niedziela, 29 maja 2011

karting!

Same mniej lub bardziej ekstremalne atrakcje. W piątek byłam w pracy całe 15 godzin, z czego prawie 10 na Ligocie na naszej wielkiej plenerowej imprezie. I tam wyszalałam się na euro bungee, które wyrzuca w górę wyżej, niż sądziłam i na którym można fikać kozły w powietrzu w każdą możliwą stronę na wysokości kilku metrów. Po euro bungee (a raczej po tych twardych linach) zostało mi kilka gigantycznych siniaków (wyglądam jakby mnie konkubent pobił podczas libacji, tak jak zawsze donoszą wieczorne wiadomości), ale warto było. Zdjęcia z fikania wrzucę na fejsa.

Sobota była czarująca. Ostatnia w tym sezonie premiera w BB i prawdziwy smuteczek, że ostatnia... Jak zwykle zażarte dyskusje w samochodzie, których zażartość z mojej strony pogłębiała obecność limonkowego breezera... Później w Brzydalowym mieszkaniu było jeszcze lepiej jeśli idzie o dyskusje i interakcje. Pamiętam cudne nowe DVD Czesława i pamiętam, że to wino było bardzo czerwone i przepyszne. I błękitną koszulę pamiętam. I jak deszcz tłukł się po oknach na poddaszu.

Rano Brz., przeciągając się jak kot i przecierając oczy, niemal jeszcze przez sen niewyraźną mową zaczął mnie do czegoś przekonywać. Jako że sama jeszcze byłam gdzieś u schyłku ostatniej fazy snu, nieczuła na słowa wysłałam go tylko po wodę do kuchni. Gdy uznał, że rozbudziłam się w stopniu wystarczającym, rzekł: wezmę cię na tor kartingowy. Popukałam się w czoło i ponownie zagrzebałam w kokon z kołdry. Moja asertywność była jednak dziś osłabiona, a efekt tego taki, że kilka godzin później pierwszy raz w życiu jeździłam najprawdziwszym gokartem. Pierwsze okrążenie nie było zachęcające (pracownik toru złapał się za głowę i jakoś wyciągnął mnie z tego, w co wjechałam), ale z każdym kolejnym nabierałam pewności, że to jest właśnie to, do czego jestem stworzona i w końcu osiągnęłam zawrotny wynik 37,9 sekund na okrążenie (tylko 5 sekund gorszy od Brzydala, który jest królem i władcą kartingu). Drań mnie nie uprzedził, że: 1. gokart nie ma wspomagania i kierownicą kręci się tak, jakby się samemu chciało wziąć tira na pych; że 2. gokart nie ma biegu wstecznego, więc po wypadnięciu z toru samemu się człowiek z tych opon nigdy nie wygramoli; oraz że 3. gokartem nie da się efektywnie kierować, jeśli nie ma się bicepsów Pudziana albo Kliczki. Ale było cudnie. Od razu zapragnęłam mieć swój własny kask. Kupię czarny i przemaluję na żółto albo różowo, a wtedy strzeżcie się, panowie!

Plany na najbliższy tydzień: nie zwariować mieszkając tylko z dwoma psami (jeden nieustannie jest głuchy, więc kontakt z nim istnieje tylko pozawerbalny) i kotem (też nie pierwszej młodości... w dodatku w kocie, który o 5 rano chce zjeść śniadanie, nie ma wyłącznika). Nie ususzyć kwiatów w ogrodzie i na balkonach. Nie ususzyć z głodu psów i kota. Nie dać się trzymać w pracy po godzinach ze względu na psy i kota. Napisać recenzję, mimo że pewnie po papierach będzie mi deptał kot, a psy będą się upominały o czochranie za uchem.

Złośnica

1 komentarz:

karting kraków pisze...

Sympatycznie o kartingu:) Tak trzymać:)