wtorek, 7 czerwca 2011

"Dż" sam z siebie odzywa się do mnie max 3, 4 razy w roku. Kilka lat temu wyglądało to inaczej, kontakt mieliśmy regularny, widywaliśmy się na koncertach i mejlowaliśmy, choć od pierwszego tygodnia znajomości wiedziałam, jak bardzo "Dż" tego nie lubi i jak potworny ma wstręt do komputerów w ogóle. A do mnie pisał. Najczęściej w środku nocy, co mnie zawsze intrygowało. Nic tak dobrze nie nastraja jak jakaś przemiła wiadomość w skrzynce na dzień dobry. Albo jak piosenka, której jeszcze nikt nie słuchał.

Skończyły się koncerty, wykruszyło się wiele znajomości. Nie do końca umiałam mu powiedzieć, jak potwornie było mi przykro, jak wiele ta znajomość na tych starych zasadach dla mnie znaczyła i ile miesięcy myślałam tylko o tym. Wiem, że to jest już nie do odzyskania, ale jednak jak raz na te kilka miesięcy tak po prostu przychodzi mail to trochę pękam. Przed chwilą właśnie trochę pękłam.

Koncert w sobotę, pierwszy od bardzo bardzo długiego czasu. "Z przyjemnością się z Tobą spotkam" - pisze do mnie "Dż". W sobotę jestem w pracy do późnego wieczora, więc ten koncert mnie ominie. Czeka nas najbardziej elegancka impreza w roku. Jako organizatorzy będziemy wychodzić jako ostatni, więc nie mam szans, żeby się urwać. Koncert, koncert... żal jak diabli.

Żal też Gogol Bordello w Warszawie. Bo termin, bo środek tygodnia, bo kasa, bo dojazd, bo absolutny brak towarzystwa, bo tego dnia mam egzamin zaliczeniowy z rosyjskiego, bo nie mam urlopu. A jednocześnie taka dziwna świadomość, że decyzję o wyjeździe na koncert mogłabym podjąć w 5 minut. Bo może by się jakoś udało to wszystko ogarnąć.

Do snu już dzisiaj tylko piosenki "Dż". Symbole zmieniają swoje oblicza tak szybko, że trudno się połapać / to bez znaczenia jest gdy szukasz innych miejsc / tych zaznaczonych na mapie twoim imieniem...

Zzzzz.

Brak komentarzy: