąco, zaczęłam rozważać możliwość popełnienia samobójstwa poprzez spektakularny wyskok z loży (co zagwarantowałoby mi obecność we wszystkich piątkowych dziennikach, ale spektaklowi ściągnęłoby jeszcze większą widownię). Chociaż wiecie, to nie wina samego spektaklu. To nie o to chodzi, że był źle zrobiony, bo formalnie był jak najbardziej poprawny i w porządku. Ale byłam potwornie zaskoczona, jak można tak tanimi żartami kupić całą widownię i sprawić, żeby będzie zachwycona. I jak można robić to od kilkunastu lat i zawsze mieć komplet? Nie dość więc, że przez całe dwa akty narastało we mnie poczucie dziwnego wyobcowania, to jeszcze po wszystkim nawet nie miałam z kim o tym pogadać, bo wszystkim moim towarzyszom i towarzyszkom sztuka się jak najbardziej podobała. Aaaaa. Pocieszam się, że jak chodzę po teatrach od kilkunastu lat, tak to dopiero trzecia czy czwarta moja tak wielka teatralna pomyłka, o ile pomyłki można mierzyć centymetrem... To druga wielka pomyłka w tym teatrze! Choć może lepiej mieć tę świadomość, że poza tymi wszystkimi cudownymi i genialnymi spektaklami, które znam, w najbliższym otoczeniu grane są też spektakle złe, banalne, nijakie, przewidywalne i o niczym. I to one trzymają się po 10 czy 15 lat na afiszach. Katastrofa. Dobra. Koniec ględzenia.

To był tydzień chaosu w pracy, tydzień bardzo późnego wracania każdego dnia, tydzień uciekającego przez palce czasu. To był tydzień wciskających się w każdą wolną myśl niechcianych znaków zapytania. Odpowiedzi brak i nie wiem, co zrobię, jak w końcu ktoś mi wprost postawi ten znak zapytania.
Z.

Brak komentarzy: