czwartek, 26 maja 2011

papierowy Cholonek

Nie zliczę tych wszystkich biblioteczek u babć, ciotek, wujków, znajomych i sąsiadów, tych półek na których go szukałam. Nie zliczę wszystkich aukcji, w których brałam udział i które przegrałam. Nie zliczę tych aukcji, z których zrezygnowałam sama, kiedy cena za książkę okazywała się dla mnie nie do przejścia. Nie zliczę tych wszystkich "kup teraz", przy których zastanawiałam się, czy sprzedającemu przypadkiem nie przesunął się przecinek. Udało się w niedzielę późnym wieczorem. Po powrocie z teatru kwitłam przy kompie prawie do północy, obmyślając chytrą strategię, jak wreszcie wyrwać tego "Cholonka", którego sobie upatrzyłam kilka dni wcześniej. Cena była zadziwiająco niska, tym bardziej że rozchodziło się o książkę w twardej oprawie i w świetnym stanie. Czaiłam się jak partyzant, odliczając minuty do końca i sprawdzając zmiany w ilości wyświetleń strony. Zastanawiałam się tylko, czy gdzieś w Polsce nie siedzi drugi taki ciołek jak ja, który czeka do ostatniej minuty, żeby podbić cenę, gwizdnąć mi to sprzed nosa i zamknąć sprawę... Nie siedział nigdzie drugi taki ciołek jak ja. Zamigotał napis "aukcja zakończona" i stałam się posiadaczem "Cholonka". Dziś dotarła do mnie ta książka, egzemplarz o dość ciekawej historii, o czym świadczą pieczątki. Pierwsza z nich: "Biblioteka szkolna Technikum Budowlane Wrocław". Druga pieczątka mówi za to: "Miejska Biblioteka Publiczna we Wrocławiu". I dalej: "Do obrotu rynkowego". Przejrzałam ją i widzę, że nikt po niej nie kreślił. To trochę tak, jakby nikt jej nie czytał (da się w ogóle czytać książkę i nie zaznaczać w niej fragmentów, które przyciągają?). Już ja ją pokreślę, po swojemu.
U nikogo znajomego nie znalazłam "Cholonka" na półce. Bo u kogo miał być, u Babci ze Lwowa, u Babci z Ukrainy, u Dziadka ze Wschodu, u Wujka który jest jedynym Zagłębiakiem w całej rodzinie, u Mamy zakochanej w Żeromskim i Iwaszkiewiczu? Może miał go mój Dziadek-Ślązak, ale o to mogę zapytać najwyżej na panewnickim cmentarzu. Może zapytam. Póki co odbijam w "Cholonku" moją własną pieczątkę.

Niusy z pracy: nasza dzisiejsza impreza była naprawdę udana. Cieszy mnie to szalenie, bo cała ta uroczystość na ponad 200 osób urodziła się kilka tygodni temu w dwóch głowach: mojej koleżanki z pokoju i mojej. Wszystko zrobiłyśmy same, wszystkie projekty, pisma, listy, scenariusze, potwierdzenia, prezenty, prezentacje, wszystkie techniczne cuda, wszystko wszystko wszystko... Impreza miała czarującą atmosferę, widać było jak uczestnicy są zaangażowani, poruszeni i wzruszeni. Ponad wszystko cieszy mnie to, że wymyśliłam sobie pewną linię przewodnią tej uroczystości, opartą na jednym tylko cytacie. Nawiązywały do niego zaproszenia, listy gratulacyjne, plakaty, grafiki... I dziś prowadzący imprezę jeden z Szefów w mowie otwierającej też wyszedł od tego cytatu, choć ani o tym nie wspomniałam. A później przemawiał Szef Wszystkich Szefów i wygłosił taką przemowę opartą na tym cytacie (nikt nie śmiałby w ogóle tego zasugerować!), że umarłam z radości, myśląc tylko że się udało, że się przyjęło! Te kilka słów, dla których przeszukałam pół internetu... I nagle wszystko kręci się wokół tego i składa w spójną całość... Po wszystkim zadzwoniła Szefowa. Pogratulować. Nie było jej z nami, ale już do niej dotarło, jak było! Radocha. Poza tym jako poważny organizator udzieliłam wywiadu telewizyjnego (niaaaah niah niah niah, hłe hłe hłe), po czym od razu sprzed kamery zgarnęło mnie Polskie Radio. Później pisała o nas Polska Agencja Prasowa, więc do jutra rana pewnie będziemy wszędzie. Tak!!!!!!!!!!!!

Padam na nos. A jutro dniówka od 7.30 do 22. Hmm...
Złośnica

2 komentarze:

Izabela Mikrut pisze...

nienawidzę kreślania po książkach. Jak ktoś kreśla po własnych, to niech sobie kreśla. Ale jak ktoś kreśla po takich, które potem wpadają mi w ręce (na przykład z biblioteki albo z antykwariatów) to mam ochotę zabić od razu. mr

Anonimowy pisze...

marudzisz. więcej luzu, bo będziesz mieć wrzody wielkości arbuzów. Zł.