środa, 29 czerwca 2011

Lajerman2

Dziś u koleżanki-dziennikarki na biurku zobaczyłam "Lajermana". Takiego samego jak ten, za którym przeleciałam pół województwa i wykonałam 200 telefonów zanim z wyrazem twarzy zmęczonego, acz szczęśliwego zdobywcy wyszłam z nim z księgarni (gdzie mi go pani z miną zaczajonego partyzanta wyciągnęła spod lady). Dziś tylko westchnęłam, pogłaskałam okładkę i wyraziłam czystą zazdrość, że koleżanka-dziennikarka ma lekturę jeszcze przed sobą. Chciała mi oddać swoją recenzję (to znaczy chciała, żebym to ja ją napisała), ale nie chciałam brać. Czytałam go ze trzy miesiące temu i z li tylko prywatnym nastawieniem, więc żaden dobry tekst nie mógłby z tego wyjść, w dodatku do tak mocno sprofilowanej gazety o takim nakładzie nie czuję się na siłach pisać, dajcie spokój... Jak odzyskam mojego "Lajermana", przeczytam go jeszcze raz. Nawet nie pamiętam, czy za pierwszym razem zdążyłam go pokryklać.

Z dobrych wieści, kończy się czerwiec, najostrzejszy chyba miesiąc w pracy. Na szczęście moje po stokroć zwielokrotnione wysiłki zostały docenione, więc wiem, że warto było. A wczoraj w ciągu dnia pilnie pracowałam cztery godziny szalejąc na rolkach po parku... :)

Z bardzo dobrych wieści, stanęłam dziś na pewnym balkonie i mnie zamurowało, bo zobaczyłam z niego najprawdziwszy szyb kopalniany. Kiedyś ten szyb wróci tu, na bloga, obiecuję, pokażę Wam! Bo to jest jedyny w swoim rodzaju szyb:)!

Zł.

niedziela, 26 czerwca 2011

kierunek: Sucha

Spakowaliśmy się na te dwa dni jak jacyś beduini. Sądząc po ilości betów, moglibyśmy zostać tam kilka dni, a nie jedną noc. Kierunek: Sucha Beskidzka. Cel: malutka wioska wysoko w górach, dom za trawą sięgającą 1,5 metra. Powód: urodziny mojej kierowniczki, czyli kolejna impreza udowadniająca że można razem pracować, a do tego cudownie się bawić razem zupełnie prywatnie, jak tylko ma się ku temu jakiś powód i miejsce. Wpadamy na miejsce akcji ze śmiechem na ustach, po chwili wieczór nabiera tempa. Mnóstwo świeczek. Trzy wielkie tęcze. Pusta torebka na prezent, bo ciąg dalszy nastąpi. Pięć osób, dziesięć, piętnaście, prawie dwadzieścia. Brzdęk brzdęk! i coś mała ta wasza lodówka. Męski pojedynek na najpaskudniejsze na świecie kawały. Najgorsze historie, największe obciachy, najśmieszniejsze przypadki. Pstryk, pstryk i nie wiem nawet, kto ma mój aparat i co znajdę na karcie następnego dnia. Tematy jeden za drugim, godzina za godziną i wyśmiewanie tego, co wczoraj było ważne i co ważne będzie jutro. Góry dookoła. Jakieś sarny o 4 nad ranem. Śniadanie na tarasie w porze obiadu i taki Mick Jagger w lustrze, że drżyjcie narody. Pierścionki zaręczynowe na odpuście pod kościołem. Ogarnianie domu i fru, na Śląsk. Cudowna, genialna, wesoła, głośna i zaskakująca impreza nie do zapomnienia. Lepszej nie pamiętam. Mam 8 godzin, żeby się zregenerować i jutro nie wyglądać tak, jakbym balowała w sumie cały długi weekend...
Zł.

piątek, 24 czerwca 2011

Bukartyk!

Podrzucam dwie cudne piosenki Piotra Bukartyka. Czasem na kompie przewijały mi się jakieś jego pojedyncze kawałki, ale wczoraj zupełnie wessały mnie "List do siebie" i "Cokolwiek się stanie".
Jak to było z tymi piosenkami? Wczoraj gdzieś na Świętokrzyskim Szlaku Literackim usiadłam na ławce z Wojciechem Belonem. Na temat jego życia (a raczej jego śmierci) coś tam wiedziałam, ale niewiele, więc wieczorem przekopałam net w poszukiwaniu porządnej biografii. Wpadłam też na spis piosenek dedykowanych właśnie jemu. Posłuchałam wszystkich, które znalazłam w sieci, a między nimi był właśnie "List do siebie". Zupełnie urzeczona na ślepo klikałam w kolejne linki z piosenkami Bukartyka, aż natrafiłam na "Cokolwiek się stanie".

Dawno nie słyszałam tak dobrych tekstów. Choć równie dobrze można je czytać. Co z daleka wielkie tak, zwykle śmieszy z bliska, może lepiej więc nie podchodzić?

Zł.


ps. Sezon teatralny zamknięty plenerowym JCHS. Od 11 lat niezmiennie fantastyczne. W parku dzikie tłumy i kilka znajomych twarzy. Teraz przerwa na całe lato. Ale mam tak mieszane uczucia odnośnie do tego sezonu, że muszę się mocno zastanowić, zanim zamknę te myśli na blogu, jak co roku. Może w przyszłym tygodniu.

wtorek, 21 czerwca 2011

pociąg do Warszawy

Kilka dni temu w biurze:
Szefowa (wpadając do mnie): Co robisz 21 czerwca?
ja (smętnie kartkując kalendarz): Mam egzamin z rosyjskiego, zaliczam rok.
Szefowa: Musisz przełożyć. Pojedziesz do Warszawy na sympozjum.

Z radością przyjmuję propozycję i wypisuję delegację.

4.30 budzik. Dramat. Pociąg do Warszawy o 6:08. Poza mną w wagonie całe zastępy facetów w garniturach. Mam 2,5 godziny na czytanie mojej nowej czeskiej książki (o której za chwilę) i słuchanie muzyki.
Przed 9 biegnę na metro, po drodze uśmiechając się w tę stronę:
Z metra wyjeżdżam na Wilanowskiej. Mam wydrukowaną mapkę, ale to wszystko wygląda jakoś inaczej... Zaczepiam policjantów. Obracają w dłoniach moje papiery i mapy, kłócąc się, gdzie mnie pokierować. W końcu jeden mówi do drugiego: Ja panią podprowadzę, a ty lepiej idź na perony! ;) We dwójkę znajdujemy dobry kierunek i jestem na miejscu na czas.

Kilka godzin na obcej uczelni, ludzie z całego kraju, wykłady, dyskusje, prezentacje. Popołudniu znów trafiam w gorące centrum. Bardzo odpowiada mi ten wielkomiejski kurz, ten huk skrzyżowań i ludzie wiecznie w biegu. Właściwie w każdej stolicy pociągają mnie te same elementy: beton, szkło, przystanki, poukrywane zakamarki, kawiarnie, przypadkowe odbicia, obce języki, hałas, pozorny chaos, podmuch powietrza w metrze, ruch, ruch, ruch...
 
Powoli okrążam Pałac, nie mogąc się doliczyć, ile tam działa teatrów...! Zadzieram głowę i żałuję, że mam dziś tak mało czasu. Czekam, aż Spider-Mama skończy pracę. Łapię tramwaj w kierunku Ochoty i już po kilku minutach obie siedzimy nad wielkimi kawami, próbując sobie przypomnieć, ile czasu się nie widziałyśmy. Wychodzi, że ponad rok, może kilkanaście miesięcy. Gadamy tak, jakby żadnej przerwy nie było.

Później znów na dworzec i próba odgadnięcia, gdzie mój pociąg.
Znajduję peron, pociąg i swoje miejsce. Wracam do czytania. Kiedyś mój kolega w akcie desperacji chciał w pociągach podrywać dziewczyny na książki. Twierdził, że jak weźmie do przedziału odpowiednią pozycję, to takie działanie na pewno przyniesie pozytywny efekt i zapozna jakąś miłą, oczytaną pannę. Przypomniałam sobie dzisiaj tę historię, bo do mnie wczoraj pocztą dotarło moje nowe literackie znalezisko. Petr Sabach jest jednym z najpopularniejszych współczesnych czeskich pisarzy. Niedawno w Polsce ukazało się pierwsze tłumaczenie jego książki, która w Czechach miała już 15 wznowień. Ale nie wiem, czy z tą akurat książką dałabym radę poderwać kogoś w pociągu. Sami zobaczcie:
Wszystko przez tego Szczygła. Gdyby nie opowieści o największym na świecie pomniku Stalina z "Gottlandu", pewnie nie zaczęłabym szperać na necie w poszukiwaniu kolejnych czeskich smaczków. Po 3/4 tej książki polecam ją z czystym sumieniem, bo jest bardzo czeska, obfituje w zaskakujące rozwiązania fabularne i jest świetnie przetłumaczona - w kilku miejscach padłam ze śmiechu i z szacunku nad tymi pomysłami.

Miałam być dziś na koncercie Gogol Bordello. Ba, miałam już załatwiony na jutro wolny dzień i wczoraj już jechałam po bilet. I miałam nawet gdzie się przekimać. I ten służbowy wyjazd spasował mi jak nigdy wcześniej. Ale wyszło inaczej. Zdarza się. Nie ma tragedii.

Może jutro "Jesus Christ Superstar" w parku chorzowskim? Na koniec sezonu?

Zł.

niedziela, 19 czerwca 2011

ławka

Ekstremalnie długi spacer po czeskim Cieszynie. Tak długi, że na polski nie starczyło nam sił. Pustki na ulicach, nieznane zakątki, małe osiedla i ławki schowane w wysokiej trawie. 20 groszy na szczęście. Debaty o przesuwaniu ścian. Wracamy do Polski dzięki mapkom na przystankach autobusowych.
 
Później stała trasa po BB. Nie umiemy tam nie wracać. Szczególnie jak ja prowadzę;).
Zł.

piątek, 17 czerwca 2011

other side of the world

Od 7 rano powszechne ochy i achy. I o Jezu i oranyboskie. I aaaaa...! I to wszystko przeze mnie. Nikt nigdy nie nauczył mnie bycia w centrum uwagi, więc czułam się jak kosmita. Ale w sumie bajer, czemu nie. Zadziorny dzień. Dzień na kontrze. Spiętrzone zadania, papiery, pieczątki, podpisy. Kasa wypłaciła mi pieniądze na wyjazd służbowy, więc plany na przyszły tydzień mają się coraz lepiej. Nerwy i piasek pod powiekami. Kolejna strona dokumentów. Ale te dwa dni wolne w perspektywie jakoś mnie trzymały w pionie. W ciągu ostatnich  dwudziestu dni miałam jeden dzień wolny (słownie: jeden). Niewyobrażalne. Dziś już wariowałam. Dość. Popołudnie w pustym domu, z prywatnym kompem i z muzyką. I kryzys przyszedł sam, niezapowiadany. Kilka starych maili, na które wpadłam przypadkowo, choć wcale nie chciałam. Maile, które przejrzałam i które spowodowały, że rozmazałam się jak miś panda. Wieczorem jeden kolorowy drink z Mamą i jestem teraz nieprzytomna. Powinnam iść spać, ale boję się, o czym będę myśleć z głową na poduszce, bez sił, żeby się jakoś przed tym wszystkim bronić. Bo to wszystko wraca tylko wtedy, kiedy nie mam siły na jakiś pancerz ochronny, który nie pozwoli mi się do końca rozkleić. Nie rozumiem. 
W głośnikach KT Tunstall sprzed lat.
 
