niedziela, 26 czerwca 2011

kierunek: Sucha

Spakowaliśmy się na te dwa dni jak jacyś beduini. Sądząc po ilości betów, moglibyśmy zostać tam kilka dni, a nie jedną noc. Kierunek: Sucha Beskidzka. Cel: malutka wioska wysoko w górach, dom za trawą sięgającą 1,5 metra. Powód: urodziny mojej kierowniczki, czyli kolejna impreza udowadniająca że można razem pracować, a do tego cudownie się bawić razem zupełnie prywatnie, jak tylko ma się ku temu jakiś powód i miejsce. Wpadamy na miejsce akcji ze śmiechem na ustach, po chwili wieczór nabiera tempa. Mnóstwo świeczek. Trzy wielkie tęcze. Pusta torebka na prezent, bo ciąg dalszy nastąpi. Pięć osób, dziesięć, piętnaście, prawie dwadzieścia. Brzdęk brzdęk! i coś mała ta wasza lodówka. Męski pojedynek na najpaskudniejsze na świecie kawały. Najgorsze historie, największe obciachy, najśmieszniejsze przypadki. Pstryk, pstryk i nie wiem nawet, kto ma mój aparat i co znajdę na karcie następnego dnia. Tematy jeden za drugim, godzina za godziną i wyśmiewanie tego, co wczoraj było ważne i co ważne będzie jutro. Góry dookoła. Jakieś sarny o 4 nad ranem. Śniadanie na tarasie w porze obiadu i taki Mick Jagger w lustrze, że drżyjcie narody. Pierścionki zaręczynowe na odpuście pod kościołem. Ogarnianie domu i fru, na Śląsk. Cudowna, genialna, wesoła, głośna i zaskakująca impreza nie do zapomnienia. Lepszej nie pamiętam. Mam 8 godzin, żeby się zregenerować i jutro nie wyglądać tak, jakbym balowała w sumie cały długi weekend...
Zł.

Brak komentarzy: