poniedziałek, 14 marca 2011

zwolnienie [od: zwolnij]

Jakiś czas temu usłyszałam, że powinnam zwolnić, bo się zajadę. Oczywista prawda wszystkich rodziców, ciotek i zaniepokojonych przyjaciółek, prawda której się słucha, przyjmuje do wiadomości i dalej robi swoje. Ostatnie dwa tygodnie zupełnie wyssały ze mnie siły. Najwyraźniej wygryzły też lukę w mojej odporności. Pan TurboMegaWielki Wirus zaatakował i musiałam zwolnić. Tak zwolniłam, że od 48 godzin prawie nie opuszczam łóżka.
W sobotę jeszcze byliśmy w kinie i w sumie nic nie zapowiadało, że mnie sieknie już godzinę po powrocie. Noc przyniosła gorączkowe senne horrory i dźwięki, których nie powstydziłby się stary gruźlik po przejściach. Niedziela była już dniem wytrzeszczania oczu na coraz odważniejsze poczynania cyferek na wyświetlaczu termometru. Kiedy mój organizm nie zareagował tak optymistycznie na 1000mg paracetamolu, jak sądziłam, że zareaguje, pomyślałam o tych trzech osobach z mojego bliskiego pracowniczego otoczenia, które zeszły tydzień spędziły w towarzystwie gigantycznej gorączki. Z biura nadeszła więc delikatna sugestia szefowej: idź do lekarza.
W nocy cyfry na termometrze głupiały jeszcze bardziej. Pomyślałam, że to takie samo uczucie, jak po całym dniu na gorącej plaży czuje się każdy centymetr bladej słowiańskiej skóry lekko oparzonej słońcem. W ogóle miałam raczej pozytywne myśli i tak potwornie chciałam się do kogoś przytulić... Miałam ochotę pisać do wszystkich i gadać, ale przypomniałam sobie, że jest 3.30 w nocy.
W poczekalni kwitłam dziś 70 minut po wyznaczonej godzinie. W końcu, wyglądając jak zombie i z miną seryjnego mordercy, udałam się do okienka, gdzie głosem który ledwo z siebie wydobywam zakomunikowałam, że dobijam 40 stopni i że naprawdę nie mam siły dłużej tutaj siedzieć. Wpuścili mnie od razu - może mogłam zrobić to 70 minut wcześniej?
Tym oto sposobem pierwszy raz w życiu znalazłam się na słynnym L-4. Szefowa sytuację w biurze określiła mi dość obrazowo, mianowicie "u nas urwanie jaj". Nie dziwię się, moja koleżanka z pokoju, pewnie z tym samym Panem TurboMegaWielkim Wirusem, siedzi w łóżku od zeszłego tygodnia.
Miałam zwolnić, żeby się nie zajechać. Zajechałam się i zwolniłam. Po kilku godzinach snu mam zazwyczaj siłę, żeby czytać "Jak ryba w wodzie" Llosy. Na filmy nie mam siły, choć w romantycznym prezencie od Brzydala dostałam nie tylko dwa syropy, ale też "Eternal sunshine of the spotless mind", za którym się mocno stęskniłam. Sporo myślę nie o tym, o czym powinnam. Niejasności mnie dobijają, a im jestem słabsza, tym trudnej jest mi je odgonić z myśli.
A więc tak wygląda słynne L-4... Swoją drogą, zajebisty ze mnie pracownik. Właśnie mija rok odkąd tam pracuję, a to dopiero pierwsze moje zwolnienie. Szkoda biura, bo wiem co się tam dzieje, ale mnie chyba też trochę szkoda...?
Złośnica

1 komentarz:

Kasija pisze...

szybkiego powrotu do zdrowia:-)
najwidoczniej organizm chcial juz troche odpoczynku(jesli chorowanie mozna tak okreslic..)