Czasami coś samo przychodzi, ale samo za cholerę nie chce zniknąć. Ledwo żyję.
Z.

czwartek, 16 czerwca 2011

w lustrze


źródło: shapes.pl
Haaaaahahahahahahaaaaa! Żółty lakier do paznokci to przy tym pikuś;).
Niah niah niah niah niaaaaaaah.
Złośniczka

wtorek, 14 czerwca 2011

SMSy

Piątek, 15.30. SMS: Nie wiem kiedy bede.
Sobota, 22.15. SMS: Konczymy, niedlugo wracam!
Niedziela, 20.00. SMS: Wracam!
Poniedziałek, 15:30. SMS: Bede pozniej!
Wtorek, 14.00. SMS: Bede ok. 19.30.

Tak to wyglądało przez ostatnie dni. Nienormowany czas pracy, nienormowane nerwy i plany. Sporo się nauczyłam, ale na szczęście bardzo wiele rzeczy się udało. Później SMSy z gratulacjami, uśmiechy, uściski dłoni. A ty się dziewczynko uśmiechaj do samego końca i stój prosto w tej swojej złotej kiecce, choćbyś padała na nos i miała ochotę wymordować wszystkich gości za pomocą buta na obcasie. Ale warto. Doświadczenie. Odpowiedzialność. Współpraca. Rozpłakać się ze złości można dopiero po pracy.

Przez ten pracujący weekend miałam naprawdę fajne towarzystwo. Sporo śmiechu, wiele wciągających rozmów, mnóstwo dwuznaczności i głupot, które pozwalały się wyluzować wtedy, gdy nikt nie patrzył. Kilka kawałów tak głupich, że wstyd pisać i garstka ludzi, których aż chce się znać.

Plany na przyszły tydzień mam nierealnie bajkowe, półprywatne, półsłużbowe. Nie wiem, co z tego będzie, ale jak się uda, to wszyscy pospadacie z krzeseł przed tymi komputerami;). A jak się nie uda, w depresji zawinę się w kokon z kołdry i nie wyjdę przez najbliższe sto lat.

Zł.

czwartek, 9 czerwca 2011

ćma

Właśnie zaatakowała mnie ćma wielkości średniego pterodaktyla. Pospiesznie zgasiłam lampę. Dlaczego?


Dobrej nocy.
Zł.

środa, 8 czerwca 2011

telefon

Po kilku godzinach stresów spowodowanych dzisiejszą imprezą, którą planowałam 2 tygodnie i koordynowałam, wpadłam do mojego biura. Telefony się urywały, a ja w pokoju sama z naszym byłym praktykantem, który pomagał mi na dzisiejszej uroczystości, a po wszystkim puszczał mi na youtube swoje nowe muzyczne odkrycia (ufam mu, od kiedy dał mi Wakarczuka). Zadzwoniła słuchawka na stoliku. Na samym brzegu stolika. Sięgnęłam po nią zdecydowanie za szybko. Uderzyła o kant stołu i – nie wiem jakim cudem – poszybowała na wysokość 1,5 metra, po pięknej paraboli, w dodatku w moją stronę (praktykant spojrzał z uznaniem). Złapałam ją w locie (praktykant w szoku), nacisnęłam guzik „odbierz” (praktykantowi szczęka opadła), przedstawiłam się elegancko z imienia, nazwiska i instytucji i dopiero wtedy dotarło do mnie, jaką drogę przebyła ta słuchawka w ciągu jednej sekundy i że to wszystko wygląda jak w jakiejś taniej farsie. I zanim odezwał się ktoś z drugiej strony, prosto do mikrofonu wybuchłam takim śmiechem, że praktykant prawie rąbnął pod stół. Po chwili ze słuchawki dotarł do mnie męski śmiech, najwyraźniej do mojego rozmówcy dotarła cała dziwaczność tej sytuacji… Dzwoni do naszej szacownej instytucji, a po profesjonalnym powitaniu czekało go tylko nieokiełznane rżenie i jakieś niezrozumiałe gulgotane półsylaby… Ilekroć któreś z nas próbowało powiedzieć „przepraszam”, to drugie miało kolejny napad nieopanowanego śmiechu. Najgorzej, że wciąż nie wiedziałam, z kim rozmawiam, tym bardziej, że telefon, który odebrałam, nawet nie był mój… Po kilkudziesięciu sekundach rechotu rodem z domu wariatów, jemu udało się przedstawić, a mnie udało się go przeprosić. Odniosłam koleżance telefon, po drodze zataczając się na miękkich kolanach i obijając o framugi. W pokoju czekał na mnie popłakany praktykant. Mówił, że szacun.

Udało się dzisiaj. To nic, że miał być plener, a na pół godziny przed imprezą lunęło… Przenieśliśmy się do środka. Przyszło więcej ludzi, niż się spodziewałam. To była fajna i mam nadzieję przydatna uroczystość, zorganizowana pod kątem wewnętrznego PR instytucji, ukłon przede wszystkim w stronę pracowników. Było mnóstwo mediów, przed chwilą widziałam nas w telewizji, wcześniej słyszałam nas w kilku radiostacjach (uwielbiam nasz monitoring mediów!), jutro przeczytam w gazetach. Cudownie jest mieć świadomość, jak się to wszystko zaczyna, jak tworzy się scenariusz dokładny co do minuty, jak wykluwają się pomysły i jak przekonuje się do nich innych. Odpowiada mi rola Anonimowego Organizatora. Walczę z czymś kilkanaście dni tylko po to, żeby uroczystość wyglądała tak, jakby działa się sama z siebie. 200 osób dookoła, a ja w kącie wsadzam nos w scenariusz i punkt po punkcie widzę, że się zgadza... I z każdą minutą czuję się pewniej. Bezcenne!

Weekend za 10 dni. I jakieś dwa miesiące do urlopu. 

Zł.

wtorek, 7 czerwca 2011

"Dż" sam z siebie odzywa się do mnie max 3, 4 razy w roku. Kilka lat temu wyglądało to inaczej, kontakt mieliśmy regularny, widywaliśmy się na koncertach i mejlowaliśmy, choć od pierwszego tygodnia znajomości wiedziałam, jak bardzo "Dż" tego nie lubi i jak potworny ma wstręt do komputerów w ogóle. A do mnie pisał. Najczęściej w środku nocy, co mnie zawsze intrygowało. Nic tak dobrze nie nastraja jak jakaś przemiła wiadomość w skrzynce na dzień dobry. Albo jak piosenka, której jeszcze nikt nie słuchał.

Skończyły się koncerty, wykruszyło się wiele znajomości. Nie do końca umiałam mu powiedzieć, jak potwornie było mi przykro, jak wiele ta znajomość na tych starych zasadach dla mnie znaczyła i ile miesięcy myślałam tylko o tym. Wiem, że to jest już nie do odzyskania, ale jednak jak raz na te kilka miesięcy tak po prostu przychodzi mail to trochę pękam. Przed chwilą właśnie trochę pękłam.

Koncert w sobotę, pierwszy od bardzo bardzo długiego czasu. "Z przyjemnością się z Tobą spotkam" - pisze do mnie "Dż". W sobotę jestem w pracy do późnego wieczora, więc ten koncert mnie ominie. Czeka nas najbardziej elegancka impreza w roku. Jako organizatorzy będziemy wychodzić jako ostatni, więc nie mam szans, żeby się urwać. Koncert, koncert... żal jak diabli.

Żal też Gogol Bordello w Warszawie. Bo termin, bo środek tygodnia, bo kasa, bo dojazd, bo absolutny brak towarzystwa, bo tego dnia mam egzamin zaliczeniowy z rosyjskiego, bo nie mam urlopu. A jednocześnie taka dziwna świadomość, że decyzję o wyjeździe na koncert mogłabym podjąć w 5 minut. Bo może by się jakoś udało to wszystko ogarnąć.

Do snu już dzisiaj tylko piosenki "Dż". Symbole zmieniają swoje oblicza tak szybko, że trudno się połapać / to bez znaczenia jest gdy szukasz innych miejsc / tych zaznaczonych na mapie twoim imieniem...

Zzzzz.

niedziela, 5 czerwca 2011

wystawa

Mało snu, dużo pracy, pełen wymiar słońca. Wczoraj wiele godzin na stadionie Gieksy. Niezliczone kilometry po wszystkich korytarzach, milion naszych zadań i nadrabianie tego, czego z różnych przyczyn nie zrobili inni. Mnóstwo ważnych gości, przemiła atmosfera i potężna wygrana naszych! Brawo!
Niusem nad niusy jest jednak wystawa zdjęć, którą zorganizowałam w kilka dni. Od zera, od załatwienia i wyboru zdjęć, przez poprawianie i podrasowywanie każdego z nich, szukanie wykonawcy druku dużej ilości dwustronnie drukowanych pianek o wymiarach 1,5 x 2 metry (na kiedy? na już!), projekty każdej pianki i - co najstraszniejsze - wymyślanie i budowanie wewnętrznego systemu wystawienniczego (ok, przyznaję, że gdyby nie świetny ślusarz Darek, mogłabym już pisać wypowiedzenie). Ale udało się, w piątek w południe kurierzy przywieźli wszystko do nas, później montowaliśmy całość: poharatałam sobie ręce żyłką przemysłową i prawie odcięłam sobie rękę nożykiem do wykładzin, ale odezwał się we mnie młody inżynier i albo nie schodziłam z drabiny, albo gdzieś na kolanach mocowałam dolne rogi. Wieść gminna niesie, że wczoraj, jak Wszyscy Święci i Wszyscy Ważni obejrzeli moją wystawę, powiedzieli, że zabierają ją ze sobą, pokazać w Warszawie, w Sejmie i Senacie. Z radości umarłam na murawie stadionu i kolejny raz poczułam, że było warto, że da się, że ani nieprawdopodobny termin nie powinien mnie zatrzymywać, ani budżet. Nauczyłam się sporo o spienionym PCV, o rurkach, łącznikach trójramiennych, narożnikach, relingach, żyłkach i sponsoringu... W życiu nie spędziłam tyle czasu w castoramach. Same przyjemności;).
Jutro rozpoczynam 7-dniowy tydzień pracy. Trzy uroczystości, z czego dwie naprawdę gigantyczne. Planuję dać radę, ale diabli wiedzą, kiedy nadejdzie kryzys, a to przecież w moim wypadku nieuniknione. W głośnikach Wakarczuk i KT Tunstall. W czytaniu Janosch i Szczygieł. W planach programowy brak planów.
Zł.

czwartek, 2 czerwca 2011

słonecznik

Przyniosłam z pracy doniczkę ze słonecznikiem. Mieliśmy dziś prawie 1000 sadzonek, o czym może dowiecie się z mediów, które były bardzo zainteresowane. Świetnie było, wszystko się udało, a zdjęcia wszystkich kilkuset zrobię w przyszłym tygodniu, jak więcej rozkwitnie.
Słonecznik kojarzy mi się tylko dobrze. Kojarzy mi się z dziękuję, przepraszam, uwielbiam, gratuluję, jestem. Z radościami, fascynacjami, emocjami i wspomnieniami. Z uczelnią, z teatrem, z radochą w żółtym kolorze.
Szkoda tylko że zdycham ze zmęczenia. I nie poznaję siebie samej. Humor na równi pochyłej.
Z.

Mleko

Witam ponownie,
w czasach młodości, jak każdy lub przynajmniej większość z Was, jeździłem do dziadków na wieś. Nieodłącznym elementem, który kojarzy mi się z wakacjami i wsią była i jest mleko. Mleko, takie najprawdziwsze gęste mleko prosto od krowy. Ciepłe mleko prosto od krowy, nalane do emaliowanego garnka, w którym owe mleko zawsze próbowałem donieść do domu (o ile przejście polną drogą 30 metrów z jednej posesji na drugą można nazwać donoszeniem ;-) ). Zaczynało się nieśmiało od jednego litra, jednak moje pożądanie względem mleka było silniejsze. Na odcinku tych 30 metrów potrafiłem iść i pić mleko z garnka jednocześnie, kończąc opróżniać naczynie gdzieś na wysokości naszej furtki ;-). Na następny dzień, babcia zamawiała już 2 litry mleka, wtedy była szansa że coś się uchowa i będzie można zrobić naleśniki, ciasto czy wypić ciepłe do kolacji ;-).
Jestem fanem świeżego mleka, mając w kubkach smakowych smak prawdziwego krowiego mleka, uważam że to kupujemy w sklepach, marketach to jest substytut mleka, woda zabarwiona białą farbką :-/. Jak to mówią na bezrybiu i rak ryba. ALE ALE. Od pewnego czasu zaczęły pojawiać się w okolicy Mlekomaty, pierwszy bodajże pojawił się w Cieszynie, jednak nigdy do niego ze Złośnicą nie dotarliśmy.
Niedawno dowiedziałem się, że Mlekomat zainstalowano także w naszym wspaniałym mieście :-).

Dzisiaj się tam wybrałem, a oczom mym ukazała się wielka szafa.



Zakupiłem butelkę, wybór jest prawie nieograniczony, pół litrowe, litrowe, ze słomkami smakowymi, z jakimiś innymi dodatkami.

Następnie przesunąłem się do drugiego okienka, zastosowałem się do instrukcji obsługi. Wrzuciłem kasę, podstawiłem wcześniej zakupioną flaszeczkę, coś brzdękło, trzasło, chrupnęło. Nagle wystająca rurka opuściła się do wnętrza butli i zaczęło płynąć z niej NAJPRAWDZIWSZE, ŚWIEŻE, NIEPASTERYZOWANE, ZIMNE MLEKO Z PIANKĄ :-))).



Automat troszkę przelewa, więc musiałem upić żeby bezpiecznie zakręcić butelkę. Smak momentalnie skojarzył mi się z tym sprzed lat :-). Przez całą drogę do domu musiałem się bardzo hamować, żeby nie podpijać mleka jak za starych dobrych czasów ;-).



Dowiozłem do domu jak zdobycz na którą polowałem jak lew ;-). Teraz upajam się albo raczej upijam się tym rarytasem. Tak, w dzisiejszych czasach, produktów bazujących na E-..., uszlachetniaczach, spulchniaczach i innych mączkach zwykły, prosty, naturalny produkt staje się rarytasem.

Ale czemu się dziwić, skoro małe dzieci pytane: Skąd bierze się mleko ???
Odpowiadają: Z biedronki ;-)

Pozdrawiam
Brzydal

ulewa

Kilka dni temu nad naszym miastem przeszła dość konkretna ulewa. Lało i grzmiało bardzo intensywnie. 
Jako, że ostatnio jeżdżę po mieście z CB, wyjeżdżając z pracy dowiedziałem się, że miasto jest trochę zalane, ale największy sajgon ma miejsce na wlocie do miasta przy Mercedesie. Jest to miejsce osławione pod kątem zalań i podtopień. Po każdej większej ulewie pojawia się tam wysoka woda, w którą od czasu do czasu nieświadomy niczego "tambylec" wpada z całym impetem zalewając auto. 
Podjechałem więc w okolice zjazdu, doczłapałem się na wiadukt nad DK i nakręciłem krótki filmik dla potomnych. Zdziwienie moje było tym większe, kiedy zobaczyłem że kałuża objęła swoim zasięgiem praktycznie wszystkie trzy pasy trasy szybkiego ruchu. Auta wpadały jedno za drugim, z większym lub mniejszym impetem. 
Chyba tylko opatrzność i CB radio na którym aż wrzało od ostrzeżeń ustrzegło kierowców od jakiejś tragedii.


video

Dla niewtajemniczonych dodam, że samochód wpadając z nadmierną prędkością w głęboką wodę nie ma kontaktu z podłożem, ponieważ opony nie są w stanie odprowadzić nadmiaru wody znajdującej się pod nimi.
Pozdrawiam
Brzydal

środa, 1 czerwca 2011

brzdęk!


Powroty do domu najczęściej wyglądają tak samo lub bardzo do siebie podobnie: od ronda stoję w korku, który rozładowuje się dopiero obok Fiata na Roździeniu. Stoję sobie dzisiaj grzecznie, nie dość, że w korku, to jeszcze do świateł, słucham muzyki i myślę, jak poukładać resztę dnia, żeby ze wszystkim zdążyć. W jednej chwili grzmot, chrzęst i trzask i taki ruch, na który nie mam wpływu. Jakoś udało mi się nie wyrżnąć głową w kierownicę od tego uderzenia. Później zachowałam się zadziwiająco racjonalnie. Zgasiłam silnik, zaciągnęłam ręczny, wyszłam z samochodu i w bardzo polskim stylu powitałam kierowcę, który wjechał we mnie z tyłu, wiele mówiącym pozdrowieniem „kurwaaaaaaaaaa!!!!!” Dopiero wtedy zobaczyłam, że to w jego bagażnik wmontował się inny samochód i że on walnął we mnie tylko dlatego, że tamten walnął w niego. Wyszedł facet z tego auta za mną, stękając że coś mu poszło w plecach, a z tego auta, przez które stała się cała ta chora sytuacja, nie mogła wyjść pani, była tak roztrzęsiona i w szoku. Wtedy trochę spokorniałam. Spojrzałam na mój własny zderzak i uznałam, że nie ma tragedii, czego nie można było powiedzieć o PT Cruiserze i Megance, które znacznie zmieniły kształty i gabaryty. Zjechaliśmy gdzieś na bok, udało mi się uspokoić trochę tę babkę, a później sama wezwałam policję (wiecie, że czeka się kilka minut na połączenie?). Ale nie bardzo wiedziałam, co dalej. Rodzice bardzo daleko, brat w pracy, Brzydal w pracy, policja niebawem będzie, a ja nie mam pojęcia, co robić. Zaskakująco spokojna zadzwoniłam do Brz., który jak można się było spodziewać zdążył przyjechać jeszcze przed policją, choć miał dalej. A może byłam spokojna, bo nie wiedziałam, co tak naprawdę się uszkodziło? Ok, z tyłu nie wygląda to źle, ale Brz. jednym ruchem wywalił wszystko z bagażnika, żeby mi pokazać jak moja podłoga w bagażniku zmieniła się w powierzchnię garbatą i pomarszczoną jak akordeon. Wtedy dopiero zrozumiałam, że huknęło we mnie dość mocno i wtedy dopiero dotarło do mnie, że teraz będę się szarpać z ubezpieczycielem, z serwisem, z rzeczoznawcami, wycenami i innymi pierdołami, o których nie mam najbledszego pojęcia. Później policjanci, po zadaniu mi kilku bardzo dziwnych pytań, po podstawieniu pod nos alkomatu i przetrzymaniu mnie na deszczu przed radiowozem, pozwolili mi jechać. Dopiero w domu zrobiło mi się słabo. Teraz już jest ok, wieczorem Brzydal zadbał o mój spokój i o to, żebym miała w lodówce coś więcej niż trochę światła. Z jednej strony jestem wściekła, że mam pecha, że można tak uszkodzić auto od stania w korku i słuchania muzyki. Z drugiej strony, gdyby to mnie się wpakował ten ostatni samochód w bagażnik, to pewnie zatrzymałby się na moim fotelu. Jeszcze tylko trochę trzęsą mi się ręce. Lekarstwa i do łóżka. A do powrotu rodziców - cisza!
Złośnica