środa, 1 czerwca 2011

brzdęk!


Powroty do domu najczęściej wyglądają tak samo lub bardzo do siebie podobnie: od ronda stoję w korku, który rozładowuje się dopiero obok Fiata na Roździeniu. Stoję sobie dzisiaj grzecznie, nie dość, że w korku, to jeszcze do świateł, słucham muzyki i myślę, jak poukładać resztę dnia, żeby ze wszystkim zdążyć. W jednej chwili grzmot, chrzęst i trzask i taki ruch, na który nie mam wpływu. Jakoś udało mi się nie wyrżnąć głową w kierownicę od tego uderzenia. Później zachowałam się zadziwiająco racjonalnie. Zgasiłam silnik, zaciągnęłam ręczny, wyszłam z samochodu i w bardzo polskim stylu powitałam kierowcę, który wjechał we mnie z tyłu, wiele mówiącym pozdrowieniem „kurwaaaaaaaaaa!!!!!” Dopiero wtedy zobaczyłam, że to w jego bagażnik wmontował się inny samochód i że on walnął we mnie tylko dlatego, że tamten walnął w niego. Wyszedł facet z tego auta za mną, stękając że coś mu poszło w plecach, a z tego auta, przez które stała się cała ta chora sytuacja, nie mogła wyjść pani, była tak roztrzęsiona i w szoku. Wtedy trochę spokorniałam. Spojrzałam na mój własny zderzak i uznałam, że nie ma tragedii, czego nie można było powiedzieć o PT Cruiserze i Megance, które znacznie zmieniły kształty i gabaryty. Zjechaliśmy gdzieś na bok, udało mi się uspokoić trochę tę babkę, a później sama wezwałam policję (wiecie, że czeka się kilka minut na połączenie?). Ale nie bardzo wiedziałam, co dalej. Rodzice bardzo daleko, brat w pracy, Brzydal w pracy, policja niebawem będzie, a ja nie mam pojęcia, co robić. Zaskakująco spokojna zadzwoniłam do Brz., który jak można się było spodziewać zdążył przyjechać jeszcze przed policją, choć miał dalej. A może byłam spokojna, bo nie wiedziałam, co tak naprawdę się uszkodziło? Ok, z tyłu nie wygląda to źle, ale Brz. jednym ruchem wywalił wszystko z bagażnika, żeby mi pokazać jak moja podłoga w bagażniku zmieniła się w powierzchnię garbatą i pomarszczoną jak akordeon. Wtedy dopiero zrozumiałam, że huknęło we mnie dość mocno i wtedy dopiero dotarło do mnie, że teraz będę się szarpać z ubezpieczycielem, z serwisem, z rzeczoznawcami, wycenami i innymi pierdołami, o których nie mam najbledszego pojęcia. Później policjanci, po zadaniu mi kilku bardzo dziwnych pytań, po podstawieniu pod nos alkomatu i przetrzymaniu mnie na deszczu przed radiowozem, pozwolili mi jechać. Dopiero w domu zrobiło mi się słabo. Teraz już jest ok, wieczorem Brzydal zadbał o mój spokój i o to, żebym miała w lodówce coś więcej niż trochę światła. Z jednej strony jestem wściekła, że mam pecha, że można tak uszkodzić auto od stania w korku i słuchania muzyki. Z drugiej strony, gdyby to mnie się wpakował ten ostatni samochód w bagażnik, to pewnie zatrzymałby się na moim fotelu. Jeszcze tylko trochę trzęsą mi się ręce. Lekarstwa i do łóżka. A do powrotu rodziców - cisza!
Złośnica

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Tylko spokój może Nas uratować ;-).
Sprawy formalne w toku, rozpoznanie tematu części, naprawy, samochodu zastępczego też.

Będzie Pani zadowolona :-)

BRZ.

Izabela Mikrut pisze...

widzisz, dlaczego nie robię i nie zrobię prawa jazdy? Jak sobie pomyślę, że są na drogach takie babki, które w korku demolują dwa samochody, a potem płaczą i nie są w stanie sobie same poradzić ze stresem, to mam ochotę walić w ryj od razu. mr.