środa, 4 maja 2011

hüzün

"Zamiast nauczyć się stawać twarzą w twarz z kłopotami (...) prowadziłem różne gierki, w których zmieniałem ostrość obrazu, oszukiwałem siebie, chcąc zapomnieć, co mnie martwiło, albo pogrążyć się w oparach tajemnicy. Możemy to uznać za zagubienie, melancholię albo tym, co po turecku nazywamy hüzün — przygnębienie, ale raczej charakteryzujące grupę niż pojedynczego człowieka. Hüzün nie daje jasnego widzenia świata, raczej zasłania rzeczywistość, ułatwiając życie, jak para, która wylatuje w chłodny dzień z czajnika prosto na szybę. Wybrałem to porównanie, bo widok zaparowanych szyb zawsze budzi we mnie hüzün... Wciąż uwielbiam kreślić na nich słowa. Kiedy przesuwam palcem po szkle, mój smutek ulatnia się powoli. A potem, na sam koniec, ścieram rysunki dłonią i wyglądam na zewnątrz. Ale widok, jaki tam na mnie czeka, przynosi własny hüzün. Powinienem chyba opowiedzieć nieco więcej o tym uczuciu, które zawisło nad moim miastem jak przeznaczenie."

I tak dalej Orhan Pamuk snuje swoją opowieść o Stambule, utkaną ze wspomnień i obrazów zatrzymanych w stop-klatce, pomieszanych, porozrzucanych i przypadkiem trafiających jeden obok drugiego. To jedna z tych książek, która naprawdę mówi o mieście, a nie stawia w centrum tylko ludzi i ich osobistego biadolenia. Jeśli ci ludzie się pojawiają, trzeba ich oglądać zanurzonych w kontekście tego jednego miasta, wtedy widać że są częścią tej kilkunastomilionowej euro-azjatyckiej tkanki i tworzą jej sens. Wymarzyłam sobie to miasto kilka lat temu, wiecie?

I szalenie podoba mi się ten opisywany przez Pamuka hüzün, to jak pisze o tym zjawisku, jaka z tego wyłazi melancholia, jaka tęsknota, jaka nieokreślona strata! Portugalski pisarz Fernando Pessõa określał podobny stan mianem »nic, które boli«. A Marek Bieńczyk pisał o melancholikach, że to ci, którzy nigdy nie odnajdą straty. I twierdził, że gdyby ją odnaleźli, to wtedy melancholia by minęła, bo straciłaby sens. Cudowny temat do badań naukowych, c u d o w n y i kuszący.

Po majówce wróciłam do pracy w dobrym nastroju. Dziwny to był weekend, w sobotę opalałam się na tarasie, a we wtorek lepiłam bałwana. Nieprzyzwoicie dużo czasu z tym wstrętnym Brzydalem: filmy, gadanie, militarna frajda, o której mam zakaz pisania;), koncert Czesława. A dziś mnie zastrzelił zupełnie (Brzydal, nie Czesław). Dzwoni do mnie do pracy i mówi tak: "Będę za chwilę jechał do miasta B., kupić te bilety na tę sztukę??" Hmm, wspominałam mu, że będzie zajebisty spektakl i że może byśmy poszli, ale aż takiego zaangażowania się nie spodziewałam;)). To tak samo jakbym ja powiedziała: "kochanie, będę przejeżdżać obok giełdy, może kupić ci jakiś sworzeń wahacza albo tuleję metalowo-gumową zawieszenia silnika?"...

Zł.

Brak komentarzy: